Umowa

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

THE ARRANGEMENT

Copyright © 2019 by Robyn Harding

All rights reserved

Projekt okładki

S&S Art Dept.

Zdjęcia na okładce

© Henry Steadman/Arcangel Images

Redaktor prowadząca

Milena Rachid Chehab

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-959-4

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Ethana

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PROLOG

– Tatuś?

Nat ścisnęła słuchawkę w dłoni. Jej głos był cichy i drżący. Ostatni raz powiedziała do niego „tatuś”, kiedy była małą dziewczynką. A gdy skończyła szkołę średnią, przestała odzywać się w ogóle, bo wyjechała do Nowego Jorku, aby tam ułożyć sobie życie. To nie jej wina, że kontakt się urwał. Ojciec wyraźnie dał do zrozumienia, że nic go nie obchodzą żona i córka, która miała wtedy tylko dziesięć lat: wyprowadził się z domu, żeby zacząć wszystko od początku w Nevadzie, i odtąd ich kontakt ograniczał się do paru sporadycznych maili w roku. Co jakiś czas Andrew Murphy przysyłał swojej Natalie prezent na święta albo kartkę urodzinową z pięćdziesięciodolarowym banknotem w środku. Żyli w dwóch światach, rozdzieleni olbrzymią odległością oraz przepaścią emocjonalną – ale dziewczyna nie miała teraz nikogo innego, do kogo mogłaby się zwrócić.

– Natalie?

No, przynajmniej mnie poznał, pomyślała. Była jego jedynym dzieckiem. Jasne, czasu miał aż nadto, żeby założyć drugą rodzinę, ale nawet gdyby dorobił się potomstwa, to byłoby jeszcze małe, najwyżej takie, które przed chwilą zaczęło chodzić. Takie dzieci nie dzwonią do ojca z komisariatu całe zapłakane.

– Zaczekaj chwilę – poprosił.

Był w jakimś barze, knajpie albo może w kasynie. W tle rozbrzmiewały wesołe głosy, dźwięczały szklanki. Coś pikało, automat do gier? Mieszkał w Vegas już blisko dwanaście lat. Ciekawe, myślała Nat, jak często wspominał małą dziewczynkę, którą zostawił, której zafundował taki uraz, zranił głęboko i skazał na nieustanne rozpamiętywanie tamtej straty. Nie chciała pozwolić, aby to jedno wydarzenie zaważyło na całym jej życiu, ale każdy psycholog miałby z nią niezłą jazdę, zwłaszcza po tym, co stało się teraz. Specjalista od zdrowia psychicznego mógłby nawet doszukać się w tym winy jej ojca. Uznać go współodpowiedzialnym za zbrodnię, którą popełniła.

W słuchawce trzasnęły drzwi i wszystkie odgłosy ucichły jak nożem uciął. Jej ojciec zamknął się w łazience, jakimś schowku albo wytłumionym gabinecie. Słyszała już tylko głuche bicie własnego serca.

– Dawno się nie słyszeliśmy – zaczął. Niezręcznie to zabrzmiało, oficjalnie. – Co tam u ciebie?

– Mam kłopoty – wyznała prosto z mostu. To nie był czas na pogaduszki.

– Co się stało?

– Jestem na komisariacie w Chelsea. To w Nowym Jorku, taka dzielnica. A… Aresztowali mnie.

– Chryste, dzieciaku. Za co?

Otworzyła usta, ale nagle zabrakło jej słów. Przyznać mu się, co zrobiła? Jak? Byli sobie praktycznie obcy. A jednak… Potrzebowała jego pomocy, jego pieniędzy – o ile miał pieniądze. Bo mama z całą pewnością nie miała tyle, żeby jej pomóc w tej sytuacji. Jedyną szansą był on, dawno niewidziany ojciec. A nie mógł odmówić, bo ostatecznie w jakiś sposób był za to wszystko odpowiedzialny. Gdyby ją kochał, troszczył się o nią, trwał przy niej, inaczej pokierowałaby swoim życiem.

Mocno przycisnęła usta do słuchawki, zniżyła głos, chociaż w zatłoczonym pomieszczeniu panował harmider. Gdy wreszcie udało jej się coś wykrztusić, słowa zabrzmiały zaskakująco spokojnie. Wręcz beznamiętnie. Były kompletnie wyprane z emocji.

