Geneza

Tekst
Z serii: Thriller
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Geneza
Geneza
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 77,80  62,24 
Geneza
Audio
Geneza
Audiobook
Czyta Baśka Liberek
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Pro­log
6 marca
23.15

Była to nie­przy­jemna, zimna, wietrzna i bar­dzo pochmurna mar­cowa noc w Lower East Side na Man­hat­ta­nie. Choć zbli­żało się wio­senne zrów­na­nie dnia z nocą, zima nie dawała za wygraną. Na dowód swej siły rzu­ciła garść wiru­ją­cych płat­ków śniegu z nisko pły­ną­cej masy chmur, zło­wro­giej jak breja bul­go­cąca w kotle cza­row­nicy. W tem­pe­ra­tu­rze nie­znacz­nie prze­kra­cza­ją­cej 1,5°C ich ude­rza­jąco piękne, misterne, kry­sta­liczne struk­tury ule­gały zagła­dzie, gdy tylko zetknęły się z zie­mią. Prze­ci­wień­stwem tej natu­ral­nej orgii znisz­cze­nia było zaci­sze przy­tul­nego dwu­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia na trze­cim pię­trze przy Dwu­dzie­stej Trze­ciej Ulicy. W przy­jem­nym cie­ple – rozu­mia­nym dosłow­nie i w prze­no­śni – roz­gry­wała się tam seria zda­rzeń na pozio­mie komór­ko­wym, będąca abso­lut­nym prze­ci­wień­stwem bez­li­to­snego top­nie­nia śnież­nych płat­ków. Trwał zło­żony pro­ces two­rze­nia i porząd­ko­wa­nia żywej mate­rii, zapo­cząt­ko­wany gwał­tow­nym wytry­skiem ponad stu milio­nów plem­ni­ków wprost w skle­pie­nie pochwy.

Osoby zaan­ga­żo­wane w ów miło­sny akt były błogo nie­świa­dome cudow­nego sce­na­riu­sza, który wła­śnie zaini­cjo­wały, a tym bar­dziej jego ponu­rych kon­se­kwen­cji dla obojga. Odu­rzeni namięt­no­ścią zbyt mocno, by myśleć o środ­kach anty­kon­cep­cyj­nych, kochan­ko­wie natu­ral­nie nie myśleli też o dorod­nej komórce jajo­wej, która wła­śnie się uwol­niła z pra­wego jaj­nika kobiety. Nie zasta­na­wiali się też nad tym, ile deter­mi­na­cji zako­do­wane jest w plem­ni­kach, zapro­gra­mo­wa­nych na wyko­na­nie jed­nego jedy­nego zada­nia: na dotar­cie do swo­jego żeń­skiego odpo­wied­nika i połą­cze­nie się z nim.

Dwie i pół godziny póź­niej, gdy zado­wo­lona kobieta spała głę­bo­kim snem – podob­nie jak męż­czy­zna w swoim domu – naj­szyb­szy z plem­ni­ków, poko­naw­szy her­ku­le­so­wym wysił­kiem nie­bez­pieczny mara­ton z głębi pochwy do wewnętrz­nej koń­cówki pra­wego jajo­wodu, zde­rzył się czo­łowo ze zstę­pu­ją­cym jajecz­kiem. Wie­dziony prze­moż­nym odru­chem zwy­cięzca natych­miast zagłę­bił się w war­stwie komó­rek pęche­rzy­ko­wych two­rzą­cych wie­niec pro­mie­ni­sty i zatrzy­mał na osłonce przej­rzy­stej. Chwilę póź­niej plem­nik wnik­nął do wnę­trza, pozwa­la­jąc, by dostar­czone w jego przed­ją­drzu dwa­dzie­ścia trzy chro­mo­somy spa­ro­wały się z dwu­dzie­stoma trzema chro­mo­so­mami jajeczka, two­rząc typowy dla ludz­kich komó­rek układ czter­dzie­stu sze­ściu chro­mo­so­mów. Komórka jajowa stała się zygotą.

Tak oto w nader paskudną nowo­jor­ską noc doko­nał się jeden z naj­bar­dziej zdu­mie­wa­ją­cych cudów zna­nego wszech­świata: geneza nowej ludz­kiej istoty. Choć w skali świata podobne epi­zody zda­rzają się w dość szo­ku­ją­cej licz­bie z górą 350 000 dzien­nie, przez co wyda­wać się mogą powsze­dnio­ścią, każdy z nich zapo­cząt­ko­wuje pro­ces o nie­po­ję­tym wręcz stop­niu skom­pli­ko­wa­nia. Zygota – poje­dyn­cza komórka led­wie widoczna gołym okiem – mie­ści w swej mikro­sko­pij­nej biblio­tece DNA wszyst­kie dane i instruk­cje nie­zbędne do budowy i funk­cjo­no­wa­nia ludz­kiego ciała. To ozna­cza, że bez żad­nego zewnętrz­nego źró­dła infor­ma­cji jest w sta­nie pokie­ro­wać stwo­rze­niem mniej wię­cej 37 bilio­nów komó­rek w dwu­stu odmia­nach, a także kilku miliar­dów nie­by­wale wyspe­cja­li­zo­wa­nych wiel­ko­czą­stecz­ko­wych bia­łek, które muszą powstać w pre­cy­zyj­nie okre­ślo­nym momen­cie i według ści­śle okre­ślo­nych stan­dar­dów oraz w odpo­wied­nim miej­scu i w odpo­wied­niej licz­bie. Sam ludzki mózg, zło­żony ze 100 miliar­dów komó­rek i ponad 100 bilio­nów połą­czeń synap­tycz­nych, jest być może naj­bar­dziej zło­żoną struk­turą we wszech­świe­cie.

