3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Dwa grosze. O Bogu bliskim

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Dwa grosze. O Bogu bliskim
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dwa grosze

Roman Bielecki OP

Dwa grosze

O Bogu bliskim


Strona Redakcyjna

© Copyright for the text by Roman Bielecki, 2020

© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2020

Redaktor prowadząca – Ewa Kubiak

Redakcja – Paulina Jeske-Choińska

Korekta – Lidia Kozłowska, Paulina Jeske-Choińska

Skład i łamanie – Joanna Dąbrowska

Redakcja techniczna – Józefa Kurpisz

Projekt okładki – Krzysztof Lorczyk OP

ISBN 978-83-7906-373-4 wersja drukowana

ISBN 978-83-7906-374-1 wersja elektroniczna

jest imprintem Wydawnictwa Polskiej

Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów

W drodze sp. z o.o.

Wydanie I, 2020

ul. Kościuszki 99, 61-716 Poznań

tel. 61 852 39 62

sprzedaz@wdrodze.pl

www.wdrodze.pl

Wstęp

W grudniu 2018 roku, na zaproszenie duszpasterstwa akademickiego „Studnia”, działającego przy klasztorze Ojców Dominikanów na warszawskim Służewie, wygłosiłem rekolekcje, które miały być pomocą w przygotowaniu do świąt Bożego Narodzenia.

Zebrane w formie książkowej nabrały nieco innego charakteru i stały się osobistą refleksją nad słowami Księgi Powtórzonego Prawa: „Czy jest jakiś wielki naród, który by miał bogów tak bliskich jak Pan, nasz Bóg, ilekroć Go wzywamy?” (Pwt 4,7)1.

1 Cytaty biblijne za: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Towarzystwo Świętego Pawła, wyd. I, Częstochowa 2008.

Rozdział pierwszy

Teflonowi chrześcijanie

W piętnastym roku panowania cesarza Tyberiusza,

kiedy Poncjusz Piłat był namiestnikiem Judei, Herod

tetrarchą Galilei, jego brat Filip tetrarchą Iturei i ziemi

Trachonu, Lizaniasz tetrarchą Abileny; za najwyższych

kapłanów Annasza i Kajfasza, przemówił Bóg

na pustyni do Jana, syna Zachariasza. Przeszedł

on wszystkie krainy nad Jordanem i głosił chrzest

nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Tak bowiem

jest napisane w księdze mów proroka Izajasza:

Głos, który woła na pustyni:

Przygotujcie drogę Pana!

Wyprostujcie Jego ścieżki!

Każda dolina niech będzie wypełniona,

a wszystkie góry i pagórki niech zostaną zrównane!

Drogi kręte niech będą wyprostowane,

a wyboiste niech staną się gładkimi!

Wtedy każde stworzenie ujrzy zbawienie Boga.

(Łk 3,1–6)

