Zamiana

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

THE SWAP

Copyright © 2020 by Robyn Harding

All rights reserved

Projekt okładki

Zdjęcia na okładce

© Vav63/Dreamstime.com;

Stefan Redel/Dreamstime.com;

Silvapinto/Dreamstime.com;

Torriphoto/Dreamstime.com

Redaktor inicjująca

Milena Rachid Chehab

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-803-3

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dedykuję TK

Ku pracy albo ku uciesze męskie są skłonności;

Kobieta wszak wcieleniem jest pożądliwości.

Ten wybiera zacisze, tamten karierę światową;

Ta zaś, póki życia, pragnie być królową.

Alexander Pope,

List II, Do pewnej damy,

o charakterach kobiet,

1743

Wiosna 2019

1

Low Morrison

Pierwszy raz zobaczyłam Freyę w szkole, w liceum. Szczerze nie znosiłam tej budy. Nudziłam się na lekcjach i ludzi też uważałam za nudnych. Z takim nastawieniem trudno liczyć na sympatię koleżanek i kolegów, nic więc dziwnego, że kiedy Freya pojawiła się w drzwiach wejściowych, jak zwykle stałam sama pod ścianą. Starała się nie zwracać na siebie uwagi. Miała czapkę z daszkiem i duże ciemne okulary pilotki, których nie zdjęła, mimo że korytarz był oświetlony jarzeniówkami. Jasne, sięgające ramion włosy związała w luźny koński ogon, a na twarzy w kształcie serca nie dostrzegłam ani śladu makijażu. Sprane dżinsy i prosty biały T-shirt podkreślały jej krągłości, niezwykle ponętne, chociaż była bardzo drobna. Figurę tego typu najczęściej widuje się w komiksach. Ja też miałam komiksową, owszem. Jak Oliwka, dziewczyna Popeye’a.

Nawet na zatłoczonym korytarzu od razu było widać, że to jest „ktoś”. Nie mogłam w żaden sposób przewidzieć, że ta kobieta zajmie tak ważne miejsce w moim życiu i odmieni je na zawsze – plus mnie samą przy okazji – ale poczułam, że muszę ją poznać. To było przeznaczenie. Żaden z moich rówieśników nie odnotował tego, że się pojawiła. Była akurat przerwa obiadowa i zaprzątały ich codzienne żałosne konkurencje towarzyskie: plotki, flirty, przepychanki. Byliśmy już w ostatniej klasie, do końca roku zostały niecałe trzy miesiące i wszyscy świrowali na punkcie balu maturalnego, biforów, afterów i studiów. Wszyscy prócz mnie.

Nieznajoma w czapce i okularach skierowała się do sekretariatu. Patrzyłam za nią, a w moich słuchawkach rozbrzmiewał zawodzący głos Morrisseya. Tak, gustem muzycznym też różniłam się od rówieśników – zamiast popu i rapu wolałam sfrustrowanych klasyków: The Smiths, Nirvanę, R.E.M. Ta kobieta była za stara na uczennicę, za młoda na matkę i za bardzo wyluzowana jak na nauczycielkę. Kto to jest, pomyślałam, kiedy zamknęły się za nią drzwi. Co robi w Bayview High? I dlaczego ubrała się jak celebrytka za wszelką cenę usiłująca zachować incognito?

Po kilku minutach pojawiła się z powrotem, a obok niej dreptał dyrektor, brzuchaty pan Graph. Widać było, że jest zachwycony tą wizytą: trząsł czerwonymi, nalanymi policzkami, przymilał się, spijał wręcz słowa z ust Frei. Zaprowadził ją do tablicy na głównym korytarzu, jak zwykle pełnej informacji, które nikogo nie obchodziły – wisiały tam plakaty szkolnych przedstawień, ogłoszenia o zgubionych telefonach, o różnych odczytach… Dyrektor zrobił trochę wolnego miejsca i podał jej pinezkę, a ona (wciąż w czapce, ale już bez ciemnych okularów) przypięła do tablicy kartkę. Zamieniwszy jeszcze parę słów z panem Graphem, który ewidentnie upajał się każdą chwilą tej rozmowy, założyła z powrotem okulary i wyszła.