Jede­na­stego marca, pięć dni po miło­snym akcie, który zapo­cząt­ko­wał cudowny pro­ces genezy nowego życia, bły­ska­wicz­nie roz­wi­ja­jący się zaro­dek dotarł do macicy, gotów zagnieź­dzić się w jej ścia­nie. Już wkrótce miał dać o sobie znać, tym samym roz­po­czy­na­jąc okres świa­do­mej ciąży. Od tej chwili, przez mniej wię­cej dzie­więć mie­sięcy, aż do porodu, powi­nien roz­wi­jać się spo­koj­nie i bez­piecz­nie, korzy­sta­jąc z dostar­cza­nych przez matkę skład­ni­ków odżyw­czych i wyda­la­jąc zbędne pro­dukty prze­miany mate­rii tą samą drogą. Nie­stety nie taki cze­kał go los…

5 maja
22.05

Kąpiel pod prysz­ni­cem po dniu cięż­kiej pracy – któ­rym sobota być nie powinna – była dla dwu­dzie­sto­ośmio­let­niej Kery Jacob­sen, pra­cow­nicy socjal­nej, bło­gim doświad­cze­niem z pogra­ni­cza zen. Uwa­ża­jąc, by nie pośli­znąć się na nie­bez­piecz­nej por­ce­la­no­wej krzy­wiź­nie bro­dzika, weszła do kabiny i zasu­nęła za sobą zasłonę. Usta­wiła nie­mal mak­sy­malną tem­pe­ra­turę – dokład­nie taką, jaką lubiła. Przez chwilę stała w gorą­cych stru­mie­niach wody, po czym zaczęła ener­gicz­nie nacie­rać ciało won­nym żelem. Szczotką o dłu­gim trzonku z zapa­łem zmy­wała stresy i nie­po­koje dłu­giego dnia, któ­rych ostat­nio jej nie bra­ko­wało.

Miesz­kała w Nowym Jorku nie­spełna osiem mie­sięcy. Prze­no­siny do Wiel­kiego Jabłka były skut­kiem dość nagłej decy­zji. Kera wycho­wała się w Los Ange­les i tamże, na UCLA, zdo­była dyplom magi­ster­ski. Pod­jęła pracę w dziale opieki spo­łecz­nej Mat­tel Chil­dren’s Hospi­tal, nale­żą­cego do uczelni. Spe­cja­li­zo­wała się w pracy z dziećmi o zło­żo­nych potrze­bach medycz­nych oraz z ich rodzi­nami. Nie było to łatwe ani przy­jemne zaję­cie, za to czę­sto wyczer­pu­jące emo­cjo­nal­nie, ale dawało jej satys­fak­cję. Nie miała wąt­pli­wo­ści, że jej wysiłki przy­no­szą duże efekty i są waż­nym uzu­peł­nie­niem doko­nań leka­rzy i pie­lę­gnia­rek sku­pio­nych, co oczy­wi­ste, na lecze­niu i łago­dze­niu bez­po­śred­nich obja­wów cho­roby, a nie na tym, jak prze­ży­wają swe pro­blemy zdro­wotne mali pacjenci i ich naj­bliżsi. Praca dawała jej zado­wo­le­nie i poczu­cie speł­nie­nia. Jej świat zachwiał się jed­nak w posa­dach, gdy we wrze­śniu dobiegł końca jej dłu­go­trwały zwią­zek ze stu­den­tem medy­cyny Rober­tem Bar­lo­wem. Spo­ty­kali się przez dwa i pół roku, regu­lar­nie ze sobą sypia­jąc. Łączyły ich wspólne zain­te­re­so­wa­nia i libe­ralne poglądy poli­tyczne, więc ni­gdy nie bra­ko­wało im tema­tów do roz­mów. Cza­sem dys­ku­to­wali też o przy­szło­ści, zakła­da­jąc natu­ral­nie, że będą razem. Robert liczył na to, że zosta­nie rezy­den­tem w któ­rymś ze zna­nych aka­de­mic­kich ośrod­ków medycz­nych, naj­le­piej w Los Ange­les, a w osta­tecz­no­ści w San Fran­ci­sco. Jako wyjąt­kowo pilny stu­dent miał nadzieję, że będzie miał wybór. Kera posta­no­wiła, że jeśli będzie trzeba prze­nieść się do San Fran­ci­sco, podąży za nim. Była prze­ko­nana, że ze zna­ko­mi­tymi refe­ren­cjami znaj­dzie pracę w każ­dym aka­de­mic­kim ośrodku medycz­nym.

Nie było jej to jed­nak pisane. Wła­ści­wie nie rozu­miała, dla­czego wyszło, jak wyszło, ale dotarły do niej plotki z cen­trum UCLA o tym, że Robert czę­sto jest widy­wany w towa­rzy­stwie jed­nej z pierw­szo­rocz­nych rezy­den­tek z oddziału chi­rur­gii. Tak czy ina­czej, w zasa­dzie bez ostrze­że­nia, pew­nego gorą­cego i dusz­nego od smogu popo­łu­dnia po pro­stu poin­for­mo­wał Kerę, że ich zwią­zek wła­śnie dobiegł końca.

