3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Uczeń skrtytobójcy

Tekst
Z serii: Skrytobójca
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Uczeń skrtytobójcy
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Rozdział 1: Historia najdawniejsza

Rozdział 2: Nowy

Rozdział 3: Porozumienie

Rozdział 4: Rzemiosło

Rozdział 5: Lojalność

Rozdział 6: Cień księcia Rycerskiego

Rozdział 7: Zadanie

Rozdział 8: Wielmożna pani Tymianek

Rozdział 9: Uśmiech losu

Rozdział 10: Rozwiązanie

Rozdział 11: Kuźnica

Rozdział 12: Cierpliwa

Rozdział 13: Kowal

Rozdział 14: Konsyliarz

Rozdział 15: Kamienie Świadków

Rozdział 16: Nauki

Rozdział 17: Próba

Rozdział 18: Zabójstwa

Rozdział 19: Podróż

Rozdział 20: Strome

Rozdział 21: Księżniczka

Rozdział 22: Rozterka

Rozdział 23: Zaślubiny

Rozdział 24: Pokłosie

Epilog

Tytuł oryginału: ASSASSIN’S APPRENTICE

Redakcja: MAGDALENA GÓRNICKA

Korekta: URSZULA OKRZEJA

Okładka oraz grafiki: DAGMARA MATUSZAK

Projekt typograficzny, skład i łamanie: TOMEK LAISAR FRUŃ

Copyright © 1995 by Robin Hobb

Copyright for the Polish translation © 2005 by Wydawnictwo MAG

Wydanie III

ISBN 978-83-7480-474-5

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63,

04‑082 Warszawa

tel./fax 22 813 47 43

e‑mail: kurz@mag.com.pl www.mag.com.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Gilesowi

oraz pamięci Ralpha Pomarańczowego

i Freddiego Kuguara, Księcia Zabójców,

a także Kociej Natury ponad Hańbą

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Rozdział 1

HISTORIA NAJDAWNIEJSZA

Dzieje Królestwa Sześciu Księstw są z konieczności nierozerwalnie splecione z historią rodziny panującej – rodu Przezornych. Rzetelna opowieść winna sięgać czasów sprzed powstania pierwszego księstwa i traktować o Zawyspiarzach – gdyby tylko ich imiona pozostały zapisane w naszej pamięci – którzy zjawili się od morza, by jako piraci przybić do brzegu spokojniejszego i łagodniejszego niż lodowe plaże Wysp Zewnętrznych. Jednakże dziś nie znamy już imion tych najdawniejszych przodków.

Po pierwszym królu naszych ziem zachowało się niewiele więcej niźli tylko miano czy garść legend niegodnych wiary. Zwano go po prostu Zdobywcą. Być może z tamtego właśnie czasu wywodzi się tradycja, by córom i synom szlachetnego rodu nadawać imiona mające kształtować los. Według wierzeń ludu wywierały one magiczny wpływ na życie nowo narodzonych dzieci; owoce królewskiego drzewa musiały uosabiać cnoty swego miana. Poddane próbie ognia, nurzane w słonej wodzie, niesione na skrzydłach wiatru – oto jakie były pieczęcie godności nadawanych tym wybranym potomkom. Tak nam mówiono. Zajmująca to opowiastka i być może niegdyś rzeczywiście istniał podobny rytuał, lecz historia daje nam dowody, że nie zawsze wystarczało zobowiązać dziecinę imieniem cnoty...

Pióro ciągnie za sobą nierówną linię, wreszcie wypada z kurczowego uścisku mojej dłoni, zostawiając nierówny ślad na papierze od Krzewiciela. W trudzie chyba bezowocnym zmarnowałem kolejny cenny arkusz. Zastanawiam się, czy w ogóle potrafię napisać tę historię, czy też na każdą stronę wkradnie się ślad goryczy, którą miałem za dawno wygasłą. Chciałem się z niej uleczyć, lecz gdy dotykam piórem papieru, chłopięcy ból broczy z atramentu, aż nabieram przekonania, że każdy starannie postawiony czarny znak niczym strup ukrywa pod sobą dawną purpurową ranę.

Zawsze gdy rozważano sporządzenie na piśmie historii Królestwa Sześciu Księstw, zarówno Krzewiciel, jak i księżna Cierpliwa płonęli takim entuzjazmem, że miałem nieodparte uczucie, iż jest to praca warta wysiłku. Przekonałem siebie samego, że ćwiczenie to odwróci moje myśli od bólu, że przy nim szybciej będzie dla mnie upływał czas. Niestety, każde historyczne wydarzenie, jakie rozpatruję, budzi cienie mojej samotności i zagubienia. Obawiam się, że będę musiał zupełnie porzucić tę pracę, gdyż inaczej poddam się ponownym rozważaniom wszystkiego, co ukształtowało mój los. I tak zaczynam, znów i znów, lecz ciągle sobie uświadamiam, że piszę o swoich własnych początkach raczej niż o początkach tej ziemi. Nie wiem nawet, komu próbuję się wytłumaczyć. Moje życie było pajęczyną utkaną z tajemnic; gmatwaniną sekretów, którymi nawet teraz jeszcze niebezpiecznie się dzielić. Czy powinienem je przelewać na papier tylko po to, by wznieciły ogień i przyniosły zniszczenie? Być może.