– Zabiłam człowieka – powiedziała.

Cztery miesiące wcześniej

1

Współlokatorki

Pierwszą rzeczą, która przebiła się do świadomości Nat, był podły smak w ustach, metal, popiół, chemia. Jezu, skrzywiła się kwaśno. Co ja wczoraj piłam? Tępe łupanie w skroniach wskazywało, że powinna raczej zapytać: ile, a odpowiedź brzmiałaby: za dużo. Sięgnęła po szklankę wody, stojącą na podłodze obok materaca. Letni płyn przyniósł ulgę wyschniętemu gardłu, ale gdy spłynął niżej, żołądek podjechał jej aż do przełyku. Opadła z powrotem na posłanie, czekając, aż mdłości ustąpią. Nie chciała rzygać do kosza na śmieci, bo i tak się z niego wylewało, a tym bardziej nie miała ochoty paradować na miękkich nogach do mikroskopijnej łazienki, która mogła być zajęta przez którąś z jej dwóch współlokatorek. W końcu żołądek powoli zaczął się uspokajać i wtedy dopiero zauważyła, że obok leży Miguel. Pochrapywał cichutko, rozwalony na wznak.

Cholera jasna.

Musiała się naprawdę ostro skuć, żeby zabrać go do siebie. Znowu. A tak się zarzekała: koniec randek z Miguelem. Nie dlatego, że jej się nie podobał – przeciwnie, był słodki i dowcipny, i seksowny też. Problem w tym, że pracowali razem, a on się trochę w niej bujał i w każdej chwili mógł całkiem się zabujać, co było niewskazane. Mieli dopiero po dwadzieścia jeden lat, dwójka studentów dorabiających sobie w knajpie. Związek z kumplem z pracy to zawsze skomplikowana sprawa, wcześniej czy później coś musi się spieprzyć. Nat miała już za sobą jedną relację z toksycznym, pokręconym facetem. Skończyło się katastrofą i teraz wolała unikać komplikacji.

Przez chwilę leżała nieruchomo, przyglądając się śpiącemu Miguelowi. W porównaniu z jego ciepłą brązową karnacją jej naga skóra była blada jak rybi brzuch. Wszystko przez celtyckie geny ze strony ojca, złą dietę i paskudną zimę. Jeśli odżywiała się zdrowo i miała kontakt ze słońcem, mogła pochwalić się brzoskwiniową cerą, pięknie kontrastującą z gęstymi ciemnymi włosami. A gdy cały dzień chodziła zakutana w zimowy płaszcz, w czapce i szaliku, jadła tylko chińskie zupki i mrożone pierogi, jej twarz przybierała odcień upiornej bladości, a włosy robiły się mysiobrązowe i leżały na głowie jak przyklejone. Potrzebne jej było słońce, cytrusy i proteiny, a padła ofiarą spisku Matki Natury i pustego konta.

Kolejnym doznaniem, jakie przekazały jej zmysły – po toksycznym smaku w ustach, łupaniu w głowie i młodym barmanie w łóżku – były hałasy dobiegające zza drzwi. Ktoś wściekle trzasnął drzwiczkami kuchennej szafki. Ktoś z impetem wrzucił do zlewu garnki. Jej współlokatorki były wkurzone i jak zwykle dawały o tym znać nie wprost, lecz za pomocą biernej agresji.

– Mam tego, kurwa, dość.

To powiedziała koścista, rudowłosa Mara. Mara studiowała ekonomię na Uniwersytecie Nowojorskim. Ekonomię czy nauki polityczne? W każdym razie coś nudnego, nużącego i dla intelektualistów – takie przynajmniej było zdanie Nat, która uczyła się w akademii sztuk pięknych. Mara była zasadnicza, impulsywna i miała klasyczne objawy nerwicy natręctw. Która normalna studentka ustawia puszki w szafce według daty ważności? Dwa razy w tygodniu szoruje lodówkę i zlew płynem dezynfekującym? Trzyma swoje przybory toaletowe w pokoju i zawsze po użyciu zabiera je z łazienki, bo przecież gdyby tam zostały, groziłoby im skażenie… No właśnie, czym? Pleśnią? Moczem? Kałem?