Był to potężny cios dla jej poczu­cia wła­snej war­to­ści i może dla­tego zapra­gnęła uciec. Wspólni zna­jomi wciąż pytali, co zaszło mię­dzy nią a Rober­tem. Uda­wali, że współ­czują, ale tak naprawdę cie­ka­wiły ich głów­nie pikantne szcze­góły. Poza tym w Los Ange­les zbyt łatwo było przy­pad­kiem wpaść na Roberta. Miała też dość tam­tej­szej pogody, dorocz­nych poża­rów lasów i nie­prze­mi­ja­ją­cego nie­bez­pie­czeń­stwa aktyw­no­ści sej­smicz­nej uskoku San Andreas, a poza tym od zawsze podo­bał jej się Nowy Jork. Kilka tygo­dni po szo­ku­ją­cym oświad­cze­niu Roberta posta­no­wiła zamie­nić emo­cjo­nalny kocioł w coś pozy­tyw­nego: prze­pro­wa­dziła się na drugi koniec kraju.

Spłu­kaw­szy z ciała żel, wyci­snęła na dłoń por­cję szam­ponu i zaczęła z wigo­rem myć włosy. Tę część kąpieli lubiła naj­bar­dziej. Nie żało­wała sił, masu­jąc skórę głowy, jakby chciała zetrzeć kłę­biące się w niej myśli.

Z początku prze­no­siny do Nowego Jorku wyda­wały się strza­łem w dzie­siątkę, i to pod każ­dym wzglę­dem, może poza tym, że matka i sio­stra nie­ustan­nie przy­po­mi­nały jej, jak bar­dzo są roz­cza­ro­wane jej decy­zją i jak ogrom­nie tęsk­nią. Kera zna­la­zła pracę w NYU Lan­gone Medi­cal Cen­ter – a kon­kret­nie w nowo­jor­skim Has­sen­feld Chil­dren’s Hospi­tal – zanim jesz­cze opu­ściła Los Ange­les, więc o zatrud­nie­nie nie musiała się mar­twić. Z miesz­ka­niem też dopi­sało jej szczę­ście: odpo­wie­działa na ogło­sze­nie wywie­szone w pracy przez jedną z pie­lę­gnia­rek, która zde­cy­do­wała się wstą­pić do Kor­pusu Pokoju. Szybko i bez­pro­ble­mowo pod­na­jęła od niej ume­blo­wane dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie przy Dwu­dzie­stej Trze­ciej Ulicy, tuż przy skrzy­żo­wa­niu z Drugą Aleją. Co naj­waż­niej­sze jed­nak, jej samo­ocenę i samo­po­czu­cie popra­wił trwa­jący od gru­dnio­wych świąt pło­mienny romans z atrak­cyj­nym męż­czy­zną z klasą, znacz­nie star­szym i doj­rzal­szym od Roberta.

Nie­stety w jej życiu nastą­pił kolejny nie­ocze­ki­wany i nie­przy­jemny zwrot. Raz jesz­cze musiała zakwe­stio­no­wać swoją zdol­ność do oceny sytu­acji; raz jesz­cze zży­mała się na wła­sną głu­potę. Powró­ciło poczu­cie głę­bo­kiego zawodu i gwał­tow­nie spa­dła jej samo­ocena – może nie było tak źle jak po roz­sta­niu z Rober­tem, ale czuła się na tyle podle, że poważ­nie roz­wa­żała powrót do połu­dnio­wej Kali­for­nii. Tak jak się spo­dzie­wała, matka i sio­stra były wręcz zachwy­cone, gdy poru­szyła ten temat w roz­mo­wie, ale nie ukry­wały też zdzi­wie­nia tą nagłą zmianą nastroju. Led­wie mie­siąc wcze­śniej Kera wprost pro­mie­niała, opo­wia­da­jąc o swym szczę­śli­wym życiu w Wiel­kim Jabłku. Teraz wolała nie zdra­dzać żad­nych szcze­gó­łów; mówiła głów­nie o tym, że w końcu zro­zu­miała, jak ważne są dla niej więzy rodzinne. Nie czuła się dobrze z wła­sną nie­szcze­ro­ścią, ale prawdę mówiąc, jesz­cze nie była pewna, czy naprawdę chce wró­cić w rodzinne strony. Wciąż tliła się w niej iskra nadziei na lep­szą przy­szłość, choć szanse nie były wiel­kie.

 

Kera wyłą­czyła prysz­nic, upew­niła się, że dokład­nie spłu­kała żel i szam­pon, po czym z ręcz­ni­kiem kąpie­lo­wym w ręku wyszła z kabiny. Zgięta wpół przez chwilę ener­gicz­nie wycie­rała dość dłu­gie, gęste włosy – bodaj jedyną rzecz, którą naprawdę ceniła jako dzie­dzic­two po raczej obo­jęt­nym ojcu. Pro­stu­jąc się, machi­nal­nie zer­k­nęła na swój pro­fil odbity w wyso­kim lustrze umo­co­wa­nym na drzwiach łazienki. Gdy uświa­do­miła sobie, co robi, par­sk­nęła śmie­chem. Było zde­cy­do­wa­nie zbyt wcze­śnie, by zauwa­żyć zmiany.

