Nowa historia ewolucji człowiekaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROBIN DUNBAR

Nowa historia ewolucji człowieka

Tłumaczenie i wstęp

Bartłomiej Kucharczyk


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Wstęp. Nieznośna ludzkość bytu (Bartłomiej Kucharzyk)

1. Wizje na skale

2. Małpa staje na nogi

3. Magia umysłu

4. Małpi brat

5. Tak słodki, czysty śpiew

6. Kultura wysoka

7. Tako rzecze Zaratustra

Bibliografia

Przypisy

Tytuł oryginału: THE HUMAN STORY. A NEW HISTORY OF MANKIND’S EVOLUTION

Projekt okładki: MARIUSZ BANACHOWICZ

Adiustacja i korekta: MARIA SZUMSKA

Projekt typograficzny: MIROSŁAW KRZYSZKOWSKI

Skład: MELES-DESIGN

© © Copernicus Center Press, 2014

© Robin Dunbar, 2004

ISBN 978-83-7886-064-8

Publikacja dofinansowana w ramach grantu The Limits of Scientific Explanation przyznanego przez John Templeton Foundation

Copernicus Center Press Sp. z o.o.

pl. Szczepański 8, 31-011 Kraków

tel./fax (+48 12) 430 63 00

e-mail: marketing@ccpress.pl Księgarnia internetowa: www.ccpress.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Steve’a, który wskazał mi drogę

Emancipate yourself from mental slavery,

None but ourselves can free our mind...

[Otwórzcie swoje zniewolone umysły,

Tylko sami możemy je uwolnić...]

Bob Marley, Redemption song (1980)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Wstęp

Nieznośna ludzkość bytu

Twórczość, sztuka, wyobraźnia, inteligencja, życie wewnętrzne, życie społeczne, dwunożność, mózg, geny, umysł, intencjonalność, kłamstwo, myślenie abstrakcyjne, przemoc, zakochiwanie się, małżeństwo, język, anatomia, śmiech, śpiew, taniec, muzyka, kultura, narzędzia, nauka, medycyna, imitacja, pogrzeby, religia... Co decyduje o człowieczeństwie? W którym momencie ewolucji się ono pojawiło, a w każdym razie od którego momentu można o nim mówić? Jak bardzo różnimy się od innych zwierząt, a zwłaszcza od małp człekokształtnych? Na takie pytania szuka odpowiedzi profesor Robin Dunbar, autor Nowej historii ewolucji człowieka.

Z pewnością jest on odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu. Urodzony w Liverpoolu profesor Dunbar to znakomity antropolog i psycholog ewolucyjny, znawca etologii naczelnych. Pracuje obecnie na Wydziale Psychologii Eksperymentalnej Uniwersytetu Oksfordzkiego, gdzie jest szefem Social and Evolutionary Neuroscience Research Group. Przede wszystkim zaś jest badaczem, autorem kilkuset publikacji naukowych i kilkunastu książek, z których w Polsce wydano Kłopoty z nauką, Pchły, plotki a ewolucja języka i Ilu przyjaciół potrzebuje człowiek?. Poza kręgami akademickimi znany jest przede wszystkim jako odkrywca „liczby Dunbara”, czyli przeciętnej liczby stabilnych relacji międzyludzkich, które możemy utrzymywać, nie przeciążając swoich umysłów (wynosi ona ok. 150)[1].

Książka, którą, Czytelniku, trzymasz w ręce, ukazała się po angielsku w 2004 roku pod tytułem The Human Story. A New History of Mankind’s Evolution. Ze względów językowych polski tytuł jest nieco skromniejszy, oddaje jednak chyba podstawowy zamysł Autora. Profesor Dunbar przygląda się ewolucji naszego gatunku z innej niż tradycyjna perspektywy, zastanawia się nad tym, co zadecydowało o sukcesie ewolucyjnym Homo sapiens (i upadku innych hominidów), a zwłaszcza jakie cechy różnią nas znacząco od reszty królestwa zwierząt i jak duża jest ta różnica. Nie odbierając Czytelnikowi przyjemności śledzenia toku rozumowania Autora, można tylko powiedzieć, że odpowiedź na to ostatnie pytanie jest złożona. Różnica zarazem jest i nie jest duża – wszystko zależy od przyjętego punktu widzenia.

