3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Amulet

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Amulet
Amulet
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,80  51,04 
Amulet
Amulet
Audiobook
Czyta Kinga Suchan
33,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Prolog

2  Rozdział 1

3  Rozdział 2

4  Rozdział 3

5  Rozdział 4

6  Rozdział 5

7  Rozdział 6

8  Rozdział 7

9  Rozdział 8

10  Rozdział 9

11  Rozdział 10

12  Rozdział 11

13  Rozdział 12

14  Rozdział 13

15  Rozdział 14

16  Rozdział 15

17  Rozdział 16

18  Rozdział 17

19  Rozdział 18

20  Rozdział 19

21  Rozdział 20

22  Rozdział 21

23  Rozdział 22

24  Rozdział 23

25  Rozdział 24

26  Rozdział 25

27  Rozdział 26

28  Rozdział 27

29  Rozdział 28

30  Rozdział 29

31  Rozdział 30

32  Epilog

Copyright for the Polish Edition © 2020 Wydawnictwo Edipresse Sp. z o.o.

Copyright for text © 2020 Jacek Wojtkowiak

Wydawnictwo Edipresse Sp. z o.o.

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor Zarządzająca Segmentem Książek: Iga Rembiszewska

Senior Project Manager: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk

Digital i projekty specjalne: Tatiana Drózdż

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Redakcja: Ita Turowicz

Korekta: Jolanta Kucharska, Anna Parcheta

Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Biuro Obsługi Klienta

e-mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 278 15 55

(pon.–pt. w godz. 8:00–17:00)

facebook.com/edipresseksiazki

facebook.com/pg/edipresseksiazki/shop

instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 978-83-8177-477-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Maj 2016 roku


Modre fale wód Zatoki Puckiej skrzyły się różowo i złociście w promieniach porannego słońca. Marta czuła na twarzy delikatny powiew orzeźwiającej bryzy. Wiatr ze wschodu, ryba chodu”. Skąd mi się nagle wzięło to ojcowe powiedzenie? Uśmiechnęła się do własnych myśli, ale zaraz spoważniała, bo ten wiatr nie wróżył dzisiaj dobrego połowu rybakom, którzy wypłynęli kutrami o świcie. Słyszała coraz wyraźniej przybój fal dochodzący spod mechelińskiego klifu, na którego szczycie siedziała. Wpatrzyła się uważniej w grzbiety fal: były szkliste, ale gdzieniegdzie pojawiały się na nich białe grzebienie. Mocna dwójka, oceniła. Idzie na trójkę. Pisk głodnych mew dochodzący z przystani zwiastował, że one już wyczuły rychły powrót kutrów i cieszyły się, że coś im skapnie. Uśmiechnęła się.

Olbrzymia, oślepiająca tarcza słoneczna z każdą chwilą podnosiła się coraz wyżej, jednocześnie przesuwając się w prawo, w kierunku Trójmiasta, toteż Marcie nie dane było sprawdzić, czy jakimś cudem nie zniknęły nagle od wczoraj ruiny poniemieckiej lotniczej torpedowni, wciąż tkwiące w dnie zatoki, kilkaset metrów od klifu w sąsiednich Babich Dołach. Na linii oślepiającego ją słońca leżały Gdynia, Sopot i Gdańsk. Pierwsze dwa miasta, a właściwie porty, stąd były niewidoczne, kontury trzeciego zaś dawały się dostrzec w ciągu dnia zależnie od widoczności. Za to wieczorami i nocą gdański port rozświetlał horyzont różnokolorowymi skrzącymi się światłami.

Marta zwróciła głowę w kierunku Mechelinek i Rewy w poszukiwaniu rodzinnego kutra. W parze z ojcem pływał przez wiele lat jego kolega z wojska, Ludwik Mięta, ale gdy tylko jej brat Krzysiek, młodszy od niej o trzy lata, zdał maturę, zastąpił tamtego. Ojciec z bratem wypłynęli po trzeciej w nocy, żeby o świcie być już na łowisku. Słyszała dochodzące z kuchni ich ciche stąpania i przytłumione głosy, a potem, gdy w domu znowu zapadła cisza, zasnęła ponownie. W ostatnich latach, pomiędzy majem a wrześniem, ilekroć oni wypływali w morze, a ona miała wolny czas, starała się przychodzić rano na klif i wyglądać ich powrotu. Wykreśliła oczami linię na wodzie pomiędzy cyplem helskim a Gdynią. To granica ich Małego Morza, jak nazywało się wśród Kaszubów Zatokę Pucką. Wiedziała, że naukowcy z Helu określali ją od niedawna Pucyfikiem, ale wolała tę dawną nazwę. Wolno lustrowała falistą powierzchnię wody w poszukiwaniu rodzinnego kutra, aż jej oczy zatrzymały się na moment na Szpyrku i Ryfie Mew. Lubiła te swojskie nazwy, ładniejsze od oficjalnych: Cypel Rewski i Rybitwia Mielizna widniejących w atlasach. Szpyrk wrzynał się na wysokości Rewy w wody zatoki prawie kilometrową, wąską piaszczystą kosą. Za nią był kilkusetmetrowy sztuczny przekop, nazywany przez Kaszubów Dëpką, umożliwiający przepływanie pomiędzy Zalewem Puckim, będącym zatoką wewnętrzną, a pozostałą częścią Małego Morza. Oficjalnie nazywano ją Głębinką.

