Zamiana

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Wiem, co myślicie: że się w niej zakochałam. I jest w tym trochę prawdy. Ale to byłoby zbyt duże uproszczenie. Łączyło nas coś więcej niż zwykłe „zakochanie”. Pokrewieństwo dusz. Mam świadomość, że brzmi to jak frazes z jakiejś newage’owej książki moich rodziców (to stamtąd znam ten termin), ale taka była prawda. Czułam, że moja przyjaźń z Freyą jest głęboka, wielowymiarowa i wieczna. Odnalazłam spełnienie, po raz pierwszy w życiu.

W wieku lat siedemnastu moja seksualność wciąż jeszcze pozostawała nieokreślona. Czasem wpadł mi w oko jakiś chłopak, innym razem wzdychałam do dziewczyn. Trudno jednak było stwierdzić, jakie właściwie mam preferencje, bo nigdy nie doczekałam się wzajemności. Seks zresztą nie grał dla mnie większej roli. Marzyłam o związku uczuciowym, o bliskości, o więzi; nie ciągnęło mnie do zdejmowania ubrań i wymiany płynów ustrojowych. Może byłam aseksualna, za to bi pod względem emocjonalnym. Albo biseksualna, ale po prostu wolno dojrzewałam. Prawdę mówiąc, nie czułam potrzeby takiego szufladkowania. Wychowałam się w niekonwencjonalnej rodzinie, a do tego w miejscowości, gdzie ludzie mieli postępowe poglądy. Wpojono mi, że trzeba mieć otwartą głowę. Przykład szedł z góry, od moich rodziców poliamorystów.

Odkąd miałam kilka lat, mama i tato żyli w związku z kobietą imieniem Gwen. Gwen mieszkała w małym domku na samym skraju naszej ziemi i miała kochankę, która nie była poli, więc jej relacja z moimi rodzicami pozostawała ściśle platoniczna. Janine, kochanka Gwen, była nauczycielką, ale nie na naszej wyspie, tylko na stałym lądzie. Przyjeżdżała tutaj na lato, żeby pisać swoje opowiadania.

Przez tę konstelację przewinęło się jeszcze kilka innych osób, ale jedynym recydywistą w życiu moich rodziców był Vik. Vik mieszkał w dużym domu kempingowym na północnym cyplu i często wyjeżdżał, ale czasami sypiał z moją mamą, a czasami także z Gwen, kiedy Janine nie było na wyspie. Przyjaźnił się z moim tatą, ale nie byli w związku.

Problem w tym, że taki układ sprawdzał się dla wszystkich, tylko nie dla mnie. Moi rodzice naprawdę kochali swoich partnerów i vice versa. Wszyscy troszczyli się o siebie i dbali o swoje uczucia, a dla nas, dzieci, byli ciepli i serdeczni. Moi bracia nie znali innego życia, uwielbiali więc Gwen, Janine i Vika jak przybraną rodzinę. Ewentualnie jak dwie ciocie i wujka. Ja natomiast nie podzielałam ich zachwytu.

Trudno mi właściwie powiedzieć czemu. Może dlatego, że byłam najstarsza. Przez pierwsze lata życia miałam dwoje kochających rodziców, którzy dawali mi poczucie stabilności. A potem nagle, ni stąd, ni zowąd, posadzili mnie przy stole i oznajmili, że nadchodzą zmiany.

– Wiesz, że mama i tata bardzo się kochają, prawda? – zaczęła mama.

Skinęłam głową.

– No więc czujemy, że w naszych sercach jest jeszcze miejsce dla innych osób – dołączył się tato.

– Dla babci? – domyśliłam się.

Rodzice spojrzeli po sobie z rozbawieniem.

– Babcia to troszkę co innego – powiedziała mama. – Chcemy kochać innych ludzi w taki sposób, jak tata kocha mamę, a mama tatę.