Kiedy pod tablicą nie było już nikogo, podeszłam szybko, nie spuszczając wzroku ze zwyczajnej białej kartki, którą tam zawiesiła. Było to ogłoszenie wydrukowane standardową czcionką Times New Roman.

Warsztaty ceramiczne

Nauczysz się toczyć, szkliwić i wypalać

w zacisznej domowej pracowni.

Stworzysz piękne kubki, misy i wazony.

100 dolarów za 10 lekcji.

Kontakt: Freya Light

Udając, że robię to tylko tak sobie, wyjęłam telefon, żeby pstryknąć zdjęcie kartki, i w tej samej chwili dzwonek ogłosił koniec przerwy obiadowej.

Napisałam do Frei dopiero dwa dni później, nie chciałam, aby się zorientowała, że widziałam, jak wiesza ogłoszenie, i od razu zanotowałam sobie jej namiary. I że od tamtej pory bez przerwy o niej myślałam. Wiem, to brzmi, jakbym była zboczona, ale nie o to chodzi. Po prostu miałam wyjątkowo nudne życie. Żadnych znajomych, żadnego naprawdę absorbującego hobby, żadnych zajęć pozaszkolnych. Za to obowiązków w domu – mnóstwo. Moi rodzice mieli małe gospodarstwo, a w nim stadko kur, dwie kozy i świnię. Zawsze było co robić: a to zanieść paszę, a to podebrać jajka, a to porąbać drewno na podpałkę. Gdy tylko próbowałam wymknąć się do pokoju, żeby obejrzeć sobie coś na Netflixie, mama od razu wołała mnie do pomocy. Była księgową i pracowała w domu, ale miała obsesję na punkcie przetworów. Brzoskwinie, fasola szparagowa, ogórki konserwowe, kimchi, tarte jabłka… Jakbyśmy koniecznie musieli mieć w domu zapasy na wojnę jądrową.

Czasami uciekałam na plażę albo do lasu i fotografowałam foki, drewno wyrzucone na brzeg, ptaki i drzewa. Pan Pelman, który prowadził zajęcia z fotografii, mówił, że mam dobre oko, i nawet pozwalał mi wypożyczać aparaty ze szkolnej pracowni, a był to przywilej zarezerwowany dla członków klubu przygotowującego klasowe księgi pamiątkowe. Kiedy nie miałam aparatu, robiłam zdjęcia telefonem. Przez obiektyw można zobaczyć świat inaczej, bardziej intymnie, i to mi się podobało. To było moje jedyne hobby. Robiąc zdjęcia, miałam czas na myślenie. A moje myśli przez dwa ostatnie dni krążyły wokół Frei.

Fascynowała mnie ta kobieta, która wyglądała, jakby przed chwilą zeszła z planu reality show w Beverly Hills. Miasteczko Hawking, gdzie chodziłam do szkoły, mogło się pochwalić zamożnymi mieszkańcami. Na urwistych wybrzeżach wyspy stały letnie rezydencje różnych bankierów, potentatów na rynku nieruchomości i biznesmenów. Była też garstka przedstawicieli takich zawodów jak lekarze, prawnicy, księgowi, którzy mieszkali na miejscu przez cały rok, ale lwią część tej niewielkiej społeczności stanowili ekofarmerzy, pszczelarze, rzemieślnicy wytwarzający ręcznie robione świece i mydła, producenci domowych przetworów, a wreszcie właściciele sklepów i restauracji obsługujących głównie turystów, których w sezonie było sporo. Od czasu do czasu pojawiała się jakaś znana twarz, najczęściej na wpół zapomniany aktor jadący do pensjonatu dla wędkarzy na północnym cyplu. Ale Freya – to było co innego. Biły od niej splendor i prestiż, czuło się, że to ktoś ważny, no i z daleka rzucało się w oczy, że to jest kobieta, która żyje na pełnym luzie.

Po dobrych kilku godzinach namysłu wystukałam wreszcie:


Jestem zainteresowana warsztatami ceramiki.

I drżącym palcem wysłałam wiadomość.

