3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Skrytobójca błazna

Tekst
Z serii: Bastard i Błazen #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Skrytobójca błazna
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog

Rozdział 1. Biały Gaj

Rozdział 2. Krew

Rozdział 3. Upadek Spadającej Gwiazdy

Rozdział 4. Zachowywanie

Rozdział 5. Małe

Rozdział 6. Zagadkowe dziecko

Rozdział 7. Prezentacja

Rozdział 8. Kryjówka pająka

Rozdział 9. Dzieciństwo

Rozdział 10. Mój inny głos

Rozdział 11. Ostatnia sposobność

Rozdział 12. Rekonesans

Rozdział 13. Cierń

Rozdział 14. Sny

Rozdział 15. Dom pełen ludzi

Rozdział 16. Szanowni goście

Rozdział 17. Zabójcy

Rozdział 18. Niewidzialność

Rozdział 19. Pobity

Rozdział 20. Dzień następny

Rozdział 21. Poszukiwania syna

Rozdział 22. Niestrudzony

Rozdział 23. Tutor

Rozdział 24. Osiadanie

Rozdział 25. Rzeczy istotne

Rozdział 26. Edukacja

Rozdział 27. Bezustannie

Rozdział 28. Zakupy

Rozdział 29. Mgła i blask

Rozdział 30. Kolizja

Rozdział 31. Leczenie

Rozdział 32. Napaść

Epilog


Tytuł oryginału: Fool’s Assassin

Copyright © 2014 by Robin Hobb

Copyright for the Polish translation © 2017 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Urszula Okrzeja

Korekta: Magdalena Górnicka

Okładka: Dominik Broniek

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-7480-820-0

Wydanie II

Wydawca: Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel./fax 228 134 743

www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Jacek Olesiejuk

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 227 213 000

www.olesiejuk.pl

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Sorenowi i Felixowi.

Tym razem coś dla chłopców.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Droga Pani Urocza!

Zbyt długo trwa nasza znajomość, bym czuła się zobowiązana do wyjątkowej subtelności. Rzeczywiście, jak wspomniałaś z właściwą sobie delikatnością, dotarły do mnie druzgocące wieści. Oto mój pasierb, książę Rycerski, dowiódł, iż nie popełniłam błędu, widząc w nim człowieka nieokrzesanego. Istnienie bękarta, którego spłodził z górską dziewką, stało się tajemnicą poliszynela.

Można było poradzić sobie z tym wstydliwym faktem dyskretnie, gdyby tylko brat winowajcy, lotny niczym głaz książę Szczery, natychmiast podjął stanowcze kroki, by uchronić rodzinę od hańby. On tymczasem doniósł o sprawie ojcu.

A cóż uczynił mój pan małżonek w obliczu sromoty? Nie dość, że sprowadził bękarta do zamku w Koziej Twierdzy, to jeszcze obdarował księcia Rycerskiego Białym Gajem. Wysłał go tam razem z pozbawioną wdzięku, bezpłodną żoną. Podarował mu Biały Gaj! Wspaniałe ziemie, gdzie każdy z moich przyjaciół osiadłby z rozkoszą! Król o imieniu Roztropny majątkiem tym nagrodził potomka za spłodzenie bękarta z pospolitą dziewką! Naszemu władcy nie przeszkadza również, że mały górski dzikus został przywieziony do stolicy i paraduje po zamku na oczach całego dworu.

Jakby mało było takiej zniewagi wobec mnie oraz mego syna, rozkazał, by następcą tronu został nie kto inny, tylko książę Szczery. Przyznaję, gdy książę Rycerski zrzekł się praw do korony, uradowałam się skrycie, wierząc, iż wobec takiego obrotu spraw mój Władczy zostanie natychmiast uznany za dziedzica monarszej godności. Choć jest młodszy od obu przyrodnich braci, nikt nie może podawać w wątpliwość faktu, że w jego żyłach płynie krew szlachetniejsza niż u nich, a obycie ma mój syn równie wspaniałe jak imię.

Wyznam szczerze: ja sama również czuję się niedoceniana. Zrezygnowałam z należnego mi prawa do rządzenia oraz tytułów, by zostać władczynią u boku króla Roztropnego. Wiedziałam, iż potomstwo, którym go obdarzę, będzie, rzecz jasna, nieporównanie szlachetniejszego pochodzenia niż owi dwaj lekkomyślni chłopcy, których wydała na świat poprzednia królowa – i co za tym idzie, przejmie władzę po moim małżonku. Czy monarcha, patrząc teraz na księcia Rycerskiego, gotów jest przyznać, że popełnił błąd, wyznaczając go na swego następcę? Skądże, nic podobnego! Zaledwie usunął go na bok, a do roli następcy tronu wyznaczył młodszego z braci, księcia Szczerego. Gamoniowatego niezdarę o topornych rysach i gracji wołu.