Moje wspomnienia sięgają dni, kiedy miałem sześć lat. Przed tym czasem nie ma nic, tylko biała karta, której żadne ćwiczenia umysłu nigdy nie zdołały mi odsłonić. Przed tamtym dniem w Księżycowym Oku nie ma nic. A od tamtej chwili nagle zaczynają się wspomnienia, tak jasne i wyraziste, że aż mnie oślepiają. Niekiedy wydają mi się zbyt kompletne; wówczas nie mam pewności, czy są prawdziwie moje. Czy rzeczywiście przywołuję je z zakamarków pamięci, czy może raczej odtwarzam na podstawie historii dziesiątki razy opowiadanych przez legiony pokojówek, zastępy kuchcików i hordy chłopców stajennych? Może słyszałem tę opowieść tak często i z tak licznych ust, że teraz odbieram ją jako własne wspomnienie. Czy jej wyrazistość to efekt chłonności umysłu sześciolatka zapamiętującego wszystko, co się wokół niego dzieje? Czy raczej kompletność wspomnienia jest skutkiem jasnej strony Mocy oraz wpływu leków, które pozwalają regulować jej działanie; specyfików, które niosą ze sobą inny ból i odmienne uzależnienia? To ostatnie jest najbardziej prawdopodobne. Prawie pewne. Można tylko łudzić się nadzieją, że tak nie jest.

Wspomnienie jest niewiarygodnie wyraziste: zimna szarość odchodzącego dnia, bezlitosny deszcz, który przemoczył mnie do nitki, lodowaty bruk ulicy dziwnego miasta – pamiętam nawet szorstkość ogromnej zgrubiałej dłoni obejmującej moją rękę. Czasami rozmyślam o tym uścisku. Dłoń była chropowata, twarda i więziła moją rękę jak w pułapce. A jednocześnie była ciepła i jej dotyk nie sprawiał mi przykrości. Po prostu mocna. Nie pozwalała mi się poślizgnąć na oblodzonych ulicach, ale broniła też ucieczki przed przeznaczeniem. Nieubłagana jak lodowaty szary deszcz, który szklił ciężki śnieg i lód na żwirowej ścieżce przed ogromnymi drewnianymi podwojami warownej budowli, wznoszącej się nad miastem niczym forteca.

Odrzwia były wysokie nie tylko dla sześcioletniego chłopca; mogły witać olbrzymów. Nawet chudy starzec, który wysoko nade mną górował, wydawał się przy nich niewielki. Dla mnie to wszystko było dziwne, choć nie potrafię określić, jakie drzwi lub jaki dom wydawałyby mi się znajome i bliskie. Tyle że te wrota, rzeźbione i ujęte w ramy czarnych żelaznych okuć, udekorowane głową kozła i kołatką z połyskliwego brązu, wykraczały poza moje dotychczasowe doświadczenia. Pamiętam, że chlapa zupełnie mnie przemoczyła; stopy miałem mokre i przemarznięte. A jednak, znowu, nie pamiętam, bym szedł daleko przez ostatnie porywy zimy ani żebym był niesiony. Nie, dla mnie cała historia zaczyna się tam, przed drzwiami ufortyfikowanej budowli, kiedy moją dłoń więzi ręka wysokiego mężczyzny.

Wszystko to wyglądało nieomal jak w teatrze marionetek. Tak, właśnie tak to widzę. Kurtyna pęka pośrodku i oto stoimy przed ogromnymi drzwiami. Stary człowiek unosi kołatkę i opuszcza ją na drzwi; jeden raz, drugi, trzeci, echem niesie się stukanie. A potem spoza sceny dobiega głos. Nie zza drzwi, ale zza naszych pleców, stamtąd, skąd przyszliśmy.

 

– Ojcze, proszę! – błaga jakaś kobieta.

Odwracam się, chcę ją zobaczyć, lecz znowu zaczął padać śnieg. Koronkowy welon przywiera do rzęs, lepi się do rękawów płaszcza. Nie pamiętam, bym kogoś dojrzał. Z pewnością nie walczyłem o uwolnienie z uścisku dłoni starego mężczyzny ani nie wołałem: „Matko, matko!”. Stałem tylko niczym widz i słuchałem odgłosu kroków we wnętrzu warownej wieży, a potem zgrzytu odsuwanych rygli.