– Kiedy mama może kochać tylko tatę, a tata tylko mamę, nazywamy to monogamią – wyjaśnił mój ojciec. – Naszym zdaniem taka forma związku jest wbrew naturze. To przestarzała biblijna koncepcja sztucznie podtrzymywana przez konserwatywną część współczesnego społeczeństwa.

Miałam pięć lat. Pięć. Szybko się pogubiłam w niezrozumiałych dla mnie wyjaśnieniach i rodzice nie usłyszeli ode mnie ani słowa sprzeciwu.

Na naszej wyspie zdarzało się nieraz, że jakaś para pozwoliła sobie na trójkąt albo otwarty związek. Taki „przekładaniec”, jak się o tym mówiło, należał do miejscowych zwyczajów, ale chodziło wyłącznie o seks, była to wręcz zabawa towarzyska. Tymczasem moi rodzice uważali swoich partnerów i partnerki za najprawdziwszą rodzinę, zresztą z wzajemnością. Dopiero w trzeciej klasie dotarło do mnie, że to cokolwiek dziwne, kiedy na szkolny koncert albo przedstawienie zamiast mamy i taty przychodzi trójka albo piątka dorosłych. Zaczęłam zauważać, że inni rodzice przyglądają się nam z ukosa i szepczą między sobą. I to właśnie wtedy Evan Wilcox po raz pierwszy przezwał mnie „hipiską”.

Moje ósme urodziny świętowaliśmy w domu. Zaprosiłam gości, a po przyjęciu, gdy przyjechali po nich rodzice, przesądziły się nasze dalsze losy. Sceptycznym wzrokiem przyglądali się kurom, kozom i półkom pełnym przetworów mojej mamy. Zauważyli, że Vik masował jej ramiona, kiedy tata, Gwen i Janine podawali tort urodzinowy, i wkrótce okrzyknięto nas pomylonymi hipisami, którzy żyją w komunie i wyznają wolną miłość. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię.

Moi rodzice natomiast nie zamierzali się niczego wstydzić.

– My wszyscy bardzo się kochamy. To jest piękne – powiedziała mama.

– Seks i czułość to wyraz tej miłości – przekonywał tata, ale nie chciałam go słuchać.

Możliwe, że brak u mnie zainteresowania seksem wynikał z tego, że moi rodzice uprawiali go z takim entuzjazmem. Nie, to nie było tak, że robili to na moich oczach, nigdy jednak nie udawali, że w ogóle tego nie robią, a powinni, tak jak wszyscy rodzice.

Niedługo przed tym, jak poznałam Freyę, mama ogłosiła, że jest w trzecim miesiącu ciąży. To miało być jej czwarte dziecko.

– Nie mogę się doczekać, aż zostanę starszym bratem – cieszył się Wayne, ale miał tylko dziewięć lat i nie ogarniał, co właściwie znaczy ten nowy dodatek do rodziny. A ja czułam się już za duża, żeby po raz kolejny zostać starszą siostrą. Jak mogłam się cieszyć, że nasza rodzina powiększy się jeszcze bardziej, skoro tak bardzo brakowało mi pewności siebie? Czułam wyłącznie żal. Niemowlak zabiera przestrzeń, czas i miłość rodziców, czyli to wszystko, czego już teraz mi brakowało.

W domu zawsze czułam, że jestem na szarym końcu. W szkole nikt nie chciał mnie znać. Ale u Frei, w jej pracowni – tam byłam na pierwszym miejscu. Freya stała się dla mnie przyjaciółką, matką i obiektem westchnień. Wszystko naraz podane w gustownym, wytwornym, światowym opakowaniu. Później ludzie mówili, że miałam obsesję na jej punkcie, ale to nieprawda.

Po prostu czułam przy niej, że istnieję.

4

Mniej więcej miesiąc po pierwszych zajęciach Freya zaprosiła mnie do dużego domu.