Zbyt wiele tego dla mnie, moja droga. Stanowczo więcej, niż mogę znieść. Najchętniej opuściłabym dwór królewski. Zatrzymuje mnie tu jedynie świadomość, że wówczas mój syn, książę Władczy, zostałby tutaj sam, zdany wyłącznie na własne siły...

Pismo królowej Skwapliwej do wielmożnej pani Uroczej z Księstwa Trzody.

Nie cierpiałem jej, będąc dzieckiem. Pamiętam, że gdy natrafiłem na to pismo – niedokończone, niewysłane – i przeczytałem, zyskałem pewność, iż królowa, której nigdy nie zostałem formalnie przedstawiony, faktycznie obdarzyła mnie nienawiścią od momentu, gdy dowiedziała się o moim istnieniu. Odwzajemniałem jej to uczucie.

Nigdy nie spytałem Ciernia, jak wszedł w posiadanie listu. On, również bastard, a przy tym przyrodni brat króla Roztropnego, zawsze bez wahania robił to, czego wymagał interes rodu Przezornych. Zapewne wykradł pismo z biurka królowej Skwapliwej. Może chciał w ten sposób stworzyć pozory, że władczyni, skoro nie odpowiedziała na list pani Uroczej, ostentacyjnie ją lekceważy. Czy teraz ma to jakieś znaczenie? Nie potrafię ocenić, ponieważ nie wiem, jakie efekty uzyskał stary mistrz za sprawą złodziejskiego postępku.

Niekiedy jednak rozmyślam nad tym, czy znalazłem pismo królowej Skwapliwej do pani Uroczej przypadkiem, czy też w następstwie celowego działania Ciernia. Był w tamtych dniach moim nauczycielem, szkolił mnie na skrytobójcę. Sam niezawodnie służył królowi jako zabójca, szpieg i manipulator na dworze w Koziej Twierdzy, i mnie uczył tego samego.

– Królewski bękart – powiedział mi kiedyś – pozostaje bezpieczny tak długo, jak długo jest użyteczny.

Na pozór byłem jedynie potomkiem z nieprawego łoża, istotą pokorną i uległą, przez jednych ignorowaną, przez innych poniewieraną, niesioną zdradliwym nurtem zamkowej polityki. W rzeczywistości jednak równie dobrze jak król Roztropny wiedziałem, że chroni mnie sam władca oraz jego skrytobójca. Stary mistrz uczył mnie biegłości w sztuce używania trucizn i władania nożem, odsłaniał przede mną tajniki dworskich intryg i knowań, lecz przede wszystkim podpowiadał, jak musi zachowywać się bękart z królewskiego rodu, by przetrwać. Czy pragnął wzbudzić we mnie ostrożność, czy też raczej nienawiść, bym stał się jeszcze bardziej od niego zależny? Nawet takie pytania pojawiają się zbyt późno.

Przez lata widywałem królową Skwapliwą w niezliczonych maskach. Z początku była w moich oczach wcieleniem koszmaru. Nienawidziła mojego ojca i mnie tym bardziej, miała dość władzy, by jego zmusić do rezygnacji z prawa do korony, a mnie skazać na życie z imieniem odciskającym piętno bękarta. Pamiętam dni, gdy bałem się nawet jej spojrzenia.

 

Długi czas po tym, jak zamieszkałem w Koziej Twierdzy mój ojciec został zamordowany, a odpowiedzialnością za tę zbrodnię należało obciążyć zapewne właśnie królową Skwapliwą. Nic jednak nie mogliśmy zdziałać, ani Cierń ani ja, nie mieliśmy jak domagać się sprawiedliwości. Zastanawiałem się wtedy, czy król Roztropny nie znał prawdy, czy też go ona nie obchodziła. Pamiętam, miałem całkowitą pewność, że gdyby władczyni zapragnęła mojej śmierci, wystarczyłoby jedno jej słowo. Nie potrafiłem ocenić, czy Cierń by mnie chronił, czy też na pierwszym miejscu postawiłby swoje powinności i pozwolił mnie zabić.

Takie sprawy zaprzątały mój umysł, gdy byłem dzieckiem.

Biały Gaj jawił mi się wtedy jako miejsce wygnania i upokorzenia. Gdy zamieszkałem w Koziej Twierdzy, powiedziano mi, że tam usunął się mój ojciec, okryty wstydem z powodu mojego istnienia. Zrezygnował z roszczeń do tronu i korony, spuścił głowę wobec gniewu i rozżalenia małżonki, księżnej Cierpliwej, przeprosił dwór i króla za uchybienie cnotom oraz rozumowi i uciekł od własnego bękarta.