Zawołała ostatni raz. Ciągle wyraźnie słyszę słowa, pamiętam rozpacz w głosie, który wciąż na nowo rozbrzmiewa mi w uszach.

– Ojcze, proszę cię, błagam!

Dreszcz wstrząsnął dłonią, która trzymała w uścisku moją, ale czy był to gniew, czy jakieś inne uczucie – nigdy już się nie dowiem. Tak szybko jak czarny kruk dosięga upuszczoną kruszynę chleba, stary człowiek porwał z ziemi kawał brudnego lodu. Bez słowa cisnął nim, z wielką siłą i furią. Skuliłem się, schowałem głowę w ramiona. Nie pamiętam krzyku ani odgłosu uderzenia grudy o ciało. Pamiętam, że drzwi otworzyły się na zewnątrz; stary człowiek musiał śpiesznie odstąpić do tyłu, pociągając mnie za sobą.

I oto co się wydarzyło. Mężczyzna, który otworzył drzwi, nie był służącym, jak mógłbym sobie wyobrażać, gdybym tylko słyszał tę historię. Nie, w pamięci mam człowieka pod bronią, lekko siwiejącego żołnierza, z brzuchem nieco wydatnym, ale jednak niezmanierowanego służącego. Powodowany żołnierską ­podejrzliwością zrodzoną z praktyki, obejrzał nas obu od stóp do głów i stał w milczeniu, czekając, aż wyjaśnimy cel naszego przybycia.

Myślę, że wyprowadziło to z równowagi starego człowieka, lecz wzbudziło w nim nie tyle strach, ile gniew. Raptownie puścił moją dłoń, chwycił mnie za kołnierz i wypchnął naprzód, niczym szczeniaka oferowanego nowemu właścicielowi.

– Przyprowadziłem wam chłopaka – zaskrzeczał.

Strażnik patrzył na niego w milczeniu; niczego nie osądzał, nawet nie był ciekawy.

– Sześć lat sadzałem go przy swoim stole – podjął starzec – a jego ojciec nigdy nie przysłał słowa ani monety. Nawet go nie odwiedził, chociaż córka mi powiedziała, że wiedział o bękarcie. Nie będę go dłużej karmił, nie będę się zginał nad pługiem, żeby mu dać koszulę na grzbiet. Niech go ojciec żywi. Ja mam dosyć własnego drobiazgu, co mi moja kobieta narodziła przez te lata, a tu jeszcze ten. I ma tylko matkę, żeby go ubrała i wykarmiła. Żaden chłop nie będzie jej chciał wziąć, póki ten szczeniak ciągle się do niej klei. No to go zabierajcie i oddajcie ojcu.

Puścił mnie raptownie, aż upadłem na kamienne schody u stóp strażnika. Nic mi się nie stało. Usiadłem wolno. Podniosłem wzrok, by nie uronić nic z tego, co się będzie działo dalej.

Strażnik lekko wydął dolną wargę; nic nie orzekł, zaledwie rozważał, co powinien ze mną zrobić.

– Czyj on? – zapytał bez zaciekawienia. Chciał jedynie uzyskać więcej informacji, by właściwie przedstawić rzecz przełożonemu.

– Rycerskiego – rzucił stary. Już się ode mnie odwrócił, już stawiał miarowe kroki na żwirowanej ścieżce. – Księcia Rycerskiego – dodał. Nie odwracając się, uściślił: – Następcy tronu. On go spłodził. Więc niech się nim zajmie i niech się cieszy, że został ojcem przynajmniej tego dzieciaka.

Przez chwilę strażnik patrzył, jak starzec odchodzi. Potem schylił się bez słowa, chwycił mnie za kołnierz i przesunął, by zamknąć drzwi. Puścił mnie, gdy je ryglował, a skończywszy, stanął bez ruchu i przyjrzał mi się ze spokojem, z jakim żołnierz przyjmuje podczas codziennej służby wszelkie osobliwe zdarzenia.

– Wstań, chłopcze, i chodź – rzekł potem.

I poszedłem z nim mrocznym korytarzem, mijając spartańsko umeblowane komnaty z oknami szczelnie zamkniętymi przed zimowym chłodem, aż dotarliśmy do kolejnych zamkniętych drzwi; te były zrobione z rzadko spotykanego miękkiego drewna, zdobione rzeźbieniami. Tam żołnierz się zatrzymał i wprawnym gestem wygładził na sobie ubranie. Pamiętam zupełnie wyraźnie, że przyklęknął i obciągnął mi koszulę, a potem jednym czy dwoma szorstkimi ruchami przygładził mi włosy, ale czy to wynikało z poczciwej chęci, bym zrobił dobre wrażenie, czy zaledwie z troski, by jego powinność została właściwie spełniona, tego nigdy nie będę wiedział. Wstał i raz uderzył dłonią w dwuskrzydłe drzwi. Uczyniwszy to, nie czekał na odpowiedź, w każdym razie ja jej nie usłyszałem. Rozwarł podwoje na oścież, wypchnął mnie naprzód i zamknął je za sobą.

