Zamiana

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

9

Ze szkoły pojechałam prosto do domu na klifie. Chciałam sprawdzić, czy biały range rover stoi na podjeździe. Jeśli tak, to by znaczyło, że Freya zmyśliła spotkanie z przyjaciółką i poza mną nie ma nikogo, komu mogłaby się zwierzyć, z kim mogłaby pożartować i na kogo mogłaby liczyć. Jeśli zobaczę jej samochód przed domem, myślałam, to będę szczęśliwa i chętnie wrócę do siebie, na rodzinne świętowanie, zjem baba ganoush na przystawkę, a na główne danie dal, numer osiem na liście moich ulubionych potraw. Ale jeśli go tam nie ma, to… Nie wiedziałam, co wtedy zrobię.

Dom i podjazd było widać z drogi, pomiędzy drzewami. Max i Freya mieli garaż na dwa samochody, ale nigdy nie widziałam, żeby go używali. Wspomniała kiedyś, że Max trzyma tam swój motor (to, co poczułam, wyobraziwszy go sobie na harleyu, było bardzo bliskie seksualnego podniecenia) i trochę sprzętu do sportów wodnych. On też miał range rovera, ale czarnego, i ten samochód stał pod domem. Białego, którym jeździła Freya, nie było.

Oblałam się gorącym rumieńcem i krew zatętniła mi w skroniach. Zawróciwszy, pojechałam w stronę miasta, wiedząc, że znajdę ją tam bez trudu. Tylko trzy restauracje w Hawking odpowiadały jej gustom i wymaganiom pod względem czystości. Na pierwszy ogień wybrałam tę, z której roztaczał się widok na rozległą wodę. Znajdowała się w niedużym butikowym hotelu, zaparkowałam więc naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy, skąd było widać ciasny parking, na którym – a jakże – stał duży biały range rover Frei. Najwyraźniej dobrze się domyśliłam.

Siedziałam rozdygotana za kierownicą, a moje czoło i górna warga pokryły się drobnymi kropelkami potu. Tylko raz w życiu zaznałam wściekłej zazdrości. W dziewiątej klasie do naszej szkoły zaczęła chodzić nowa dziewczyna. Miała na imię Topaz. Była nieśmiała i nie wiedziała, co ze sobą począć. Pomyślałam, że to ktoś w sam raz dla mnie, tymczasem ona po miesiącu zaczęła się oswajać ze szkołą i wychodzić ze skorupy, a niedługo potem wyrzuciła mnie jak nielubiany, drapiący sweter, bo zależało jej na innych znajomościach, z innymi, fajniejszymi ludźmi. Bolało i byłam zła, ale nie mogłam jej zatrzymać. Teraz już nic nie czułam, kiedy widziałam, jak prowadza się z popularnymi dziewczynami, wygłupia się z nimi i pali papierosy.

Ale Freya to było co innego. Przez cały czas karmiła mnie kłamstwami. Mówiła, że na całym świecie ma tylko mnie. Że ludzie jej grożą i wyśmiewają się z niej, a ja jestem jej jedyną przyjaciółką. Że gdyby nie ja, byłaby całkiem samotna i popadłaby w depresję. Dzięki tym jej zapewnieniom poczułam się ważna i potrzebna, a teraz co? Poszła sobie na obiad z jakąś pierwszą lepszą zdzirą.

Wysiadłam i popędziłam na deptak nad wodą. Na tę stronę wychodziły okna restauracji, żeby goście mogli patrzeć na Pacyfik i na pływające łodzie. W pogodny dzień było też widać dalekie pasma górskie. Byłam pewna, że Freya i ta jej „przyjaciółka” nie będą siedzieć z nosem w talerzu, bo chociaż padało, to krajobraz był fantastyczny. Gdybym więc bezczelnie przemaszerowała pod oknem, nie mogłyby mnie przeoczyć. Kobieta mojego wzrostu (ponad metr osiemdziesiąt) zawsze będzie zwracać uwagę, a w szafirowej todze i birecie – tym bardziej. Czy Freya poczuje się przyłapana, zdemaskowana? Może upuści widelec? Rozleje wino? Wybiegnie do mnie i zacznie błagać o wybaczenie?

Wiedziałam jednak, że nie potrafiłabym zrobić jej sceny. Na to chyba było jeszcze za wcześnie. Przystanęłam kilka metrów od okien lokalu. Uznałam to miejsce za dobry punkt obserwacyjny: mogłam zajrzeć do środka, a sama nie byłam widziana. Biret, który wciąż jeszcze luźno trzymał się włosów, niczym miniparasol chronił oczy przed deszczem. Gdyby Freya nie zażyczyła sobie stolika pod oknem, musiałabym obmyślić jakąś nową strategię, ale byłam pewna, że nie zadowoli się żadnym innym miejscem. Zawsze musiała mieć wszystko, co najlepsze. I rzeczywiście, zgodnie z przewidywaniami dostrzegłam jej jasną głowę przy stoliku dla dwóch osób.