Wyobrażałem sobie to miejsce, mając w głowie inne, jedyne mi znane, jako zbrojny zamek na wzgórzu. Zwykle widziałem w myślach obraz fortecy otoczonej palisadą, na podobieństwo Księżycowego Oka w Królestwie Górskim, a czasem strome ściany zamku w Koziej Twierdzy, zawieszonego nad morskimi falami na szczycie groźnego czarnego klifu. Sądziłem, iż mój ojciec tkwi pogrążony w gorzkich rozmyślaniach, sam w kamiennej komnacie zdobionej proporcami bitewnymi i starymi zbrojami, a wokół rozciągają się kamieniste nieużytki sięgające aż po bagna okryte siną mgłą.

Później odkryłem, że Biały Gaj to piękny majątek w rozległej, żyznej dolinie, z dużym i wygodnie urządzonym domem, wcale nie ze skały, lecz ze złotego dębu i ciemnego klonu, i choć posadzki wyłożono płaskim rzecznym kamieniem, to ściany zdobiły drewniane panele, a przez wysokie, smukłe okna szerokim strumieniem wlewał się do wnętrz łagodny złoty blask. Podjazd był szeroki, obsadzony dwoma rzędami brzóz. Jesienią zrzucały one na drogę kobierzec złotych liści, a zimą wyginały się pod ciężarem śniegu we wdzięczne łuki, tworząc błyszczący od mrozu biały korytarz upstrzony plamami błękitnego nieba.

Biały Gaj nie był dla mojego ojca i jego bezpłodnej żony miejscem srogiego zesłania, lecz azylem. Sądzę, że król kochał syna równie mocno, jak macocha nienawidziła. Wysłał go do odległego majątku, by zapewnić mu bezpieczeństwo.

Gdy sam zamieszkałem tam ze swoją ukochaną i jej wspaniałymi synami oraz z kobietą, która zawsze chciała być moją matką, przez jakiś czas żyliśmy jak w raju. Wreszcie zyskałem spokój i mogłem odpocząć.


Czas jest nieżyczliwym nauczycielem, daje nam lekcje o wiele za późno. Niejedno zrozumiałem lata całe po właściwym terminie. Spoglądając wstecz, widzę starego króla Roztropnego jako człowieka wyniszczonego długotrwałą ciężką chorobą, która odebrała mu sprawność ciała i bystrość umysłu. Co gorsza, królowa Skwapliwa nie maluje mi się już jako zła kobieta, zdecydowana za wszelką cenę zohydzić mi życie, lecz w roli matki przepełnionej bezkrytyczną miłością do jedynaka, pilnującej, by mu nikt w najmniejszym stopniu nie uchybił. Nie istniała siła zdolna ją powstrzymać od posadzenia ukochanego potomka na tronie.

Jakiej granicy nie przekroczyłbym, chroniąc córkę? Jaki czyn uznałbym za niedopuszczalny? Czy jeśli powiem: „Zabiłbym dla niej bez wahania”, zaświadczę, że jestem potworem? Czy po prostu ojcem?

Wszystkie te myśli są spóźnione. Nauki odebrane po czasie. Młodzieńcem będąc, czułem się jak zgrzybiały starzec zgięty pod brzemieniem bólu. Och, jakże się nad sobą litowałem, z jakim żarem usprawiedliwiałem każdą chybioną decyzję! A potem, gdy przyszedł mój czas, by mądrze żyć na własny rachunek, utkwiłem w pułapce ciała dojrzałego mężczyzny, ciągle podległego dawnym pasjom i odruchom, nadal polegającego na sile prawego ramienia, choć powinienem być mądrzejszy i korzystać z rozumu.

Nauki odebrane po czasie. Przemyślenia o dziesiątki lat spóźnione.

I tak wiele przez to strat!

Rozdział 1
Biały Gaj

Brusie, stary druhu.

Budynek mieszkalny jest ogromny, o wiele za duży dla nas dwojga, jednak wszystko wskazuje na to, że się zadomowiliśmy. Mam za sobą trudne dni, a i Ty także, jeśli dobrze odczytuję Twój lakoniczny przekaz, i słusznie się domyślam, jak wiele skrywa.

Jakież to dla ciebie charakterystyczne, pytać najpierw o stan wierzchowców, a dopiero w drugiej kolejności o moje zdrowie. Wobec tego, po kolei: z wielką radością zawiadamiam Cię, że Aksamitka zniosła wszelkie zmiany nad wyraz spokojnie, jak to doskonale ułożona klacz. Zaszczyt, dla kontrastu, ze wszystkich sił usiłuje zdominować tutejszego ogiera, toteż podjęliśmy kroki, by zarówno w stajni, jak i na wybiegu oba konie były skutecznie rozdzielone. Dla pewności racjonuję mu ziarno, a dodatkowo tutejszy masztalerz, młody chłopak, nie wiadomo dlaczego nazwany Długi, z wielką ochotą odniósł się do mojej prośby, by przynajmniej raz dziennie solidnie konia przetrenować. Przy takim reżimie Zaszczyt z pewnością wkrótce się ustatkuje.