Ewolucyjne śledztwo profesora Dunbara cechuje niezwykła staranność w gromadzeniu dowodów. Różnorodność danych naukowych wykorzystanych w niniejszej książce jest imponująca. Autor sięga do ustaleń archeologicznych, antropologicznych, historycznych, anatomicznych, etologicznych, neurobiologicznych, genetycznych, socjologicznych, psychologicznych, lingwistycznych i innych, a co najważniejsze, potrafi znakomicie je z sobą wiązać. Dzięki tej rzadkiej umiejętności pokazuje nam, jakie właściwości fizyczne i umysłowe pozwoliły ludziom wykształcić język, kulturę czy religię. Nowa historia ewolucji człowieka należy do nurtu psychologii ewolucyjnej, czyli teorii zakładającej, że procesy umysłowe i zachowania współczesnych ludzi są rezultatem tysięcy lat ewolucji, a zwłaszcza adaptacji zbieracko-łowieckich społeczności Homo sapiens do środowiska plejstoceńskiego, ale idzie też dalej, wskazując, jak ważną rolę w historii ludzkości odegrała ewolucja kulturowa, i pokazując, jak różnorodne możliwości otworzyły się przed nami dzięki mechanizmom psychicznym wykształconym początkowo z bardzo konkretnych powodów (zwłaszcza dzięki teorii umysłu, czyli zdolności czytania w cudzych myślach).

Warto tu może poświęcić kilka zdań jednemu z ulubionych narzędzi badawczych profesora Dunbara – analizie regresji. Jest to metoda statystyczna pozwalająca przewidywać nieznane wartości pewnej zmiennej (właściwości) na podstawie znanych wartości innej zmiennej i funkcji obrazującej związek (korelację) między tymi zmiennymi. Przykładowo, w rozdziale 3 Autor wykorzystuje obliczoną dla małp i ludzi współczesnych korelację poziomu intencjonalności (czym jest intencjonalność, Czytelnik może się dowiedzieć w trakcie lektury) i rozmiaru płatów czołowych, by – używając oszacowanych na podstawie skamieniałości danych o wielkości mózgu wymarłych hominidów – odpowiedzieć na pytanie, jakie poziomy intencjonalności osiągały kolejne gatunki naszych przodków. Metoda ta jest, rzecz jasna, zawodna, choćby dlatego, że funkcja może nie być monotoniczna.

Co więcej, również analizę korelacji (współzmienności dwóch cech) należy prowadzić bardzo ostrożnie, przede wszystkim dlatego, że nawet wysoka korelacja pozytywna (czyli fakt, że wysokiemu poziomowi właściwości A towarzyszy najczęściej wysoki poziom właściwości B, np. ludzie wysocy zazwyczaj też sporo ważą) nie mówi nam nic o przyczynowości. Dwie zmienne mogą być skorelowane, bo jedna wpływa na drugą, ale ich związek może wynikać również z istnienia trzeciej, „ukrytej” zmiennej, która wpływa na nie obie. Ustalono na przykład, że im większa liczba strażaków bierze udział w gaszeniu pożaru, tym większe zniszczenia on powoduje. Nim jednak zaczniemy krytykować działania straży pożarnej, zauważmy, że oba czynniki zależą od trzeciego, mianowicie wielkości pożaru[2]

Powyższe uwagi nie oznaczają jednak, że szukanie korelacji prowadzi donikąd. Są one bowiem często wskazówką, inspiracją do dalszych badań i rozważań, punktem wyjścia dobrze uzasadnionych teorii. Analiza korelacji nie dostarcza nam oczywiście tylu informacji co badania empiryczne, ale pamiętajmy, że niektórych eksperymentów z oczywistych względów po prostu nie da się przeprowadzić (nie przetestujemy np. inteligencji neandertalczyków).