Siedziała tyłem do mnie i dzięki temu mogłam przez nią niezauważona przyjrzeć się kobiecie, która jej towarzyszyła. Miała ciemne włosy ostrzyżone na boba, złociście brązową skórę i była całkiem ładna. Nie tak olśniewająca jak Freya, ale mogła się podobać, bez dwóch zdań. Uznałam, że są zbliżone wiekiem, mogło być między nimi najwyżej parę lat różnicy. Odnosiły się do siebie z taką swobodą i zażyłością, jakby przyjaźniły się od dawna. Gawędziły sobie i śmiały się razem, popijając białe wino i podjadając jakieś pieczone warzywa ze zdrowymi ziarnami. Wydawały się idealnie do siebie dopasowane, jak solniczka i pieprzniczka z jednego kompletu. I to mnie zabolało, bo ja, nawet gdybym nie miała na sobie przemoczonej togi i oklapniętego biretu, pasowałabym do Frei jak pięść do nosa.

Letni deszcz nie ugasił mojego wzburzenia. Nie spuszczałam wzroku z tamtej kobiety. Kiedy nabiła na widelec kawałek awokado i wsunęła go do ust, nasze spojrzenia nagle się spotkały. Widząc moknącą na deszczu dziewczynę w stroju, który wkłada się na zakończenie szkoły, zmarszczyła nieznacznie brwi, ale prawie natychmiast wróciła do rozmowy z Freyą. Była oczarowana tą piękną blondynką tak samo jak ja. I wtedy mnie olśniło, że już ją gdzieś widziałam. Przypomniałam sobie, kto to jest. I wiedziałam, jak ją dopaść.

Odwróciwszy się na pięcie, uciekłam spod okna restauracji, a poły szkolnej togi powiewały za mną jak peleryna dickensowskiego złoczyńcy.

Lato 2019

10

Jamie Vincent

Low Morrison zjawiła się w moim sklepie jakoś pod koniec czerwca. Pamiętam, że to było w środę po południu. Przyniosła CV. Bywała już u mnie i oglądała różne rzeczy na wystawach, a szczególnie interesowała ją ceramika. Trudno było jej nie zauważyć – miała dobrze ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, bujną ciemnorudą czuprynę i bladą, niemalże przezroczystą cerę. Wydawało mi się, że skądś ją kojarzę, ale nie umiałam sobie przypomnieć, gdzie się widziałyśmy. Kiedy chodziła po sklepie, wodziłam za nią niespokojnym wzrokiem, obawiając się, że zaraz coś rozbije. Można by powiedzieć: żyrafa w składzie porcelany. Uspokoiłam się, widząc, jak ostrożnie, wręcz z czułością, odstawia na półkę kobaltowy talerz z pracowni Frei.

W tamtą środę od razu po wejściu skierowała się do lady.

– Dzień dobry. Nazywam się Low Morrison. Szukam pracy na wakacje.

Na razie nie był mi jeszcze potrzebny sprzedawca i nie dawałam żadnych ogłoszeń. Miałam jednak nadzieję, że sytuacja się zmieni. Otworzyłam sklep jesienią, kiedy na wyspie było najmniej turystów. Nie znałam się na handlu, więc sytuacja zrobiła się trochę nerwowa. Wydawało mi się, że to niezły pomysł, by zacząć poza sezonem i wdrożyć się do pracy, zanim zacznie się największy ruch w interesie, ale podczas zimowego zastoju trudno jest zarobić chociażby na czynsz za wynajem lokalu. Na szczęście mieliśmy oszczędności, a mój mąż niedawno dostał zaliczkę za książkę, więc jakoś się udało. Byłam pewna, że sklep z upominkami to strzał w dziesiątkę. Starannie wybrałam każdy drobiazg, a chcąc wspierać lokalnych twórców, wszystko kupiłam w miejscowych pracowniach rzemiosła artystycznego i u projektantów z Wybrzeża Północno-Zachodniego. Ceny miałam raczej z górnej półki, ale w granicach rozsądku dla docelowej klienteli. Poznałam rynek i wiedziałam, na co stać turystów, którzy tutaj przyjeżdżają.

Low Morrison zrobiła jednak na mnie dość niepokojące wrażenie. Była niezwykle poważna, bezpośrednia… Miała w sobie coś groźnego. Nie wiem, czy takie podejście do pracownika można nazwać dyskryminacją, ale przestraszyłam się, że jako ekspedientka będzie odstraszać klientów.