– Miałaś rację – burknęła druga z dziewczyn, Toni, na tyle głośno, że Nat słyszała każde słowo. – Po co nam było brać sobie na głowę artystkę?

Zabolało. Nat mieszkała w Bushwick, na Brooklynie, już od dwóch lat. Natrafiła na ogłoszenie o wolnym pokoju, a po wprowadzeniu się szybko znalazła wspólny język z Toni, która była zupełnie inna niż Mara, wesoła, trochę bałaganiara, po prostu normalna laska. Miała ciemną skórę, promienny uśmiech i bujne włosy zaplecione w warkoczyki. Nat od razu ją polubiła. Zdarzyło im się posiedzieć do późna nad butelką wina, odkryły też, że obie uwielbiają niecenzuralne reality show, a Mariah Carey jest dla nich boginią. Teraz już nie były tak blisko. Toni uczyła się w szkole pielęgniarskiej i była już na czwartym roku, co oznaczało wiele godzin nauki i praktyk. Najwidoczniej nie miała czasu na śmieciową telewizję. Poczucie humoru też utraciła.

Znów coś huknęło, zdaje się, że pusty słoik postawiony z rozmachem na blacie. Z kuchni doleciała kolejna seria przekleństw. Trzeba wstać, iść tam i przeprosić, jakoś je udobruchać, pomyślała Nat. Czynsz za klitkę w tym dawno nieremontowanym mieszkaniu mocno obciążał jej finanse, a odkąd zepsuła wolnowar Mary, była nieoficjalnie „na okresie próbnym”. Rzeczywiście, powinna wiedzieć, że do takiego garnka nie wkłada się mrożonej potrawki z wołowiny. Ceramiczne naczynie pękło, a ona znalazła pod drzwiami karteczkę:


Skoro nie umiesz szanować moich sprzętów i używać ich zgodnie z instrukcją, będę musiała zastanowić się nad zmianą współlokatorki.

Mara wynajmowała to mieszkanie, więc mogła wybierać, z kim zamieszka. A było jasne, że chce się pozbyć „artystki” z trzeciego pokoju, która ostro imprezuje i nie dba o porządek. Nat nie była pewna, co właściwie tym razem przeskrobała; mogła tylko mieć nadzieję, że nie dostanie za to drugiego ostrzeżenia. Jej pokój kosztował niewiele (powiedzmy), w Bushwick było (względnie) bezpiecznie i miała stąd stosunkowo niedaleko (czterdzieści dwie minuty metrem) na Manhattan, do swojej Akademii Sztuk Wizualnych. A to wszystko oznaczało, że trzeba wstać, iść do kuchni i podlizać się współlokatorkom.

 

Starając się nie myśleć o bólu głowy i mdłościach, Nat zwlekła się z materaca. Miguel nawet nie drgnął. Jak on w ogóle może spać przy takim hałasie, zdziwiła się przelotnie, sięgając po swój pożółkły, frotowy szlafrok wiszący na drzwiach do pokoju. Lekko zalatywał stęchlizną. Owijając się nim, zauważyła, że ma na sobie majtki. Może więc jednak nie było seksu? Wstrętne uczucie, nie pamiętać czegoś takiego. Wydarzenia zeszłego wieczoru zlewały się w jedną bezładną mieszaninę. Po zajęciach z ilustracji pojechała do Donnelly’s, gdzie była kelnerką. Kochanek za barem polał jej kilka szotów wódki, żeby dotrwała do końca zmiany. Po zamknięciu wypili butelkę wina plus kilka paralizatorów. A może Białych Rusków? Stanowczo muszę przyhamować z piciem, powiedziała sobie Nat.

Wtoczyła się do kuchni i ogarnęła wzrokiem bajzel będący przyczyną tej porannej chryi. W zlewie stało kilka brudnych garnków, a na stole otwarty słoik sosu pomidorowego w kałuży gęstej czerwonej cieczy. Wtedy ją olśniło: makaron. Przyszli z Miguelem do domu i byli głodni, więc ugotowała rigatoni z sosem marinara. Zjedli w kuchni przy maleńkim stoliku. Potem on zaczął ją pieścić i całować, a skończyło się w łóżku. Umycie naczyń nie obejmowało, jak widać, gry wstępnej.