Szedłem kiedyś przez Poznań. Spieszyłem się na nagranie do jednej z lokalnych stacji radiowych. Rozmowa miała być wyemitowana na żywo, więc godzina rozpoczęcia programu była ściśle wyznaczona. Po jej zakończeniu planowałem zawieźć jednego ze współbraci do lekarza, potem coś załatwić, a potem jeszcze coś i jeszcze coś. Jak to bywa, jedna sprawa za drugą, drobiazgowo zaplanowane, godzina po godzinie. Przechodząc obok baru mlecznego, natknąłem się na mężczyznę, który wyglądał i pachniał nieciekawie. Widać było wszystkie procenty, które sobie zaaplikował w postaci napojów typu Harnaś. Opierał się o ścianę, by nie stracić równowagi, w ręce trzymał plastikową reklamówkę z Biedronki. Minąłem go, tak jak zwykle mijamy podobnych ludzi. Już miałem o nim zapomnieć, kiedy się zorientowałem, że on stał pod tą ścianą i płakał. Zawróciłem. Zapytałem, o co chodzi i czy można mu jakoś pomóc. A on odparł, że w barze, przy którym stoimy, nie chcą mu sprzedać szpinaku. Choć ma pieniądze, to nie chcą go obsłużyć. Wcale mnie to nie zdziwiło. Bar mleczny nie jest może restauracją z gwiazdkami Michelin, ale rozumiem, że podpity, brudny, cuchnący klient wystraszy pozostałych. Zrobiło mi się żal, więc wszedłem z nim do środka, porozmawiałem z obsługą, która świetnie go znała, zamówiłem szpinak, zaniosłem do stolika i spędziłem z nim pół godziny, czekając, aż skończy jeść. Kiedy tak siedzieliśmy, zapytałem go, dlaczego pije. On wtedy odłożył widelec, popatrzył na mnie i powiedział zmęczonym głosem: Wie pan, straciłem kolejną robotę, moje dzieci mnie nienawidzą, moja żona mnie wyrzuciła z domu, ludzie mają mnie za śmiecia, śmieją się ze mnie, kopią mnie i plują na mnie, mieszkam na działkach pod miastem, to jak ja mam nie pić? Nie wiedziałem, co powiedzieć. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę. Wyglądał na szczerze poruszonego, że jako nieznajomy, a byłem bez habitu, spędziłem z nim trochę czasu. Rozstaliśmy się, on poszedł w swoją stronę, ja w swoją. Wziąłem na siebie fochy i słuszne pretensje wszystkich, z którymi tego dnia byłem umówiony, bo na każde spotkanie się spóźniłem. Pana Bogdana już nigdy więcej nie spotkałem.

Nie wspominam tego wszystkiego, aby się pochwalić, jaki jestem wspaniały. Uczciwie przyznaję, że zwykle nie pomagam ludziom, którzy stoją na ulicy. Bardzo bym chciał, ale mam z tym duży kłopot. Nie mówię o tym również dlatego, byście od dzisiaj pomagali każdemu bezdomnemu i siadali z nim do stołu.

Przywołuję tę sytuację, bo dziś w Kościele zaczynamy Adwent. I na to słowo nasza rzeczywistość religijna aż huczy od wezwań o konieczności nawrócenia i zmiany życia. Wszyscy powinniśmy to zrobić. Jest to najważniejsza rzecz, którą mamy przed sobą w perspektywie najbliższych trzech tygodni grudnia. Co więcej, gdybym teraz zapytał, kto się pragnie nawrócić, to z pewnością wszyscy podnieślibyśmy ręce, bo przecież każdy chce się zmienić na lepsze, a tak zwykliśmy myśleć o nawróceniu.

Wydaje mi się, że Pan Bóg słyszy bardzo wyraźnie nasze prośby i zna nasze pragnienia, co więcej, na nie odpowiada. Nie wprost, ale na przykład przez takiego pana Bogdana. Mówi wtedy tak: Wiesz co, Roman, to Ja cię teraz sprawdzę. Opowiadasz mądre rzeczy na kazaniach, dajesz pouczenia o miłosierdziu i świadectwie. Tyle mówisz o miłości. To wiesz co, zobaczmy, jak się zachowasz w konkretnej sytuacji. I czasem takim głosem Pana Boga jest pan Bogdan, czasem rozładowany telefon, czasem długa kolejka do lekarza, a czasem korek, który nas zatrzymał dłużej w autobusie. Słowem coś, co nas wytrąca z ustalonego rytmu dnia. Możemy się wtedy wściekać na cały świat, mówić, że to koniec, pomstować na kierowców i współpasażerów, a możemy się zatrzymać i odmówić różaniec. Albo zamiast się złościć, że kolejka taka długa, ucieszyć się, że mamy czas dla siebie, i posiedzieć w spokoju, myśląc o niebieskich migdałach. Tak mówi do nas Pan Bóg. Dalekie to od naszych wyobrażeń o otwartym niebie, głosach i aniołach, a jednak to często Jego sposób rozmawiania z nami.