– Na razie nie szukam nikogo do pomocy w sklepie – odchrząknęłam z zakłopotaniem – ale proszę, zostaw CV. Jeśli będę miała ruch w interesie, to na pewno się odezwę.

Dziewczyna przez chwilę przyglądała mi się bez słowa, mrugając tylko oczami.

– W lipcu zacznie się najazd turystów i sama nie da pani rady.

– Oby – uśmiechnęłam się. – Będę wiedziała, do kogo wtedy zadzwonić.

Low postała jeszcze trochę, a potem wymaszerowała ze sklepu.

Miałam nadzieję, że przed sezonem zgłosi się do mnie kilka innych osób szukających pracy. Chętnie widziałabym za kasą kogoś energicznego, serdecznego, towarzyskiego. Low była przeciwieństwem takiej osoby. Nie uśmiechało mi się, że miałabym spędzać tyle czasu w towarzystwie tej dziwnej dziewczyny, nawet gdyby klienci ją lubili. W tamtym czasie wciąż jeszcze przeżywałam to, co mnie spotkało, i dopiero dochodziłam do siebie. Rana się goiła, ale powoli. Bardzo powoli.

Sprowadziliśmy się na tę wyspę, aby zacząć wszystko od nowa. Zrezygnowałam ze stresującej posady w marketingu, aby spełnić swoje marzenie o własnym sklepie z upominkami. Brian, mój mąż, był nauczycielem, ale niedawno zaczął tworzyć serię młodzieżowych powieści fantasy. Udało mu się ją sprzedać pewnemu wydawnictwu i bardzo chciał rzucić pracę w szkole, by całkowicie poświęcić się pisaniu. Pod względem finansowym ta wyspa była w naszym zasięgu. Aby tutaj zamieszkać i gonić marzenia, musieliśmy tylko sprzedać dom w Seattle (ceny nieruchomości poszybowały w górę dzięki Amazonowi), portfel akcji i większość mebli.

– A o dziecku w ogóle nie będziemy rozmawiać – zastrzegł Brian. – Dosyć się już nacierpieliśmy. Było, minęło.

– Dobrze – zgodziłam się.

Ale nie było dobrze. Nie umiałam sobie poradzić. Mój mąż jakoś potrafił poświęcić się bez reszty opisywaniu bohaterskich wyczynów dzielnych nastolatków w przerażającym, dystopijnym świecie, ja natomiast wciąż rozpamiętywałam naszą stratę. Praca w sklepie – nazwałam go Hawking Mercantile – była wymagająca i zabierała mi mnóstwo czasu oraz energii, ale nie zaprzątała moich myśli na tyle, abym mogła zapomnieć, jak straszliwie zawiódł nas los, kiedy wszystkie nasze nadzieje na dziecko ostatecznie legły w gruzach.

 

Zawsze chciałam być mamą. Byłam bez reszty oddana swojej pracy, nigdy jednak nie myślałam, że z zajściem w ciążę mogę czekać, ile mi się podoba. Kiedy stuknęło mi dwadzieścia osiem lat, poruszyłam ten temat z mężem. Brian chciał jeszcze poczekać. Odłożyć trochę grosza, kupić większy dom, lepszy samochód.

– Nie czekajmy, aż wszystko będzie idealnie, bo nigdy nie zostaniemy rodzicami – przekonywałam go, przewracając przymilnie oczami, aż wreszcie się zgodził i zdjęliśmy bramkarza z boiska. Gdy po dwunastu miesiącach seksu bez zabezpieczenia nie było spodziewanych rezultatów, wybraliśmy się na badanie płodności.

Przez kolejne trzy lata próbowałam akupunktury, piłam śmierdzące ziółka, brałam hormony i poddawałam się kosztownym badaniom. I płakałam. Bez przerwy płakałam. Okazało się, że to ze mną jest problem. Testy potwierdziły, że plemniki Briana są dziarskie i zdrowe, u mnie natomiast wykryły „agresywny śluz szyjkowy”. Takiego określenia użył lekarz; śluz podobno zawierał bakterie atakujące plemniki. Oddziały zdrowych, gorliwych nurków Briana ginęły w starciu z bezlitosnymi strażnikami mojego jałowego łona. Nachodziły mnie wizje rodem z horroru: olbrzymi srom uzbrojony w zęby, jakich nie powstydziłby się rekin, masakruje wyprawę śmiałych odkrywców. Dziwne, że Brian nie bał się mnie dotykać.