Przymrużyła oczy i próbowała zajrzeć dalej za Szpyrk i Ryf Mew, w kierunku Kuźnic i Cypla Rzucewskiego. Nie wypatrzyła rodzinnego kutra. Może popłynęli aż za Rzucewo? Wzruszyła lekko ramionami i w myślach machnęła ręką. Widziała co prawda jakieś punkciki w pobliżu Kuźnic i Chałup, ale kuter ojca tam się nie zapędzał. Taka była niepisana umowa pomiędzy rybakami na Małym Morzu, że nie poszukują ryb pod nie swoimi portami.

Poczuła, że słoneczne promienie operują coraz mocniej. Ostatecznie to już koniec maja! Zsunęła więc z ramion bluzę z kapturem i oparła się z tyłu łokciami o trawę. Potoczyła spojrzeniem wokół. Wkrótce pojawią się tutaj samochody, a mężczyźni, głównie oni, chociaż zdarzają się też kobiety, zaczną się przygotowywać do lotów paralotniami. Lubiła, kiedy krążyły nad klifem, przypominając z daleka stado różnokolorowych motyli. Niektórzy potrafili tak posterować lotnią, że lądowali dokładnie tam, skąd wystartowali, czyli w pobliżu miejsca, gdzie teraz siedziała. Inni nie mieli tyle szczęścia lub umiejętności i lądowali na wąskiej plaży u stóp klifu. Potem, wdrapawszy się znowu na jego szczyt, hałaśliwie wymieniali z pozostałymi paralotniarzami uwagi o tym, co poszło nie tak, lub zgadzali się ze sobą, że nagle siadł wiatr.

Gdy Krzysiek zaczął pływać z ojcem, zawsze wiedziała, kiedy wrócą, bo wysyłał do niej esemesa zaraz po ruszeniu w drogę powrotną. To już sześć lat! Jak ten czas szybko leci! Wówczas kończyła trzeci rok studiów. Krzysiek postanowił zostać rybakiem tak jak ojciec, więc o studiach nawet nie myślał, ona natomiast musiała je ukończyć, bo chciała wnieść coś do swojego przyszłego posagu. To jej podpowiedziała podświadomość, że tak trzeba, by podnieść swoją wartość. Niby się z tego śmiała, ale z drugiej strony była świadoma, że takie jest po prostu życie, bo faceci też rozglądają się uważnie, a pewnie nawet wartościują.

Ojcowizna z kutrem, jak to bywa w rodzinach rybackich, była pisana bratu, i to było dla niej oczywiste. Po mieczu pochodziła z Wielkopolski, a po kądzieli była tutejszą, Kaszubką. W rybacką rodzinę wżenił się jej pradziadek Adam, który do Gdyni zawitał spod Pleszewa pod koniec lat dwudziestych ubiegłego wieku. Choć Gdynia przyzywała wówczas żądnych pracy młodych ludzi z głębi kraju, on zamierzał się w niej zatrzymać tylko na chwilę i wyjechać do Ameryki. Cała jego rodzina składała się na tę eskapadę; w Gdyni miał wykupić bilet na statek. Na drodze do realizacji tych szczytnych zamiarów stanęła nieoczekiwanie śliczna Leokadia z Mechelinek. Mama mówi, że jestem do niej bardzo podobna. Marta uśmiechnęła się szeroko. W jaki sposób pradziadek poznał swoją przyszłą żonę, Marta nigdy się nie dowiedziała, chociaż próbowała, ale to po prostu zdarzyło się. Prababcia Leokadia była jedynaczką i mimo że jej ojciec miał wobec niej inne plany małżeńskie, ostatecznie uległ córce, widząc nieustannie jej oczy pełne łez. Może nawet Leokadia wybrała się celowo do Gdyni, bo nie podobał jej się szykowany przez ojca kandydat? Któż to wie?