Ta komnata była tak ciepła jak korytarz zimny, i tak żywa jak inne pomieszczenia wymarłe. Przypominam sobie, że w środku stało wiele mebli, a prócz nich znajdowały się tam i chodniki, i wieszaki, i półki z tabliczkami, i zwoje pergaminu, a wszystko to tworzyło wrażenie lekkiego nieporządku, jakiego nabiera każde często używane luksusowe pomieszczenie. Na masywnym palenisku płonął ogień, który napełniał wnętrze ciepłem i przyjemnym żywicznym zapachem. Za ogromnym stołem ustawionym prostopadle do ognia siedział pochylony nad stertą papierów zwalisty mężczyzna o ściągniętych brwiach. Nie od razu podniósł wzrok, toteż przez kilka chwil mogłem się przyglądać jego ciemnym, rozwichrzonym włosom.

Gdy wreszcie uniósł głowę, ogarnął mnie i strażnika jednym krótkim spojrzeniem czarnych oczu.

– Co tam, Podróżniku? – zapytał, i nawet ja, choć dziecko, wyczułem z tonu jego głosu, że z rezygnacją pogodził się z tym, że mu przeszkodziliśmy. – O co chodzi?

Strażnik pchnął mnie lekko, przesuwając o metr bliżej tamtego człowieka.

– Książę Szczery, jakiś stary rolnik przyprowadził tego chłopca. Powiedział, że to bękart księcia Rycerskiego, panie.

Przez kilka chwil strapiony mężczyzna za stołem przyglądał mi się z pewnym zmieszaniem. Potem coś na kształt rozbawienia rozjaśniło jego rysy. Wstał, wziął się pod boki i badał mnie uważnie wzrokiem. Nie bałem się tych szczegółowych oględzin; raczej odniosłem wrażenie, że coś w moim wyglądzie nawet mu się spodobało. Ja jemu także przyglądałem się z ciekawością. Nosił krótką ciemną brodę, równie gęstą i rozczochraną jak włosy, a policzki miał ogorzałe od wiatru. Nad ciemnymi oczyma rysowały się grube brwi. Był barczysty, dłonie miał kwadratowe i zniszczone pracą, a przy tym poplamione atramentem. Kiedy tak mnie taksował wzrokiem, uśmiechał się coraz szerzej, aż wreszcie parsknął śmiechem.

– A niech mnie! – wykrzyknął w końcu. – Ten chłopak rzeczywiście jest podobny do Rycerskiego, prawda? Na płodnego Edę! Kto by się tego spodziewał po moim znamienitym i cnotliwym bracie?

Strażnik nic na to nie odpowiedział, ale też nikt nie oczekiwał od niego odpowiedzi. Stał tylko, gotów na każde wezwanie, czekając następnego rozkazu. Prawdziwy żołnierz.

Książę nadal oglądał mnie z zaciekawieniem.

– Ile ma lat? – zapytał strażnika.

– Rolnik mówił, że sześć. – Strażnik potarł dłonią policzek, lecz nagle przypomniał sobie, że jest na służbie. Opuścił rękę. – Panie – dodał.

Ten drugi zdawało się, że nie zauważył żołnierskiego uchybienia dyscyplinie. Spojrzenie czarnych oczu błądziło po mnie, z ust nie schodził szeroki uśmiech.

– Zatem dajmy mu siedem, żeby mogła się z tym łatwiej pogodzić. A niech mnie! Tak. To był ten rok, kiedy Chyurdzi pierwszy raz próbowali zablokować przejście przez góry. Rycerski wybrał się tam na trzy, cztery miesiące, miał im pokazać, kto tu rządzi. A niech mnie! Kto by pomyślał, że to jego... Kto jest jego matką?

Strażnik niepewnie przestąpił z nogi na nogę.

– Nie wiem, panie. Na schodach był tylko ten stary i powiedział, że to bękart księcia Rycerskiego i że on już nie ma zamiaru go żywić ani ubierać, i to wszystko. Powiedział, że ten, co go spłodził, niech teraz o niego dba.

Książę wzruszył ramionami, jakby na znak, że sprawa nie ma większego znaczenia.