W końcu, uznawszy, że nie są nam potrzebne biologiczne więzy, aby kochać dziecko i stworzyć mu dom, zdecydowaliśmy się na adopcję. Po starannych poszukiwaniach znaleźliśmy agencję, która cieszyła się dobrą opinią, i zgłosiliśmy się do rejestru rodziców adopcyjnych. To oznaczało, że matka dziecka sama miała nas wybrać. Brianowi nie podobały się niektóre porady, których udzielili nam ludzie z agencji. Na przykład poza „olśniewającą” prezentacją na ich stronie mieliśmy założyć sobie własną stronę internetową, a także profil na Facebooku, żeby pokazać, jak mieszkamy, dokąd podróżujemy, jakie mamy zwierzęta i czym się interesujemy.

– Jakbyśmy chcieli sprzedać nasze mieszkanie albo samochód – narzekał. – Tylko że sprzedajemy siebie.

– Chętnych jest zawsze więcej niż dzieci – odparłam. – Chodzi o to, żeby kobieta w ciąży wybrała właśnie nas.

Uśmiechaliśmy się więc szeroko na wszystkich zdjęciach, na filmiku do prezentacji mówiliśmy szczerze, prosto z serca, pokazaliśmy, że w naszym domu jest czysto i porządnie, że lubimy spędzać czas aktywnie, w plenerze, i że jesteśmy sobie bardzo oddani. (Chciałam też adoptować psa ze schroniska, ale niestety nie pozwoliła nam na to alergia Briana).

I udało się! Wybrała nas Mia, siedemnastoletnia dziewczyna o szeroko osadzonych oczach, ustach pięknie wykrojonych w łuk Kupidyna i długich, ciemnych włosach. Mieszkała na przedmieściach Chicago i była w piątym miesiącu ciąży. Umówiliśmy się na rozmowę przez Skype’a. Brzuch miała już wyraźnie zaokrąglony, więc można powiedzieć, że spotkaliśmy się też z naszym dzieckiem.

Spodobała mi się: pełna wdzięku, wesoła i serdeczna. Kontakt układał się dobrze. Pisaliśmy do siebie często i raz w tygodniu rozmawialiśmy na Skypie. Przysłała nam zdjęcie USG. Nasz maluszek w dwudziestym drugim tygodniu miał rozmiary małego banana.

– To dziewczynka – poinformowała nas Mia.

Popłakaliśmy się ze szczęścia.

Rozmawiałam z nią nie tylko o ciąży. Opowiedziała mi o ojcu dziecka, ślicznym, wysportowanym chłopaku. Myślała, że ją kocha, a okazał się niedojrzałym egoistą. Wśród jej znajomych zdarzały się zgrzyty, jak wszędzie: czasem miało to związek z ciążą Mii, czasem do głosu dochodziła zwyczajna dziewczyńska złośliwość. Na rodziców podobno mogła liczyć, ale powiedziała, że nie chcą nas poznać. Chociaż wiedzieli, że tak będzie najlepiej, to trudno im było pogodzić się z myślą, że nie będą mieli wnuczki.

– Może to by im pomogło, gdyby z nami porozmawiali – powiedziałam Mii.

– Kiedyś się przełamią – zapewniła.

Usłyszałam od niej wszystko, co było dla mnie ważne. Że tacy rodzice jak my to dla jej maleństwa prawdziwy uśmiech losu. I że ona sama też będzie dobrą mamą, ale w tej chwili nie jest jeszcze na to gotowa. Czułam się jak prawdziwa altruistka. Dzięki nam dziecko miało dostać dom pełen miłości, a jego matka – szansę, by dorosnąć.

Agencja radziła, aby wszelką pomoc finansową przekazywać za pośrednictwem prawników. Rodzina Mii nie miała jeszcze adwokata, musieliśmy więc osobiście zwracać jej koszty wizyt lekarskich, witamin prenatalnych i odzieży ciążowej. Oprócz tego wysyłałam jej różne prezenty: gęsty, aromatyczny balsam do ciała przeciwdziałający powstawaniu rozstępów, zestaw uspokajających olejków eterycznych z dyfuzorem, bilety na koncert, który bardzo chciała zobaczyć. Dziękowała mi z widocznym wzruszeniem. Byłyśmy sobie coraz bliższe.

Tylko że dla mnie to wciąż było za mało. Musiałam spotkać się z nią osobiście, zjeść razem obiad, przytulić.

– Jedźmy do Chicago – zaproponowałam Brianowi. – Mamy pierwszy raz zobaczyć Mię w dniu, kiedy zabierzemy jej dziecko? Nie chcę tak.

Zgodził się, a ja podczas najbliższej rozmowy na Skypie poinformowałam ją o tym pomyśle.

Mia zmarszczyła czoło.

– Mam niedługo ważny egzamin.

– Dopasujemy się do ciebie – obiecałam. – Przyjedziemy, kiedy będzie ci wygodnie.