Moja ślubna, moja pani... Nie spytałeś o nią, jednak znam Cię dobrze, przyjacielu, więc powiem, że Cierpliwa zareagowała gniewem, wściekłością, smutkiem, rozpaczą i na sto innych sposobów. Wyrzuca mi niewierność, jakiej dopuściłem się, zanim ją poznałem, a w następnej chwili wszystko mi wybacza i obwinia siebie, że nie dała mi potomka oraz dziedzica: „Nie ulega wątpliwości, iż cała wina leży po mojej stronie”, twierdzi. Jakoś to przetrwamy.

Jestem Ci wdzięczny, że zadbałeś o moje sprawy, przejąłeś moje zobowiązania. Brat opowiedział mi o temperamencie Twojego podopiecznego – ślę wam obu wyrazy serdecznego współczucia i najszczerszej wdzięczności. Na nikim innym nie mógłbym polegać w tej kwestii, od nikogo innego nie uzyskałbym tak wielkiej pomocy.

Ufam, iż rozumiesz powody mojej ostrożności w tym temacie.

Poklep ode mnie Wiedźmę, proszę, uściskaj ją i daj jej w moim imieniu wielką kość. Mam przeświadczenie, że jej czujności zawdzięczam przynajmniej tyle, co Twojej.

Woła mnie małżonka. Czas kończyć list i puścić go w drogę. Może się zdarzyć, że mój brat będzie miał dla Ciebie wieści ode mnie, gdy następnym razem skrzyżują się wasze ścieżki.

Niepodpisany list księcia Rycerskiego do koniuszego Brusa

Świeży śnieg oblepił czarne gałęzie nagich brzóz rosnących wzdłuż podjazdu. Całkiem jak lśniąca biel na tle czerni zimowego stroju błazna. Grube, ciężkie płatki przysypały nową warstwą zwały śniegu na dziedzińcu, zmiękczyły ostre krawędzie śladów kół, spłyciły koleiny, zostawiając po nich zaledwie wspomnienie, i zatarły odciski stóp chłopaka. Akurat gdy patrzyłem, zjawił się kolejny powóz, ciągnięty przez pstrokatą szarą dwójkę. Woźnica w czerwonym płaszczu miał barki przysypane mroźną bielą. Ze stopni Białego Gaju wystrzelił paź w zielono-żółtym stroju, otworzył drzwiczki pojazdu i zaprosił gości do środka. Nie wiedziałem, kto przybył, jedynie po ubiorze domyślałem się, że to raczej kupcy z Wierzbowa, pobliskiego miasteczka, niż szlachta z któregoś z sąsiednich majątków. Gdy zniknęli mi z oczu, a woźnica odjechał do stajni, podniosłem wzrok na niebo.

Z pewnością będzie jeszcze padało. Zapewne przez całą noc. I bardzo dobrze.

Puściłem zasłonę i odwróciłem się do Sikorki, która właśnie weszła do naszej sypialni.

– Jeszcze niegotowy?

Przyjrzałem się sobie z uwagą.

– Jak to? Przecież...

Moja żona cmoknęła z niezadowoleniem i pokręciła głową.

– Ech, ty nieprzytomny człowieku... Mamy święto Przesilenia Zimy. Komnaty są przystrojone zielenią, księżna Cierpliwa rozkazała kucharce przygotować ucztę, której byśmy tu sami przez trzy dni nie przejedli, minstrele stroją się na potęgę, przybyła już połowa zaproszonych gości. Powinieneś być na dole, witać, zapraszać... a ty jeszcze się nie ubrałeś.

Miałem zamiar spytać, co dolega mojemu strojowi, lecz ona już zanurkowała w kufrze z ubraniami. Wyciągała poszczególne sztuki garderoby, przypatrywała się im z uwagą i po kolei odrzucała. Czekałem ze stoickim spokojem.

– Włóż tę – zdecydowała w końcu, podając mi białą lnianą koszulę z koronką wszytą wzdłuż rękawów. – I tę kamizelę. Każdy wie, że zielony akcent w święto Przesilenia Zimy przynosi szczęście. I jeszcze srebrny łańcuch. Pasuje do guzików. Spodnie te, tutaj. Nie jest to najnowszy krzyk mody, więc będziesz wyglądał na starucha, ale przynajmniej nie mają powypychanych kolan, tak jak te, które masz na sobie. Najlepiej byłoby, gdybyś włożył któreś całkiem nowe, ale oczywiście nie posłuchasz.