– Muszę się napić wina – oznajmiła, kiedy skończyłyśmy wyjątkowo mozolną pracę – komplet ośmiu talerzy na zamówienie do nowego sklepu z pamiątkami, który niedawno otwarto w mieście. – A ty? Przyłączysz się?

Miałam dopiero siedemnaście lat. Rzadko piłam alkohol. Brakowało mi po temu okazji, ponieważ pije się zazwyczaj w towarzystwie. Poza tym przyjechałam na zajęcia samochodem i musiałam wrócić do domu. Nie mogłam jednak zrezygnować z szansy, by obejrzeć od środka tę niesamowitą rezydencję na klifie. Zobaczyć, jak żyją Freya z mężem. Dowiedzieć się czegoś więcej o tej kobiecie.

Dookoła całego domu biegły wysokie okna, sięgające od podłogi aż po sufit. Zapewniały piękny widok na ocean, wpuszczały mnóstwo dziennego światła, ale w dużym stopniu odzierały mieszkańców z prywatności. To ostatnie nie miało jednak większego znaczenia, ponieważ budynek stał na uboczu. Parkując samochód, mogłam zajrzeć z daleka przez szybę. To, co widziałam, wyglądało jak w magazynie wnętrzarskim: nieskazitelny porządek i niezmącony spokój. Raz mignął mi w oknie mężczyzna z kubkiem kawy w dłoni. Rozbudziło to moją ciekawość. Chciałam tam wejść. Chciałam więcej.

– Niech będzie – zgodziłam się.

Dom, który stał w tak malowniczym miejscu, a do tego robił piorunujące wrażenie z zewnątrz i z pewnością kosztował fortunę, w środku był ciepły i przytulny. Drewniane podłogi, drzwi szafek i szaf lśniły miodowym blaskiem w świetle popołudniowego słońca. Poza tym wszystko było białe: ściany, pozostałe meble, kwarcowe blaty. Ten skandynawski styl w swojej szlachetnej prostocie był ewidentnym ukłonem w stronę matki Frei, z pochodzenia Islandki. Bardzo się różnił od tego, który znałam z mojego barwnego rodzinnego domu, gdzie królował bałagan i wieczny chaos, a od mieszaniny przeróżnych odgłosów i zapachów mogło się zakręcić w głowie. Ogarnął mnie błogi spokój i poczułam, że to jest moje miejsce. Zaprag­nęłam bywać tam częściej. Jak najczęściej. Zamieszkać tam na stałe.

Freya zaprowadziła mnie do czyściusieńkiej kuchni, gdzie wszystkie sprzęty wyglądały na nieużywane. Z widoczną biegłością otworzyła butelkę czerwonego wina i napełniwszy dwa olbrzymie kieliszki, podała mi jeden, a następnie usiadłyśmy w salonie. Był to rozległy fragment wnętrza z podłogą na nieco niższym poziomie. Za oknami ciemniały granatowe fale Pacyfiku. Wybrałam sobie skórzany fotel w stylu duńskim, a Freya usiadła na białej sofie i podwinąwszy nogi pod siebie, okryła kolana białym kocem. W odróżnieniu ode mnie najwidoczniej była z tych, którzy mogą bez obawy pić czerwone wino na białych siedzeniach.

– Niesamowity jest ten dom – powiedziałam.

– Dzięki. – Rozejrzała się dookoła takim wzrokiem, jakby widziała go pierwszy raz w życiu. – Szkoda, że nie stoi w Nowym Jorku czy w Los Angeles. Albo w ogóle w jakimś cywilizowanym miejscu. Ale poszliśmy na ugodę w sądzie i stać nas tylko na to.

Nie wiedząc, jak się zachować, mruknęłam tylko:

– No tak.

Freya obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem.

– Nie dziwi cię to?

– Co mnie nie dziwi?

– Że się tak zaprzyjaźniłyśmy.

– Bardzo mnie to cieszy – zapewniłam ją. – To znaczy czuję się z tym całkiem normalnie.

Freya przełknęła łyczek wina.