Wytarła się do końca i wła­śnie miała roz­wie­sić ręcz­nik kąpie­lowy, gdy roz­legł się elek­tro­niczny sygnał. Ktoś cze­kał na dole, u drzwi fron­to­wych. Nie­spo­dzie­wany dono­śny ter­kot prze­ciął ciszę jak gorący nóż masło, w jed­nej chwili odbie­ra­jąc Kerze spo­kój, o który tyle wal­czyła. Rzu­ciła ręcz­nik na brzeg wanny, się­gnęła po szla­frok i pobie­gła do kuchni, gdzie na ścia­nie wisiał od dawna prze­sta­rzały domo­fon. Wci­ska­jąc guzik, by spy­tać kto tam, zer­k­nęła na wyświe­tlacz kuchenki mikro­fa­lo­wej. Była 22.23. Kera nie zama­wiała kola­cji i wie­działa dosko­nale, że tylko jedna osoba mogła ją odwie­dzić o takiej porze – ale pra­wie ni­gdy w week­end i bez ese­me­so­wej zapo­wie­dzi – więc wła­ści­wie wie­działa, czyj głos usły­szy. Nie była szcze­gól­nie ura­do­wana. Przed snem potrze­bo­wała przede wszyst­kim spo­koju.

– To ja – ode­zwał się męski głos, tak jak prze­wi­działa.

– Co ty tu robisz? – spy­tała Kera, pod­cho­dząc bli­żej do domo­fonu. Musiała wci­skać guzik za każ­dym razem, gdy chciała coś powie­dzieć, a potem pusz­czać, by posłu­chać odpo­wie­dzi.

– Wybacz, że o takiej godzi­nie, ale… musimy poga­dać.

– Wła­śnie wyszłam spod prysz­nica. Może jutro pod­czas lun­chu?

– Nie, teraz. Zmie­ni­łem zda­nie i chcę się z tobą podzie­lić tym, co czuję. Muszę się z tobą podzie­lić.

Kera nie odpo­wie­działa od razu. Jej puls przy­spie­szył. Po wszyst­kim, co się wyda­rzyło i zostało powie­dziane w ostat­nim mie­siącu, abso­lut­nie nie była w sta­nie prze­wi­dzieć, co miał na myśli, mówiąc, że „zmie­nił zda­nie”. Mogła się tylko domy­ślać… Ale czy nie było to tylko pobożne życze­nie? Prze­cież od kilku tygo­dni był kon­se­kwent­nie i bole­śnie jed­no­znaczny w swo­ich wypo­wie­dziach. A prze­cież, jeśli naprawdę miał na myśli to, co podej­rze­wała, wszystko mogło się jesz­cze poto­czyć ina­czej.

– W jakiej spra­wie zmie­ni­łeś zda­nie? – spy­tała wresz­cie, opusz­cza­jąc gardę. Nie chciała robić sobie nadziei tylko po to, by znowu prze­żyć kata­strofę.

– Zro­zu­mia­łem, że od początku mia­łaś rację, a ja się myli­łem. Potrze­bo­wa­łem tylko czasu, żeby to pojąć. Musimy to uczcić!

– Uczcić? – powtó­rzyła Kera, jakby się prze­sły­szała.

– Tak, uczcić. Dla­tego przy­nio­słem co nieco.

Z tru­dem panu­jąc nad pod­nie­ce­niem, wci­snęła drugi guzik, by otwo­rzyć drzwi. Potem wró­ciła bie­giem do łazienki, po dro­dze wkła­da­jąc szla­frok, który do tej pory przy­ci­skała zwi­nięty do piersi, sto­jąc nago przy domo­fo­nie. Się­gnęła po szczotkę i przez chwilę bez powo­dze­nia pró­bo­wała zapa­no­wać nad wil­gotną jesz­cze burzą wło­sów. Przy­szło jej na myśl, że wygląda kosz­mar­nie, ale nie miała czasu, by się nad tym roz­wo­dzić. Zawią­zała pasek szla­froka, roz­pacz­li­wym ruchem spró­bo­wała jesz­cze przy­gła­dzić włosy i sekundę póź­niej była już u drzwi miesz­ka­nia. Dokład­nie w chwili, gdy upo­rała się z ostat­nim z całego zestawu zam­ków paten­to­wych i łań­cu­chów, roz­le­gło się ciche puka­nie.

Na wszelki wypa­dek zer­k­nęła w wizjer, nim otwo­rzyła drzwi. Jej gość miał na sobie ciemny płaszcz, któ­rego wcze­śniej nie widziała, a na gło­wie ciemną fedorę. Wszedł do miesz­ka­nia, zanim zdą­żyła go powi­tać, a potem porwał ją w ramiona i uści­snął tak, że zabra­kło jej tchu. Dopiero po chwili posta­wił na pod­ło­dze torbę z zaku­pami, a płaszcz i kape­lusz rzu­cił na kanapę.

– Jak mówi­łem, musimy to uczcić – oznaj­mił pod­nio­słym tonem. Wyjął z torby dwa smu­kłe kie­liszki z rżnię­tego krysz­tału oraz schło­dzoną butelkę rosé pro­secco otu­loną ręka­wem ter­micz­nym, a na koniec małą paczkę ser­we­tek kok­taj­lo­wych. – Spójrz na to! – powie­dział, poka­zu­jąc butelkę gestem wytraw­nego som­me­liera.

– Patrzę – odpo­wie­działa Kera, czy­ta­jąc czarną ety­kietę. – Bor­to­lo­miol Filanda Rosé. Pierw­sze sły­szę.