Uśmiechnęła się i uspokoiła. Ustaliłyśmy termin. W wyznaczonym dniu polecieliśmy do Chicago. Mia podała nam adres swojej ulubionej restauracji w Wilmette, miejscowości na północnych obrzeżach metropolii. Następnego dnia byliśmy zaproszeni do jej rodziców na obiad, ale najpierw sama chciała się z nami spotkać. Dobrze ją rozumiałam. Spodziewała się pewnie, że mocno to przeżyje. Znaleźliśmy włoską knajpkę, którą nam wskazała. Siadając przy stoliku, byłam rozdygotana, wzruszona, bliska łez. Miałam dla niej upominek: naszyjnik z dwoma serduszkami. Kosztował sporo, ale bardzo chciałam jej go dać. Kochałam tę dziewczynę i byłam jej nieskończenie wdzięczna.

Czekaliśmy godzinę. Potem z godziny zrobiły się dwie. Napisałam e-maila do Mii, ale po chwili przyszło powiadomienie, że nie dotarł do adresata. To samo było na Skypie: dowiedziałam się, że żaden użytkownik nie loguje się pod takim adresem. Wróciliśmy więc do hotelu. Po wejściu do pokoju rzuciłam się z płaczem na łóżko. Brian chodził od ściany do ściany, mamrocząc pod nosem. Nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Rano zadzwoniłam do agencji adopcyjnej.

– Co się dzieje? Rozmyśliła się?

– Niewykluczone – potwierdziła kobieta, z którą rozmawiałam. – Albo… nie jest w ciąży.

– Co?!

– Są dziewczyny, które lubią zwracać na siebie uwagę. Dostawać maile i prezenty.

– Przecież widzieliśmy, że ma brzuch! I przysłała nam zdjęcie USG!

Kobieta w słuchawce westchnęła.

– W internecie są strony, na których można kupić wszystko, co potrzebne do udawania ciąży.

– Chyba pani żartuje!

– Nie. Są tam fałszywe wyniki badań, obrazy USG, sztuczne brzuchy i piersi z lateksu. Staramy się wszystko dokładnie sprawdzać, ale czasem udaje im się wyprowadzić nas w pole. Przykro mi.

Czułam się tak, jakbym straciła dziecko, chociaż tak naprawdę nasza córeczka nigdy nie istniała. Wzięłam zwolnienie z pracy, aby móc ją opłakać. Oprócz bolesnego poczucia straty dręczyła mnie też świadomość, że daliśmy się nabrać. Tak bardzo pragnęliśmy mieć dziecko, że zlekceważyliśmy wszystkie znaki ostrzegawcze. Nasi znajomi, krewni i koledzy z pracy będą mieli o czym rozmawiać. Jak można było się nie domyślić, że Mia kłamie w żywe oczy? Nie zauważyć, że jej brzuch jest sztuczny? Nie pomyśleć, że gdyby naprawdę była w ciąży, to jej rodzice osobiście zaangażowaliby się w sprawy dotyczące adopcji? I to wtedy Brian zaproponował, byśmy wyprowadzili się z Seattle.

Teraz widzę, że powinnam była najpierw pójść do psychologa, ale w tamtej chwili ważniejsze było dla mnie rozpoczęcie nowego życia. Powiedziałam sobie: najpierw się trochę urządzimy, a potem poszukam pomocy. Tylko że w Hawking nie było poradni zdrowia psychicznego. Gdyby nawet jakiś psycholog otworzył tam gabinet, to i tak miejscowi wstydziliby się do niego chodzić. W takim małym miasteczku wszyscy wiedzą o sobie wszystko. Cierpiałam więc w samotności, aż pewnego dnia w moim sklepie zjawiła się Freya. Czarująca Freya, która wyciąg­nęła mnie z bagna rozpaczy i przekonała, że mogę znów poczuć się szczęśliwa.

Jej przyjaźń była dla mnie ratunkiem.

11

Ludzie najczęściej zachwycali się jej urodą, stylem i charyzmą, ale Freya miała w sobie coś więcej. Talent, wizję, prawdziwą świadomość sztuki. Stanęła w drzwiach mojego sklepu z wielkim kartonowym pudłem w rękach. Postawiła je na ladzie i wyjęła kilka misek, wazonów i talerzy. Były surowe, a zarazem delikatne. Szkliwo mieniło się barwami morza, nieba i plaży. Na takim stylu mi zależało. Musiałam mieć je u siebie.