– Chłopiec wyraźnie był pod dobrą opieką. Nie minie tydzień, najwyżej dwa, jak matka przyjdzie skamleć pod kuchennymi drzwiami, bo będzie tęskniła za szczeniakiem. Dowiem się wtedy, jeśli nie wcześniej. Hej, chłopcze, jak na ciebie wołają?

Kaftan miał zapięty na ozdobną klamrę w kształcie głowy kozła. W migotliwym świetle rzucanym przez płomienie zmieniała ona barwę z miedzianej na złotą, a wreszcie czerwoną.

– Chłopcze – odrzekłem.

Nie mam pewności, czy po prostu powtórzyłem słowo, którym zwracali się do mnie on i strażnik, czy rzeczywiście nie miałem imienia. Książę robił wrażenie zdziwionego, a po jego twarzy przemknął grymas, który mógł być wyrazem litości. Ale zniknął on równie szybko, jak się pojawił, i książę wyglądał już jedynie jak człowiek, któremu niespodziewanie przybył jeszcze jeden kłopot. Albo może był cokolwiek rozzłoszczony. Zerknął w stronę mapy czekającej na niego na stole.

– No dobrze – odezwał się, przerywając ciszę. – Coś trzeba z nim zrobić, zanim Rycerski wróci do domu. Podróżniku, dopilnujesz, żeby chłopiec miał co do ust włożyć, i znajdziesz mu jakieś miejsce do spania, przynajmniej na dzisiejszą noc. Jutro się zastanowię, co z nim zrobić dalej. Nie będą królewskie bękarty błąkały się po kraju.

– Tak, panie – powiedział Podróżnik, ani zgadzając się, ani oponując, ale zaledwie przyjmując rozkaz.

Położył ciężką dłoń na moim ramieniu i odwrócił mnie w stronę drzwi. Ruszyłem z ociąganiem, bo w komnacie było jasno i ciepło. Zacząłem czuć mrowienie w stopach i wiedziałem, że gdybym mógł zostać tam jeszcze trochę, zdołałbym się rozgrzać. Niestety, dłoń strażnika była nieubłagana i zostałem wyprowadzony z ciepłej komnaty na powrót w przenikliwe zimno i mrok posępnych korytarzy.

Po wyjściu z przytulnej komnaty wydawały się one znacznie ciemniejsze i nieskończenie długie. Bezskutecznie usiłowałem zrównać tempo z krokiem żołnierza. Może wyrwał mi się szloch, a może strażnik znudził się moim nieporadnym dreptaniem, bo uniósł mnie i posadził sobie na ramieniu tak lekko i od niechcenia, jakbym nic nie ważył.

– Mokry jesteś, mały – zauważył obojętnie i poniósł mnie korytarzami.

Mijał zakręty, szedł schodami w górę i w dół, aż w końcu zalało nas żółte światło przestronnej kuchni.

Tam rozsiadła się na ławach grupka żołnierzy; popijali i jedli przy wielkim zniszczonym stole, przed paleniskiem co najmniej dwukrotnie większym niż tamto w komnacie księcia. Pachniało jedzeniem i piwem, czuć było pot, schnącą wełnianą odzież i dym z wilgotnego drewna, a także zapach tłuszczu skapującego w płomienie. Pod ścianą stały w rzędach większe i mniejsze beczki z winem, a z krokwi zwieszały się ciemne połcie wędzonych mięs. Stół uginał się od ciężkiej zastawy i jadła. W pewnej chwili strzępek mięsiwa spadł między płomienie, skręcił się w ogniu i, skwiercząc, strzelił tłuszczem na kamienne palenisko, rozsiewając wokół rozkoszną woń. Żołądek skurczył mi się z głodu. Podróżnik pewnym ruchem posadził mnie w rogu stołu, blisko ciepłego ognia, zsuwając z blatu łokieć mężczyzny, który ukrył twarz w dzbanie.

– Masz, Brus – oznajmił rzeczowym tonem. – Szczeniak jest twój.

Odwrócił się ode mnie. Patrzyłem jak zahipnotyzowany na to, jak odłamał z ciemnego bochna kawał ogromny niczym pięść, a potem wyciągnął zza pasa nóż i odkroił z wielkiego koła sutą rację sera. Wetknął mi w ręce jedno i drugie, po czym podszedł do ognia i zaczął odrzynać od sztuki mięsa porcję godną dorosłego mężczyzny. Ja zaś, nie tracąc czasu, przystąpiłem do napełniania pustego żołądka. Obok mnie człowiek nazwany Brusem odstawił dzban i popatrzył na Podróżnika.

– O co chodzi? – zapytał, podobnie jak mężczyzna w tamtej ciepłej komnacie.