Słyszeliśmy w Ewangelii o Janie Chrzcicielu. Dla większości z nas jest to hasło wywoławcze, które uruchamia ciąg licznych skojarzeń o wielkim proroku, sile duchowości, niezwykłej modlitwie i tym podobnych samych „naj”, do których my, zwykli zjadacze chleba, nijak nie przystajemy z naszymi problemami. Jego życie to wzór postępowania dla całego Kościoła. Niemniej jednak zastanówmy się nad tym przez chwilę.

Dzisiejszy fragment opowiada o powołaniu go na proroka. Ewangelista pisze o słowie Boga, które zostało skierowane do Jana. On je przyjął i zaczął nim żyć. W domyśle – owocnie, z pełnym oddaniem i zaangażowaniem. Zwróćmy jednak uwagę na początek tego tekstu. Brzmi dość dziwnie. Zawiera długą listę mało znanych nazwisk, zestawionych z nazwami ówczesnych krain geograficznych. Jest Piłat, Herod, Filip, Lizaniasz i Kajfasz. Jest Galilea, Iturea, Trachon i Abilena. Coś nam gdzieś dzwoni z dawnych lekcji religii. Ale to echo bardzo dalekie.

Z jednej strony mamy naszkicowany obraz relacji społeczno-politycznych w ówczesnej Palestynie i wydarzenia z Ewangelii umieszczone w konkretnym miejscu i przestrzeni historycznej. Z drugiej strony słyszymy o ludziach, którzy tworzyli ówczesny świat, a którzy z naszego punktu widzenia są antybohaterami Ewangelii. Czarne charaktery, które – jak się za chwilę okaże – zrobią wszystko, by krytykować Jana Chrzciciela, a potem prowadzić spór z Jezusem i Jego uczniami. Rzucać im kłody pod nogi i nieustannie szukać sposobu, by ich oskarżyć o łamanie prawa. To właśnie oni są wymienieni w pierwszym akapicie tej historii. Tam, gdzie zwykle szukamy jakiegoś błyskotliwego, otwierającego i zapadającego w pamięć zdania, autor mówi, że Bóg wypowiedział swoje Słowo w okolicznościach dalekich od ideału. I, co ważniejsze, Jan je przyjął i zaczął nim żyć. Bóg nie czekał, aż będzie spokojniej, lepiej i przyjemniej. Aż klimat dla pobożności będzie bardziej sprzyjający, a ludzie milsi, lepsi, bardziej serdeczni. I w związku z tym będą pytali z troską Jana Chrzciciela: W czym mogę ci pomóc, jak wesprzeć twoją działalność? Nic z tych rzeczy. Bóg nie czekał. Wypowiedział Słowo, a Jan je przyjął.

To zdanie streszcza istotę chrześcijaństwa. Ale może być też pułapką, w którą wpadamy. Bo Ewangelia, owszem, wydaje się nam bardzo interesująca, lubimy jej słuchać, a bywa, że nawet regularnie ją czytamy. Kiedy jednak wychodzimy z kościoła lub gdy zamykamy Pismo Święte, wracamy do codzienności i nagle uruchamia się w nas myślenie, że nie da się dobrze żyć, to jest niemożliwe, a jeśli już, to w innych okolicznościach. Sami pakujemy się w myślenie o chrześcijaństwie bez problemów. Wiemy, że nigdy tak nie będzie, a jednak z uporem brniemy w tę wizję życia. Na przykład wyobrażamy sobie taki scenariusz: wstajemy rano o wpół do szóstej i jesteśmy wypoczęci, jemy wyśmienite śniadanie, z kolegami z akademika czy na stancji, albo z dziećmi, które same z radością zerwały się z łóżek i nic a nic nie narzekają. Następnie one ochoczo idą do szkoły, a my do świetnej pracy lub na ekscytujące zajęcia na uczelni. Dzień mija, ani się człowiek obejrzał. Interesujące rozmowy, wciągające projekty, mądrzy przełożeni, ciekawe sprawy. Wracamy zrelaksowani i siadamy do fantastycznego obiadu. Potem dzieci same się garną do zajęć, a my w tym czasie zdążymy pójść do kina, poczytać ciekawą książkę, porozmawiać ze sobą na ważne tematy i zasypiamy szczęśliwi koło północy, by rano znów obudzić się wypoczęci.