Zaprosiłam ją na kawę, aby omówić warunki umowy. Poszłyśmy do przytulnej kafejki naprzeciwko i tam, przy małym stoliku, nad parującymi kubkami (Freya piła różowe buraczane latte z mlekiem migdałowym), okazało się, że wiele nas łączy. Nie tylko zamiłowanie do sztuki i wzornictwa, lecz także wiek i stan rodzinny: bezdzietne mężatki. Oprócz tego obie z trudem odnajdywałyśmy się w nowym otoczeniu i czułyśmy się samotne. Wtedy jeszcze żadna z nas się do tego nie przyznała, ale myślę, że dostrzegłyśmy to w sobie nawzajem od razu.

Wkrótce zaczęłyśmy się spotykać regularnie – na kawę, na obiad, na wino. Były też dwie kolacje we wspólnym gronie z naszymi mężami, jedna w jej wspaniałej rezydencji nad oceanem, druga u nas, w lesie. Nasz dom trochę już się prosił o remont, ale Freya i Max zgodnie stwierdzili, że jest „miły i przytulny”. Panowie, pomimo wyraźnych różnic, szybko się polubili. W zasadzie Brian i ja nigdy nie mieliśmy żadnej znajomej pary. W przeszłości zdarzało się, że znałam fajną dziewczynę, ale jej partner był zarozumiałym głąbem i odwrotnie – żony kumpli Briana okazywały się złośliwe i rywalizujące. A Maxa i Freyę oboje polubiliśmy.

Kiedyś przy kolacji zaczęła narzekać, że na wyspie nie ma ani jednego klubu fitness, i stanęło na tym, że będziemy się razem ruszały. We wtorki i czwartki rano, przed otwarciem sklepu, spotykałam się z nią i szłyśmy do lasu. Właściwie nie był to trening, tylko zwyczajny spacer. Ścieżka wijąca się łagodnie pomiędzy drzewami wiodła aż na brzeg oceanu. Las to magiczne miejsce. Ma się w nim poczucie, że potężne cedry, wszechobecne paprocie i gęste mchy sięgają korzeniami prehistorycznych czasów. To tam, w intymnym odosobnieniu skłaniającym do zwierzeń, wręcz do spowiedzi, nasza przyjaźń jeszcze bardziej się zacieśniła.

Te wypady, ma się rozumieć, były uzależnione od pogody. Na wyspie często padało. Freya znosiła to ciężko, bo na ludzi z cieplejszych stref klimatycznych ciągły deszcz działa przygnębiająco, ale dla mnie taka pogoda była czymś zwyczajnym. Od dziecka mieszkałam na północno-zachodnim wybrzeżu Pacyfiku, czyli na południu, jak mówi się u nas w Kanadzie. Urodziłam się w Vancouver i tam też spędziłam młode lata, a po ślubie przeprowadziłam się z Brianem do Seattle. Całe moje życie upłynęło pod szarymi, ponurymi chmurami. Fatalne samopoczucie, które mnie dręczyło, nie miało nic wspólnego z pogodą.

Podczas jednego z naszych spacerów dowiedziałam się, że Freya zna Low Morrison. Był słoneczny, ale nieprzesadnie ciepły poranek, wymarzony na przechadzkę.

– Podobno moja ulubiona uczennica zgłosiła się do ciebie do pracy – zagadnęła.

Wiedziałam, że Freya prowadzi u siebie warsztaty ceramiczne dla seniorów, ale przecież nikt w tym wieku nie szukał pracy w moim sklepie.

– Nazywa się Low Morrison – mówiła dalej. Suche sosnowe igły głośno trzaskały pod podeszwami jej drogich turystycznych butów. – Taka wysoka.

– Aha. No tak, zgadza się. – Natychmiast stanęła mi przed oczami dziewczyna o niespotykanym imieniu i nieprzeciętnym wzroście. Miałam jeszcze w szufladzie jej CV. Leżało tam samotne. Myślałam, że więcej osób będzie szukać zajęcia na lato, ale wyspa była tak skąpo zaludniona, że pracodawcy nie mieli wielkiego wyboru. Do tego miałam silną konkurencję: marinę, wypożyczalnię kajaków, kilka restauracji i dwie lodziarnie. We wszystkich tych miejscach więcej się działo i zarobić też można było więcej. Któremu nastolatkowi chciałoby się stać cały dzień za kasą i pomagać paniom w jesieni życia w wyborze tej jednej, niepowtarzalnej mydelniczki?

– Sprawia wrażenie bardzo… poważnej – dodałam. – Nie jestem pewna, czy sklep z upominkami to dla niej najlepsze miejsce.

– Wiem, że wydaje się trochę dziwna, ale to przemiła dziewczyna – powiedziała Freya. – I bardzo jej zależy na pracy u ciebie.

 

– Dlaczego? – Nie mogłam nie zapytać. Low Morrison lepiej odnalazłaby się na jakimś jednoosobowym stanowisku, na przykład w spożywczym po godzinach. Była stworzona do układania towarów na najwyższych półkach.