– Przepraszam, dziewczyny – powiedziała Nat. – Już sprzątam.

Mara odwróciła się gwałtownie. W dłoni trzymała swój nieodłączny płyn dezynfekujący.

– Wczoraj trzeba było posprzątać – poinformowała ją.

– Wiem. Dałam ciała.

– Jak chce ci się jeść o czwartej rano, idź do nocnej knajpy – doradziła Toni, która nalewała sobie kawę z zaparzacza tłokowego. Nie zaszczyciła jej nawet spojrzeniem, a Nat przypomniała sobie, że Miguel coś takiego proponował, ale jej budżet nie przewidywał podobnych wydatków. Pieniądze na najbliższą ratę czesnego miała odliczone co do grosza i gdyby kupiła chociażby burgera, nie starczyłoby już na czynsz. Wiedziała, że Miguel postawiłby jej tę kolację, ale u niego z kasą też było raczej krucho. Aby uniknąć długów wdzięczności, postanowiła coś ugotować na miejscu. A skończyło się w łóżku.

– Nie podoba nam się, że sprowadzasz sobie na noc tych wszystkich chłopaków – oznajmiła Mara, atakując plamę sosu na blacie z taką furią, jakby to był wyciek toksycznych chemikaliów.

Nat oblała się rumieńcem, zawstydzona, ale też zirytowana. Co to znaczy: tych wszystkich chłopaków? Mogłaby policzyć na palcach jednej ręki, ilu facetów zaprosiła tutaj na noc. Nie była rozwiązła; miała po prostu dwadzieścia jeden lat. Jej współlokatorki też przecież nie były święte. Mara, nie dalej jak w zeszłym roku, miała romans z asystentem ze swojego wydziału, a Toni, w czasach, kiedy jeszcze zdarzało jej się napić wina, obejrzeć Kawalera do wzięcia, a czasem nawet roześmiać, kochała się – bardzo głośno – ze ślicznym chłopakiem z informatyki. Wyluzujcie trochę, pomyślała Nat. I same złapcie jakąś okazję.

Z trudem się opanowała.

– Nie ma ich wcale tak dużo – odparła.

– Naprawdę? – Toni uśmiechnęła się z wyższością. – I teraz też jesteś sama w pokoju?

– Tak – skłamała.

– Słyszałyśmy w nocy jego głos – wypaliła Mara.

– To nie to, co myślicie – odparowała Nat. – Kumpel z pracy odprowadził mnie do domu. Byliśmy głodni i zmęczeni, wiadomo, w piątek wieczorem w barze jest sajgon, więc zrobiłam ten makaron, a potem powiedziałam mu, że jak chce, to może u mnie przekimać.

Tak rzeczywiście mogło być. Ostatecznie rano miała na sobie majtki.

Jej współlokatorki wymieniły spojrzenia. Nie uwierzyły? A może uwierzyły i teraz było im głupio? Tak, właśnie tak. Wstyd im się zrobiło, że ją oskarżyły, nie wiedząc, co zaszło. Nat postanowiła je dobić.

– Ja tylko pomogłam koledze, a wy robicie ze mnie zdzirę.

– Sorry – bąknęła Toni, chowając nos w kubku z kawą.

Mara zawzięcie szorowała blat. Najprawdopodobniej układała w głowie kwieciste przeprosiny.

I wtedy do kuchni wmaszerował Miguel, zaspany, skacowany, przystojny. I goły jak go Pan Bóg stworzył.

– Wszystko w porządku? – zapytał, zasłaniając dłońmi krocze, z marnym skutkiem, trzeba dodać. – Usłyszałem jakieś walenie…

Nat obserwowała twarze swoich współlokatorek. Tym razem ich miny były jednoznaczne.

A więc miałyśmy rację. I wcale nam się to nie podoba.