 

Przecież nie ma takiego życia. Ono nie istnieje. Ani w Kościele, ani poza nim. Nigdzie. I my to doskonale wiemy, ale jak mantrę powtarzamy: Panie Boże, będę żył Ewangelią, ale żeby było tak, jak ja chcę. A On nie czeka na zmianę okoliczności, tylko daje nam swoje Słowo właśnie teraz i dzisiaj. Mówi nam: Kochaj. Nie kiedyś. Dzisiaj. Ktoś dzisiaj przeżywa kryzys wiary, ktoś ma kryzys w związku, ktoś cierpi na depresję, u kogoś zdiagnozowano ciężką chorobę, komuś dzieci mówią, że go nie znoszą, a może sam ma rodziców, których nienawidzi. Ktoś stracił pracę, ktoś ma za niskie ciśnienie, ktoś nie zdał egzaminu. Bóg daje każdemu swoje Słowo i mówi: Kochaj.

Wielkość Jana Chrzciciela, którego słusznie traktujemy jak przewodnika w naszej wierze, polega na tym, że uwierzył w to, iż można żyć słowem Boga w takich niesprzyjających okolicznościach. Że Pan Bóg go nie oszuka i będzie go w tym wspomagał. Czyż nie na tym właśnie polega istota życia chrześcijańskiego? Bóg nie szykuje nam specjalnych warunków. To my możemy zmienić nasze serce.

Wyobraźmy sobie chłopaka, który ma dziewięć lat, kiedy umiera mu matka, a w wieku dwudziestu lat traci ojca. Potem przez jego życie przetacza się jeden z największych kataklizmów w historii świata. A kiedy się kończy, przychodzi kolejny. Gdybyśmy go spotkali, powiedzielibyśmy mu, że z terapii to się nie wygrzebie do końca życia. To jest Karol Wojtyła. Święty Jan Paweł II. Tak zaczyna się jego życiorys.

Albo gdybyśmy spotkali kobietę, która przez czterdzieści lat modli się gorliwie i z zaangażowaniem, a mimo to nie doświadcza obecności Boga. Co byśmy jej powiedzieli? Proszę dać sobie spokój z tą wiarą. Można próbować przez rok, góra dwa lata. Ale czterdzieści!? A przecież to Matka Teresa z Kalkuty, która w swoim pamiętniku napisała o latach duchowej ciemności.

W takich momentach mówimy na swoją obronę, że z nimi nie będziemy się porównywali, bo to przecież byli wielcy święci. Tym samym robimy sobie krzywdę, osłabiamy Ewangelię i jej działanie. Czy myślicie, że Jan Chrzciciel w momencie powołania wiedział, że skrócą go o głowę i zginie z powodu kaprysu głupiej dziewczyny? Albo czy Piotr, decydując się na drogę z Jezusem, przewidział, że zakończy życie odwrócony głową w dół na krzyżu pod Rzymem? A Paweł, któremu Bóg powiedział: Możesz żyć inaczej, mimo że masz krew ludzi na rękach? Ile razy w ciągu życia musiał sobie powtarzać, że to prawda? A Mateusz, który okradał znajomych, oszukiwał i kłamał w żywe oczy, a któremu Bóg dał szansę? Ile razy musiał sobie o tym przypominać? O sile takiej zmiany opowiada właśnie Ewangelia.

Prosimy o nawrócenie, modlimy się o nie i wołamy: Panie Boże, zmień mnie! I Bóg wyciąga rękę i mówi: Proszę, daję ci szansę. A wtedy my, niczym teflonowi chrześcijanie, mówimy: Nie teraz, nie tak, miało być inaczej.

