Zamiana

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Low

Obudziłam się w nocy. A może już nad ranem. Na ciemnym niebie lśnił srebrny półksiężyc i całe mnóstwo gwiazd. W ustach miałam tak sucho, jakbym nałykała się waty albo włókna szklanego, tego różowego, którym ociepla się strychy. (Nie tknęłabym takiego paskudztwa, ale mniej więcej jakoś tak to pewnie musi smakować). Dopiero po kilku sekundach przypomniało mi się, że wieczorem Freya zaprosiła mnie do swojego domu i poczęstowała czerwonym winem, którego potem wciąż mi dolewała. I że poznałam jej postawnego, seksownego i opryskliwego męża. I że się upiłam. I upaliłam. Najprawdopodobniej wciąż jeszcze nie byłam do końca trzeźwa, bo miałam mdłości i kręciło mi się w głowie.

Kiedy mój wzrok przywykł do ciemności, rozejrzałam się dookoła. Byłam w domu Frei, na dole, w gustownie urządzonym pokoju. Jak się tutaj znalazłam? Dałam radę sama zejść po schodach? A może to Max mnie tutaj przyniósł, półprzytomną, lecącą przez ręce? Wyobraziłam sobie, jak silne ramiona unoszą moje bezwładne ciało, wiotkie jak rozgotowany makaron, i nagle dotarło do mnie, że nie mam na sobie spodni ani koszuli. Byłam w samym staniku, lekko pożółkłym, i w babcinych bawełnianych majtkach. Kto mnie rozebrał? Policzki zapłonęły mi ze wstydu i poczułam gorzki, piekący smak w gardle. Wstawaj, jedź do domu, mówił mój wewnętrzny głos, ale wiedziałam, że w tym stanie nie mogę prowadzić. Obróciwszy się na drugi bok, postanowiłam, że prześpię się jeszcze z godzinę albo dwie, a potem stąd zniknę.

Zamknęłam oczy i wtedy nagle coś huknęło. Raz, a potem drugi. Nie przestraszyłam się. To mógł być wiatr albo jakieś dzikie zwierzę buszujące na dworze. Kto mieszka w lesie, musi się liczyć z nocnymi hałasami. Ale po chwili rozległ się głośny ludzki krzyk, który sprawił, że poderwałam się i usiadłam na posłaniu. To było wycie – rozdzierające, wściekłe, pełne udręki. Głos należał do kobiety. Do Frei.

Muszę do niej iść, pomyślałam, muszę jej pomóc, ratować ją, bronić – jak tylko potrafię. Wygramoliłam się z łóżka, ale pokój zawirował mi przed oczami, a żołądek podszedł aż do gardła. Boże. Czułam, że zbiera mi się na wymioty. Nie, tylko nie tutaj, nie w tym wychuchanym pokoju gościnnym, nie na ten chodnik z trawy morskiej, śnieżnobiałą kołdrę, poduszkę z akcentami w kolorze gołębiego błękitu. Ale nie mogłam położyć się z powrotem. Jeśli Frei coś się stało, to byłam jej potrzebna. Nie wiedziałam, czy krzyczała z bólu, czy z emocji, czy ma przy sobie Maxa i czy to dla niej lepiej, czy gorzej. Usiadłszy z powrotem na posłaniu, opuściłam głowę nisko, aż do kolan, i po kilku sekundach doszłam do siebie.

Ale gdy uniosłam głowę z powrotem, hałasy już ustały. Nic nie waliło, nikt nie krzyczał… Cisza. Czyżby mi się to tylko śniło? A może miałam omamy po trawce i czerwonym winie? Swoją drogą niezłe combo, nie ma co. Rzadko piłam alkohol i starałam się raczej nie palić zioła na wieczór, zwłaszcza tak pobudzającej odmiany jak sativa. Może to był tylko realistyczny, straszny sen? Uznałam, że wcale mi się nie chce wałęsać po ciemnym, cichym domu i sprawdzać, czy nic się nikomu nie stało, kiedy nie jestem nawet pewna, czy naprawdę słyszałam krzyk. Położyłam się i szybko zmorzył mnie sen.