2

Dojazd

W poniedziałek Nat pojechała do szkoły. Był rześki lutowy poranek, ale w zatłoczonym wagonie metra od razu zrobiło jej się gorąco. Odwinęła z szyi puszysty szary szalik i rozpięła do połowy suwak wełnianego płaszcza wypatrzonego w sklepie z używaną odzieżą. Rękawiczek nie zdjęła. Były cienkie, a w komunikacji miejskiej, wiadomo, roi się od zarazków.

Wsiadła do pociągu linii L na stacji Jefferson Street, a wysiadła na Manhattanie przy Trzeciej Alei. Stąd miała już tylko dziesięć minut piechotą do swojej Akademii Sztuk Wizualnych. Kiedy jeździła na przedpołudniowe zajęcia, w metrze zawsze był tłok, ale tego dnia los się do niej uśmiechnął, bo mogła usiąść, chociaż, co prawda, wciśnięta między grubasa zalatującego salami a chłopaka ze słuchawkami na uszach, który napawał się jakimś rapowym kawałkiem tak głośno, że dokładnie słyszała każde słowo tekstu.

Facet obok niej był tak wielki, że nie dała rady wyciągnąć telefonu z kieszeni płaszcza, więc patrzyła tępo w podłogę. Lokalsi nie gapią się z rana na ludzi w metrze, chociaż pełno tam kolorowych typów. Nat mieszkała w Nowym Jorku ponad dwa lata, ale wciąż ją kręciło, kiedy myślała o sobie: jestem stąd. Niewielu ludzi z Blaine w stanie Waszyngton dociera aż tak daleko. Do Seattle – jasne. Kto ma trochę fantazji, może zawędruje do San Francisco. Ale ona zostawiła wszystkich daleko za sobą.

Miała dziesięć lat, kiedy po raz pierwszy zrozumiała, że jest jej pisane osiągnąć coś więcej, wyrwać się z rodzinnego miasteczka przyklejonego do granicy z Kanadą na słonym wybrzeżu Pacyfiku. Blaine liczyło sobie mniej więcej pięć tysięcy mieszkańców, było malownicze i wygodnie się tam żyło. Miało swój staroświecki urok, a także mroczną stronę, surowy charakter typowy dla miast północy. Tylko że jej artystyczna dusza dusiła się na prowincji; już wtedy było to dla niej jasne. Do podobnych wniosków musiał dojść jej ojciec, a gdy otworzyły mu się oczy, zostawił żonę i córkę. Rodzice Nat nie mieli ze sobą lekko; Andrew Murphy był człowiekiem, którego trudno kochać. Nieopanowany i wybuchowy, potrafił całymi dniami się nie odzywać albo wygłaszać krytykanckie tyrady, a później tłumaczyć to wszystko niezdiagnozowaną depresją. Kiedy nagle wyniósł się z domu i nie wrócił, Nat i jej mama płakały, ale bardziej z powodu odrzucenia niż z tęsknoty. Szybko też przekonały się, że lepiej im bez niego.

Nat miała za złe ojcu, że ją porzucił, a jednocześnie mu zazdrościła, że umiał to zrobić. Nudził się, był sfrustrowany i nieszczęśliwy, więc spakował manatki, zostawił żonę oraz córkę jedynaczkę i pojechał do Las Vegas, gdzie znalazł pracę jako kierownik sali w dużym, wypasionym kasynie. Czy blichtr stolicy hazardu zapewnił mu bodźce, których nie znalazł w Blaine? Emocje, których brakowało w domu, przy żonie i dziecku? Nat nienawidziła go za to, co zrobił, lecz w skrytości ducha marzyła, aby przeprowadzić się do Miasta Grzechu i zamieszkać razem z nim.

Znalazłoby się dla nich jakieś nieduże mieszkanko tuż obok Las Vegas Strip. W nocy ojciec wychodziłby do pracy, a Nat ruszałaby w miasto, samotna dziewczyna przemierzająca oświetlone neonami ulice, spotykająca na swojej drodze krupierów i tancerki, akrobatki i gangsterów. W jej fantazjach ojciec pojawiał się czasem, ale jako postać wybitnie drugoplanowa. Natalie była, praktycznie rzecz biorąc, sierotą, wyuzdaną Pippi Langstrumpf.