Nie odpowiedziała od razu, co wzięłam do siebie. Czyżby udało mi się ją zrazić, chociaż tak długo zastanawiałam się, co napisać? A może zauważyła w szkole, że gapię się na nią z ledwie skrywanym zachwytem? Zgadła, co mi chodzi po głowie? I chociaż nie miałam na myśli nic złego, to chyba jednak… pozwoliłam sobie na zbyt wiele. Mogła też się rozmyślić i zrezygnować z warsztatów dla nastolatków. Czemu właściwie chciała je prowadzić? Dzieciaki w moim wieku są wredne. Pewnie by olewały te zajęcia, przychodziły najarane i zamiast lepić z gliny, tylko by się wygłupiały i robiły z pracowni chlew. Ja to co innego. U mnie byłby porządek jak na sali operacyjnej.

W końcu odpisała. Po tygodniu.


Hej. Zaczynamy w najbliższy poniedziałek o 16. Przyprowadź znajomych!

No tak.

Brak znajomych niewątpliwie stanowił problem, ale większym był brak pieniędzy… Tutaj problemów naliczyłam już więcej, a dokładnie sześćdziesiąt dwa.

Postanowiłam podkraść kasę młodszym braciom i bez najmniejszych wyrzutów sumienia wyciągnęłam ich skarbonki spod tapczanów. Jeden miał dziewięć lat, a drugi jedenaście – na razie nie musieli wydawać na siebie ani centa, a na każde urodziny dostawali naprawdę spore sumy. Obiecałam sobie, że latem złapię jakąś fuchę i wszystko im zwrócę. Jeśli w ogóle zauważą, że coś ubyło. Żeby zdobyć pieniądze na te warsztaty, byłabym w stanie napaść na bank albo okraść jakąś staruszkę. Musiałam poznać Freyę. To było nam pisane.

* * *

W poniedziałek po szkole wsiadłam do mojego pick-upa, dwudziestodwuletniego forda F-150, i pojechałam pod adres, który przesłała mi Freya. Nie widziałam potrzeby, by jakoś specjalnie się wystroić, umyłam tylko włosy, a moje wargi lśniły od wiśniowej pomadki. Użyłam dwa razy tyle dezodorantu co zwykle – i bardzo dobrze, bo z ekscytacji spociłam się jak mysz.

Dom Frei stał z dala od centrum, na skalistym urwisku. Był rewelacyjny – miał ściany z cedrowych bali i olbrzymie okna z widokiem na ocean. Otaczały go drzewa truskawkowe. Ich nagie gałęzie okryte czerwonawą korą wyciągały się w stronę wody. Obok rosły jałowce – roztaczały wokół cierpki aromat kojarzący się z dżinem. Dom nie był duży, miał za to elegancką, nowoczesną bryłę i z pewnością kosztował fortunę. Nie zdziwiło mnie, że Freya mieszka tak bogato. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest kimś, a jej swobodny styl zdradzał kobietę żyjącą w luksusie. Takie nowoczesne posiadłości nad samym oceanem są warte grube miliony. To jeszcze bardziej zwiększyło moją ciekawość.

 

Zostawiwszy samochód na podjeździe, skierowałam się do pracowni urządzonej w letnim domku stojącym wśród drzew, mniej więcej pięćdziesiąt metrów w prawo od dużego domu. Był oszalowany deskami, miał szerokie, wielodzielne okna i dach pokryty gontem. Można się było domyślić, że to pamiątka po dawniejszych czasach, kiedy tak właśnie tutaj mieszkano. Obok drzwi wisiała tabliczka z napisem Witamy w pracowni. Nakreślone kredą litery były ozdobne, z mnóstwem zawijasów.

Jestem wysoka, bez trudu mogłam zajrzeć przez okienko w górnej części drzwi. W środku krzątała się Freya w stroju roboczym – czarnych legginsach i luźnej dżinsowej koszuli. Blond włosy związała w zmierzwiony kok. Przyglądałam się, jak dźwiga ciężkie opakowanie szarej gliny, rzuca je na gruby drewniany blat, jak układa narzędzia w plastikowych pojemnikach. Szykowała się na moje przyjście. Wzruszyło mnie to, właściwie nie wiem nawet dlaczego. Żeby się tak na nią nie gapić, bo to groziło wpadnięciem w trans, zapukałam i weszłam do środka.

– Hej. – Uśmiechnęła się do mnie szeroko i szczerze, błyskając śnieżnobiałymi zębami. – Jestem Freya.