– Bardzo się do ciebie zbliżyłam, pomimo różnicy wieku. Dokuczała mi tutaj samotność. Możliwe nawet, że miałam depresję. A potem ty się pojawiłaś i teraz… Po prostu jest mi lżej i mam więcej radości w życiu.

 

– Ja tak samo – odparłam schrypniętym głosem.

– Myślałam przedtem, że mam wielu przyjaciół, ale to nie była prawda. Miałam fanów i followersów. Miałam znajomych. Kiedy zaczęła się tamta afera, zniknęli. Ślad po nich zaginął.

– Przykro mi.

– Ale teraz mam ciebie. I wiem, że zawsze mogę na ciebie liczyć. Nie jesteś taka jak oni.

Chciałam ją zapewnić, że zawsze będę po jej stronie, nieważne, ilu ludzi zabił jej mąż, ale nie mogłam wtrącić ani słowa, bo Freya wciąż mówiła.

– To, co przeżyłam, było cennym doświadczeniem. Poznałam się na ludziach. Teraz już wiem, kto jest zwykłym cwaniaczkiem, który tylko podczepia się pod innych, a kto prawdziwym, dobrym przyjacielem. – Napiła się jeszcze wina. – Dzięki temu mam bogatszą i ciekawszą osobowość. Walka wyrabia charakter. Kto nie miał w życiu ciężko, nigdy tego nie zrozumie.

Bardzo mi zależało, aby to, co nas łączyło, mogło się rozwijać dalej, a zarazem chciałam pokazać, że też mam bogatą, ciekawą osobowość, postanowiłam więc opowiedzieć Frei o mojej niekonwencjonalnej rodzinie.

– Moi rodzice są poliamorystami – wyrzuciłam z siebie jednym tchem. – Mają partnerkę, która mieszka w domu stojącym na naszej ziemi.

Utkwiła we mnie spojrzenie, a po chwili jej twarz rozjaśniła się w uśmiechu.

– O Boże… – jęknęła. – Żyjesz w seksualnej sekcie?

– Nie, to nie o to chodzi.

– Ale masz rodziców swingersów.

– Poliamoria to co innego. Tak, mają wielu partnerów, ale wszyscy kochają się nawzajem. A seksu chyba nie uprawiają więcej niż normalnie. W każdym razie teraz, kiedy są już w średnim wieku.

Kiedy to mówiłam, w drzwiach stanął mężczyzna. Był wysoki – znacznie wyższy ode mnie – i mocno umięśniony. Same kąty proste: kwadratowa szczęka, kwadratowe ramiona, silne ręce i nogi. Miał na sobie dres (ale drogi) i obcisły czarny T-shirt. Spod miękkiej czarnej czapki wystawało kilka ciemnych kosmyków. Jego oczy były brązowe, prawie czarne, a skóra miała ciepły złocisty odcień. (Następnego dnia znalazłam go w sieci; dowiedziałam się, że jest Metysem, potomkiem rdzennych mieszkańców Ameryki i francuskich osadników). Na jego górnej wardze i na podbródku ciemniał krótki zarost. Ogólnie rzecz biorąc, zobaczyłam poważnego człowieka, który rzadko się uśmiecha, lecz mimo to jest… zabójczo atrakcyjny. A więc tak wyglądał mąż Frei.

– Cześć, Max – przywitała się z nim. – To jest Low. Żyje w seksualnej sekcie.

– Nieprawda! – Oblałam się rumieńcem od stóp do głów.

– Hej – mruknął Max pod nosem, całkiem obojętnie, jakby seksualne sekty były w co drugim domu.

– Mi… miło cię poznać – wyjąkałam z trudem, bo na jego widok serce zaczęło mi walić jak szalone.

– Jak się biegało? – zapytała go Freya.

Dotarło wtedy do mnie, że jest spocony i że ciężko oddycha. Serce uderzyło mi mocniej. Moja orientacja nie była może ściśle określona, ale w tamtej chwili, mając przed sobą ten wzorcowy okaz samca, mogłabym przysiąc, że jestem hetero.