 

Adam przyznał się swojej rodzinie dopiero po dziesięciu latach, że jego Ameryka to Gdynia, a właściwie Mechelinki niedaleko niej, w których się zakotwiczył. Okazało się to w chwili, kiedy teść zapisał mu swój kuter. Wówczas poczuł, że stał się kimś. Był pracowity i mądry, więc wszystkie porady, tajemnice, uwagi teścia zapisywał w brulionie i nanosił na mapy, które sam szkicował. To jest do dzisiaj największa rodzinna relikwia. Pradziadek Adam miał z Leokadią dwóch synów: Tomasza i Zbigniewa. Przyszła wojna i ciężkie czasy. Marta machnęła bezwiednie ręką, jakby chciała odsunąć jakiś odcinek wspomnień z pamięci. Przymknęła na moment oczy. Ale gdy je znowu otworzyła, poprzedni film dalej się wyświetlał.

Po drugiej wojnie światowej Adam zaczął brać synów na zmianę na połowy, częściej jednak Zbyszka, który wkrótce się ożenił i wyglądało na to, że to on obejmie schedę po ojcu. Tomasz zaczął więc imać się innych doraźnych prac albo sporadycznie zatrudniał się u rybaków z pobliskich portów nad Małym Morzem. Kiedy kupił sobie pod koniec lat pięćdziesiątych używany motorower Ryś, docierał na nim aż do Pucka. Tam na początku lat sześćdziesiątych dowiedział się, że bez względu na pogodę i okresy ochronne ryb można szybko zarobić przy połowie traw morskich z dna zatoki. Produkowano z nich agar-agar, czyli substancję zastępującą żelatynę. Nie zastanawiał się wówczas zbytnio, czy wyławianie trawy z dna zatoki szkodzi jej, bo dał się omamić chęcią usamodzielnienia się i szybkiego zarobku. Zbyt mało rozmawiał o tym z ojcem, choć ten jego brulion ukradkiem czasami przeglądał. Stamtąd dowiedział się, gdzie są obfite łąki. Przypadkiem jednak wygadał się ojcu i od tej pory ten wciąż mu wypominał, że niszczy zatokę. Kiedyś w przypływie kolejnej złości wykrzyczał synowi w twarz, że „zbiesił się jak biblijny Tomasz”.

– To, co robisz, jest złe i kiedyś to odczujesz! – zawołał na zakończenie kłótni, ale Tomasz i tak nie zmienił zdania, i dalej wypływał z Pucka na trałowanie traw z dna zatoki.

Kiedy w sześćdziesiątym ósmym roku pod jesień jego ojciec wraz ze Zbyszkiem, jak wielu innych rybaków, wypłynęli na połów, a on jak zwykle był na trałowaniu widlika i morszczynu niedaleko Pucka, nad Małym Morzem pojawił się szkwał. Pchany wiatrem niewielki rybacki kuter ojca, tak jak inne kutry, pognał jak szalony. Wszyscy, którzy tego dnia byli na wodzie, walczyli o przeżycie. Kiedy szkwał ucichł, rybacy zaczęli się skrzykiwać. Okazało się po jakimś czasie, że kuter Adama Drobnego dryfuje bez załogi. Rybacy najpierw starali się znaleźć ich sami, potem zgłosili do ratownictwa w Gdyni, ale całodobowe poszukiwania niestety nie przyniosły efektu. Po dwóch dniach woda oddała ich ciała, wyrzucając je na Szpyrk, tuż przed samą Dëpką. Nikt do dzisiaj nie wie, co i jak się stało na kutrze.

Marta westchnęła.

Po tym tragicznym wypadku schedę po Adamie Drobnym przejął więc jej dziadek, Tomasz. Ten Tomasz, który, jak mówił jego ojciec, zbiesił się, ale zarobił trochę pieniędzy na procederze, w jaki się wplątał. Wkrótce jednak okazało się, że stał się niezłym rybakiem, a jeszcze lepszym gospodarzem. Dzięki temu zdołał zamienić kuter na nieco większy, rozbudował starą chatę, a obok niej z czasem postawił niewielki budynek mieszkalny z przeznaczeniem na pensjonat. Stara chata po kolejnych modernizacjach i powiększeniu jej o przybudówkę wciąż pełniła i dalej pełni funkcję wygodnego domu rodzinnego.