* * *

Kiedy się obudziłam, słońce stało już wysoko. Zaspałam, i to mocno. O wymknięciu się po cichu, tak by uniknąć spotkania z Freyą i Maxem, nie było mowy. Moje ciuchy, starannie złożone w kostkę, leżały na krześle. Ubrałam się i poszłam do łazienki, która była tuż obok. Załatwiłam się, opłukałam twarz wodą i przygładziłam niesforne włosy. Na widok lekko zielonkawej cery w lustrze pomyślałam, że już za chwilę będę czerwona jak burak ze wstydu. Jak to się stało, że po lampce wina urwał mi się film? Co za upokorzenie. Trudno było o bardziej dobitny dowód, że jestem smarkata, niedoświadczona, dziecinna i nie nadaję się na przyjaciółkę Frei.

Znalazłam ją w kuchni. Była ubrana w luźny, workowaty dres, włosy miała w seksownym nieładzie, a w dłoniach trzymała kubek parującej kawy. Wyglądała przez okno, za którym rozciągał się rozmigotany ocean. Stała w całkowitym bezruchu, zahipnotyzowana wspaniałym widokiem albo po prostu głęboko zamyślona. Przyszło mi do głowy, że może jednak udałoby się przemknąć niepostrzeżenie do drzwi i zniknąć bez słowa.

I wtedy Freya się odwróciła.

– Dzień dobry. Ale pani zabalowała. – W jej głosie brzmiała żartobliwa przekora.

– Dobry – wymamrotałam, stając tak, by mieć jak najbliżej do drzwi. – Przepraszam za ten wieczór. Rzadko piję. I nie powinnam palić trawki.

– Nie przejmuj się, kochana. Każdy kiedyś zaliczył taki zjazd. – Stanęła przed wypasionym ekspresem do kawy. – Może małe espresso?

Zaburczało mi w brzuchu.

– Nie, dziękuję – wymamrotałam. – Lepiej już pójdę.

– W porządku – zgodziła się z pogodnym uśmiechem.

– Przeproś Maxa ode mnie.

– Max wyszedł popływać kajakiem. Nie masz za co przepraszać, ale jak wróci, to wszystko mu przekażę.

Skinęłam głową, ruszając w stronę drzwi, lecz po chwili zatrzymałam się w pół kroku. Musiałam ją o coś zapytać.

– W nocy… wydawało mi się, że krzyczałaś.

– Naprawdę? – Posłała mi nieznaczny uśmieszek. – To chyba był sen. Mocna ta twoja trawa. Mnie też przez całą noc śniły się różne dziwne rzeczy.

Uwierzyłam jej. Nie miałam innego wyboru.

7

Przez kilka następnych dni nie pokazywałam się w pracowni Frei. Wstyd mi było, bo się ośmieszyłam i wyszło na jaw, że jestem niedojrzała i niedoświadczona. Parę dni po tamtym szalonym wieczorze, kiedy jechałam ze szkoły do domu, ogarnęło mnie nagłe przygnębienie. Znajomość z Freyą była najjaśniejszym punktem w moim nijakim życiu, ale oczywiście musiałam wszystko popsuć. Kiedy jednak wysiadłam z samochodu i wyjęłam komórkę, okazało się, że przyszło kilka SMS-ów. Od niej.

Przyjdziesz dzisiaj?

Wszystko w porządku?

A potem:

Stęskniłam się za Tobą.

Zrobiło mi się ciepło na sercu. Nieczęsto słyszałam, żeby ktoś za mną tęsknił. Kiedy zostałam u niej na noc i nie wróciłam do domu, moi rodzice nawet nie zadali sobie trudu, by do mnie zadzwonić. Takie numery nie były w moim stylu, ale oni zachowali całkowity spokój. Nie bali się, że miałam wypadek na drodze, że poszłam do lasu i napadła mnie puma albo że porwał mnie jakiś zboczeniec. Rano, kiedy dowlokłam się w końcu do domu, wymemłana jak psu z gardła wyjęta, zastałam w kuchni mamę, tatę i Gwen. Pili sobie kawkę.