Profesor Dunbar przeciwdziała tym problemom, gromadząc ogrom danych z różnorodnych dziedzin nauki, przekonująco te dane zestawiając i zawsze szukając kilku konkurencyjnych hipotez. Bohaterami jego książki są zarówno endorfiny, jak i Szekspir, tak rewolucja górnego paleolitu, jak i sekty religijne, tak geny, jak i kultura. Właśnie erudycja i błyskotliwość autora oraz jego talent literacki sprawiają, że choć Nowa historia ewolucji człowieka dotyczy poważnych naukowych zagadnień, można ją czytać z prawdziwą przyjemnością, czyli wzrostem poziomu wspomnianych endorfin w mózgu. I tego to właśnie Czytelnikowi życzę.

* * *

Bardzo serdecznie dziękuję Justynie Hobot, Łukaszowi Kwiatkowi i Maćkowi Leniowi za pomoc w zmaganiach z duchem i materią języka. Jesteście wspaniałym osiągnięciem ewolucji.

Bartłomiej Kucharzyk


1. Wizje na skale

Nagły podmuch wiatru sprawił, że światło kaganka zamigotało niepewnie, burząc skupienie mężczyzny. Odchylił się na chwilę, aby przyjrzeć się dziełu swych rąk. Podniósł wyrzeźbioną z kamienia miskę z palącym się łojem i przystawił ją do skalnej ściany, by lepiej widzieć to, nad czym pracował. Wizerunki zwierząt na ścianie wokół niego wydawały się poruszać, ożywione magią drgającego płomienia. Wielkie stada żubrów, jeleni i koni kotłowały się w ponadczasowej przestrzeni. Tu jedno zwierzę uchwycone z zaskoczenia, gdzie indziej zaś żubr siedzący z łbem zwróconym jakby po to, by przyjrzeć się intruzom bezprawnie zakłócającym dostojny tok jego myśli w czasie przeżuwania.

 

W skupieniu marszcząc brwi, mężczyzna wrócił do pracy, starannie kreśląc kawałkiem węgla kontury następnego zwierzęcia. Rozgrzany płomieniem własnej wyobraźni nie zwracał uwagi na chłód otaczającej go jaskini. Oczami duszy widział, co musi namalować: świat tak rzeczywisty i namacalny jak skała, przy której pracował – zwierzęta biegnące przez leśne ostępy lub pasące się na trawiastych polanach, cętki światła słonecznego na ich grzbietach. Pracował, jak tylko umiał najlepiej, chcąc uwiecznić wizję, nim zniknie z jego umysłu.

Przez całe lata doskonalił te umiejętności, każdej wiosny, gdy ziemia rodziła nowe życie, wracając tu, do jaskini, by na jej kamiennych ścianach ożywiać świat swoich wyobrażeń. Czasem przychodził sam, czasem z innymi, zawsze jednak w tym samym celu – by przedsięwziąć kolejną podróż, a potem dać jej trwałe świadectwo, by ukazać miejsca, które widział, i uchwycić emocje, które nim miotały, gdy pędził przez mroczne i często niebezpieczne okolice; podróż, której końca nigdy nie mógł być całkiem pewien.

Zawsze wiedział, gdy nadchodził odpowiedni moment, ale nie zawsze mógł przewidzieć jego nadejście, był bowiem równie nieuchwytny jak jeleń ścigany w lesie. Chociaż wyruszał w podróż wiele razy, z tajemniczego powodu ścieżka za każdym razem wyglądała inaczej. Tylko zakończenie, gdy nadchodziło, było takie samo i przynosiło poczucie powrotu w znajome miejsce, uczucie ulgi pomieszane z wyczerpaniem trudną wędrówką, wspomnienie niebezpieczeństw, z których znów udało się ujść cało.