– Jest bajeczne – zapew­nił ją dum­nie – i trudne do zdo­by­cia.

– To co kon­kret­nie mamy świę­to­wać? – spy­tała z waha­niem, gdy męż­czy­zna moco­wał się z dru­tem opi­na­ją­cym korek. Takiej postawy, jaką teraz pre­zen­to­wał, ocze­ki­wała po nim znacz­nie wcze­śniej, gdy tylko prze­ka­zała mu nowinę. Była zała­mana, gdy zacho­wał się zgoła ina­czej.

– Abso­lut­nie wszystko – odparł trium­fal­nie. – Ty mia­łaś rację, a ja nie. Zda­rzył się cud i tak nale­żało go potrak­to­wać. Ja… pod wpły­wem emo­cji po pro­stu tego nie dostrze­głem.

Kera miała ochotę przy­po­mnieć mu cierpko, że emo­cjo­no­wał się wyjąt­kowo długo i nie spie­szył się z przy­zna­niem jej racji; stan wojny mię­dzy nimi trwał pra­wie mie­siąc. Nie ode­zwała się jed­nak, by nie zga­sić jego entu­zja­zmu. Korek wysko­czył z butelki z gło­śnym trza­skiem, a u wylotu szyjki poja­wiła się odro­bina różo­wa­wej piany.

– Jak powie­dzia­łaś, życie to zbyt wielki cud, by się nim nie cie­szyć – ode­zwał się, napeł­nia­jąc dwa kie­liszki musu­ją­cym winem.

– A co z twoją żoną? – To pyta­nie kosz­to­wało ją sporo wysiłku.

– To już prze­szłość – odpo­wie­dział nie­dbale, poda­jąc jej kie­li­szek, po czym uniósł swój jak do toa­stu.

W ciszy panu­ją­cej w pokoju melo­dyj­nie zabrzę­czał krysz­tał. Idąc za przy­kła­dem swego gościa, Kera pocią­gnęła spory łyk pro­secco i pomy­ślała, że jesz­cze ni­gdy żadne wino tak jej nie sma­ko­wało. Od mie­siąca uni­kała alko­holu, ale to była szcze­gólna chwila. Po kilku tygo­dniach kłótni o przy­szłość czuła, że są sobie bez­na­dziej­nie obcy. Jego nagły powrót wpra­wił ją w zachwyt. Rze­czy­wi­ście warto było uczcić tę chwilę.

– Usiądźmy i cieszmy się winem – zapro­po­no­wał, wska­zu­jąc na kanapę. Prze­ło­żył płaszcz i kape­lusz na fotel. – Firma, która je pro­du­kuje, ma sie­dzibę w pro­win­cji, którą Włosi nazy­wają Veneto – dodał, cią­gnąc lekko za rękaw szla­froka Kery, by usia­dła obok niego.

– Smaczne – odpo­wie­działa. Nie była pewna, gdzie leży Veneto, ale nazwa koja­rzyła jej się z Wene­cją. Nie zamie­rzała pytać o szcze­góły, bo w tej chwili wyda­wały się nie­istotne. A wino naprawdę było pyszne. Piła więc dalej, roz­ko­szu­jąc się nie tylko sub­tel­nym sma­kiem, ale i przy­jem­nym muso­wa­niem. Za szam­pa­nem ni­gdy nie prze­pa­dała i nie mogła pojąć, skąd jego absur­dalne ceny, ale to wino było inne. Zasta­na­wiała się, ile w tym zasługi trunku, a ile jej rado­snego nastroju. Tak czy ina­czej, czuła się cudow­nie. Jasne, mogła zadać swemu męż­czyź­nie milion pytań, ale żadne nie wyda­wało jej się pilne.

Nie zwa­ża­jąc na jej brak zain­te­re­so­wa­nia, opo­wia­dał kwie­ci­ście o pro­secco i uro­kach oko­lic Wene­cji, a Kera, sma­ku­jąc leni­wie kolejny łyk wina, czuła się cudow­nie roz­luź­niona – jakże dale­kie wyda­wały jej się teraz czarne myśli, z któ­rymi zma­gała się od mie­siąca. Po chwili jed­nak zakrę­ciło jej się w gło­wie – i to już nie było przy­jemne. Nie­spo­dzie­wany gość wciąż mówił, ale jego słowa jakoś prze­stały mieć sens. Kon­tury przed­mio­tów zaczęły tra­cić ostrość. Kera zamru­gała ner­wowo, ale to nie pomo­gło. Odsta­wiła kie­li­szek i spró­bo­wała wstać, lecz nogi także odmó­wiły jej posłu­szeń­stwa.

– Wszystko w porządku? – spy­tał, także odsta­wia­jąc kie­li­szek.

– Chyba tak – odpo­wie­działa z tru­dem i zaska­ku­jąco nie­wy­raź­nie. – Tylko nagle poczu­łam się taka zmę­czona…

Urwała, zapa­da­jąc się bez­wład­nie w mięk­kie opar­cie kanapy. Przy­mknęła cięż­kie powieki, a oddech wydo­by­wa­jący się z sze­roko otwar­tych ust był coraz wol­niej­szy.