– O, patrzcie, kogo przyniosło. – Mama uśmiechnęła się z żartobliwym błyskiem w oku.

– Uwaga, koniec roku blisko, imprezy czas zacząć! – zawtórowała jej Gwen.

– Chcesz trochę jajecznicy? – zapytał tato. – Aminokwasy dobrze robią na kaca.

Z zawodu był hydraulikiem, ale uważał się za specjalistę od uzdrawiającej mocy pokarmów.

– Nie, dziękuję – westchnęłam, czując, jak wszystko podchodzi mi do gardła.

Szkoła się kończy, więc klasa nagle mnie polubiła – tak właśnie wyjaśnili sobie moją nieobecność. Dosadny dowód, że nie mają zielonego pojęcia o tym, jak wygląda moje życie. Wyszłam z kuchni, chcąc jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju.

Ale teraz miałam już Freyę, która martwiła się o mnie, troszczyła się o moje samopoczucie, tęskniła za mną. Kusiło mnie, by wskoczyć do samochodu i od razu do niej pojechać, lecz robiło się późno, dlatego tylko odpisałam na SMS-a.

Musiałam zostać dłużej w szkole. Mogę przyjechać jutro?

Odpowiedź przyszła najdalej po minucie.

Oczywiście! Kiedy tylko chcesz.

I trzy emotki z serduszkiem. Trzy!

Wyłączyłam telefon, uśmiechając się pod nosem.

* * *

Następnego dnia Freya słowem nie wspomniała ani o mojej niedyspozycji, ani o nocnych krzykach (które ostatecznie mogły mi się przyśnić). Rozmawiała ze mną jakby nigdy nic, opowiadała wesoło o filmie, który niedawno oglądała, i o tym, że Max zrobił na kolację rybną zapiekankę. Miałam wrażenie, że po tej naszej libacji zaczęła się mną bardziej interesować. A konkretniej: interesowało ją to, co się dzieje w moim domu.

– Tak się cieszę, że opowiedziałaś mi o swojej rodzinie – zagadnęła, kiedy wyjmowałyśmy z suszarni na wpół ukończone prace. – Moim zdaniem poliamoria to bardzo nowoczesne i dojrzałe rozwiązanie. Monogamia jest trudna. Dla większości z nas wręcz niemożliwa.

Nas?

– Moi rodzice bez przerwy się zdradzali – mówiła dalej Freya. – I świrowali przy tym z zazdrości. – Stanęła na progu, żeby przeszlifować wazonik papierem ściernym przed szkliwieniem. – Mama kiedyś próbowała przejechać kochankę ojca samochodem.

– Jezu – westchnęłam.

– Nie udało się, dzięki Bogu. Walnęła samochodem w ścianę restauracji. – Odłożyła papier. – Masz szczęście, że twoi rodzice to dojrzali ludzie, którym nie brakuje pewności siebie. Mogą cieszyć się seksem bez egoistycznej zaborczości.

Coś w tym jest, pomyślałam. W moim domu kwitła wolna miłość, a nikt nigdy nie próbował nikogo rozjechać.

– No tak – zgodziłam się.

Freya znów zaczęła energicznie szlifować swój wazonik.

– A skąd wiesz, kto jest twoim ojcem? – zapytała po chwili.

– Kiedy się urodziłam, rodzice byli jeszcze mono­gamiczną parą – wyjaśniłam, walcząc ze swoim wazonem, który stał na kole. Stopka nie dawała się trymować, bo przeschnięta glina kruszyła się pod narzędziem. – Gdy w rodzinie pojawili się Vik i Gwen, miałam pięć lat. Poza tym Vik jest z pochodzenia Hindusem. Gdyby był moim ojcem, to nie miałabym takiej mlecznej cery.