Teraz, jak po każdej podróży, wrócił do jaskini, by namalować to, co zobaczył, i to, czego doświadczył. Rysowany przez niego żubr stopniowo przyjmował postać, którą widział na własne oczy – z tak bliska, że gdy odwrócił w stronę mężczyzny swój wielki łeb i zmierzył go leniwie jednym okiem, mężczyzna miał wrażenie, jakby przez wielki, błyszczący portal tego oka oglądał umysł zwierzęcia. A teraz oko wpatrywało się w niego ze ściany, znów świdrując go szklistym spojrzeniem. W umyśle mógł łatwo przywołać tamtą chwilę zaskoczenia i strachu, które zawsze towarzyszyły niepewności, gdy nie mógł przewidzieć, co zrobi wielki zwierz. Czasem, gdy odwracał się w stronę mroku jaskini, a potem szybko z powrotem, lub gdy niespodziewanie natykał się na malowidło, o którym zapomniał, przez bardzo krótką chwilę czuł ponownie to samo napięcie.

Był tak pochłonięty swoją pracą, że nawet nie zauważył, jak minęło kilka godzin. W końcu jednak dały o sobie znać zmęczone ramiona i ściśnięty z głodu żołądek, więc mężczyzna odłożył narzędzia i ruszył długim, krętym korytarzem z powrotem ku wyjściu. Z gardzieli jaskini wydostał się na ostre światło późnego popołudnia. Schowane za stertą głazów i gałęzi buka wejście niełatwo było odnaleźć. Nie dawało ono też żadnego pojęcia o wielkości jaskini, jej długich, wijących się tunelach, przez które niekiedy trzeba było pełznąć na brzuchu, jej strzelistych komnatach, które pojawiały się niespodziewanie wzdłuż samego tunelu bądź formowały ślepe nawy po jego bokach.

Spojrzał na słońce zawieszone nad horyzontem na zachodzie i uznał, że jest już prawie wieczór. Zgasił knot kaganka i umieścił go w małej niecce w kamiennej ścianie tuż przy wejściu. Potem, zadowolony ze swojej pracy, ruszył w dół między drzewami w stronę obozowiska położonego na dnie doliny, kilka mil w dół rzeki, nad którą je rozbili.

Sto osiemdziesiąt stuleci później, w roku 1879, Maria, córeczka Don Marcelina Sanz de Statuoli, bezmyślnie gapiła się na sklepienie jaskini nad swoją głową, podczas gdy jej ojciec trudził się tuż obok, szukając wśród skał prehistorycznych artefaktów. To, co ujrzała w nikłym blasku lampy olejnej, którą jej ojciec postawił obok siebie, spowodowało, że mimowolnie próbowała chwycić poły jego płaszcza – wydawało jej się, że wyłaniające się z mroku żubry i konie zstępują ku niej ze skały. Zirytowany tym, że przeszkodzono mu w poszukiwaniach, Don Marcelino odwrócił się, by upomnieć córkę, ale jej poruszenie – jej wzrok utkwiony w czymś ponad nim, jej usta bezgłośnie otwierające się i zamykające na przemian – natychmiast uświadomiło mu, że stało się coś niezwykłego. Powoli spojrzał w górę, próbując przebić wzrokiem mrok. Sięgnął po lampę, uniósł ją nad głowę, by przyjrzeć się lepiej... i zaparło mu dech w piersiach. Nad jego głową żubry, jelenie i konie pędziły i krążyły, tłocząc się niemiłosiernie, walcząc o przestrzeń, albo też leżały, przeżuwając pokarm, tak jak zostawili je twórcy malowidła 18 tysięcy lat wcześniej.

Dla Don Marcelina było to niewyobrażalne odkrycie. Rzeźbione posążki i tablice z kości słoniowej znalezione w prehistorycznych jaskiniach odkrytych niedawno w niedalekiej przecież południowej Francji wywarły na nim tak wielkie wrażenie, że spędził kilka lat, badając groty w pobliżu Santander w północnej Hiszpanii, w nadziei, że również on odnajdzie ukryty skarb prehistorycznej sztuki. Jego starania okazały się daremne. A teraz badania jaskini Altamira niespodziewanie przywiodły go do spektakularnego odkrycia nadzwyczajnych pradawnych malowideł. To powinno zapewnić mu sławę. Ludzie bogaci i znani, uczeni i znawcy sztuki przybędą gromadnie do jego jaskini, a on będzie przez całe lata fetowany przez wszystkie gremia naukowe.