Roz­dział 1
8 maja
5.49

Lau­rie Mont­go­mery-Sta­ple­ton otwo­rzyła oczy znacz­nie wcze­śniej niż zwy­kle, a w dodatku nie cze­ka­jąc, aż Jack kilka razy szturch­nie ją w ramię. Nie pamię­tała, kiedy po raz ostatni ock­nęła się spon­ta­nicz­nie o tak nie­przy­zwo­itej porze. Winny był jej umysł, pra­cu­jący na wyso­kich obro­tach przed wyjąt­kowo cięż­kim dniem pracy. Na tyle cięż­kim, że Lau­rie zamie­rzała popro­sić Jacka, który tym­cza­sem tak błogo spał u jej boku, żeby zastą­pił ją pod­czas choćby jed­nego z zapla­no­wa­nych spo­tkań, nie­ła­twego ani dla niej, ani tym bar­dziej dla niego. Tydzień wcze­śniej obie­cała, że pojawi się w szkole Jacka Juniora i poroz­ma­wia z jego wycho­waw­czy­nią, panną Rossi, a być może także ze szkol­nym psy­cho­lo­giem, na temat nie­po­ko­ją­cych zacho­wań czwar­to­kla­si­sty. Zda­niem peda­go­gów, to JJ był agre­sywną stroną w kilku boisko­wych scy­sjach i coraz czę­ściej miał kło­poty z pano­wa­niem nad emo­cjami. Zna­jąc Jacka – z natury narwa­nego i nie­zbyt skłon­nego do dyplo­ma­tycz­nych nego­cja­cji na temat zacho­wań, które uwa­żał za natu­ralne u dzieci – Lau­rie z lek­kim stra­chem myślała o tym, że będzie musiała posłać go na spo­tka­nie w szkole. Żało­wała, że sama nie zdąży tam poje­chać, zwłasz­cza że była w zasa­dzie pewna, iż JJ jest zupeł­nie nor­mal­nym dziec­kiem. Nie­stety musiała zaufać Jac­kowi, bo napięte sto­sunki „firmy” z ratu­szem spra­wiły, że tego dnia sprawy zawo­dowe miały pierw­szeń­stwo.

Unio­sła głowę, by spoj­rzeć w dwa wiel­kie, skie­ro­wane na pół­noc okna sypialni na szó­stym pię­trze nale­żą­cej do nich kamie­nicy. Słońce nie­dawno musiało wznieść się nad wschodni hory­zont. Wła­ści­wie ni­gdy nie zasła­niali okien, choć mieli i kotary wewnątrz, i zewnętrzne rolety. Kilka prze­cznic dalej, na dachu jed­nego z wyż­szych budyn­ków, widziała wyraź­nie stary zbior­nik na wodę. Mie­nił się żywym zło­tem, od świtu ską­pany w bla­sku słońca.

Prze­nio­sła wzrok na wyświe­tlacz cyfro­wego budzika. Było nawet wcze­śniej, niż sądziła – nie­dawno minęła 5.50 – a mimo to nie czuła się senna. Ni­gdy nie była ran­nym ptasz­kiem; zawsze musiała toczyć boje ze sobą, nim ock­nęła się na dobre i wyrwała spod cie­płej koł­dry. Odkąd zostali mał­żeń­stwem, było jesz­cze trud­niej, Jack upie­rał się bowiem, by w sypialni pano­wał chłód, a zda­niem Lau­rie wręcz ziąb. Jed­nakże praw­dzi­wym powo­dem, dla któ­rego miała pro­blemy z wcze­snym wsta­wa­niem – pro­blemy tak wiel­kie, że potra­fiła spać kamien­nym snem nawet wtedy, gdy dzwo­nił budzik sto­jący o metr od niej – była jej sowia natura. W mło­do­ści uwiel­biała czy­tać do póź­nej nocy, a szcze­gólną sła­bość miała do powie­ści z końca dzie­więt­na­stego i początku dwu­dzie­stego wieku. Sporo się zmie­niło, gdy została leka­rzem i musiała zna­leźć czas przede wszyst­kim na lek­turę nie­zli­czo­nych publi­ka­cji facho­wych. Ostat­nio zaś czy­tała już nie tylko arty­kuły o nowin­kach w medy­cy­nie sądo­wej, ale także o wszyst­kim, w czym musiała się orien­to­wać jako naczelny pato­log Nowego Jorku. Była pierw­szą kobietą na tym sta­no­wi­sku i jako – w pew­nym sen­sie – pio­nierka czuła szcze­gólną odpo­wie­dzial­ność; dawała z sie­bie wszystko. Nauczyła się więc czy­tać arku­sze kal­ku­la­cyjne, budżety i nie­zli­czone raporty napły­wa­jące z Rady Miej­skiej Nowego Jorku, prze­róż­nych komi­te­tów, a także z miej­skiego Depar­ta­mentu Zdro­wia i Higieny Psy­chicz­nej. I na­dal zda­rzało jej się być w szoku na widok tego, jak wiele doku­men­tów poja­wiało się codzien­nie w jej skrzynce.