– Alabastrowej – poprawiła Freya, a ja aż zarumieniłam się z radości. Po chwili zaczęła mówić dalej: – Nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że facet, którego uważałam za ojca, wcale nim nie jest. Myślałam o teście DNA, ale w końcu go nie zrobiłam, bo byłby zły, gdyby wyszło, że nie jestem jego dzieckiem; że na przykład spłodził mnie ogrodnik albo, co gorsza… jakiś agent!

 

Zachichotałam, chociaż słowo „agent” nic mi nie mówiło.

– Poza tym – dodała Freya – jeśli z Maxem nam nie wyjdzie, to bogaty tatuś się przyda.

Moje narzędzie do trymowania przeorało glinę na wylot. Zatrzymałam koło. Czy to miało znaczyć, że Freya i Max przeżywają kryzys małżeński? Czy była taka możliwość, że się rozstaną? Przecież wydawało się, że pasują do siebie jak ulał. Nie mieściło mi się w głowie, jak można zostawić takiego faceta jak on. Albo taką kobietę jak Freya.

Chyba nie zauważyła mojej reakcji, bo zapytała:

– Będziesz chciała żyć w otwartym związku, kiedy dorośniesz?

– Nie – odparłam błyskawicznie.

Uniosła wzrok znad pracy.

– Chcę, żeby moja druga połowa uważała mnie za najcenniejszy skarb – wyjaśniłam. – Chcę być dla niej jedyna.

Taka płomienna deklaracja chyba trochę zbiła ją z tropu. To zrozumiałe. Jeśli chodzi o związki, to nie miałam ani bogatego doświadczenia, ani specjalnych na nie widoków, więc w sumie było to dziwne, że w ogóle zastanawiałam się nad czymś podobnym. A jednak. Przemyślałam sobie tę kwestię bardzo dokładnie.

Pomimo braku partnerów i pociągu fizycznego sprawy sercowe były u mnie na pierwszym miejscu. Przyznaję, fantazjowałam o Frei. I czasem o Maxie. Fascynowali mnie pod względem estetycznym (chłonęłam ich urodę) i zmysłowym (marzyłam o tym, by przytulić się do Frei i żeby Max wziął mnie w ramiona). Erotyczne przebudzenie musiało kiedyś nadejść, ale na razie chciałam mieć kogoś, kto mnie usidli, a potem będzie mnie uwielbiał i czcił jak boginię.

Przez całe życie musiałam się wszystkim dzielić i miałam już tego serdecznie dość.

8

W czerwcu skończyłam szkołę średnią. Uroczystość zakończenia roku odbyła się w sali gimnastycznej udekorowanej girlandami z krepiny i rozetami w kolorach naszego liceum, czyli granatowym i złotym. Przyszła cała moja rodzina. Z wysokości sceny widziałam ich wszystkich: mamę w ciąży, tatę, Gwen i jej kochankę Janine, Vika i dwóch moich braci, Leonarda i Wayne’a. Zajmowali cały rząd składanych krzeseł. Czekałam na wręczenie dyplomu, a serce łomotało mi dziko z przerażenia. Wiedziałam, że kiedy przyjdzie moja kolej, będę musiała przejść przez całą szerokość sceny, podać rękę dyrektorowi Graphowi i poczekać, aż zrobią mi zdjęcie. Miałam tylko nadzieję, że moja ekipa nie zacznie głośno klaskać, gwizdać ani wiwatować, bo wtedy wszyscy zwrócą uwagę, że to cała wieloosobowa reprezentacja. Miałam wyrzuty sumienia, że tak się ich wstydzę, ale nie mogłam nic na to poradzić.

Był jeszcze jeden problem. Moje imię. Moje pełne imię, które zostanie odczytane, kiedy będę szła, aby odebrać dyplom z rąk dyrektora. Wedle rodzinnych przekazów dokładnie w chwili, gdy opuściłam ciało matki i wylądowałam w nadmuchiwanym baseniku, który ustawiono w naszym zagraconym salonie i napełniono letnią wodą, na parapecie przysiadł mały niebieski ptaszek.