– Uwielbia ceramikę i w ogóle sztukę. Poza tym ma talent do garncarstwa – wyjaśniła Freya. – Kiedy się ją trochę pozna, okazuje się fascynująca.

– Naprawdę? – zapytałam zaciekawiona.

– Żyje w sekcie seksualnej.

– Co proszę? – Stanęłam jak wryta.

Freya się zaśmiała.

– To szczera prawda. Któregoś wieczoru wypiłyśmy trochę wina i wszystko mi opowiedziała. Jej rodzice są poliamorystami. Żyją w komunie ze swoimi kochankami, a do tego mają kozy i kury.

Tak mnie zasypała informacjami, że nie zwróciłam najmniejszej uwagi na kluczową informację: piła alkohol z tą małomówną nastolatką.

– No, no – powiedziałam. – Nic dziwnego, że jest taka… inna.

– Wcale nie jest inna – odparła Freya. – Jest nieśmiała. A ponieważ ma taką rodzinę i wygląda, jak wygląda, to inne dzieciaki się od niej odwracają. Jest jednak bystra, pomysłowa i pracowita. Naprawdę uważam, że powinnaś dać jej szansę.

I w ten sposób przekonała mnie do Low. Zrobiło mi się żal tej nietypowej dziewczyny. Chciałam pokazać Frei, że mam serce, nie mogłam jednak zapomnieć, że sklep musi zarabiać.

– Pomyślę – obiecałam.

– Powiem ci, że podoba mi się, jak żyją jej rodzice – dodała Freya. Dotarłyśmy już do miejsca, skąd widać było rozległą połać szaroniebieskiego oceanu. – Seks i miłość bez zaborczości, bez zazdrości? Podziwiam.

– Naprawdę? – rzuciłam z nadzieją na ciąg dalszy. Piękną kobietę o kalifornijskim akcencie, spacerującą po lesie w absurdalnie drogich designerskich sportowych butach nietrudno jest zlekceważyć razem z jej poglądami, ja jednak wiedziałam, że Freya, wbrew pozorom, nie jest płytką blondynką. Uwielbiałam prowadzić z nią filozoficzne dysputy.

– Na tej wyspie wszyscy wymieniają się partnerami, ale Morrisonów się krytykuje, bo otwarcie się z tym deklarują. Co za hipokryzja.

Było powszechnie wiadomo, że panują tutaj swobodne obyczaje, a wolna miłość ma na wyspie bogatą tradycję. Rozmawialiśmy o tym z Brianem przed przeprowadzką, zastanawiając się, ile w tych pogłoskach jest prawdy, a ile legendy. Byliśmy jednak spokojni: to nie mogło mieć wpływu na nasz związek oparty na wzajemnym oddaniu, sprawdzony, można powiedzieć tradycyjny.

– Masz rację – mruknęłam pod nosem.

– Są ludzie niezdolni do życia w monogamii. – Freya zaczęła rozwijać temat. – Wiem coś o tym. Mam męża sportowca. Zajebiście seksownego.

Dokładnie to samo przemknęło mi przez głowę, kiedy pierwszy raz zobaczyłam Maxa Beausoleila. Te dwa słowa: zajebiście seksowny. Co na mnie aż tak podziałało? Nie tylko śniada cera i przystojna twarz ze zmysłową blizną przecinającą wargę. Nie tylko rosła sylwetka i wyrobione na treningach mięśnie. Nie tylko sława, ta dobra i ta zła. Kiedy się poznaliśmy, był miły i zaangażowany w rozmowę, a zarazem przygnębiony i posępny. Czuło się wyraźnie, że ten człowiek przeżył jakąś tragedię. Co zabawne, to połączenie było niesamowicie atrakcyjne. Nawet Brian zapałał do niego sympatią. (To natomiast, jak się do niego przymilał, było już zdecydowanie mniej zajebiste).

Freya mówiła dalej:

– Kobiety lecą na Maxa bez przerwy. Mam wierzyć, że kiedy grał na wyjeździe, nigdy nie zaliczył skoku w bok? Nie jestem taka naiwna.

– Musiało być ci z tym trudno.

– Nie, naprawdę, było mi wszystko jedno, wystarczyło, że się zabezpieczał – odparła. – Żeby nie przyniósł do domu jakiejś choroby wenerycznej. Albo, co gorsze, dziecka.

Zabolały mnie te słowa. Tak bardzo pragnęłam mieć dziecko, a dla niej ciąża najwidoczniej była czymś takim jak opryszczka. Z drugiej strony nie powiedziałam jej jeszcze ani o naszych zmaganiach z niepłodnością, ani o tym, jak dziecko, które mieliśmy adoptować, nagle wyparowało. Byłam pewna, że nie chciała mnie urazić.