– Low – przedstawiłam się krótko.

– Bardzo się cieszę, że przyszłaś. – Rzuciła okiem przez moje ramię. – Sama?

– Mhm.

Nie wyglądała na rozczarowaną.

– Ze spotkań sam na sam z nauczycielem zawsze najwięcej się wynosi. Do dzieła.

Dostałam od niej męską koszulę w kratę, ogromną, za dużą nawet na mnie. Kiedy podwijałam rękawy, Freya odcięła z bloku gliny kilka kawałków grubości mniej więcej trzech centymetrów. Posłużyła jej do tego metalowa struna z dwoma drewnianymi uchwytami – coś w rodzaju garoty. Rozpoczęłyśmy od wyrabiania masy, co miało nadać jej plastyczność i dokładnie ją odpowietrzyć. Obserwowałam Freyę bardzo uważnie, powtarzając każdy ruch jej drobnych, lecz niezwykle silnych dłoni. Po wyrobieniu gliny wzięłyśmy dwie blaszane miski, aby przynieść sobie ciepłą wodę z umywalki na zapleczu, a następnie zasiadłyśmy z nimi przy kołach garncarskich. I tu pojawił się pierwszy problem.

– Jesteś praworęczna? – zapytała Freya.

– Nie.

– Hm. – Zmarszczyła brwi. – W takim razie twoje koło musi obracać się w prawo. Spróbuję ci to pokazać odwrotnie, ale nie jestem oburęczna.

– Nie szkodzi – zapewniłam ją. – Wszystkiego uczę się na odwrót. Jestem przyzwyczajona.

I tak się zaczęło. Freya trajkotała w najlepsze, a ja oswajałam się z bryłą wirującej w moich dłoniach mokrej gliny, odkrywając, jak mocno muszę nacisnąć, aby nadać jej kształt naczynia. Przy okazji dowiedziałam się, że moja nauczycielka mieszka na wyspie dopiero od czterech miesięcy. Był to podobno pomysł jej męża. A więc miała męża. Oczywiście. Piękna kobieta w jej wieku nie może być singielką.

– Chciał zacząć od nowa – dodała, nie odrywając wzroku od stożka gliny, który wyrastał przed nią na kole garncarskim, idealnie równy.

– A ty? – zapytałam.

Nie odpowiedziała od razu. Nakryła strzelistą miniaturową wieżę dłonią i nacisnęła, robiąc z niej niski okrągły kopiec.

– Nie chcę tutaj być – przyznała się po chwili – ale nie mam wyboru.

– To tak jak ja – mruknęłam pod nosem.

Na te słowa uniosła głowę, a jej twarz powoli rozjaśnił uśmiech. Po raz pierwszy naprawdę zwróciła na mnie uwagę. Nie byłam dla niej już tylko nieprzystosowaną nastolatką, wyrośniętą jak na swój wiek, niezręczną i odrzuconą przez wszystkich.

Byłam pokrewną duszą.

2

Bardzo szybko poniedziałek stał się moim ulubionym dniem tygodnia. Po lekcjach jechałam prosto do nadmorskiego domu Frei. To znaczy prawie prosto, bo po drodze zatrzymywałam się w ustronnym miejscu, przy slipie do wodowania łodzi, żeby coś przekąsić, nie wysiadając z samochodu. Na szczęście rodzice dzielili się ze mną pieniędzmi ze sprzedaży jajek, które pomagałam zbierać. Te moje fundusze w całości przeznaczałam na jedzenie, a konkretnie na mięso. Mama była wegetarianką; najczęściej to właśnie ona gotowała i dlatego wszyscy byliśmy na bezmięsnej diecie, która nie służyła najlepiej takiej dorastającej, wysokiej dziewczynie jak ja, z moją przemianą materii. Uzupełniałam ją burgerami albo kanapkami z długiej bułki grubo przełożonej szynką, wędliną z indyka albo salami. Unikałam natomiast cebuli, nie chciałam, żeby było ją czuć w ciasnej pracowni. Przełknąwszy ostatni kęs, przeglądałam się w lusterku, żeby sprawdzić, czy nie mam niczego na zębach, i ruszałam w dalszą drogę, aby dokładnie o szesnastej dotrzeć do domu Frei.