Wykonujemy mnóstwo pozorowanych ruchów, które mają nas wewnętrznie uspokoić. Przecież się modlimy, chodzimy na rekolekcje, słuchamy w internecie znanych kaznodziejów, tyle tylko, że nic do nas nie dociera. Jesteśmy nieprzemakalni. Więc się nie dziwmy, że nic się nie zmienia. Nawet nie próbujemy dać sobie szansy. Jesteśmy zbyt rozsądni, przewidywalni i poukładani. Za chwilę szalenie sfrustrowani. Ale nieustannie powtarzamy, że zaczniemy od jutra, od nowego roku, od Bożego Narodzenia, od ferii, od Wielkiego Postu, od Wielkanocy. A przecież ostatecznie liczy się teraz. To znaczy, że może dzisiaj kogoś spotkacie i będziecie mieli szansę mu pomóc. To dziś będziecie mieli okazję, żeby narzekać na cały świat, ale nie zrobicie tego. To dziś będziecie mieli możliwość wylać na kogoś swoją złość w SMS-ie, zrobić awanturę w domu z byle powodu, ale być może powiecie: Dość. Starczy. To nie są wcale wielkie gesty, a siła codzienności. Mamy być posłuszni Dekalogowi i Słowu Pana Boga, ale jak pokazuje urywek z życia Jana Chrzciciela, mamy być też posłuszni okolicznościom, które Bóg przed nami stawia.

Rozdział drugi

Wspólnota grzeszników

Pewnego dnia, gdy nauczał, siedzieli tam faryzeusze

i znawcy Prawa, którzy przybyli ze wszystkich miejscowości

Galilei, Judei i z Jeruzalem. I była w Nim moc Pańska, tak

że mógł uzdrawiać. A jacyś mężczyźni przynieśli na noszach

człowieka, który był sparaliżowany. Chcieli go wnieść

i położyć przed Nim. Ponieważ z powodu tłumu nie mogli

go wnieść, weszli na taras domu i przez dach spuścili

go na noszach do środka przed Jezusa. On, widząc ich

wiarę, powiedział: „Człowieku, twoje grzechy zostały

ci odpuszczone”. A nauczyciele Pisma i faryzeusze zaczęli

się zastanawiać: „Kim On jest, skoro mówi bluźnierstwa?

Kto może odpuszczać grzechy, jeśli nie sam Bóg?”. Jezus

poznał ich myśli i powiedział do nich: „Nad czym się

tak zastanawiacie w waszych sercach? Co jest łatwiej:

powiedzieć »Twoje grzechy zostały ci odpuszczone«, czy

też powiedzieć: »Wstań i chodź«? Abyście się jednak

przekonali, że Syn Człowieczy ma na ziemi władzę

odpuszczania grzechów – powiedział do człowieka

sparaliżowanego – mówię ci, wstań! Weź swoje nosze

i idź do domu!”. A on na ich oczach natychmiast wstał,

wziął to, na czym leżał, i odszedł do domu, chwaląc Boga.

Wszystkich ogarnęło zdumienie. Chwalili Boga i pełni

bojaźni mówili: „Dzisiaj widzieliśmy niezwykłe rzeczy”.

(Łk 5,17–26)

Nie wiemy, czy ten sparaliżowany człowiek, którego przynieśli przyjaciele, chciał, żeby mu odpuszczono grzechy. Nie wiemy, czy wyraził za nie jakikolwiek żal. Nie wiemy, czy zamierzał się poprawić i czy zrobił rachunek sumienia ze swojego postępowania. Wiemy natomiast, że mimo braku tych elementów Pan Jezus go rozgrzeszył, bo zobaczył wiarę w ludziach, którzy go przynieśli. I z tego też powodu go uzdrowił. Wcale nie ze względu na jego niemoc, paraliż, brak sił i życie w wegetacji. Nie to okazało się kluczowe w tej sytuacji.

To jest Ewangelia, która oprócz opowieści o uzdrowieniu opisuje nas jako wspólnotę ludzi wierzących. Mówi o Kościele, który tworzymy i w którym jesteśmy za siebie nawzajem odpowiedzialni. Bez względu na to, po której stronie ołtarza stoimy, nasze zbawienie nie jest sprawą indywidualną.