Miał tak samo jak on czarne i potargane włosy oraz brodę jak tamten, ale twarz bardziej kanciastą i nieco węższą. Cera zdradzała człowieka, który wiele czasu spędza poza ścianami domu. Oczy połyskiwały mu raczej brązem niż czernią, dłonie miał zgrabne, o długich palcach. Czuć go było końmi, psami, skórami i krwią.

– Jest twój, Brus, masz się nim zająć. Tak nakazał książę Szczery.

– Dlaczego ja?

– Jesteś człowiekiem księcia Rycerskiego, tak? Doglądasz jego koni, psów i sokołów?

– Więc?

– Więc teraz masz pod opieką jeszcze tego małego bękarta, w każdym razie, dopóki książę Rycerski nie wróci i nie rozkaże inaczej.

Podróżnik wyciągnął w moją stronę kawał ociekającego tłuszczem mięsa. Wędrowałem wzrokiem od chleba do sera, które ściskałem w garściach, i nie miałem ochoty zrezygnować z żadnego z nich, ale także ogromnie pragnąłem gorącego mięsiwa. Podróżnik, widząc moją rozterkę, wzruszył ramionami i rzucił tę delicję na stół, tuż obok mnie. Napchałem w usta chleba i sięgnąłem po mięso.

 

– Bękart księcia Rycerskiego?

Podróżnik wzruszył ramionami, zajęty odkrawaniem dla siebie chleba, mięsa i sera.

– Tak powiedział stary chłop, który go tutaj przyprowadził. – Ułożył mięso i ser na pajdzie chleba, ugryzł spory kęs i ciągnął z pełnymi ustami: – Powiedział, że książę Rycerski powinien się cieszyć, że w ogóle spłodził jakiegoś dzieciaka, i powinien go sam żywić i ubierać.

Niezwykła cisza zapadła nagle w kuchni. Mężczyźni przestali jeść, odkładali chleb oraz inne jadło, odstawiali dzbany i zwracali wzrok w stronę człowieka o imieniu Brus. On sam ostrożnie postawił swój dzban z dala od krawędzi stołu. Głos miał spokojny i cichy, słów używał zwięzłych.

– Jeśli mój pan nie ma dziedzica, to z woli Edy, a nie z winy swojej męskości. Księżna Cierpliwa zawsze była delikatnego zdrowia i...

– Pewnie że tak, pewnie – zgodził się Podróżnik skwapliwie. – A tam siedzi żywy dowód, że męskości mu nie brakuje, właśnie to powiedziałem, nic innego. – Nerwowo otarł usta rękawem. – Strasznie podobny do księcia Rycerskiego, tak że już bardziej nie można. Nawet jego brat dopiero co powiedział to samo. To nie wina księcia pana, że księżna Cierpliwa nie może utrzymać jego nasienia do oznaczonego terminu...

Brus wstał raptownie. Podróżnik odruchowo cofnął się krok lub dwa, nim zdał sobie sprawę, że to ja byłem celem, nie on. Brus chwycił mnie za ramiona i odwrócił do ognia. Ujął mnie pod brodę i patrzył tak, że upuściłem i chleb, i ser. On jednak nie zwrócił na to uwagi. Skierował moją twarz ku światłu, studiował ją niczym mapę. Dostrzegłem w jego oczach jakąś dzikość, jak gdybym zadawał mu ból tym, co dostrzegł w moich rysach. Zacząłem się cofać przed jego spojrzeniem, ale Brus wciąż trzymał mnie mocno. Spojrzałem więc ponownie, z całą buntowniczością, na jaką zdołałem zebrać siły, i ujrzałem, że jego złość zmieniła się nagle w pewnego rodzaju niechętny szacunek. W końcu przymknął powieki, nie mogąc dłużej znieść widoku mojej twarzy.

– Jak księżna Cierpliwa zniesie tę próbę? – Westchnął. – Czy imię doda jej sił?

Puścił mnie, po czym niezgrabnie schylił się po chleb i ser, otarł je i wetknął mi w dłonie. Dojrzałem gruby bandaż, który nie pozwalał mu zgiąć kolana, spowijający prawą nogę od łydki aż do połowy uda. Brus ponownie usadowił się przy stole i sięgnął po piwo. Wypił, przyglądając mi się znad krawędzi dzbana.

– Kim jest matka tego bękarta? – zapytał nieostrożnie żołnierz siedzący przy drugim końcu stołu.

Brus opuścił dzban. Milczał przez chwilę, a ja znowu poczułem ołowiany ciężar ciszy.

– Kim jest matka chłopca, to rzecz księcia Rycerskiego, a nie temat na kuchenne plotki – rzekł wolno.

– Pewnie że tak, pewnie – zgodził się strażnik ochoczo, a Podróżnik, niczym dziobiący ptak, kiwał głową.