Nie była natomiast taką egoistką jak on. Nie zostawiłaby mamy samej, chociaż w zasadzie nie musiała się o nią martwić. Allana Murphy, blondynka o nieskazitelnej urodzie, miała dopiero trzydzieści pięć lat, kiedy odszedł od niej mąż. Wiadomość szybko się rozeszła i zaraz pod jej drzwiami ustawili się konkurenci. (Nie było ich wielu, bo i miasto było małe, ale skromną frekwencję nadrabiali zapałem). Przez kolejne dwa lata spotykała się z kilkoma facetami; Nat nie przywiązała się do żadnego z nich. A potem, kiedy miała trzynaście lat, jej mama wyszła za budowlańca nazwiskiem Derek Heppner. Był to potężnie zbudowany mężczyzna z rudawą brodą jak wiking. Uwielbiał Allanę, a samą Nat też, zdaje się, polubił, przynajmniej z początku. Tylko że potem wszystko się zmieniło i Nat zrozumiała, że bez problemu mogłaby zniknąć. Że właściwie nie ma innego wyjścia.

Brzuchacz zalatujący salami wysiadł na Bedford Avenue, a jego miejsce zajął hipster, od którego dla odmiany bił intensywny leśny aromat. Nat była bardzo zadowolona, że już nie czuje zapachu wędliny, obawiała się jednak, że ma alergię na olejek do brody, którego używał jej nowy sąsiad. Zmarszczyła nos, bo zaczęło jej się zbierać na kichanie.

Metro w godzinach porannych nie było najwygodniejszym środkiem transportu, brakowało jej pieniędzy, a w tym olbrzymim, anonimowym mieście czasami czuła się bardzo samotna. To wszystko była prawda, lecz mimo to Nat nigdy nie żałowała decyzji o przeprowadzce na drugi koniec kraju. Życie w Nowym Jorku to nie bułka z masłem, wiadomo. Bywa ciężko, ale warto. Zwłaszcza gdy jest się artystką, jak Natalie. To szacowne miasto buzowało inwencją. Żywiła się nią, a każdy twórca, który kiedyś chodził po tych ulicach, był dla niej źródłem inspiracji. Nowy Jork pielęgnował jej duszę, pobudzał umysł, codziennie przepełniał ją swoją szumiącą, rozwibrowaną energią.

W Nowym Jorku człowiek czuł, że ma perspektywy.

Jak wyglądałoby jej życie, gdyby została w Blaine? Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby się tego domyślić. Po szkole – studia w najbliższym college’u, na jakimś praktycznym kierunku. Księgowość, może marketing. Po studiach – praca w banku, biurze albo na przykład w sklepie wolnocłowym na przejściu granicznym. Dalej robiłaby swoje szkice, ale już tylko jako hobby, a w końcu by przestała, mając głowę zaprzątniętą różnymi obowiązkami. Wyszłaby za przystojniaka Cole’a, swojego chłopaka z liceum, i jeszcze przed trzydziestką urodziłaby mu dwójkę dzieci. Mieliby nieduży, ale wygodny dom, a zaliczkę na kredyt dostaliby od rodziców Cole’a, właścicieli kilku kutrów i firmy kurierskiej obsługującej Kanadyjczyków chcących uniknąć kosztów dostawy towarów kupionych w Stanach. A potem… No właśnie, co potem?

Czy Cole Doberinsky byłby despotycznym mężem, który dyktuje żonie, jak ma się ubierać, czym interesować i z kim może się widywać? Był jedynakiem z bogatej rodziny, przez całe życie wszystko było tak, jak sobie życzył. Nat zdążyła zauważyć u niego potrzebę kontroli. Bez przerwy pisał do niej SMS-y i wymagał natychmiastowych odpowiedzi. Zawsze musiał wiedzieć, gdzie przebywa jego dziewczyna i w czyim towarzystwie. Co robi, co myśli, co czuje… Ale nie, Nat nigdy nie widziała w tym obsesji, była pewna, że Cole jest niegroźny.

Dopóki nie włamał się do jej domu.