– Chociaż właściwie nigdy o tym nie rozmawialiśmy – dodała Freya. – Żadne z nas nie powiedziało: Kocham cię, ale czuję się samotna/samotny, tak często jesteśmy daleko od siebie, a ja mam swoje potrzeby.

– A czy ty kiedyś…? – Urwałam w pół słowa, nie chcąc, by zabrzmiało to jak zarzut, jak oskarżenie.

Odwróciła głowę i spojrzała mi prosto w oczy.

– Seks i miłość to dwie różne rzeczy. Seks jest czysto fizyczny. To zabawa, nic więcej. – Pochyliła się, aby przejść pod nisko wiszącym konarem cedru. – Ludzie z tej wyspy rozumieją, że wierność to mit. Przynajmniej nie udają, że jest inaczej.

– Nie wszyscy partnerzy są niewierni.

– Naprawdę? Ty nigdy?

– Nie. I Brian też nie.

– Skąd ta pewność?

– Mój mąż jest uczciwy do szpiku kości. To po prostu urodzony monogamista. Jesteśmy razem od studiów. Znam go na wylot.

– No proszę. I ty też nigdy nie chciałaś innego faceta?

– Tego nie powiedziałam. – Gorący rumieniec wystąpił mi na twarz. – Kiedyś pewnie miałam takie myśli. Poszłam na studia i wydawało mi się, że teraz to tylko randki, imprezy i wygłupy. Ale bardzo szybko poznałam Briana. Był cudowny i zawsze mogłam na niego liczyć. Zawsze był przy mnie…

– Nie żal ci tego, co cię ominęło?

– Czasami tak. W pewnym momencie zaproponowałam nawet, byśmy spróbowali otwartego związku. Nie chciał. Powiedział, że nie potrafi. Że niedobrze mu się robi, kiedy myśli, że byłabym w stanie to zrobić. A ja nie chciałam wystawiać udanego małżeństwa na próbę tylko po to, by przespać się z innym facetem.

Freya przystanęła w miejscu.

– To znaczy, że Brian był twoim pierwszym i do tej pory ostatnim?

Zdążyłam już przywyknąć, że niektórzy patrzą z góry na naszą erotyczną powściągliwość. Że widzą w tym naiwność albo pruderię. Jakby chodzenie do łóżka z obcymi ludźmi było rytuałem inicjacyjnym, jak bal maturalny albo egzamin na prawo jazdy.

– Tak – potwierdziłam.

– Och, moja droga… – Freya spojrzała na mnie z bezbrzeżnym współczuciem. – Musimy to naprawić.

– Kocham mojego męża – odparłam twardo. – To dobry człowiek. I jest świetny w łóżku.

Głupio mi było zdradzać intymne szczegóły, ale chciałam, żeby mnie dobrze zrozumiała, żeby wiedziała, co daje mi Brian.

Freya uniosła dłonie.

– Żartuję, słońce. To wspaniale, że tak wcześnie znalazłaś właściwego faceta. W sumie byłaś jeszcze dzieciakiem.

– Studentką – poprawiłam ją żartobliwym tonem. Ruszyłyśmy dalej ścieżką.

– Rozumiem cię doskonale – świergotała Freya. – Brian jest inteligentny i dowcipny. To podobno najbardziej działa na kobiety – poczucie humoru. No i ma jeszcze ten bonus, że jest okropnie przystojny. – Obejrzała się z uśmiechem. – I na pewno nie chciałby się z nikim dzielić taką laską jak ty.

– Dziękuję. – Rozpromieniłam się, słysząc tyle komplementów.

– Ale – dodała – może ta wyspa hipisów to miejsce, gdzie da się zjeść ciastko i mieć ciastko?

– Co? – Zachichotałam speszona.

– Żartuję. – Freya machnęła ręką, jakby chciała odwołać te słowa. – Ty i Brian pasujecie do siebie jak ulał. Nie potrzeba wam nikogo nowego. Wszystko jest tak, jak powinno być.

– Ty i Max też wyglądacie na dobraną parę – powiedziałam, całkiem zresztą szczerze, bo przynajmniej z wyglądu byli wręcz stworzeni dla siebie. Jego śniada cera i męska uroda wspaniale harmonizowały z jej delikatną cerą i jasnymi włosami.

– Nasz związek jest skomplikowany – odparła. – Wiele razem przeszliśmy.

Mówiła o tamtym feralnym meczu, o śmierci sfaulowanego zawodnika, o procesie. Słyszałam o tym. Wszyscy słyszeli. Od ponad trzech lat ten temat stale powracał w telewizji.

– Wiem. – Uśmiechnęłam się do niej ze zrozumieniem. – Przykro mi.