– Patrz. – Mama uniosła drżącą dłoń, ale tato już sam go zauważył.

– Co to? – zapytał. – Drozd? Wróbel?

Chciałabym.

Doula ułożyła mnie na piersi mamy. Byłam śliska i wiłam się jak dżdżownica.

– To jest jaskółka – powiedziała. – Jeszcze nigdy nie widziałam jaskółki na parapecie. Wolą siadać na drutach albo na płotach.

Cóż za symbolika! Moi rodzice wiedzieli. Po prostu wiedzieli. Jako że uważali się za istoty o artystycznej, uduchowionej naturze, uznali, że nadanie dziecku takiego skrzydlatego imienia będzie poetyckie, ale tak naprawdę nie było w tym za grosz polotu. Jakby nie chciało się im pomyśleć. Zostałam więc Jaskółką, Swallow. Swallow Morrison.

W dzieciństwie lubiłam to imię. To było takie nie­codzienne – nazywać się jak ptak. Czytałam dużo o jaskółkach, koncentrowałam się na ich pozytywnych cechach, jak na przykład opływowy kształt ciała i wytrzymałość w locie, dzięki której zimą docierają aż do Meksyku. Mniej atrakcyjne ciekawostki mało mnie obchodziły. Nie chciałam czytać o szkodach wyrządzanych przez jaskółki, które budują sobie gniazda pod okapami domów albo stodół, ani o tym, że ich odchody niszczą ściany (fakt, że nie załatwiają się do własnego gniazda, świadczył w sumie o ich czystości, ale i tak wolałam o tym nie myśleć). Miałam różne osobiste rzeczy z ptasimi motywami: pudełko na drugie śniadanie, plecak, naszywkę na rękawie dżinsowej kurtki.

A potem podstawówka się skończyła i poszłam do gimnazjum.

Pod koniec pierwszego tygodnia po rozpoczęciu roku zaczepił mnie Kai Boyd, niewysoki, wysportowany chłopak. Miał na nosie garść piegów, które nadawały mu myląco niewinny wygląd.

– Siemasz, Jaskółka – powiedział.

– No cześć.

– A wiesz, jaki gatunek jaskółki występuje najczęściej?

– Wiem. Dymówka.

Moja naiwnie szczera odpowiedź bezgranicznie go zachwyciła.

– Przyznała się! – wrzasnął. – To dymówka!

Dopiero koleżanka nazwiskiem Maple Dunn zlitowała się nade mną i wyjaśniła, dlaczego ta nazwa kojarzy się z seksem. Od tamtej pory zaczęłam się przedstawiać jako Low (i najprawdopodobniej właśnie wtedy straciłam zainteresowanie sprawami łóżkowymi). Rodzicom było bardzo przykro, że postanowiłam zrezygnować z tego jakże symbolicznego imienia, które dla mnie wybrali.

– Jaskółka jest mała, ale potrafi dokonać wielkich rzeczy – powiedział tato. – Tak samo jak ty.

– Nie możesz się zmieniać tylko po to, żeby podobać się innym – dodała mama. – Chcesz być konformistką?

Ale ja nie byłam mała, przeciwnie, rosłam jak na drożdżach i nie czułam się stworzona do wielkich czynów. Za to z całą pewnością nie byłam konformistką. (Gdybym nią była, miałabym więcej znajomych). Ostatecznie rodzice zrozumieli moją decyzję, ale w domu dalej mówili do mnie Swallow. Pozwalałam im na to, chociaż niechętnie.

Po dyplom szła właśnie Mika Minty. Jej paczka – same klasowe gwiazdy – wiwatowała zgodnym chórem, a rodzina – mama, ojciec i brat – dopingowała ją kulturalnymi oklaskami. Lista była alfabetyczna, wiedziałam więc, że teraz moja kolej. Spodziewałam się chichotów i szeptów. Dzieciaki ze szkoły od dawna już wiedziały, jak naprawdę mam na imię, ale inni nie mieli o tym pojęcia.