Marta przyłożyła dłoń do czoła i omiatała wzrokiem wody Małego Morza. Wprost przed nią przeciągał się wciąż jeszcze zaspany Półwysep Helski, ukazując coraz chętniej i wyraźniej swoje smukłe kształty. Dostrzegała już wyraźnie zarys latarni morskiej w Helu, wieżę w ośrodku rządowym w Juracie, a w tle wzgórza Helu-Boru. Zawsze po esemesie Krzyśka, gdy tylko dostrzegła, że kuter ojca mija Dëpkę i kieruje się wzdłuż Szpyrku w stronę przystani, zbiegała na dół. Teraz jeszcze łowią, pomyślała i wróciła do wcześniejszych rozmyślań.

Ojciec mówił, że dziadek Tomasz z upływem lat stawał się coraz bardziej dziwny. Był też bardzo schorowany i umarł stosunkowo młodo. Dziwiła się temu nieco, bo większość tutejszych rybaków dożywała słusznego wieku. Kiedy dorosła, dopytywała ojca, jak to było z dziadkiem. Zbywał ją milczeniem albo rzucał:

– Praca na morzu nie jest łatwa, dziecko. – I zasępiał się.

Sama nie zdążyła dziadka Tomasza dobrze poznać, ale coś więcej o jego życiu zrozumiała niedawno po wspólnym obejrzeniu w telewizji, wraz z ojcem i Krzyśkiem, kulinarnego programu podróżnika i kucharza Roberta Makłowicza, który tym razem gościł w Ystad. Odwiedził między innymi tamtejszy targ rybny. Zaskoczona była jego informacją, że wszystkie sprzedawane na nim ryby, a nawet krewetki, pochodzą z Bałtyku.

Wywiązała się wówczas dziwna dyskusja. Tata opowiedział im, że kiedyś w Małym Morzu była wielka obfitość ryb, jak w jakiejś cudownej lagunie na południowych morzach. Przypomniał też stare czasy, wspominając opowieści dziadka Adama. Na koniec podzielił się tym, czego sam się naoglądał kiedyś jako mały dzieciak z kutra w morzu i na gdyńskiej hali targowej. Marta słuchała tego z otwartymi niemal ustami.

Po jego słowach w pokoju zapadła cisza, tylko z kuchni dochodziły odgłosy krzątania się matki.

– Pierwszy raz… coś takiego… opowiedziałeś mi, tato. Dlaczego…? – wyjąkała zdziwiona Marta.

– Się złożyło, Martuś. Kiedy wracałem z kutra, ty zawsze siedziałaś przy lekcjach i nie chciałem ci przeszkadzać. Krzysia, który szedł czasami ze mną na przystań, zarzucałem tymi opowiadaniami, żeby się nie nudził.

– Ale powiedz mi, dlaczego… – Marta wpatrzyła się w ojca – …nie ma w Małym Morzu tych ryb, o których tak ładnie mówiłeś? Wracasz z połowu, a w skrzynce tylko kilka dorszy, fląder, kilka garści śledzia czy szprot.

Ojciec spojrzał na córkę, a potem przeniósł wzrok na syna. Do pokoju weszła żona.

– Co tutaj taka cisza? – spytała, rozglądając się wokół. – Wstawiłam wodę na kawę. Kto chce?

– Ja zrobię… – Marta uniosła się z krzesła. – Kto nie chce? – zażartowała. – Rozmawialiśmy o rybach w zatoce – wyjaśniła krótko, spoglądając na matkę.

– Przecież ryb prawie w niej nie ma, to o czym tu gadać? – Pani Krystyna wzruszyła ramionami.

– Widzisz?! – zatriumfował Krzysiek.

– To nie tak… – Ojciec pokręcił głową. – Zrób kawę wszystkim – mrugnął do córki – a jak przyniesiesz, to jeszcze coś opowiem.

Marta skinęła głową.

– A ty byś mógł przynieść ciasto i talerzyki – gospodyni rzuciła w kierunku syna. – Zapomniałam. – Rozłożyła ramiona i uśmiechnęła się.

Po kilku minutach wszyscy znowu siedzieli przy stole. Ojciec spojrzał na półkę z książkami i zaśmiał się, aż brzuch mu się zatrząsł.

– Które z was… – jego wzrok przebiegł po córce i synu – …znowu schowało moją książkę gdzieś do tyłu.

– O tych… trawach? – spytał Krzysiek, robiąc nieco głupawą minę.

– Tak, tę. Podaj mi ją – poprosił syna.

Ten wstał, wyciągnął zza albumów stojących z przodu Zatokę śpiewających traw Stanisławy Fleszarowej-Muskat i posłusznie podał ją ojcu.

– Które z was czytało ją ostatnio? – spytał ojciec, potrząsając książką, i przebiegł poważnym wzrokiem po córce i synu.