Choć miałem raptem kilka lat, zastanowiło mnie, jakim człowiekiem musi być ten, który z nogą unieruchomioną bandażami potrafił jednym spojrzeniem zgromić nieokrzesanych mężczyzn.

– Chłopak nie ma imienia – przerwał ciszę Podróżnik. – Wołają na niego „chłopcze”.

Stwierdzenie to wyraźnie odebrało mowę wszystkim, nawet Brusowi. W ciszy skończyłem jeść chleb, ser oraz mięso i popiłem jedzenie paroma łykami piwa, które podał mi Brus.

Żołnierze zaczęli wychodzić po dwóch, po trzech, a on ciągle siedział, pijąc i nie spuszczając ze mnie wzroku.

– No tak – odezwał się w końcu. – Jak znam twojego ojca, to uczciwie stawi temu czoło i zrobi co należy. Ale Eda tylko wie, co uzna za właściwe. Najpewniej nie oszczędzi sobie bólu... Najadłeś się?

Pokiwałem głową, a on podniósł się sztywno, zdjął mnie ze stołu i postawił na podłodze.

– No to chodź, Bastardzie – powiedział.

Szliśmy długim korytarzem. Z powodu usztywnionej nogi Brus kołysał się na boki, a może i piwo także miało z tym coś wspólnego. Z pewnością bez trudu dotrzymywałem mu kroku. W końcu dotarł do jakichś ciężkich drzwi. Strażnik pożegnał go skinieniem głowy, a mnie zmierzył zaintrygowanym spojrzeniem.

Poza murami zawodził wiatr. Śnieg, który roztopił się w ciągu dnia, zamarzł z nadejściem nocy. Ścieżka chrzęściła mi pod stopami, a zimne podmuchy odnajdywały każde pęknięcie i dziurę w moim odzieniu. Koszula i nogawka, ogrzane przy kuchennym ogniu, nie całkiem wyschły, więc przejął mnie dojmujący ziąb. Pamiętam ciemność i nagłe uczucie wyczerpania, które spadło na mnie znienacka; straszną płaczliwą senność, która opanowała mnie bez reszty, gdy tak szedłem przez zimne i ciemne podwórze za tym groźnym człowiekiem z obandażowaną nogą. Otaczały nas wysokie ściany, a na ich szczycie nieprzerwanie krążyli strażnicy – mroczne cienie widoczne jedynie w krótkich chwilach, gdy przesłaniały gwiazdy. Kąsało mnie przenikliwe zimno, potykałem się i ślizgałem na oblodzonej ścieżce. Lecz mimo wszystko coś w postawie mojego opiekuna nie pozwoliło mi zapłakać ani błagać o litość. Podążałem za nim uparcie. Wreszcie dotarliśmy do jakiegoś budynku i Brus szarpnięciem otworzył masywne drzwi.

Wylały się zza nich ciepło, zapach zwierząt i przyćmione złote światło. Zaspany chłopak stajenny usiadł na swoim posłaniu; wyglądał jak pisklę w słomianym gnieździe. Mój przewodnik rzekł coś krótko i chłopak natychmiast położył się z powrotem, zwinął w kłębek i zamknął oczy. Brus zamknął za nami drzwi. Wziął lampę, która rozsiewała łagodne światło, i poprowadził mnie za sobą.

Wówczas wszedłem w inny świat. W świat nocy naznaczonej oddechami śpiących zwierząt, gdzie psy unosiły łby znad skrzyżowanych przednich łap, by spojrzeć na mnie zielonymi lub żółtymi ślepiami, po których pełzał słaby blask światła. Gdy mijaliśmy konie, powstało wśród nich lekkie poruszenie.

– Sokoły są na drugim końcu – odezwał się Brus, prowadząc mnie wzdłuż boksów.

Najwyraźniej była to ważna informacja.

– Tutaj – odezwał się, stając u wejścia do przestronnego boksu, gdzie spały trzy ogary. – Musi ci to wystarczyć. Przynajmniej na razie. Niech mnie licho, jeśli wiem, co innego miałbym z tobą zrobić. Gdyby to wszystko nie dotyczyło księżnej, uznałbym, że Eda zażartował sobie z mojego pana. No, Gagatek, posuń się trochę, zrób miejsce. Tak, dobrze. Ty się, chłopcze, przytulisz tutaj, obok Wiedźmy. Ona się tobą zajmie i powstrzyma każdego, kto by ci chciał zakłócić sen.