O tej porze moja nauczycielka zawsze była już w pracowni i szykowała się do zajęć, jakby nie mogła się ich doczekać, tak samo jak ja. Witała mnie promiennym uśmiechem, chociaż jej błękitne oczy czasami były zamglone smutkiem, a czasami zaczerwienione i podpuchnięte. (Uczulenie? Płacz? Kac?) Nigdy nie chciała przyjąć pieniędzy, kiedy po skończonej pracy wyjmowałam z kieszeni dziesięć dolarów.

– Innym razem – powtarzała, aż w końcu dałam za wygraną i po cichu zwróciłam braciom prawie całą sumę podebraną ze skarbonek.

Gdy zjawiłam się na drugich zajęciach, koła garncarskie stały naprzeciwko siebie.

– Będziesz mnie widziała jak w lustrze i łatwiej ci będzie powtarzać moje ruchy – powiedziała Freya.

Jeszcze nikt nigdy nie wziął sobie aż tak do serca tego, że jestem leworęczna. Zajęłam miejsce, a niewysłowiona wdzięczność aż ścisnęła mnie za gardło.

Moja zręczność manualna pozostawiała wiele do życzenia, ale Freya była cierpliwą nauczycielką i umiała motywować. Po kilku lekcjach na moim kole zaczęły się pojawiać leciutko asymetryczne miski, nieznacznie scentrowane kubki i chwiejne wazoniki. Okazało się, że glina wybacza wiele błędów. Freya wytrwale poprawiała moje prace i pomagała je wykańczać; proponowała na przykład nieco grubszą warstwę szkliwa, aby zamaskować niedociągnięcia. Z czasem spod mojej ręki zaczęły wychodzić naczynia nadające się na prezent, a nawet na sprzedaż, ale nie to było dla mnie najważniejsze w tych zajęciach.

Najważniejsza była Freya.

Przy pracy dowiedziałam się o niej niejednego. Wychowała się w Pacific Palisades, nadmorskiej dzielnicy Los Angeles. Nie miała rodzeństwa, a po matce, która pochodziła z Islandii, odziedziczyła skandynawską urodę i talent artystyczny.

– Posadziła mnie przy kole garncarskim, kiedy miałam pięć lat – opowiadała. – Zanim skończyłam osiem, moje wyroby zaczęły się sprzedawać. Co dzień siedziałyśmy godzinami w jej pracowni za domem, ale dopiero kiedy miałam trzynaście lat, dotarło do mnie, że moja matka to wariatka.

– Wariatka? – powtórzyłam z niedowierzaniem.

– Miała chorobę dwubiegunową. Tylko że nikt tego nie rozpoznał i nie brała żadnych leków. Potrafiła siedzieć przy kole do białego rana, a potem spać przez cały dzień. Czasami nie widziałam jej na przykład przez tydzień i tylko słyszałam, jak się tłucze po nocy w pracowni.

Ojciec Frei, wpływowy prawnik w przemyśle rozrywkowym, był pracoholikiem, w zasadzie nieobecnym w życiu córki, zdołał jej jednak przekazać swoją motywację i kulturę – aby nie powiedzieć: kult pracy. W dysfunkcyjnym małżeństwie rodziców nieustannie dochodziło do napięć.

– Tato kochał mamę, ale trudno było z nią żyć. Nigdy nie wiedział, co powie i co zrobi. Raz zabrał ją na premierę jakiegoś filmu, a ona zaczęła się całować z aktorką, która grała główną rolę.

Chciałam się zaśmiać, bo to była niezła jazda, ale bałam się urazić moją nauczycielkę. Na szczęście Freya sama zaczęła chichotać.

– Była zdrowo trzepnięta, ale nie można się było przy niej nudzić. – Odłożyła podobne do skalpela narzędzie do trymowania. – A nudni ludzie są najgorsi.

Nie mogłam się nie uśmiechnąć. Wiedziałam, co inni o mnie myślą: że jestem dziwna, mało sympatyczna i do przesady poważna – ale nikt nie uważał mnie za nudną. Miałam skomplikowany charakter. Złożoną osobowość.