– Ja już nie muszę czytać lektur – zachichotał Krzysztof i spojrzał na siostrę.

– My na studiach też nie mamy lektur… a w szkole jej nie było w kanonie – rzuciła Marta, wykrzywiając się do brata. – Kiedyś z nudów zaczęłam ją czytać – przeniosła wzrok na ojca – ale się nie wciągnęłam, bo taka trochę staromodna mi się wydała, i schowałam ją wówczas za encyklopedię. No, nie patrz na mnie tak, przecież u nas w rodzinie nikt w dalekie rejsy nie wypływał, więc mnie nie zaciekawiła. A poza tym czy nie widzisz, że jest strasznie pożółkła i ma luźne kartki? Trochę wstyd, jakby ktoś z gości zobaczył taką na regale – wyjaśniła.

– A ktoś do nas przychodzi? – spytał retorycznie ojciec. – Ale w ogóle czytaliście ją?

– A co ty się dzisiaj, tato, tak nasadziłeś na tę książkę? – wyrzuciła z siebie lekko już poirytowana tematem starej pożółkłej książki Marta.

– Zaczęłaś pytać o ryby w zatoce, a ta książka ma z tym wiele wspólnego.

– Ta książka?! – zdziwiła się Marta.

– No co ty, tato! – uzupełnił zdziwienie siostry Krzysztof.

– Ale chcecie powiedzieć, że nie czytaliście jej nigdy?! – Tym razem zdziwiła się matka i pokręciła z dezaprobatą głową. Jej dorosłe dzieci wstydliwie odwróciły oczy.

– Czy wam naprawdę trzeba wkładać książki do ręki i zachęcać do czytania?! – niespodziewanie wybuchnął ojciec. – Nie wystarczało, że ona tu stoi? Dlaczego na regale stoją encyklopedie czy albumy?! Bo czasami się przydają, są użyteczne. Ta książka też tutaj stoi w tym samym celu. Ja czytam ją przynajmniej raz do roku, bo dla mnie jest ważniejsza niż wszystkie… te tam! – Wskazał dłonią na lśniące grzbiety woluminów.

– Chyba trochę przesadzasz, tato. Taka książka miałaby być źródłem jakichś mądrości?! – żachnęła się Marta.

Dostrzegła, że ojciec ledwo powstrzymał się przed kolejnym wybuchem. Pewnie gdyby to powiedział Krzysiek, nie wyhamowałby. Spoglądał na nią spode łba. Zerknęła na brata, którego mina świadczyła, że też jest w szoku. Przeniosła oczy na matkę wpatrującą się z niepokojem w męża.

Wiatr od morza Stefana Żeromskiego… – Marta zawiesiła głos i wskazała na pięknie oprawiony wiśniowy tom, relikwię mamy, pamiątkę po jej babci – …czytaliśmy, ale to wynikało z programu szkolnego – postanowiła wyjaśnić niejako za siebie i brata.

– Bo zdołałam was dopilnować – odparła matka. – Dzięki temu przynajmniej wiecie, że jest taki diabeł Smętek1, i wiecie też, co robić, żeby się przed nim chronić – dopowiedziała, omiatając Martę i Krzyśka wzrokiem; oboje posłusznie skinęli głowami. – Pijmy, Adaś, kawę… – powiedziała ugodowo do męża.

– Tak… pijmy tę kawę… ale wkurzyli mnie! – Ojciec potoczył złym wzrokiem po córce i synu.

– To powiedz im wreszcie, jak to było… i dlaczego tak jest – rzekła wolno matka, wskazując ręką za okno, w kierunku zatoki. – Nie pozwólmy, żeby Smętek wszedł między nas i w naszym domu zasiewał niezgodę i kłótnię. On przecież potrafi wywoływać jeszcze gorsze rzeczy…

Spojrzała na Martę, jakby oczekiwała jej reakcji.

– Pamiętam, mamo… – Marta na chwilę przymknęła oczy, żeby łatwiej sięgnąć do pamięci. – On może wywołać nawet… bitwę na śmierć ludzi, ucząc ich swoimi sposoby łamać prawa łączące ich od prawieku w społeczność – przywołała niegdyś wyuczony tekst.

– Tak, córcia. O to mi właśnie chodziło.

Matka uśmiechnęła się blado.

Nieco udobruchany ojciec głęboko westchnął.

– Niby niepozorna książka, ale opisuje dokładnie wszystko, co tu się stało… – zaczął cicho, wpatrując się w trzymaną w dłoniach Zatokę śpiewających traw. – Jest w niej kilka ciekawych wątków, choćby ten, o którym wspomniałaś – zerknął na córkę – ale dla mnie zawsze najważniejszym był ten z wyławianiem z zatoki widlika i morszczynu, a właściwie z wydzieraniem go z dna. Od tego zaczęło się całe zło.