Don Marcelino miał odejść ze świata rozczarowany. Po początkowym poruszeniu najwybitniejsi znawcy tematu orzekli, że odkryte malowidła są zbyt doskonałe, by mogły być dziełem ludzi pierwotnych. Musiały raczej zostać namalowane przez kogoś, kto znalazł się w jaskini w ostatnich latach... być może przez samego Don Marcelina. Choć właściwie nigdy nie oskarżono go wprost o fałszerstwo, w jaskini Altamira przykrą woń podejrzenia łatwo było wyczuć w powietrzu. Don Marcelino zaszył się w swojej rodzinnej posiadłości. Umarł zaledwie dziewięć lat później, sfrustrowany i rozgoryczony. Dopiero w 1902 roku jaskiniowe malowidła zostały uznane za autentyczne prehistoryczne znaleziska. Szerzej zakrojone poszukiwania ujawniły, że jaskinia stanowi wielką galerię obrazów, szkiców i rysunków, której kolejne sale ciągną się ponad dwieście metrów w głąb wzgórza. Niestety, Don Marcelino spoczywał w grobie już drugą dekadę, a jego dorosła już córka miała na głowie sprawy ważniejsze niż malowidła, które tak poruszyły małą dziewczynkę pewnego wiosennego poranka.

Tymczasem pytanie, kto i dlaczego mógł stworzyć te niezwykłe wizje, wciąż pozostawało zagadką.

Obecnie wiemy, że jaskinia Altamira nie jest bynajmniej unikatowa – w Europie znanych jest około 150 lokalizacji prehistorycznej sztuki jaskiniowej. Choć niektóre z nich znajdują się bardzo daleko na wschód, na przykład na Uralu w Rosji, a niedawno jedno takie miejsce odkryto w Anglii, zdecydowana większość skupiona jest w południowej Francji i na Półwyspie Iberyjskim. Jakaś właściwość tamtejszych jaskiń bądź plemion ludzkich zamieszkujących ten obszar od 25 do 12 tysięcy lat wstecz uczyniła malarstwo jaskiniowe szczególnie popularnym. Tamtejsze dzieła są niemal doskonałe graficznie. W mroku tych jaskiń nietrudno się zatracić w sekretach kształtów, które tajemnicza ręka nakreśliła tak pięknie tak dawno temu. Bywało, że dorośli mężczyźni ronili przed nimi łzy.

Tu, w rogu prehistorycznej galerii, widzimy dziecięcą dłoń obrysowaną farbą wydmuchiwaną z ust. Gdyby strażnicy jaskini pozwolili[3], można by przyłożyć własną dłoń do rysunku, sięgnąć przez tysiąclecia, by metaforycznie dotknąć ręki dziecka. Delikatne, niepewne dotknięcie, jakie mogliby wymienić nowi kochankowie. Nie sposób nie poczuć magii wokoło. Kim on był, a może kim była ona? Jakie imię jemu albo jej nadano? Jaka była przyszłość tego dziecka? Czy dorosło, miało własne potomstwo i dożyło sędziwego wieku jako szanowany siwowłosy członek swojej społeczności, czasem wspominając – dajmy na to – wiosenny dzień, w którym poprowadzono je krętymi tunelami przy słabym świetle kaganka aż do odległej, głębokiej groty, by przytknęło rękę do zimnej ściany, gdy jeden z jego towarzyszy dmuchał na nią farbą? A może niestety zmarło w dzieciństwie, z powodu choroby albo wypadku, bądź padło ofiarą wędrownego drapieżnika – przyszłość przekreślona już w rozkwicie dzieciństwa, jeden z wielu małych dramatów w życiu jego matki, jego odejście oznajmione przenikliwym, łamiącym serce lamentem nieukojonego żalu.