– Dobrze – odparł Max, zdejmując czapkę, spod której wyjrzała gęsta czarna czupryna.

Jezu Chryste, jęknęłam w myślach.

– Napijesz się z nami? – zaproponowała moja nauczycielka.

Przez jego twarz przebiegł cień.

– Idę pod prysznic – rzucił krótko.

– Z tobą to nie ma żadnej zabawy – prychnęła, patrząc za nim, a gdy zniknął, zwróciła się do mnie: – Mówi, że skończył z piciem, ale ja w to nie wierzę. No cóż… – Wstała, po drodze zabierając mój kieliszek, który, o dziwo, był pusty. – Więcej zostanie dla nas.

– Ja już dziękuję – powiedziałam, ale ona dotarła do kuchni i zabrała się do nalewania wina. Po chwili wróciła, niosąc dwa pełne kieliszki.

– Chyba nie pozwolisz, żebym piła sama, co, Low? – zapytała, zwracając mi mój.

Przyniosła też butelkę. To zły znak, podpowiadała mi intuicja. Zły? A może dobry? Byłam odprężona, zadowolona i przyjemnie kręciło mi się w głowie. Wcale nie chciałam, żeby to się skończyło, dałam się ponieść tej fali.

– A powiedz mi… – Freya wróciła do pytań. – Cieszysz się, że to już koniec szkoły?

– Tak – odpowiedziałam bez zastanowienia. – Szkoła jest do bani.

– Ja też jej nie lubiłam.

– Naprawdę? – Trudno mi było w to uwierzyć. Z taką urodą i charyzmą musiała być bardzo popularna.

– Nie mogłam się doczekać, żeby zacząć prawdziwe życie, w prawdziwym świecie. Masz jakieś plany? Studia? Podróże?

– Studia, ale dopiero za rok – odpowiedziałam tak samo, jak zwykle kwitowałam to pytanie. – Na razie zostanę tutaj i zastanowię się, co dalej robić.

Nauczyciele i szkolni doradcy zawodowi mówili, że koniecznie muszę iść na jakieś studia. Wysłałam papiery do różnych uczelni na Zachodnim Wybrzeżu, które prowadziły kierunki artystyczne. Wszędzie mnie przyjęli i doczekałam się nawet kilku propozycji stypendium, ale odmówiłam, postanowiłam zrobić sobie roczną przerwę od nauki. Rodzice uważali, że powinnam zobaczyć trochę świata, a najlepiej wyjechać gdzieś na Wschód – z takiej podróży miałam wrócić z otwartym umysłem i przebudzona duchowo. Nigdy bym się na to nie odważyła. Skoro nie znalazłam akceptacji nawet wśród rówieśników, to nie mogłam liczyć na to, że wielki, obcy świat przyjmie mnie z otwartymi ramionami. A teraz miałam Freyę. Po raz pierwszy w życiu ktoś okazał mi serdeczność, ktoś wyciągnął do mnie dłoń, ktoś mnie zaakceptował.

– To dobrze, że nigdzie się nie wybierasz – powiedziała, wylewając resztkę wina do naszych kieliszków. – Będziesz niedaleko.

– Nie chciałabym być daleko.

Natychmiast pożałowałam tych słów. Najchętniej wepchnęłabym je sobie z powrotem do gardła. Freya rozmawiała ze mną na luzie, a ja palnęłam z grubej rury, jak jakaś psychofanka. Jakbym miała obsesję na jej punkcie, ohyda. Szybko zmieniłam temat.

– Mam skręta.

Paliłam raczej niedużo, w każdym razie w porównaniu z moim ojcem i różnymi luzakami ze szkoły, ale na wszelki wypadek zawsze miałam marihuanę w portfelu. Kilka machów pięknie podkręca zachód słońca i łagodzi stres w krępującej sytuacji.