– Ale przecież to zwykłe trawy i chyba odrosły – spróbowała wtrącić Marta.

– Gówno, a nie odrosły – rzekł ojciec dobitnie, choć cicho, i spojrzał smutno na córkę; oczy Marty rozszerzyły się. – Tutejsi rybacy wytrałowali z nich prawie całe dno Małego Morza bardzo wymyślnymi trałami czy bronami; autorka nazywała ten sprzęt: „dragą w obudowie drewnianej” – zacytował z pamięci. – Mój tata krótko przed śmiercią dokładnie mi o tym wszystkim opowiedział. Sumienie go dręczyło, że on sam mocno przyczynił się do tego stanu.

 

– Tego nigdy mi nie opowiadałeś – odezwał się cicho Krzysiek.

– Czekałem, aż przeczytacie wreszcie tę książkę, ale nie doczekałem się – odparł zrezygnowanym tonem ojciec i machnął ręką. Przy stole kolejny raz zapadła cisza.

– Zaraz po kawie zacznę ją czytać – zadeklarowała po chwili Marta i wyciągnęła ją z ojca dłoni; ten podążył za książką wzrokiem.

– Sama się zorientujesz, że mój… tatuś… – jego oczy zaszkliły się – …miał powody, aby rozpaczać. Gnębiło go to, do czego przyłożył rękę i co zaprowadziło go na drugi świat.

– Przecież nikogo nie zabił! – wykrzyknął zduszonym głosem Krzysiek.

– Też mu tak powiedziałem, ale on odparł, że uczynił rzecz gorszą. Przyczynił się do śmierci zatoki, która dawała nam życie, a którą przodkowie przekazali jego pokoleniu niezniszczoną. Te wszystkie ryby, o których przedtem mówiłem, że były na hali rybnej, przecież tutaj żyły. Ponad pięćdziesiąt lat temu, kiedy byłem małym dzieciakiem, dno prawie całej zatoki pokrywał gruby dywan podwodnych roślin. Parę razy dziadek Adam i wujek Zbyszek wzięli mnie ze sobą na połów ryb na Małe Morze – ojciec uśmiechnął się. – W tym czasie tata trałował trawy z dna kolo Pucka – uzupełnił poważnym tonem i na moment ucichł. – Tego mi dziadek i wujek nie powiedzieli nigdy. Zawsze mówili, że on ciężko pracuje – dodał po chwili ciszej i znowu na chwilę zamilkł. Pociągnął nosem. – Gruby dywan podwodnych roślin korzystał ze światła słonecznego, które przenikało przez przeźroczyste jeszcze wówczas wody – wrócił po chwili do wcześniejszego opowiadania. – Zostera marina, widlik, morszczyn, były ukorzenione w grubej warstwie torfu, leżącego pod piaszczystym dnem zatoki. Wśród tej gęstwiny uwijały się ryby – jego twarz rozjaśniła się lekkim uśmiechem – a na dnie można było dojrzeć mięczaki, skorupiaki, małże, ślimaki morskie i kraby.

Marta zdziwiła się, że ojciec potrafił tak ładnie opowiadać, jego głos stał się prawie radosny, gdy mógł pochwalić się, jak kiedyś wyglądała ich zatoka.

– Dziadek i wujek pokazywali mi to wszystko, bo przecież zatoka jest płytka. Widziałem spłoszone przez kuter flądry, za którymi unosił się z dna piasek, śmigające wężynki i wyskakujące nad wodę belony. Wiecie, że belony mają zielonkawe ości?

Spojrzał po dzieciach i nie czekając na ich reakcję, ciągnął.

– Inne większe ryby też widywałem, ale głównie narybek. Podwodne łąki i trzcinowiska, dzięki występującej tam obfitości planktonu, były spiżarnią dla całej fauny zatoki. Żyło w niej kilkadziesiąt gatunków ryb i innych stworzeń morskich. A dzisiaj zostały niedobitki… – Machnął smutno dłonią.

– Ale przecież dziadek nie był jeden, żeby tak wszystko brać do siebie – próbowała pocieszyć ojca Marta.

– Przyniósł tę książkę do domu krótko po wypadku swojego ojca i brata w sześćdziesiątym ósmym roku – powiedział gospodarz, jakby nie słyszał uwagi córki i wskazał na zatokę. – Ona została wydana rok wcześniej.

Jego wzrok znowu zatrzymał się na książce.