 

Lau­rie robiła wszystko, by nie zawieść, ale wcale nie była pewna, czy przyj­mu­jąc to sta­no­wi­sko, doko­nała słusz­nego wyboru. Dopiero teraz odkry­wała, jak wiele zależy od miej­skiego układu poli­tycz­nego. Daw­niej wie­działa tylko, że Inspek­to­rat Medy­cyny Sądo­wej, znany jako OCME, wal­czył o swą nie­za­leż­ność od samego początku, to jest od 1918 roku, by móc „swo­bod­nie prze­ma­wiać w imie­niu umar­łych”. I w zasa­dzie tak wła­śnie było, jed­nak z każ­dym dniem coraz bole­śniej prze­ko­ny­wała się o tym, że bur­mistrz, który ją mia­no­wał, a także rada miej­ska, która zarzą­dzała finan­sami, mogli wywie­rać na OCME zna­czące i nie­ła­twe do odpar­cia naci­ski. Roczny budżet Inspek­to­ratu, się­ga­jący 75 milio­nów dola­rów, był łako­mym kąskiem dla mia­sta, w któ­rym wiele słusz­nych spraw wyma­gało wspar­cia ze wspól­nej kasy. Co gor­sza, kost­nica, w któ­rej teraz doko­ny­wano sek­cji zwłok, nie­gdyś super­no­wo­cze­sna, naj­lep­sze lata miała już dawno za sobą – potrzebna była nowa sie­dziba, a to ozna­czało wie­lo­mi­lio­nową inwe­sty­cję.

Nie tylko sprawy poli­tyczne przy­pra­wiały Lau­rie o ból głowy. Z cza­sem coraz bar­dziej bra­ko­wało jej inte­lek­tu­al­nej sty­mu­la­cji zwią­za­nej z prak­ty­ko­wa­niem medy­cyny sądo­wej, z usta­la­niem przy­czyn i oko­licz­no­ści śmierci osób, które tra­fiały do kost­nicy OCME. Natu­ral­nie wie­działa, dla­czego naj­le­piej było oddać wszyst­kie sprawy bli­sko czter­dzie­stu wykwa­li­fi­ko­wa­nym pato­lo­gom – gdyby tego nie robiła, podzie­li­łaby los swego poprzed­nika, dok­tora Bin­ghama, który szybko się prze­ko­nał, że każdy pro­ku­ra­tor, waż­niak z poli­cji, ofi­cer straży pożar­nej czy wyż­szy rangą urzęd­nik miej­ski – z bur­mi­strzem na czele – ocze­kuje, że szef Inspek­to­ratu oso­bi­ście prze­pro­wa­dzi sek­cję zwłok tej czy innej, waż­nej dla nich osoby. Dla Lau­rie było to spo­rym wyrze­cze­niem, ale musiała zado­wo­lić się nie­ofi­cjal­nymi poran­nymi obcho­dami w kost­nicy, zer­ka­niem na stoły sek­cyjne ponad ramio­nami kole­gów i zada­wa­niem pytań. Przy­jem­nym powro­tem do prze­szło­ści były dla niej jedy­nie czwart­kowe poranki, kiedy to regu­lar­nie asy­sto­wała jed­nemu ze sty­pen­dy­stów pod­czas sek­cji. W ramach współ­pracy z Wydzia­łem Pato­lo­gii New York Uni­ver­sity Medi­cal School wybrani absol­wenci szko­lili się w OCME, by zdo­być upraw­nie­nia do prak­ty­ko­wa­nia medy­cyny sądo­wej.

Pod­eks­cy­to­wana, ale i pełna obaw przed nie­ła­twym dniem Lau­rie odrzu­ciła koł­drę i wstała. Wzdry­gnęła się, gdy jej cie­płe palce dotknęły lodo­wa­tej pod­łogi. Pospiesz­nie wsu­nęła stopy w kap­cie, które jak zawsze cze­kały przy łóżku. Szla­frok też był w zasięgu ręki; lubiła być gotowa, na wypa­dek gdyby musiała wstać w środku nocy. Jack tym­cza­sem ani drgnął. Leżał na ple­cach, z rękami zło­żo­nymi na piersi i lekko roz­chy­lo­nymi ustami, pogrą­żony w spo­koj­nym, głę­bo­kim śnie. Zbyt dobrze go znała, by się nie uśmiech­nąć na ten widok. Na co dzień Jack nie miał w sobie ani krzty z tego spo­koju. Jego umysł zawsze pra­co­wał na wyso­kich obro­tach, a czer­wone taśmy – bo tak wła­śnie nazy­wał nie­zli­czone zakazy i nakazy, z któ­rymi się nie zga­dzał – budziły w nim nie sza­cu­nek, lecz znie­cier­pli­wie­nie. Nie zno­sił głup­ców i prze­cięt­nia­ków; nie miał też w zwy­czaju ukry­wać swych uczuć. Sto­jąc przy łóżku, Lau­rie widziała wyraź­nie bli­znę na jego czole i uła­many ząb po lewej stro­nie – pamiątki deter­mi­na­cji, którą na­dal uwa­żał za słuszną, nawet jeśli jej cena była nie­bez­piecz­nie, a cza­sem wręcz bole­śnie wysoka. Kochała go, choć dobrze wie­działa, że bywa trudny, zwłasz­cza odkąd w sen­sie for­mal­nym była jego sze­fową. Jack był naj­bar­dziej wydaj­nym ze wszyst­kich pato­lo­gów w OCME, ale też czę­ściej niż inni wyma­gał przy­wo­ły­wa­nia do porządku. Lau­rie znała ten typ – daw­niej prze­cież była taka sama.