Wiemy na pewno, że ludzie którzy stworzyli te malowidła, cieszyli się życiem z entuzjazmem równym naszemu. Sztuka jaskiniowa jest szczytowym osiągnięciem jednego z najbardziej nadzwyczajnych procesów rozwojowych w historii ludzkiej ewolucji, fenomenu, który archeologowie nazywają rewolucją górnego paleolitu. Rozpoczęła się ona około 50 tysięcy lat temu, gdy nagle pojawiły się znacznie bardziej niż dotąd zaawansowane narzędzia z kamienia, kości i drewna, między innymi igły, szydła, haczyki na ryby czy groty do strzał i włóczni. 30 tysięcy lat temu nastąpiła z kolei prawdziwa eksplozja twórczości nieodgrywającej żadnej konkretnej roli w codziennej walce o przetrwanie, lecz pełniącej funkcje czysto dekoracyjne. Powstawały broszki, rzeźbione guziki, lalki, zabawki w kształcie zwierząt oraz, być może najbardziej znaczące, statuetki – w tym przede wszystkim tak zwane posążki Wenus ze środkowej i południowej Europy. Te słynne kobiety o kształtach „ludzika Michelina” można uznać za seksbomby tamtych czasów. Ich statuetki z kości słoniowej bądź z kamienia (a czasem nawet wypalone z gliny), o szerokich biodrach i obfitych biustach, często też z pięknie splecionymi włosami są chyba najbardziej frapującymi z artefaktów późnego paleolitu. Na jeszcze bliższe nam czasy, mniej więcej 20 tysięcy lat temu i później, datowane są dowody na intencjonalne pochówki, muzykę czy życie umysłowe. Malowidła z Altamiry, Lascaux, Chauvet oraz wielu innych jaskiń, grot i pieczar w południowej Europie i nie tylko są zaledwie wierzchołkiem całej tej artystycznej góry lodowej. Nigdy wcześniej w historii ewolucji człowieka czegoś takiego nie widziano. To właśnie tu znajdują się fundamenty współczesnej kultury – od literatury po religię i dalej, do nauki.

Mimo upływu tysiącleci kunszt owej rewolucji wciąż nas porusza. Dostrzegamy ludzi bardzo podobnych do nas – uważających za piękne to, co i my za piękne uważamy. To chyba właśnie tu, uchwycona na ulotną chwilę, tkwi istota tego, kim jesteśmy, tego, co uczyniło ludzi takimi, jakich znamy, z całym tym bogactwem kultury, które w pewien niepojęty, lecz niezawodny sposób czyni nas tak zupełnie różnymi od wszystkich pozostałych gatunków żyjących obecnie, jak również od wszystkich gatunków, które pojawiły się przed nami w długiej historii życia na Ziemi.

Kim więc jesteśmy my, gatunek malarzy i poetów? Jak do tego doszliśmy? Jak to się stało, że ci bezimienni artyści z jaskiń południowej Europy trafili tam, by uprawiać swoje rzemiosło, tak dawno temu? Skąd przybyli? Dlaczego spośród wszystkich gatunków w historii tylko oni wpadli na to, by zostawić po sobie te subtelne ślady? I, to być może najciekawsze pytanie, dlaczego je zostawili?

Książka ta jest odyseją, wyprawą przez mgły czasu do zamierzchłej przeszłości. Szuka odpowiedzi na może najważniejsze z pytań: kim jesteśmy. Co właściwie tak mocno odróżnia nas od wszystkich innych gatunków, z którymi dzielimy planetę? Jak, biorąc pod uwagę, że nasze początki nie różnią się niczym od początków wszystkich innych żywych istot, dochodzi w trakcie ludzkiego życia do pojawienia się tych różnic? W którym momencie ewolucji człowieka powstało to, co oddziela nas od pokrewnych nam stworzeń? I wreszcie pytanie, które dręczy mnie chyba najbardziej: dlaczego to właśnie nasz rodowód okazał się tak znakomity?