– Pierwszy raz widziałem, że można przy czytaniu książki płakać. Co prawda wtedy dałem mu się zbujać, że podrażnił sobie oko. Kiedy zdałem maturę i zaczął mnie brać na kuter, pierwszy raz powiedział mi z przejęciem, że trawy w toni nie śpiewają z jego winy. Wiedziałem już, o co chodzi, bo książkę przeczytałem wcześniej. Domyśliłem się, że musiał być jednym z tych rybaków, których Fleszarowa-Muskat opisała w książce.

– Ale tam chyba nie ma jego, naszego nazwiska, co? – przestraszył się Krzysiek.

– Na szczęście nie, bo wtedy stan ojca byłby jeszcze gorszy. Zresztą książka została napisana jako pochwała tego procederu, bo produkcja agar-agaru z traw morskich to była socjalistyczna zdobycz! Nawet Fleszarowa-Muskat dała się do tej propagandy wykorzystać. Agar-agar produkowany w Pucku przynosił rocznie pół miliona dolarów oszczędności dla kraju. Dzięki temu można było produkować kosmetyki i słodycze, choćby ptasie mleczko! – podkreślił. – Ojciec miał jednak w pamięci opowieści teścia o zatoce jako o spichlerzu i dlatego dręczyło go, że z roku na rok było w niej coraz gorzej z rybą. Rybacy z Mechelinek, Rewy, a właściwie ze wszystkich portów wokół Małego Morza, bardzo dobrze wiedzieli, kto się do tego przyczynił. Powiedział mi krótko przed śmiercią, że nie mógł im patrzeć w oczy, bo wciąż widział skierowany w niego oskarżycielski palec i słyszał niewypowiedziane przez nich słowa: „To twoja wina, Tomaszu!”. Przez kilka ładnych lat, i to go najbardziej bolało, był de facto jednym ze sług Smętka. Też mi to wówczas wyznał…

Spojrzał na żonę; ta pokiwała głową.

– Teraz dopiero wiem, dlaczego tak się narażasz, walcząc o jakieś działania władz na rzecz zatoki – rzekł poważnym tonem Krzysiek. – Mówią o tobie, że jesteś wilk, a właściwie stary basior, a koło ciebie kręcą się młode wilczki.

– Tak mówią? – Ojciec spojrzał na syna. – A ty jak myślisz?

– Bo ja wiem…? Myślę… że…

– Nie masz swojego zdania?!

– Mam… ale wydaje mi się, że nie zawsze musisz zachowywać się tak ostentacyjnie i…

– Ostentacyjnie?! – przerwał mu ojciec. – To znaczy jak?

– Grzmisz, kłócisz się z urzędnikami, zawsze jesteś na pierwszej linii.

– Odpokutowuję grzechy ojca – rzucił cicho pan Adam i zamilkł.

– Wasz tata miał ciężko, bo na nim skrupiała się złość innych na dziadka Tomasza – włączyła się milcząca dotąd matka i pokiwała głową. – Mój ojciec też przecież był przeciwko teściowi – dopowiedziała cicho i spojrzała na dzieci. – Długo nie chciał się zgodzić na nasz ślub, dlatego tak późno się pobraliśmy. Miałam już skończone dwadzieścia sześć lat.

– To jest późno?! – spytała zdziwionym tonem Marta.

– Takie dziewczyny jak ja wychodziły wtedy za mąż zaraz po liceum.

– To niby ja też jestem stara?! – żachnęła się Marta.

– No wiesz… – odparła z uśmiechem pani Krystyna, robiąc śmieszną minę. – My już patrzymy na te sprawy trochę inaczej, ale z drugiej strony, taką zupełną młódką to już nie jesteś! – zachichotała.

– Matka, nie strasz jej. Ona jest i zawsze będzie moją małą Martusią! – zawołał ojciec i uśmiechnął się do córki.

– Czyli powinnam się koło siebie zakręcić? – spytała Marta, unosząc brew.

– Wolałbym zdecydowanie, żeby koło ciebie zakręcił się jakiś facet – odparł ojciec na wesoło. – Choćby ten Marek. Widać, że jest wygadany, rezolutny i ma pomysły na życie. Może tylko niektóre księżycowe? – Wzruszył ramionami.

– Ale przy innych chłopakach…

– Marek jest spoko – wszedł w słowo siostrze uśmiechnięty Krzysiek i mrugnął do niej.

– Zobacz, Krysiu, co to za gadka. Jest spoko… i nie potrzebują nic więcej mówić – zauważył krytycznie ojciec, spoglądając na żonę, a potem przeniósł wzrok na córkę i z kolei na syna.