– Jestem stary – przypomniałem jej. – Mam czterdzieści siedem lat i mogę nosić, co mi się żywnie podoba.

Wsparła dłonie na biodrach i zmierzyła mnie kpiącym spojrzeniem.

– Ejże, drogi panie! Urągasz mi od staruszek?! O ile dobrze pamiętam, jestem o trzy lata starsza!

– Jakżebym śmiał! – zaprzeczyłem pośpiesznie. Mimo wszystko musiałem ponarzekać. – Nie rozumiem jednak, dlaczego koniecznie muszę się stroić niczym jamailliańska szlachta. Te spodnie są z tak cienkiej tkaniny, że najmniejsza zadra je podrze i...

– Tak, tak. – Sikorka sapnęła zirytowana. – Słyszałam to już sto razy. Postaraj się zapomnieć, że możesz gdzieś we dworze trafić na drzazgę, dobrze? Świetnie. Zmień spodnie. W tych nie możesz zostać, wstydu byś narobił. O ile mnie pamięć nie myli, miałeś je na sobie wczoraj, gdy pomagałeś przy tym koniu z ochwatem. I włóż domowe pantofle, nie te zdarte buciory. Tańczyć będziemy.

Zanim na dobre skończyła, skapitulowałem wobec nieuniknionego i zacząłem zrzucać odzienie. Gdy uwolniłem głowę z koszuli, na ustach Sikorki dostrzegłem znajomy uśmiech. Nim z wolna objąłem spojrzeniem jej wieniec i koronki spływające kaskadą po bluzce oraz kubraczek wyszywany nićmi o żywych kolorach, na moich wargach także pojawił się identyczny wyraz. Wtedy ona uśmiechnęła się szerzej i cofnęła o krok.

– Nic z tego. Goście czekają.

– Czekali do tej pory, zaczekają jeszcze odrobinę. Pokrzywa się nimi zajmie.

Zrobiłem krok w kierunku żony. Kręcąc głową, wycofała się pod drzwi, położyła dłoń na klamce. Pierścienie czarnych włosów podskakiwały na jej czole i ramionach. Pochyliła głowę, spojrzała na mnie przez rzęsy – nagle znowu wydała mi się nieledwie dziewczyną, nieokiełznaną istotą z Koziej Twierdzy, umykającą po piaszczystej plaży. Czy pamiętała? Możliwe, możliwe, bo przygryzła dolną wargę, a jej stanowczość zaczęła słabnąć.

Ale nie, rzeczywiście nic z tego.

– Mowy nie ma. Goście nie mogą czekać. Owszem, Pokrzywa ich przywitała i zaprosiła jako córka gospodarzy, jednak nie jest ani tobą, ani mną. I choć nasz drogi zarządca Rebus wspiera ją, stojąc u jej boku, to dopóki król nie zezwoli im na małżeństwo, nie powinni być przedstawiani jako para. Dlatego musimy się wstrzymać. A już poza wszystkim innym ja nie zadowolę się dzisiaj „odrobiną” czasu. Spodziewam się po tobie większego zaangażowania.

– Naprawdę? – rzuciłem wyzywająco i w dwóch krokach znalazłem się przy drzwiach, lecz ona z dziewczęcym piskiem śmignęła za próg.

Pociągnęła skrzydło, aż prawie się zamknęło, i przez szczelinę rzuciła mi na odchodnym:

– Pośpiesz się! Sam wiesz, jak szybko przyjęcia urządzane przez księżną Cierpliwą wymykają się spod kontroli. Zostawiłam wszystko Pokrzywie na głowie, bo przecież Rebus jest prawie tak samo niewprawny, jak księżna. – Krótka pauza. – Nie zwlekaj, bo nie będę miała partnera do pierwszego tańca.

Zatrzasnęła mi drzwi przed nosem. Z westchnieniem wróciłem do czystych spodni i miękkich pantofli. Sikorka szykowała się na tańce, więc dam z siebie wszystko. Tak, owszem, doskonale wiedziałem, że Rebus miał w Białym Gaju skłonności do korzystania z wszelkich rozrywek, jakie niosło ze sobą dowolne święto, w czym w ogóle nie przypominał powściągliwego młodzieńca, jakim się jawił w Koziej Twierdzy. A na dodatek niezbyt dokładnie przystawał do wzorca mężczyzny, który oficjalnie był tylko naszym dawnym zarządcą.

 

Zorientowałem się, że mam na ustach uśmiech.