Będzie to podróż w głąb nas samych. By zrozumieć, co to znaczy być człowiekiem, musimy zrozumieć własne umysły. To właśnie tu, w naszej zdolności do autorefleksji i w naszych relacjach ze światem „na zewnątrz” nich, leżą – jak się zdaje – faktyczne różnice między nami a resztą stworzenia. Większość naszych cech fizycznych i wiele naszych zachowań jest całkiem typowych, nawet według standardów tak jednorodnej grupy jak naczelne. Tym, co nas wyróżnia, jest raczej życie wewnętrzne, przede wszystkim wyobraźnia. Choć wydaje się to oczywiste, dopiero bardzo niedawno zdołaliśmy precyzyjnie wskazać, które konkretnie właściwości naszego umysłu są tak wyjątkowe. Tak wiele z tego, co robimy, jest zupełnie podobne do tego, co obserwujemy u naszych małpich kuzynów – pomysłowość i inteligencja, intensywne życie społeczne czy nawet nadzwyczajny sukces ewolucyjny gatunku. A jednak odróżniamy się od nich, dzieli nas trudny do określenia świat mentalny, który uważamy za wyłącznie nasz.

 

Badając ten świat, warto skorzystać z osiągnięć wielu różnych nauk, z których każda da nam jedynie część odpowiedzi. W ostatniej dekadzie byliśmy świadkami zdumiewającego postępu licznych dyscyplin – od genetyki, przez etologię, aż po psychologię. Wciąż jeszcze przyswajamy ich nowe odkrycia i godzimy się z ich implikacjami. Zrewolucjonizowały one, każda na swój sposób, nasze rozumienie siebie tak bardzo, że wizja człowieka – a w rezultacie również gatunków, z którymi dzielimy zarówno przeszłość, jak i przyszłość – została postawiona na głowie. Tylko przez splecenie wszystkich tych rozproszonych wątków będziemy mogli faktycznie pojąć, co czyni nas tym, czym jesteśmy.

Nasza historia jest długa. W pewnym sensie zaczęła się mniej więcej 65 milionów lat temu, gdy przez parne lasy Europy i Ameryki Północnej kroczyły niepodzielnie panujące nad planetą dinozaury. Nasi ówcześni przodkowie, których ledwo, ledwo można by uznać za przedstawicieli naczelnych, przemykali wśród drzew i zarośli na podobieństwo dzisiejszych wiewiórek. Całe wieki potem, gdy dinozaury odeszły już do swojej wielkiej Walhalli, pierwotne, wiewiórkowate ssaki przekształciły się w niezwykle skuteczną ewolucyjnie rodzinę zwierząt. To ich potomkami są współczesne małpy człekokształtne i inne małpy, które tak dobrze znamy.

Znacznie później, 6 czy 7 milionów lat temu, u jednego z ich licznych spadkobierców pojawiły się nowe cechy i powoli, lecz stale rozwijała się dywergencja pomiędzy tą linią a innymi małpami Afryki – szympansami i gorylami. Początkowo adaptacje te obejmowały umiarkowanie interesujące cechy, w większości związane z dwunożnością. W końcu jednak zaczęły się w tej linii kształtować prawdziwie przełomowe właściwości – szybko rosnący mózg, użycie narzędzi, język, kultura. Wreszcie to właśnie z tej linii pochodzą nasi jaskiniowi artyści, a nieco później doprowadziła ona do nas, ludzi współczesnych. Droga prowadząca od przodków sprzed 6 milionów lat, których dzielimy z afrykańskimi małpami, do nas samych była kręta, pełna igraszek losu i katastrof, które rzucały nas na zadziwiające ścieżki ewolucji. Trudno mówić o określonej sekwencji zmian prowadzącej nieubłaganie od małp do ludzi ze względu na nieuchronność boskiego planu; istniał tylko odwieczny chaos procesu ewolucji.

Przenieśmy się więc do obcego nam środowiska lesistej równiny we wschodniej Afryce około 3,5 miliona lat temu. Jest popołudnie, a słońce rozpoczyna swoją miarową wędrówkę w dół, ku horyzontowi. W oddali, w drgającym od gorąca powietrzu, zaznaczają się kształty kilku ludzkich sylwetek wędrujących przez zadrzewioną okolicę.