Jak to funkcjonowało w praktyce, dobrze widać na przykładzie Kościoła pierwszych wieków. Nasi bracia i siostry odczytywali sens tej Ewangelii w kontekście grzechu. Ktoś, kto go popełnił, nie mógł uczestniczyć w Eucharystii. Ludzie szli na celebrację do domów, w których była sprawowana liturgia, a przed drzwiami, najczęściej na klęczkach, zostawali ci, którzy zgrzeszyli i nie mogli przyjąć komunii świętej. Zostawali tam nie po to, by ich wytykać palcami i pokazywać, że ci, którzy wchodzą do środka, są godni, a ci na zewnątrz nie. Ten gest miał przypomnieć wchodzącym, żeby się modlili o nawrócenie tych, którzy zostają na zewnątrz, by po odbyciu pokuty mogli wrócić do jedności ze wspólnotą. Ile nam dziś zostało z takiego myślenia? Zastanówcie się, o czym myślicie, patrząc na ludzi stojących w kolejce do konfesjonału. Czy macie taką duchową perspektywę, że ci, którzy tam stoją, potrzebują w tej chwili naszej modlitwy? Czy modlicie się o dobrą spowiedź dla nich? A może raczej myślicie, że jesteście lepsi? Albo jest wam to obojętne i nie zastanawiacie się nad tym? Tyle że kiedyś i my staniemy w tej kolejce.

Mam swojego spowiednika i chodzę do niego na wyznaczony w grafiku dyżur, stając w kolejce z innymi. To jest niezwykłe doświadczenie wspólnoty grzeszników. Jedni w tej kolejce kruszeją, drudzy się niecierpliwią, inni nerwowo bębnią palcami o ławkę, a jeszcze inni przeglądają telefon, ale ostatecznie wszyscy potrzebujemy wsparcia, żeby przełamać w sobie obawy i lęk. Niesiemy siebie nawzajem w naszej wierze. Być może jest to prawda z gatunku tych, które się mówi na religii w pierwszej klasie szkoły podstawowej, ale mnie się wydaje, że to wcale nie jest takie oczywiste.

Zwróćmy uwagę, że w scenie z paralitykiem mamy dwie perspektywy. Z jednej strony jest chory, a z drugiej ci, którzy go przynieśli. To jakby dwie części naszego życia. Jest w nas coś, co jest dotknięte paraliżem, co potrzebuje pomocy i z czym sami sobie nie potrafimy poradzić. Ale jest też ta część, która chce pomagać i jest wrażliwa na cudzy grzech, biedę i potrzeby. Jeśli się zajmujemy tylko jedną częścią, najczęściej tą pomocową, to nie jest cała prawda o naszym życiu. Oczywiście, o wiele łatwiej jest kogoś wspierać i funkcjonować zadaniowo niż samemu poprosić o pomoc, a to właśnie jest moment dojrzałości naszego chrześcijaństwa.

Przykładem takiego podejścia jest Ewangelia opisująca obmywanie nóg, którą kojarzymy z liturgią Wielkiego Czwartku. Przypominamy sobie wtedy moment, kiedy Jezus w czasie ostatniej wieczerzy pochylił się przy nogach apostołów, umył je i ucałował, mówiąc, że tak wygląda w praktyce przykazanie miłości, i jednocześnie zachęcając do takiego sposobu jego praktykowania. Są w Polsce wspólnoty, które celebrują ten gest bardzo indywidualnie. W tym sensie, że nie jest on zarezerwowany dla księdza i wyznaczonych dwunastu mężczyzn siedzących przy ołtarzu. Można podejść do siebie nawzajem. I, co ciekawe, łatwiej jest komuś umyć nogi niż pozwolić drugiemu człowiekowi, aby nam je umył.

Od wielu lat w moim klasztorze w Poznaniu ojciec przeor prosi braci, żeby w Wielki Czwartek usiedli na środku i wyciągnęli nogi do umycia. Wiadomo, nogi w takim dniu są wyszorowane, pachnące i cudowne. A mimo to w praktyce nie jest to wcale takie łatwe. Cały kościół na nas patrzy. Kto ma jakie skarpety i czy na pewno nie dziurawe. I jest w nas jakiś opór. Bo czujemy, że nie chodzi tylko o tę nogę, ale o słabość, której ta noga jest symbolem, o przyznanie się do tego, że potrzebuję pomocy, zwłaszcza w tym, co nie jest uzewnętrznione. Ci, którzy przeżyją ten moment, są w stanie bardzo świadomie pójść i nieść pomoc sparaliżowanym. Bo rozumieją, jak wiele to znaczy.