Gdzie podążał Rebus, tam szła Pokrzywa, zwykle promieniejąca blaskiem, co także nieczęsto zdarzało się na królewskim dworze. Kominek i Sprawiedliwy, dwaj spośród sześciu dorosłych synów Sikorki, nadal mieszkający z nami, także nie potrzebowali wielkiej zachęty, by się dobrze bawić. A ponieważ księżna Cierpliwa zaprosiła pół okolicy i stanowczo zbyt wielu muzyków jak na jeden wieczór, miałem powody domyślać się, że nasze świąteczne biesiadowanie potrwa co najmniej trzy dni.

Bez szczególnego entuzjazmu ściągnąłem codzienne obcisłe spodnie i włożyłem te, które wybrała Sikorka. Zielone, lecz tak ciemne, że prawie czarne, uszyte z cienkiego płótna i obszerne prawie jak spódnica, w pasie wiązane na troki. Niedorzeczny strój uzupełniała szeroka jedwabna szarfa. Powtórzyłem sobie kilkakrotnie, że wkładam go na wyraźne życzenie ukochanej żony. Podejrzewałem, iż Rebus także został nakłoniony do wystrojenia się w podobne fatałaszki. Westchnąłem ciężko. Dlaczego musimy wszyscy gonić za jamailliańską modą? Trudno. Na koniec związałem włosy na karku, jak normalny wojownik, i wyszedłem z sypialni.

Na szczycie imponujących dębowych schodów przystanąłem. Z dołu dobiegały dźwięki wesołej zabawy. Zaczerpnąłem powietrza, jakbym miał zanurkować w głębokiej wodzie. Nie powinienem się wahać, nie było powodu do obaw ani do szczególnej ostrożności, jednak nawyki wpojone mi w chłopięcych latach nadal brały górę. Miałem wszelkie prawo zejść po tych schodach, przyłączyć się do beztroskiej kompanii jako pan domu i małżonek pani, której własność stanowił. Znany byłem teraz jako dzierżawca Tom Borsuczowłosy. Zrodzony z pospólstwa, owszem, ale u boku małżonki wyniesiony do godności szlacheckiej. Bastard Rycerski Przezorny, wnuk, bratanek i kuzyn królów został przed dwudziestu laty pogrzebany. Dla ludzi przybyłych na bal byłem dzierżawcą Tomem Borsuczowłosym i gospodarzem przyjęcia, na które ściągnęli z ochotą.

Nawet jeśli miałem na sobie durne jamailliańskie spodnie.

Czas jakiś stałem i słuchałem. Dwa zespoły muzyków równocześnie stroiły instrumenty. Rebus zaśmiał się głośno, dźwięcznie i ja uśmiechnąłem się szerzej. Gwar głosów to przybierał na sile, to przycichał. Któraś grupa muzykantów najwyraźniej zwyciężyła we współzawodnictwie, bo raptem ponad głosy gości wybiło się żywe bębnienie. Lada moment miały rozpocząć się tańce. Właściwie już byłem spóźniony i powinienem czym prędzej zejść na dół. Tymczasem jednak odkryłem jakąś nieokreśloną słodycz w zwlekaniu, stałem więc i wyobrażałem sobie Pokrzywę, ukazującą z błyskiem w oku Rebusowi stopę, gdy ten wiedzie ją przez taneczne figury.

Ach, Sikorka! Przecież czeka.

Z biegiem lat opanowałem w pewnym stopniu sztukę taneczną – wyłącznie dla niej, tylko dlatego że jej na tym zależało. Nie pozwoli się łatwo przeprosić, jeśli przeze mnie będzie podpierała ścianę.

Pośpieszyłem na dół, przeskakując po dwa błyszczące dębowe stopnie, ledwo jednak dotarłem do ostatniego, napatoczył się Birbant. Nasz nowy, młody ochmistrz wyglądał doprawdy zniewalająco w śnieżnobiałej koszuli, czarnym kaftanie i równie czarnych spodniach uszytych na jamailliańską modłę. Na nogach miał nieskazitelne zielone pantofle, a pod szyją żółty fular. Żółć i zieleń – barwy Białego Gaju. Domyślałem się, że na te elementy rynsztunku zasadniczy wpływ miała księżna Cierpliwa.

Nie dopuściłem, by uśmiech dotknął moich warg, lecz zapewne wiele dało się wyczytać z oczu. Ochmistrz wyprężył się jeszcze bardziej niż zwykle i spojrzał na mnie z góry.

– Panie – odezwał się głosem bez wyrazu – przy drzwiach czekają minstrele.

– Czemu ich tam trzymasz? – zdziwiłem się. – Przecież świętujemy.

Nadal stał sztywno wyprostowany, wargi zacisnął w wyrazie dezaprobaty.

– Moim zdaniem nie zostali zaproszeni.