Po długim szeregu zdrad i romansów rodzice Frei wzięli rozwód, a ona postanowiła zostać z ojcem w Pacific Palisades, chociaż jej mama wyprowadziła się do Topanga Canyon.

– Wiedziałam, że jeśli z nią zamieszkam, to skończę jako jej opiekunka. A tato miał mnóstwo cennych znajomości w branży rozrywkowej.

Zaczęła pracować jako modelka.

– Sesje komercyjne – wyjaśniła krótko, pokazując mi równocześnie, jak wyciskać angobę z miękkiej butelki. – Na edytorial byłam za niska. – Obrzuciła mnie spojrzeniem. – A ty nie myślałaś o modelingu, Low? Masz odpowiedni wzrost i niepowtarzalną urodę.

Wlepiłam w nią zdumiony wzrok. Po pierwsze, w tak małej miejscowości jak nasza agencji modelek ze świecą by nie znalazł, a po drugie, nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że moje chude ciało i ostre rysy twarzy mogą stanowić jakiś plus.

– Albo wiesz co, lepiej się w to nie pakuj – dodała po chwili Freya. – W tej robocie łatwo stracić poczucie włas­nej wartości i dorobić się problemów z odżywianiem.

To był błahy, rzucony od niechcenia komplement, ale i tak powtarzałam go sobie przez dobrych kilka dni. Freya widziała we mnie coś, czego nie dostrzegł dotąd żaden mieszkaniec naszej wyspy. Byłam dla niej interesującą nastolatką. Po tej rozmowie, przysięgam, zniknęły moje wady postawy. Promieniałam szczęściem.

W swoim życiu zawodowym Freya zaliczyła też przygodę z aktorstwem. Było to, jak sama powiedziała, „uwłaczające ludzkiej godności”.

– Zagrałam w pilotowym odcinku młodzieżowego sitcomu, który nie zainteresował żadnej wytwórni, i w jednym żenująco idiotycznym świątecznym filmie. Moja bohaterka nazywała się Trixie Gains. Sama powiedz, czy ja wyglądam jak jakaś, kurna, Trixie?

– Nie – zaśmiałam się.

– Kręciliśmy w Los Angeles, w sztucznym śniegu. Do każdej sceny musiałam nakładać sweter z angory, a na dworze był upał, ponad trzydzieści stopni. L.A. to straszne szambo – ciągnęła – ale pogoda jest świetna. I tego mi brakuje.

Ostatnimi czasy postawiła za to na social media i została influencerką.

– Najlepsza fucha na świecie. – Uśmiechnęła się do miłych wspomnień, a jej oczy zalśniły. – Płacili mi dwadzieścia kawałków za jeden post. Za live’a mogłam wyciągnąć nawet trzydzieści. Dostawałam zaproszenia do klubów, restauracji, na różne koncerty. A ile fantów z tego miałam! Kosmetyki, elektronika, nawet pobyty w spa.

– Ekstra – przytaknęłam, chociaż osobiście byłam z tych, co to unikają portali społecznościowych jak zarazy.

Freya przestała wycierać koło, znieruchomiała z gąbką w dłoni.

– Na Instagramie miałam pół miliona followersów. Moje posty zbierały po sto tysięcy lajków i więcej. Instastory miewały po sześćdziesiąt tysięcy wyświetleń. To było uzależniające – ludzie się mną interesowali, uwielbiali mnie i dostawałam mnóstwo pozytywnych komentarzy.

Takie rzeczy jak powszechne uznanie były mi z gruntu obce, ale znów przytaknęłam z uśmiechem.

– A potem… wszyscy zwrócili się przeciwko mnie. – Freya wrzuciła gąbkę do wiadra z wodą i wstała. – Wszystkie te wcześniejsze zachwyty nie były szczere. Tak naprawdę w ogóle nikogo nie obchodziłam.

Poszła na zaplecze, gdzie była umywalka, a ja zostałam sama i mogłam sobie przemyśleć jej gorzkie słowa.