Nagle zrobiło jej się niedobrze. To nie była choroba lokomocyjna ani reakcja na gęstą mieszankę zapachów w wagonie metra, ale wspomnienia. Przed oczami stanął jej tamten wieczór, kiedy przyznała mu się, że zamierza wyjechać z Blaine, i zakończyła ich związek. Cole był dotknięty i zły. Pożałujesz, tak powiedział. Powinna wziąć te słowa poważnie. W końcu miał kochających rodziców, był przy forsie, dostał się do miejscowej uczelni na studia biznesowe. Nat pochodziła z rozbitego domu, w którym nigdy się nie przelewało, a wymarzony przez nią zawód nie dawał żadnych perspektyw. Wiedziała, że Cole ma wredny charakter i jest protekcjonalny, ale tego, co zrobił, nigdy by nie przewidziała.

Poczekał, aż się ściemni, wybił okno w piwnicy jej domu i zakradł się do środka. Szedł na piętro, do pokoju Nat. Naprzeciwko był pokój jej przyrodniego rodzeństwa (miała młodszego brata i siostrę, oboje dopiero uczyli się chodzić). Mama i Derek spali na parterze. Co by się stało, gdyby jej ojczym się nie obudził i nie zatrzymał intruza? (Zanim dotarło do niego, że zna tego chłopaka, zdążył go dotkliwie pobić). Czy Cole skrzywdziłby Nat? Jej brata albo siostrę? A może sam siebie?

– Chciałem tylko być przy niej. Jeden ostatni raz zobaczyć, jak śpi.

Tak się tłumaczył, kiedy przyjechała policja. Jakby nic złego nie zrobił, jakby to było zupełnie normalne. Był pijany i taki wzruszony, że aż się rozkleił. Policjantom chyba zrobiło się go żal, bo uznali, że to był tylko wyskok zakochanego szczeniaka. Tylko że żaden z nich nie widział, jak Cole patrzył na Natalie, kiedy zamykali za nim drzwi radiowozu. Miał w oczach czystą nienawiść. Widziała to jak na dłoni, czuła bijącą od niego wrogość. Co by zrobił, gdyby stanął nad łóżkiem, w którym spała? Przyglądałby się jej spokojnie czy wziął poduszkę i przycisnął jej do twarzy?

 

Te wspomnienia jak zwykle uruchomiły lawinę poplątanych emocji. Było tam i poczucie winy (Nat naraziła na niebezpieczeństwo całą rodzinę, a przede wszystkim nowe dzieci swojej matki, z których każde było przecież ósmym cudem świata), i strach (czy Cole jeszcze o niej pamięta, czy dalej ma obsesję na jej punkcie, czy gdyby wiedział, gdzie ją znajdzie, to znów nie dawałby jej spokoju?), i gniew. Była zła. Na niego. I na siebie. Jak mogła nie widzieć, że jest taki zaborczy? I niezrównoważony? Mówił, że ją kocha, że nie może bez niej żyć, ale tak naprawdę chciał mieć ją tylko dla siebie. Zatrzymać przy sobie. Uwiązać.

Nie złożyli na niego skargi. W takim małym miasteczku to byłby wielki skandal. A rodzina Cole’a była bogata, wpływowa i powszechnie lubiana. Nie daliby sobie z nimi rady. Poza tym Cole podobno szybko przyszedł do siebie i był już „taki jak dawniej”. Wiedzieli o tym od jego matki, która napisała do nich kilka maili. Ze swoją matką Nat nie rozmawiała o tym w ogóle, zresztą na inne tematy też z nią nie rozmawiała. Kiedy ojciec odszedł, przez parę lat była dla niej więcej niż córką, była przyjaciółką, powierniczką, a w razie potrzeby mama mogła nawet się jej wypłakać – ale teraz wszystkie te role przejął Derek. Allana Heppner miała teraz pracę (w handlu nieruchomościami, na pół etatu), męża i dwójkę przeuroczych jasnowłosych maluchów, więc dla starszej córki, owocu swojego pierwszego, nieudanego związku, czasu już nie starczyło. Z początku Nat czuła się dotknięta, ale potem jej przeszło. A gdy skończyła dwadzieścia jeden lat, nie przeszkadzało jej w najmniejszym stopniu, że mama nie odzywa się tygodniami, a jeśli już napisze maila, to czysto informacyjnego (Astrid strzeliła gola! Oliver zagra wiewiórkę w szkolnym przedstawieniu!). Nie raziło jej też, że w kartkach urodzinowych musi obowiązkowo dostać zdjęcie swojego przyrodniego rodzeństwa, zrobione przez zawodowego fotografa na pocztówkowej łące. Wiadomości od matki były dla niej po prostu echem przeszłości, którą bez żalu pozostawiła za sobą.