– Mamy święto Przesilenia Zimy – odparłem z narastającym rozdrażnieniem. Sikorka nie lubiła czekać. – Księżna zaprosiła wszystkich minstreli, akrobatów, lalkarzy, druciarzy i kowali też. Ci muzykanci pewnie szykowali się na zabawę od miesięcy, a nasza pani zwyczajnie o nich zapomniała.

Nie sądziłem, że mógłby zesztywnieć jeszcze bardziej. A jednak.

– Kręcili się przy stajniach, usiłowali zajrzeć przez szparę między deskami. Psy zaczęły szczekać, więc nasz Długi poszedł sprawdzić, co się dzieje, i zobaczył tych troje. Powiedzieli mu, że są minstrelami zaproszonymi na święto Przesilenia Zimy.

– No i?

– Moim zdaniem nie są tym, za kogo się podają. Nie mają instrumentów. A na domiar złego, kiedy jedno mówiło swoje, drugie równocześnie powiedziało, że są akrobatami. A gdy Długi chciał ich zaprowadzić do dworu, stwierdzili, że nie trzeba, bo oni tylko szukają schronienia na noc i stajnie im całkowicie wystarczą. – Pokręcił głową. – Długi jednak ich przyprowadził i szepnął mi dyskretnie, co o nich myśli: nie są żadnymi artystami. A ja się z nim zgadzam.

Obrzuciłem go ciężkim spojrzeniem.

Założył ręce za plecami. Nie podniósł na mnie wzroku, jednak usta zacisnął z uporem.

Zdobyłem się na cierpliwość. Był jeszcze młody, nowy w naszym domu. Krawit Aksamitne Dłonie, nasz poprzedni ochmistrz, zmarł w zeszłym roku. Wiele spośród jego licznych obowiązków przejął Rebus, nalegał jednak, by przyjąć na stałe odpowiednio przyuczonego człowieka. Któregoś razu odparłem niezobowiązująco, że nie mam czasu zajmować się poszukiwaniami, a trzy dni później Rebus przyprowadził Birbanta. Od tamtej pory minęły dwa miesiące, a Birbant nadal uczył się, gdzie jest jego miejsce i na czym polegają powierzone mu obowiązki. Być może Rebus, w końcu przecież uczeń Ciernia przybyły do naszego domu, by mnie chronić, lecz również zapewne po to, by mnie szpiegować, zbyt duży nacisk kładł na kwestie bezpieczeństwa. Obok bezdyskusyjnej pogody ducha i oddania mojej córce miał w sobie niezmierzone pokłady przezorności. Gdyby mu pozwolić, ściągnąłby do Białego Gaju kontyngent straży, który mógłby rywalizować z gwardzistami królowej.

Wróciłem myślami do spraw bieżących.

– Jestem ci szczerze wdzięczny za troskę, jednak mamy święto Przesilenia Zimy. Wobec tego wszystko jedno, czy ci ludzie są minstrelami, czy żebrakami, bo dzisiaj świętujemy. Nie zostaną za progiem, zwłaszcza w taką śnieżycę. A dopóki w domu są wolne pokoje, nie muszą spać w stajniach. Zaproś ich do środka. Na pewno nie ma powodu do niepokoju.

– Panie. – Nie zgadzał się ze mną, ale był posłuszny.

Stłumiłem westchnienie. Na razie nic więcej z tym nie zrobię. Odwróciłem się gotowy iść między gości.

– Panie?

Ach, więc to jeszcze nie koniec.

– Coś pilnego? – spytałem chłodnym tonem.

Minstrele zagrali kilka próbnych akordów, po czym nagle muzyka wybuchła w pełnej krasie. Pięknie. Nie zjawiłem się na rozpoczęcie tańców. Na myśl o Sikorce samotnie obserwującej pląsające pary zazgrzytałem zębami.

Birbant bezwiednie przygryzł dolną wargę. Postanowił nie rezygnować.

– Posłaniec nadal czeka w twoim gabinecie.

– Że co?

– Kilka godzin temu posłałem jednego z paziów z wiadomością. Zameldował mi, że wykrzyczał ją pod drzwiami łaźni, gdy zażywałeś, panie, kąpieli. Tak to właśnie wygląda, jak się korzysta z usług służby najmowanej od okazji do okazji. Powinniśmy tu mieć na stałe odpowiednią obsadę. Choćby po to, by przyuczyć ich na przyszłość. – Widząc moje znużone spojrzenie, odchrząknął i zmienił taktykę. – Proszę o wybaczenie, panie. Powinienem był odesłać chłopca z powrotem, by uzyskał potwierdzenie, że został usłyszany.

– Rzeczywiście, nic nie słyszałem. – Zrobiłem krok wzdłuż najniższego stopnia. – Czy możesz mi streścić sprawę?