Bez­sze­lest­nie zamknąw­szy za sobą drzwi, zakra­dła się na pal­cach do pokoju Emmy, dzięki zacią­gnię­tym zasło­nom było tam znacz­nie ciem­niej niż w głów­nej sypialni. Podob­nie jak Jack, córka smacz­nie spała na ple­cach; w pół­mroku jej twa­rzyczka wyda­wała się tak aniel­ska, jak może być tylko obli­cze czte­ro­let­niego dziecka. Lau­rie siłą woli powstrzy­mała się, by nie podejść bli­żej i nie wziąć dziew­czynki w ramiona. Przed rokiem Emma napę­dziła rodzi­com stra­chu, gdy zdia­gno­zo­wano u niej autyzm, lecz od tego czasu zro­biła zdu­mie­wa­jące postępy. Trzy­dzie­ści godzin tygo­dniowo tera­pii beha­wio­ral­nej, pięć godzin ćwi­cze­nia mowy oraz trzy godziny fizjotera­pii przy­nio­sły efekty. Skom­pli­ko­wany pro­gram reha­bi­li­ta­cji zaaran­żo­wała i moni­to­ro­wała matka Lau­rie, Doro­thy – jej obec­ność w ich życiu była wprost zba­wienna. Począt­kowo, krótko po dia­gno­zie Emmy, gdy zamiesz­kali razem, nie było łatwo. Z cza­sem jed­nak Doro­thy porzu­ciła wszyst­kie inne – głów­nie filan­tro­pijne – zaję­cia i po pro­stu sku­piła się na wnuczce. Gdy dia­gnozę potwier­dziło kil­koro uzna­nych spe­cja­li­stów, sama wyszu­kała naj­lep­szych tera­peu­tów w mie­ście, odbyła z nimi wstępne roz­mowy, zatrud­niła ich, sko­or­dy­no­wała godziny zajęć i nie­stru­dze­nie pil­no­wała, by pro­gram był reali­zo­wany. Wysi­łek się opła­cił. Po kilku mie­sią­cach poja­wiły się pierw­sze oznaki poprawy. Emma wyka­zy­wała nieco mniej­szą skłon­ność do powta­rzal­nych ruchów i stop­niowo tra­ciła zain­te­re­so­wa­nie usta­wia­niem swych plu­sza­ków w ordynku, co wcze­śniej czy­niła wręcz obse­syj­nie. Być może naj­bar­dziej obie­cu­ją­cym sygna­łem zmian było jed­nak to, że popra­wiła się jej zdol­ność do inte­rak­cji z JJ’em, oraz fakt, że nauczyła się popraw­nie uży­wać kilku słów. Cze­kała ich natu­ral­nie jesz­cze daleka droga, lecz Lau­rie i Jack byli pełni opty­mi­zmu. Wiele wska­zy­wało na to, że Emma należy do tej grupy dzieci z auty­zmem, któ­rym udaje się poko­ny­wać kolejne, klu­czowe etapy roz­woju.

Lau­rie opu­ściła jej pokój jesz­cze ciszej, niż do niego weszła, i abso­lut­nie bez­sze­lest­nie zamknęła za sobą drzwi. Zwy­kle Emma miała mocny sen i nie budziła się przed siódmą, ale bywała wyjąt­kowo marudna, gdy ktoś zabu­rzył ten rytm. Lau­rie prze­szła na pal­cach do pokoju JJ’a. Podob­nie jak jego sio­stra chło­piec spał spo­koj­nie, ale wyglą­dał tak, jakby przed chwilą poko­nał mara­toń­ski dystans. Koł­dra i prze­ście­ra­dło opla­tały dzie­wię­cio­ipół­let­nie ciało cha­otycz­nym węzłem; natu­ral­nie z wyjąt­kiem stóp. Lau­rie nie umiała powstrzy­mać uśmie­chu. Nawet we śnie jej chło­piec był wyjąt­kowo aktywny, choć aku­rat w tej chwili leżał nie­ru­chomo. W jed­nym róż­nił się bar­dzo od sio­stry: Lau­rie mogła bez obaw roz­plą­tać pościel i sta­ran­nie przy­kryć syna oraz jego chłodne już stopy.

Zado­wo­lona odwró­ciła się, by zejść do kuchni na śnia­da­nie. Zamie­rzała wyko­rzy­stać dodat­kowy czas, żeby jesz­cze raz przej­rzeć mate­riały, nad któ­rymi ciężko pra­co­wała do póź­nej nocy. Miała je zapre­zen­to­wać pod­czas poran­nego spo­tka­nia z Komi­sją Zdro­wia Rady Miej­skiej Nowego Jorku. Wła­śnie nie­po­kój zwią­zany z tym wystą­pie­niem – a raczej jej odwieczny wróg: para­li­żu­jąca trema, z którą nie umiała sobie pora­dzić – spra­wił, że obu­dziła się tak wcze­śnie. Zanim jed­nak zro­biła choćby krok, wydała z sie­bie stłu­miony okrzyk. Omal nie zde­rzyła się z Jac­kiem, który po cichu wszedł do pokoju syna w ślad za nią i wła­śnie miał dys­kret­nie trą­cić jej ramię. On także pod­sko­czył z wra­że­nia.

– Na Boga! – wyszep­tała z wysił­kiem. – Cho­ler­nie mnie wystra­szy­łeś.

– Ty mnie też – odpo­wie­dział z powagą Jack, kła­dąc dłoń na piersi, jakby chciał uspo­koić roz­ko­ła­tane serce. W prze­ci­wień­stwie do Lau­rie przy­szedł boso, w samych spodniach od piżamy, jakby chłód nie robił na nim wra­że­nia. – Coś nie tak z JJ’em? – spy­tał, spo­glą­da­jąc nad ramie­niem żony na śpią­cego chłopca.