Pociąg powoli wtoczył się na stację Third Avenue. Kilku pasażerów przesunęło się bliżej drzwi. Nat wstała z miejsca. Tak teraz wygląda moje życie, pomyślała: jestem kropelką w morzu ludzi w największym mieście świata. Tutaj wszystko może się zdarzyć. Wszystko – czyli także atak terrorystyczny albo też zwykła napaść na ulicy (dzięki, Derek, że mnie o tym poinformowałeś, kiedy żegnaliśmy się na lotnisku). Tylko że jakoś najgorsze nieszczęście spotkało ją nie w Nowym Jorku, ale w sennym Blaine, w stanie Waszyngton, kiedy była w rodzinnym domu i leżała we własnym łóżku. Nat postanowiła zaufać swojemu losowi.

Na złożenie papierów do Akademii Sztuk Wizualnych namówiła ją pani Nguyen, nauczycielka plastyki z liceum, która bardzo wierzyła w jej talent. To ona pomogła Nat zgromadzić materiały do portfolio i wymusiła na niej, aby wypełniła i wysłała dziesiątki podań o stypendium. (Czesne w tej szkole to rozbój w biały dzień, powiedział Derek. Nie będziemy tyle płacić. Nie chcieli czy nie mieli pieniędzy?). Potem przyszła wspaniała wiadomość: Nat dostała się na ilustrację. (Razem z panią Nguyen uznały, że to najpraktyczniejszy kierunek, aczkolwiek jej ojczym stwierdził, że takie studia nic nie dają). Przyznano jej również zasiłek ze szkolnych funduszy oraz stypendium, które w znacznej części pokryło czesne. Aby zarobić pozostałą kwotę, odłożyła rozpoczęcie nauki o dwa semestry i cały rok pracowała w greckiej restauracji. Po przyjeździe do Nowego Jorku zatrudniła się na pół etatu jako kelnerka i miała na czynsz i jedzenie (nie do syta). Była samowystarczalna. Finansowo i emocjonalnie też. Żyła na własny rachunek. Niezależna od nikogo. Powtarzała sobie, że tego właśnie chce, ale prawda była inna – po prostu nie miała wyjścia.

Na ulicy wiatr przywitał ją siarczystym, lodowatym policzkiem. Do uczelni na Dwudziestej Trzeciej Ulicy było blisko, szło się Trzecią Aleją. Nat ruszyła pospiesznym krokiem przed siebie, otuliwszy się szczelniej płaszczem. Szła zgarbiona, bo wciąż wiał zimny wiatr. Dłonie w rękawiczkach wbiła głęboko w kieszenie, więc kiedy jej telefon delikatnie zawibrował, od razu to poczuła. SMS. Od Miguela.

Widzimy się dzisiaj?

Zdjęła rękawiczki, żeby mu odpowiedzieć, i zawahała się nagle. Najlepiej byłoby napisać: Nie, dzięki. To tylko luźna znajomość. Przyjaźń plus. Nic więcej.

Ale nie mogła zaprzeczyć, że fajnie by było pojechać do niego po zajęciach. Wyobraziła sobie starą, trzeszczącą kanapę Miguela i jego obok siebie. Pouczyłaby się trochę, a potem obejrzeliby serial na Netfliksie albo jakiś film. I wcale nie musiałoby się skończyć w łóżku, mogliby się nawet nie dotykać. Dlaczego nie miałby być jej kumplem, sposobem na ucieczkę przed toksycznymi charakterami jej współlokatorek? To nie było tak, że Nat go potrzebuje. Po prostu… było z nim miło. Dotknęła kciukiem wyświet­lacza.


Oki

I wsunąwszy telefon z powrotem do kieszeni, szybkim krokiem ruszyła w kierunku uczelni.