– Swallow Morrison.

Kiedy wstałam z krzesła, gdzieś za moimi plecami rozległ się głos jakiegoś chłopaka:

– Dymówka!

Po widowni przebiegł szmer, tu i ówdzie ktoś się zaśmiał, a nauczyciele siedzący na scenie zgromili nas wzrokiem. Czerwona ze złości i wstydu, ruszyłam w stronę dyrektora, czekając, aż moi rodzice ze wszystkimi przyległościami zaczną pajacować i pogrążą mnie do końca. Tylko tego mi w tej chwili brakowało.

Nagle ktoś zagwizdał, głośno, tak jak można gwizdać tylko na palcach. Nikt z mojej rodziny raczej tak nie umiał. Obejrzałam się. To była ona. Freya. Stała w tłumie uśmiechnięta od ucha do ucha i klaskała. Wszyscy ją widzieli – piękna kobieta w letniej sukience i dżinsowej kurtce. Jej jasne włosy lśniły w bladym oświetleniu sali gimnastycznej. I to właśnie owo wcielenie luzu, uroku i stylu wiwatowało głośno na cześć tyczkowatej Jaskółki Dymówki Morrison, z którą nikt nie chciał się przyjaźnić.

– Brawo, Low! – zawołała i musiałam się uśmiechnąć. Czułam się jak ktoś wyjątkowy, niesamowity. Czułam się wybrana. (Miesiąc później przyszło zdjęcie z zakończenia roku, na którym pan Graph wręcza mi dyplom, a ja mam na twarzy wielkiego banana).

W końcu wyczytano ostatnie nazwisko z listy, po czym dyrektor ogłosił, że od dzisiaj wszyscy jesteśmy absolwentami szkoły średniej, i birety poleciały w górę. Mój został na miejscu, ponieważ był przypięty wsuwkami, inaczej nie utrzymałby się na moich gęstych, grubych włosach. Kiedy wszyscy zbierali z podłogi swoje nakrycia głowy, zeszłam szybko ze sceny i wybiegłam z sali gimnastycznej.

Rodziny i goście stali na parkingu, zbici w grupki pod parasolami, bo zaczęło lać. Jak to często się zdarza na Wybrzeżu Północno-Zachodnim, maj był piękny i ciepły, a czerwiec ni stąd, ni zowąd zaskoczył powrotem zimy. Styczeń w czerwcu, tak wszyscy o tym mówili, jakby to było nie wiadomo jak trafne powiedzenie, a nie denny slogan zasłyszany u drętwej pogodynki. W tym morzu parasoli trudno było kogoś znaleźć, ale w końcu wypatrzyłam swoją rodzinę ściśniętą pod niskim daszkiem. Razem z nimi stała Freya, dysputując w najlepsze z moją mamą.

Żołądek podjechał mi do gardła. O czym tak gadają? Na pewno o mnie. Nie miały przecież żadnych wspólnych tematów. Co mama jej opowiada? Prezentowałam Frei starannie wyreżyserowany wizerunek, szafując szczegółami według własnego uznania. Mama mogła wszystko popsuć.

– Hej – przywitałam się, podchodząc szybko.

Mama przygarnęła mnie do siebie.

– Gratulacje, kochanie!

Odwróciłam się do Frei.

– Jestem z ciebie bardzo dumna – powiedziała, wymieniając ze mną szybki uścisk.

– Dzięki.

– Podobno świetnie ci idzie na warsztatach z ceramiki. – Mama się uśmiechnęła.

– Bez przesady – mruknęłam, ale sprawiło mi to przyjemność, nie powiem.

– Low to moja ulubiona uczennica – dodała Freya.