Birbant ledwie dostrzegalnie pokręcił głową.

– Bardzo mi przykro, wiadomość jest przeznaczona wyłącznie dla ciebie, panie. Dwukrotnie proponowałem swoją pomoc, chciałem nawet przekazać zapisaną informację... Bez skutku.

W takim razie już wiedziałem, o co chodzi. Otóż mój sąsiad, Łupek, od jakiegoś czasu usiłował wymóc na mnie pozwolenie na wypas części jego stada razem z naszymi owcami. Pasterz z Białego Gaju nie godził się na to, twierdząc, że zwierząt byłoby zbyt wiele jak na zimowe pastwiska. Zamierzałem iść za radą Mazidła, niezależnie od tego, że Łupek najwyraźniej był teraz gotów zaoferować przyzwoitą sumę. A poza wszystkim innym nie miałem najmniejszej ochoty robić interesów w świąteczny wieczór. Sprawa będzie musiała poczekać.

– Nic się nie stało. I nie bądź zbyt surowy dla paziów. Masz rację, powinniśmy mieć ze dwóch na stałe, tyle tylko że te dzieciaki szybko wyrastają i każde idzie pracować w sadzie albo przejmuje fach matki... A nam nieczęsto zdarza się taka potrzeba jak dzisiaj. – Nie chciałem roztrząsać sprawy akurat teraz. Sikorka czekała! – Przykro mi, jeśli wystawiłem cierpliwość posłańca na próbę, jednak nie mogę zaniedbać swojej pani także w czasie drugiego tańca. Bardzo cię proszę, przeproś tego człowieka w moim imieniu za karygodne opóźnienie i dopilnuj, żeby mu niczego nie zabrakło. Przyjdę do gabinetu zaraz po drugim tańcu. – Nie miałem na to najmniejszej ochoty. Dzisiaj planowałem świętować. I nagle przyszła mi do głowy doskonała myśl. – Zaraz, zrobimy inaczej! Zaproś go na biesiadę, niech przyłączy się do gości. Niech się bawi ze wszystkimi, a jutro, jeszcze przed południem, usiądziemy we dwóch i porozmawiamy.

Nie przychodziło mi do głowy nic tak pilnego, bym koniecznie musiał załatwiać sprawy jeszcze dzisiaj.

– To jest kobieta, panie.

– Słucham?

– Posłaniec to kobieta. Chociaż... raczej dziewczyna. Już jej zaproponowałem jadło i napitek. Nie zaniedbałbym żadnego przybysza. A zwłaszcza takiego, który wyraźnie ma za sobą długą drogę.

Muzyka grała, Sikorka czekała... Lepiej, żeby czekała ta obca dziewczyna niż ona.

– Wobec tego zaprowadź ją do któregoś pokoju, zaproponuj kąpiel i kolację. Zrób, co możesz, by czuła się u nas jak u siebie. A jutro poświęcę jej tyle czasu, ile tylko zechce.

– Tak, panie.

Poszedł do gabinetu, a ja pośpieszyłem do gości.

Oba wysokie skrzydła drzwi stały otworem, dębowe boazerie lśniły złotem w blasku świec i ognia rozpalonego w kominkach. Muzyka rozbrzmiewała głośno nawet w korytarzu, lecz akurat gdy stanąłem w progu, wybrzmiały ostatnie takty, ucichły też kroki tancerzy. Pierwszy taniec właśnie dobiegł końca.

To się nazywa pech.

Gdy rozbrzmiały oklaski dla muzyków, dostrzegłem Sikorkę, a przed nią uroczyście zgiętego w ukłonie partnera. To był Kominek, najmłodszy syn mojej pani. Pasierb wyratował mnie z opresji – poprosił matkę do pierwszego tańca. W ciągu ostatniego roku rósł jak na drożdżach. Po ojcu, po Brusie wziął mroczną urodę, lecz gładkie czoło i uśmiechnięte usta dostał od Sikorki. Skończył dopiero siedemnaście lat, a już przerósł matkę. Policzki miał zaczerwienione od żwawego tańca. Sikorka nie wyglądała na stęsknioną ani zmartwioną. Gdy podniosła na mnie wzrok i nasze spojrzenia się spotkały, powitała mnie pogodnym skinieniem głowy. Wdzięczny pasierbowi postanowiłem obmyślić jakiś sposób, aby mu konkretnie podziękować. Nieco dalej, obok jednego z palenisk, dostrzegłem starszego brata Kominka, Sprawiedliwego. Przy nim stali Pokrzywa z Rebusem. Dziewczyna miała zaróżowione policzki, więc z pewnością Sprawiedliwy drażnił się z siostrą, nasz zarządca też nie był od tego.