– Super. – Freya wstała z kanapy. – Przyniosę zapalniczkę i popielniczkę. I drugą butelkę wina.

Nie miałam dużego doświadczenia w piciu, ale wiedziałam, że mieszanie trawki i alkoholu to nie jest najlepszy pomysł. O powrocie do domu w takim stanie nie było mowy. Ale tego, co wprawiłam w ruch, nie można już było zatrzymać. I wcale nie chciałam. Sięgnęłam więc po portfel i wyjęłam mojego skręta.

Potem się będę martwiła, jak wrócić do domu.

5

Maxime Beausoleil

W naszym salonie siedziała jakaś tyczkowata nastolatka i piła wino. Pierwszy raz widziałem ją na oczy, ale wolałbym, żeby w ogóle jej tam nie było. Freya nie powinna częstować nieletniej alkoholem. I palić z nią trawki (było to czuć nawet na piętrze). Dość już mieliśmy kłopotów. Kolejna afera oznaczałaby koniec naszego małżeństwa. Freya zawsze jednak lubiła być uwielbiana, zabiegała wręcz o wyrazy uznania.

Kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy, nie wiedziałem, że jest kimś znanym. Zobaczyłem kobietę podobną do butelki drogiego szampana: piękną i tryskającą życiem. Kiedy jeszcze piłem, wybierałem raczej piwo, ale kto by odmówił dobrych – naprawdę dobrych – bąbelków? Okazało się, że mam do czynienia z osobistością ze świata mediów społecznościowych, z tak zwaną influencerką. Nie miałem konta na żadnym portalu, nie wiedziałem nawet, że można w ten sposób zarabiać pieniądze. Ona tymczasem umiała zamienić pisanie o nocnych klubach, ciuchach, treningach i makijażu w dochodowy interes.

Spotkałem ją na imprezie charytatywnej w Beverly Hills. Grałem wtedy w L.A. Kings i byliśmy tam całą drużyną. Według moich przekonań ten, komu powiodło się w życiu, powinien się odwdzięczać za dobry los, więc cieszyłem się, że mogę wykorzystać swoją sławę, by zbierać pieniądze i nagłaśniać różne ważne sprawy, nie zmieniało to jednak faktu, że zawsze źle się czułem na takich imprezach. Moje rodzinne miasteczko w Jukonie liczyło niespełna półtora tysiąca mieszkańców; w porównaniu z nim Los Angeles było jak z innej planety. Ludzie zachowywali się dziwnie na mój widok. Dorośli faceci zmieniali się w nieprzytomnych z radości chłopców. Kobiety wdzięczyły się do mnie. Przypomniałem sobie jednak, że pieniądze zebrane na tej imprezie mają wspomóc hospicjum dziecięce, więc powściągnąłem frustrację. Bolało mnie serce na myśl o chorych i umierających dzieciach, bo lubię dzieci. Sterczałem na trawniku przed jakąś bogatą rezydencją, mocząc usta w mdląco słodkim firmowym koktajlu, i nagle podeszła do mnie Freya.

– Nie pytam, czy grasz w Kingsach, bo to widać z daleka – oznajmiła. – Dobry jesteś?

To był sam początek mojej kariery, zanim jeszcze wrzucili mnie do szufladki z napisem enforcer i zacząłem pełnić w składzie funkcję obrońcy często wchodzącego w bójki. Fakt, preferowałem ostry styl gry, ale też dobrze radziłem sobie w pojedynkach na buliku i umiałem mocno strzelić z kija. Na tak postawione pytanie odpowiedziałem więc krótkim twierdzącym mruknięciem.

– No to muszę zrobić sobie z tobą zdjęcie.