Nie miałam na tym polu jakiejś szczególnej konkurencji. Oprócz mnie na zajęcia przychodziła tylko grupka seniorów, zawsze w niedzielę po południu. Ale i tak miło było usłyszeć taki komplement. Zrobiło mi się cieplej na sercu.

– Jak miło – ucieszyła się mama. – A może dasz się zaprosić na obiad? – zaproponowała.

Bardzo chciałam spędzić ten uroczysty dzień w towarzystwie Frei, ale na myśl o tym, że miałaby do nas przyjechać, poczułam niepokój. Co sobie pomyśli, widząc cały ten nasz domowy chaos? Ten wieczny bałagan i całą gromadę rodziców krzątających się po kuchni, dogadujących sobie wesoło i co chwilę podszczypujących się nawzajem? Nasze kury, kozy i jedną świnię? Czy skreśli nas od razu, tak jak tylu innych przed nią?

– Dziękuję – Freya wzięła mamę za rękę i uścisnęła ją ciepło – ale umówiłam się z przyjaciółką.

Z przyjaciółką?

Wstrętna czarna fala wezbrała mi w żołądku, uderzyła wyżej, zalewając pierś i gardło. To była zazdrość. Przeżyłam coś podobnego jeszcze w gimnazjum, po zakończeniu jedynej krótkotrwałej przyjaźni. Tym razem to uczucie było jednak silniejsze. Dlaczego? Bo przy Frei czułam się doceniana, wyjątkowa, niepowtarzalna. Należała do mnie, a ja do niej. I teraz słyszę, że ma jakąś przyjaciółkę? Kto to jest? Skąd się znają? A przede wszystkim – czy Freya dostaje od tej tajemniczej osoby coś, czego ja nie mogę jej dać?

– Muszę uciekać – powiedziała, odwracając się do mnie. – Chciałam cię tylko zobaczyć, bo dzisiaj jest twój dzień. – Wspięła się na palce, cmoknęła mnie w policzek i poszła szybko, bo wciąż padało.

Odprowadzałam ją wzrokiem, a razem ze mną moja mama, Vik, mój brat Leonard i jeszcze kilka osób zaintrygowanych jej urodą i osobowością. Po chwili przyszło mi do głowy, że mogła wymyślić sobie to spotkanie z przyjaciółką, żeby wykręcić się od jedzenia duszonej soczewicy w towarzystwie mojej patchworkowej rodziny.

– Całkiem miła kobieta – odezwała się mama, patrząc, jak Freya wsiada do swojego białego range rovera.

– Prawda – przytaknęłam.

– I bardzo ładna.

– Piękna.

Poczułam na sobie jej zaciekawiony, wręcz podejrzliwy wzrok, ale chyba udało jej się powściągnąć macierzyński instynkt opiekuńczy, bo po chwili powiedziała z uśmiechem:

– Chodźmy do domu. Zrobiłam twój ulubiony dal. Cały duży garnek.

Tylko że ja najbardziej lubiłam podwójne cheeseburgery z boczkiem, a nie dal. Moja własna matka w ogóle mnie nie znała.

– Na razie jedźcie sami – powiedziałam. – Chcę najpierw zajrzeć na jedną imprezę.

– Mam w samochodzie trochę ziółka z domowego ogródka – rzucił tata, stając obok. – Możesz je wziąć.

– Nie trzeba.

– Tylko się nie spóźnij – włączyła się Gwen. – Zrobiłam baba ganoush na przystawkę.

I tyle. Moja rodzina wyskoczyła spod daszku i pobiegła do samochodów – tak, samochodów, bo dla tylu osób potrzebne były dwa. Ruszyłam w ślad za nimi, kuląc się w deszczu. Mój pick-up stał na sąsiedniej ulicy. Biret i toga ze sztucznego materiału ciemniały od wilgoci. Freya przyszła na zakończenie roku, myślałam. Wstała z krzesła i dopingowała mnie, kiedy szłam po dyplom. Byłam jej wdzięczna. Bardzo.

Czemu więc czułam się zdradzona?