– Tato, bo tak czy owak jakiś szwagier musi być, a ten naprawdę jest spoko! Nadaje się! – zarżał Krzysiek.

– Ja ci dam… jakiś! – Marta pacnęła brata w ramię.

– Oj, dzieci, dzieci – odezwała się matka. – Mogę ci tylko, Adaś, powiedzieć, że w porównaniu z innymi młodymi mężczyznami w jego wieku Marek potrafi się zachować, ma kindersztubę. – Spojrzała na męża i po chwili mrugnęła do córki; ta w podziękowaniu uśmiechnęła się.

– Zagadujecie mnie, a przecież nie skończyłem jeszcze tematu zatoki.

Ojciec ruchem głowy wskazał na książkę trzymaną przez Martę.

– No właśnie! – ta potwierdziła ochoczo.

– Kiedyś do Płutnicy, której ujście jest tuż za Puckiem, gromadnie wpływały na tarło szczupaki, leszcze, płocie i wzdręgi, a do Redy, z ujściem blisko nas, na terenie rezerwatu Beka, naszej kaszubskiej Atlantydy, wpływały masowo trocie wędrowne i łososie – powrócił do opowiadania ojciec. – Teraz też wpływają, ale znacznie mniej, bo zatoka jest im coraz mniej przyjazna, chociaż otoczona rezerwatami i pomnikami przyrody. Bo… wyznaczanie kolejnych stref, nadawanie im nazw to wciąż za mało! – podkreślił zdecydowanie. – Brakuje dalszych mocnych działań – wyrzucił z siebie podekscytowany. – Spójrzcie! Mierzeję Rewską coraz bardziej rozdeptują turyści, to samo dzieje się z naszymi Mechelińskimi Łąkami i rezerwatem mikołajka nadmorskiego. – Jego ramię wskazywało kolejno różne kierunki. – Turyści stawiają sobie za punkt honoru podejście pod dąb Bernard, przytulenie się do niego, pogłaskanie czy podrapanie jego kory, a może jeszcze zerwanie na pamiątkę listka?! Byłem tam kilka razy z ciekawości i nakrzyczałem na różnych takich! W ten sposób wszystko może zostać zniszczone, zadeptane, chociaż i tak najważniejsza jest sama zatoka, nasze Małe Morze! – podkreślił mocniej, ale cieplejszym tonem i znowu gestem wskazał za okno. – A jakby tego wszystkiego było mało, kiedyś pozwolono na ponowne „zafoczenie” Bałtyku i wiem, że istnieją plany dalszego zwiększania liczby fok, szczególnie tu, w jego południowej części, a one przecież zjadają tak wiele ryb.

Ton głosu ojca stał się teraz znowu markotny. Przy stole zapadło krótkie milczenie.

– Mój dziadek i jego teść walczyli z plagą fok na początku dwudziestego wieku, a teraz naukowi idioci skutecznie wmówili społeczeństwu, że foki były tutaj od zawsze i trzeba je chronić – wrócił po chwili do opowiadania, a jego głos był teraz pełen irytacji. – Okej. Może i były! Ale w sytuacji, jaką dzisiaj mamy, trzeba wybierać, czym się zająć najpierw i to na zasadzie plebiscytu: albo ryby, albo foki. Ze zwiększaniem populacji fok idzie łatwo, pełno ich teraz. Buszują jak święte krowy w Indiach! Ale niech tak samo ci wszyscy naukowcy zadziałają z rybami! Teraz, najpierw! Wtedy pogadamy. Nie będzie na razie między rybami a fokami koegzystencji. Bałtyk, a nasza zatoka w szczególności, jest zbyt małym zbiornikiem wodnym. Foki można przecież podziwiać w fokarium na Helu albo pojechać oglądać je za granicę. Przecież wszyscy tak uwielbiają podróżować, no i nasze piękno mają za nic!

Ojciec podniósł głos i poderwał ramiona w górę.

– Przemysł rybacki został już prawie zwinięty – dodał ciszej po chwili milczenia. – Przedsiębiorstwa połowów dalekomorskich Dalmor z Gdyni czy Odra w Świnoujściu zostały praktycznie zlikwidowane, a mniejsze firmy połowów na Bałtyku, jak Koga w Helu, Korab w Ustce czy Barka w Kołobrzegu, też mocno ograniczyły swoją działalność. To samo z zakładami przerabiającymi ryby. Doszło do tego, że w porcie w Gdyni, na miejscu Dalmoru buduje się dzisiaj domy mieszkalne. Zgroza! Za to powinien być kryminał! – wykrzyknął nieoczekiwanie.