Poza zadaniem mi kilku niezobowiązujących pytań (Co najbardziej lubisz w szkole? Zajęcia z fotografii. Jakiej muzyki słuchasz? Alternatywy z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych) Freya praktycznie przez cały czas mówiła tylko o sobie. Odpowiadało mi to. Nie chciałam tak od razu otwierać się przed nią. Myślała, że jestem normalną dziewczyną, lepiej więc było nie wyprowadzać jej z błędu, żeby nie uznała mnie za dziwoląga i się nie zraziła. Jeszcze nigdy nie spotkałam takiej ciekawej, niezwykłej osoby. Uzależniłam się od niej momentalnie.

Po wyjściu za mąż najpierw mieszkała w Montrealu, a potem w Las Vegas i na koniec w Nowym Jorku.

– Cudowne miasto – powiedziała. – W głębi serca jestem nowojorczanką.

– Widziałaś kawałek świata.

– Mąż był zawodowym hokeistą. Przeprowadzaliśmy się, kiedy zmieniał drużynę.

W moim domu nie oglądało się sportu. Współpraca, nie współzawodnictwo – głosiła rodzinna dewiza. (O tak, mieliśmy swoją dewizę. Wisiała w przedpokoju, wyhaftowana na płótnie oprawionym w ramkę). Hokej w szczególności był niemile widziany jako brutalna gra rządząca się prawem pięści, chociaż jestem pewna, że mój stuknięty braciszek Leonard miał zadatki na miłośnika tej dyscypliny. Mimo to wiedziałam o zawodowych sportowcach wystarczająco dużo, aby słowa Frei zrobiły na mnie wrażenie: pieniądze, sława, niezwykła sprawność fizyczna.

 

– Czy zakończył już karierę? – zapytałam.

– Powiedzmy… – mruknęła, nie spuszczając wzroku z idealnie równego walca powstającego pod jej zręcznymi palcami. – Dwa lata temu musiał pożegnać się ze sportem. Po tym, jak zabił człowieka.

– Boże! – Wyprostowałam się gwałtownie, odrywając dłonie od mojej glinianej wieży. Pozbawiona podparcia od razu runęła.

– Sfaulował przeciwnika podczas meczu – ciągnęła dalej Freya beznamiętnym tonem jakby nigdy nic. – Skończyło się złamaniem kręgosłupa i paraliżem od pasa w dół. A potem ten facet… – Zostawiła w końcu swój wazon i uniosła wzrok. – Przedawkował leki przeciwbólowe.

Ulżyło mi. Wiedziałam, że to nie w porządku, bo ostatecznie chodziło o ludzkie życie, ale w pierwszej chwili wydawało mi się, że mąż Frei zamordował kogoś z zimną krwią. Tak to zabrzmiało.

– Czyli to nie była jego wina? – zapytałam.

– Powiedz to rodzinie tamtego kolesia – prychnęła, a po jej twarzy przemknął cień. – Ciągali nas po sądach, żądali milionowych odszkodowań. Mało im było zrujnowanej kariery Maxa. Nie wystarczyło, że przyznał się do napaści. Że gnoił nas, kto chciał, w internecie i w realu. Że musieliśmy się wyprowadzić na jakieś pieprzone zadupie… Nie. I tak domagali się forsy.

Słychać było, że szczerze nienawidzi tych ludzi, którzy przecież stracili kogoś bliskiego, członka rodziny. Tamten gracz był czyimś synem, bratem, wujkiem. Mimo to Freya nie miała dla nich nawet odrobiny współczucia, nie potrafiła sobie wyobrazić, co czują. Może należało zwrócić na to uwagę. Ale nie. Zamiast wyciągnąć właściwe wnioski, wymamrotałam tylko:

– Przykro mi.

– Dziękuję, Low. – Freya zmierzyła mnie długim spojrzeniem. – Wiesz co? Jeśli chcesz, to możesz przychodzić częściej. Jedne zajęcia w tygodniu to trochę mało. A poza tym – uśmiechnęła się niewiarygodnie wręcz uroczo – lubię twoje towarzystwo.

W środku cała aż rozkwitłam. Zalało mnie ciepło promieniujące z głębi brzucha w górę, do piersi i gardła. Zainteresowanie, jakie okazała mi Freya, było jak pokarm dla ducha. Wypełniło pustkę, którą czułam, rozświetliło mroczne zakamarki mojej psyche. Nawet gdybym wiedziała, jak to wszystko się skończy, za nic bym się tego nie wyrzekła.

Nie umiałabym.