Obudzone psy, słysząc Brusa, ucieszone waliły twardymi ogonami o słomę. Niepewnie wszedłem do środka i położyłem się obok suki o pysku posrebrzonym starością i z poszarpanym uchem. Wielki pies przyglądał mi się trochę podejrzliwie. Gagatek, podrośnięty szczeniak, powitał mnie lizaniem po uszach, szczypaniem zębami w nos i zaczepianiem łapą. Objąłem go ramieniem, żeby się przestał wiercić, a potem umościłem się wygodnie między zwierzętami. Brus narzucił na mnie grubą derkę przesiąkniętą zapachem konia. Wielki szary ogier w sąsiednim boksie zatupał gwałtownie, uderzył ciężkim kopytem w ściankę, a potem wystawił łeb nad przepierzeniem, sprawdzając, cóż to za nocne niepokoje. Brus pogładził go uspokajająco po chrapach.

– Na takiej rubieży wszyscy mamy dosyć skromne warunki. Dopiero w zamku w Koziej Twierdzy zamieszkasz wygodnie. Ale dzisiejszej nocy będziesz tu bezpieczny i nie zmarzniesz. – Stał jeszcze, przyglądając się nam przez chwilę. – Konie, psy, sokoły... Książę mój, od wielu lat doglądam ich dla ciebie i robię to dobrze. Ale twój bękart... no cóż, nie do mnie należy decyzja, co z nim począć.

Ostatnie słowa nie były skierowane do mnie. Znad krawędzi derki patrzyłem, jak zdjął z haka latarnię i odszedł wolno, mamrocząc coś pod nosem.

Dobrze pamiętam tę pierwszą noc: ciepłe psy, kłującą słomę, nawet sen, który do mnie przyszedł, gdy szczeniak zwinął się w kłębek tuż obok. Sięgnąłem do jego umysłu i dzieliłem z nim marzenia o długim polowaniu, o pościgu za jakąś nieznaną zwierzyną, której gorąca woń kazała mi biec wśród gąszczu pokrzyw, przez głogi i po górskich stokach pokrytych usuwającymi się spod nóg kamieniami.

Wraz z tym snem ogara moje wspomnienia zaczynają się rozmywać, niczym odchodząca narkotyczna halucynacja, zrazu sugestywna i bajecznie kolorowa, stopniowo coraz mniej wyrazista. Dni, które nadeszły po tej nocy, nie rysują się już w mojej pamięci równie klarownie.

Przypominam sobie wilgotny czas końca zimy, gdy poznawałem drogę z boksu do kuchni. Mogłem tam chodzić, kiedy mi się żywnie podobało. Czasem spotykałem kucharza, który wieszał mięso na hakach nad paleniskiem, miesił ciasto na chleb lub otwierał beczułkę z jakimś napitkiem. Częściej go jednak nie było i wtedy sam brałem sobie coś z resztek na stole, i dzieliłem się szczodrze ze szczeniakiem, który wkrótce został moim nieodłącznym towarzyszem. Żołnierze przychodzili i odchodzili, jedli, pili i przyglądali mi się z ciekawością, którą zacząłem traktować jako rzecz naturalną. Wszyscy byli do siebie podobni; każdy był ubrany w płaszcz oraz spodnie z szorstkiej wełny, każdy miał twarde ciało i oszczędne ruchy i każdy nosił na sercu emblemat z wizerunkiem skaczącego kozła. Niektórzy z nich czuli się nieswojo w mojej obecności. Przywykłem, że dopiero gdy opuszczałem kuchnię, narastał tam głuchy pomruk głosów.

Brus w tych dniach opiekował się mną stale, poświęcał mi tyle samo uwagi ile zwierzętom księcia Rycerskiego; byłem nakarmiony, napojony, umyty, uczesany i miałem zapewnioną odpowiednią ilość ruchu, który przyjmował zazwyczaj postać dreptania za Brusem, gdy wypełniał on inne swoje obowiązki. Wszystkie te wspomnienia są niewyraźne, a powszednie czynności, takie jak mycie czy zmiana odzienia, wyblakły w mojej pamięci; najpewniej dla sześcioletniego chłopca nie były niczym szczególnym. Doskonale za to pamiętam Gagatka. Rudą sierść miał krótką i najeżoną tak, że kłuła mnie przez ubranie, gdy nocą dzieliliśmy końską derkę. Jego ślepia były zielone niczym ruda miedzi, miał nos w kolorze pieczonej wątroby, a wnętrze pyska i język znaczone różowymi i czarnymi plamkami. Jeżeli akurat nie łasowaliśmy w kuchni, mocowaliśmy się na podwórcu albo w stajennym boksie. Taki był mój tamtejszy świat. Nie trwało to długo, jak sądzę, nie przypominam sobie bowiem żadnej odmiany aury. Przez wszystkie moje wspomnienia z tamtego czasu przewijają się surowe chłody, huczący wiatr, a także śnieg i lód, które za dnia częściowo topniały, lecz zawsze umacniały się mroźną nocą.