Wręczyła mi swój aparat i wsunęła się pod moje ramię, a ja posłusznie pstryknąłem fotkę. Przytuliła się do mnie, posyłając do obiektywu wystudiowany, skromny uśmiech. Na ekranie wyglądała całkiem inaczej: idealna poza, pełne usta, perfekcja w każdym calu. Mnie bardziej podobała się jej naturalna twarz, ożywiona i prawdziwa. Kiedy pstryknąłem drugi raz, zabrała mi telefon, żeby obejrzeć zdjęcia.

– Ładna z nas para – rzuciła. Nie skomentowałem, bo wydawało mi się, że wcale nie czeka na odpowiedź: stukała zawzięcie w klawiaturę, nie odrywając wzroku od wyświetlacza. – Jak się nazywasz?

– Maxime Beausoleil. Znajomi mówią mi Max.

– Jesteś na Insta, Max?

– Nie.

Dopiero wtedy uniosła głowę.

– Gdzieś ty się uchował? W jaskini?

To było protekcjonalne, można nawet powiedzieć niegrzeczne. Nie wiem, co jest ze mną nie w porządku, że tak mi się to spodobało.

– Nie muszę zabiegać o uwagę – odparłem.

Freya obrzuciła mnie wzrokiem.

– Domyślam się – przytaknęła i znów zajęła się swoim telefonem, a po chwili podsunęła mi go pod nos. Nie zdawałem sobie sprawy, że uśmiechnąłem się do zdjęcia – lekko, bo lekko, ale zawsze. Pod spodem był krótki podpis:

Dzisiaj poznałam mojego przyszłego męża.

I już. Byliśmy razem.

Zawsze miałem powodzenie u kobiet. Jestem wysoki, wysportowany. I całkiem przystojny, tylko długa blizna na górnej wardze trochę psuje ogólne wrażenie. To pamiątka po tamtym fatalnym uderzeniu kijem, które w jednej chwili wszystko zmieniło. Freya mówiła, że jest seksowna, że z taką blizną wyglądam jak wojownik, ale już bardzo dawno tego od niej nie słyszałem. No a poza tym, oczywiście, mam pieniądze. Teraz już trochę mniej niż kiedyś, ale wciąż… sporo, naprawdę sporo. W początkach mojej zawodowej kariery korzystałem z tego, że budziłem zainteresowanie. Nie sądziłem, że może mi to zaszkodzić. I dopiero na własnej skórze musiałem się przekonać, jak wysoką cenę może mieć przygoda na jedną noc.

W tamtym momencie byłem gotowy na stały związek, miałem już dość randek i romansów. Pasowałem do Frei, a ona do mnie. Dobrze razem wyglądaliśmy, ciągnęło nas do siebie i mieliśmy wspólne zainteresowania, na przykład treningi i zdrowe odżywianie. I dobrze się uzupełnialiśmy: ja byłem małomówny, ona gadatliwa. Ja postawny, ona drobniutka. Ja wszystko planowałem, ona zawsze szła na żywioł.

Niestety, z czasem zaczęła się objawiać mroczna, agresywna strona mojej natury. Zawsze miałem z tym problem, a odkąd pojawiły się sterydy, było coraz gorzej, chociaż bierze je wielu ligowych zawodników i jakoś nikomu nie robią krzywdy na całe życie. Tamtego fatalnego dnia, kiedy Ryan Klassen celowo poderwał w grze kij i trafił mnie prosto w usta, wpadłem w szał. Chciałem go załatwić. Nie wiem, może przez chwilę gotów nawet byłem zabić. Po powrocie na lód wjechałem w niego całym ciałem, niemalże wbiłem jego głowę w bandę. Spodziewałem się, że sędzia najwyżej posadzi mnie za to na ławkę albo wyśle do szatni za niesportową grę. Nie przewidziałem, że mogę zniszczyć Klassenowi życie. Jemu i sobie. I Frei.

Ona nigdy mi tego nie wybaczyła, i słusznie. Nie zasługuję na wybaczenie, ale mimo wszystko robiłem, co w mojej mocy, by wynagrodzić jej to, co się stało.

Freya o tym wiedziała. I wykorzystywała to.