Druga, równie istotna rzecz w tej ewangelicznej scenie, od której zaczęliśmy nasze rozważania, to fakt, że od uzdrowienia fizycznego ważniejsze jest uzdrowienie z grzechu. Co czujecie, kiedy słyszycie Jezusa pytającego o to, co jest łatwiej powiedzieć: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy wstań i chodź? Przecież odpowiemy, że łatwiej jest powiedzieć: Odpuszczają ci się twoje grzechy. Co to za problem, proszę bardzo. A mimo to Jezus odwraca perspektywę i mówi, że nie o to chodzi. Uzdrowienie fizyczne jest cenne, ale ocalenie nas z grzechu jest rzeczywistym przywróceniem do życia. Skąd się bierze nasza trudność? Pewnie stąd, że oswoiliśmy grzech i jego skutki, przez co nie uświadamiamy sobie, że naprawdę niosą one śmierć. Nie, nie jesteśmy zupełnymi ignorantami i wiemy, że grzech jest straszny, ale żeby to była od razu śmierć? Przecież grzeszymy i nic się nie dzieje. Pioruny w nas nie uderzają. Ziemia się nie rozstępuje. Jakbyśmy kompletnie zapominali o poniżeniu, odzieraniu z wartości, pozbawianiu nas chęci do życia. Czyli o tym wszystkim, co jest konsekwencją grzechu.

Jezus chce nas wyzwolić z takiego stanu. Wyciąga rękę w stronę ciemności, jakie na siebie sprowadzamy swoim zachowaniem. Wszystko inne jest dodatkiem. W Ewangelii św. Jana Pan Jezus, mówiąc o skutkach grzechu, używa porównania do domu. „Każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu, a niewolnik nie przebywa w domu” (por. J 8,34–35). Czyli dopóki jesteśmy w łasce, jesteśmy u siebie, w swoim domu. Moment grzechu jest wejściem w niewolę. To są skutki grzechu. Właśnie z tego powodu Ewangelia o paralityku kończy się zdaniem, które Jezus wypowiada do głównego bohatera: Weź swoje łoże i wróć do domu. To streszczenie sensu każdej spowiedzi: Wróć do domu, już starczy tego pogubienia, poranienia i choroby. Masz gdzie wrócić. Jest dom, w którym jesteś zawsze chciany.

Mamy być świadkami takiej wspólnoty w Kościele. Nie wspólnoty pojmowanej jako grupa przeciwko komuś. A tak się czasami myśli. I bywa, że ludzie Kościoła nas w tym utwierdzają. Że najważniejszy jest wspólny front wobec tego czy innego człowieka albo grupy ludzi. Albo że najważniejsze jest ochronić swoich i za wszelką cenę kryć ich słabości. To jest pomylenie pojęć. Bo przede wszystkim jesteśmy wspólnotą, która nie ma zostawiać człowieka w grzechu i powinna mu pomagać w zerwaniu z nim. Po to jest nam potrzebny Kościół.

 

W jednym z fragmentów Mistrza i Małgorzaty Michaiła Bułhakowa pokazany jest obraz świata totalnie zindywidualizowanego. W początkowej scenie dziejącej się w Moskwie diabeł – profesor Woland – schodzi na ziemię, ogląda ludzi i zacierając ręce, mówi: Dobrze, że oni wszyscy są sami, że każdy żyje swoim życiem. Przerażające i diabelskie. A intuicja pisarska genialna. Kościół to wspólnota będąca w kontrze do takiego myślenia.

Wielu ludzi nie przyjdzie nigdy do kościoła. Wielu nie przyjdzie do dominikanów. Ale wielu zna was i wy możecie im o takim Bogu i o takim Kościele powiedzieć. Jest możliwy, istnieje.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora