Szare wilki z JarocinaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Robert Ziółkowski

Szare wilki z Jarocina


ISBN 978-83-8202-145-5


Copyright © by Gmina Jarocin, 2020

All rights reserved Redaktorzy prowadzący Jan Grzegorczyk, Tadeusz Zysk Redakcja językowa Paulina Jeske-Choińska Skład i łamanie Teodor Jeske-Choiński Projekt okładki i stron tytułowych Magdalena Zawadzka Tłumaczenie zwrotów niemieckich Marlena Garstecka Na II i III stronie okładki przedstawiono odpowiednio: mapę powiatu jarocińskiego z 1898 r. i plan miasta Jarocina z 1902 r. (źródło: Muzeum Regionalne w Jarocinie). Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Sprawy stają się nieodwracalne tylko wtedy, kiedy ludzie myślą, że tak jest.

Hannah Arendt

Prolog

Pociągi już od dawna nie jeździły według rozkładu. Co zupełnie nie pasowało do niemieckiego Ordnungu. Tablica z godzinami przyjazdów i odjazdów pociągów na dworcu w Helmstedt, zwanym Małym Wilhelmshaven, przypominała jedynie o dawnej świetności Deutsche Bahn. Choć wszyscy pracownicy kolei zachowywali się, jakby wojny nie było. Zawiadowca służbista, obciągając mundur, wychodził na peron o każdej planowanej godzinie przyjazdu i odjazdu, tylko po to, by ogarnąć surowym spojrzeniem pusty tor, rozejrzeć się w jedną i w drugą, kiwnąć głową i wrócić do ciepłego biura, podrzucić drew do ognia i czekać na sygnał o następnym pociągu, który nadjedzie nie wiadomo kiedy. Choć pociągi jeździły jak chciały, nie widział powodu, dla którego miałby porzucić obowiązki. Państwo może i chwiało się w posadach, ale jego osobiste, niezłomne Ordnung muss sein miało się dobrze. Z irytacją zauważył niewydartą kartkę w kalendarzu z wczorajszą datą: dwudziesty dziewiąty października 1918 roku. Zerwał ją, zmiął i wrzucił do kosza.

Tylko ludzie go irytowali. Po raz setny zmuszony był odpowiadać na niekończące się głupie pytania. Czy pociąg z Hamburga przyjedzie o czasie, o której odjeżdża osobowy do Berlina, dlaczego jeszcze nie ma pośpiesznego z Kilonii? Jakby głupi naród nie zauważył, że od czterech lat trwa wojna.

Nic dziwnego, że przegrywamy. Najlepiej, jakby działania wojenne rozpoczynały się o siódmej rano, a kończyły z wybiciem dwudziestej drugiej, co do minuty — pomyślał z sarkazmem, z niepokojem obserwując przez szybę grupkę żołnierzy na peronie. Wyglądali na zwykłych szeregowców; w przeciwieństwie do oficerów nosili kurtki ze stójką i szerokie spodnie, a zamiast wysokich butów — wojskowe trzewiki z nogawkami wyciągniętymi na wierzch. Zachowywali się głośno i wyzywająco. Kiedy jeden z nich zaczepił przechodzącą Fräulein, zawiadowca nie wytrzymał.

— Verschwinde von hier! — wrzasnął, wybiegając na peron. — Następny pociąg dopiero za trzy godziny!

Żołnierze nie za bardzo przejęli się jego okrzykami, ale przynajmniej przepuścili kobietę.

— Panie starszy, o co te nerwy? — zaśmiał się jeden z nich, a zawiadowca pokręcił głową: naród zdziczał przez tę wojnę.

— Spokój ma być, bo jak nie, to wezwę żandarmów i skończycie w pierdlu.

Niezbyt dobrze przyjęli jego słowa. Najwyższy postąpił dwa kroki do przodu, spychając zawiadowcę niemal na sam skraj peronu. Biedny, poczuł, że obcasy zawisły mu nad krawędzią toru. Z trudem utrzymywał równowagę.

— Do nas? Taka mowa do nas? Do żołnierzy Jego Cesarskiej Mości, co życie byli skłonni oddać za parszywą ojczyznę? Tak nas szanujesz? Ty szczurze kolejowy… — Wysoki przytrzymał go za poły munduru. Czapka zawiadowcy stoczyła się między szyny.

Mężczyzna rozpaczliwie machał rękami przy wtórze ironicznego rechotu.

— Panowie, hola! — rozległ się jakiś mocny głos. — Czterech na jednego? Taki honor?

Zaskoczeni żołnierze odwrócili głowy. Wysoki puścił zawiadowcę, który jakimś cudem nie poleciał w ślad za czapką. Skulił się i czmychnął do swojego biura.

— A ty kto? — Wysoki znów wyszedł przed szereg. Wyprostował się i wypiął pierś, dobitnie pokazując, kto tu dowodzi. Mierzył ostro stojącego przed nim barczystego feldfebla.

— Swój. — Przybysz nie szukał zaczepki. — Z frontu wracam… a o szarży dawno zapomniałem.

— Zwolnili cię? — zainteresował się któryś z grupki, poprawiając plecak na ramieniu. — Jakim cudem? Nie jesteś ranny.

— Zwolnili? Hmm, jakby to powiedzieć…

— No, toś swój chłop! — Wysoki poklepał go po ramieniu, a reszta się roześmiała. Napięcie minęło. — Gdzie walczyłeś? Skąd masz papiery? Gdzie jedziesz? — Zasypali go pytaniami, poklepując i oglądając ze wszystkich stron, jakby stanowił jakiś niespotykany okaz.

Kiedy już ustalili, że czekają na ten sam pociąg, który nie wiadomo kiedy nadjedzie, wysoki zaproponował:

— Chodźmy do bufetu. Półki puste, ale jeszcze tak nie było, żeby żołnierz wracający z wojny nie miał ze sobą jakiej ćwiartki!

Dokonano prezentacji i po kilku chwilach wszyscy siedzieli przy stoliku w zatłoczonym bufecie. Któryś wyciągnął z plecaka brudną manierkę i puścił ją w obieg.

Sznaps rozgrzewał i bratał. Zanim opróżnili do końca pierwszą litrową butlę, rozłożyli się na dwóch ławkach, a karty do skata ostro uderzały w drewno.

Podczas wojny wszyscy byli fachowcami od skata, w okopach Francji była to jedna z nielicznych rozrywek. Grało się na okrągło i każdy stawiał, co miał, aby podbić stawkę gry. Żołnierze frontowi nie liczą się z groszem, czując oddech śmierci w każdej godzinie dnia. Wysoki, który był ewidentnie przywódcą grupy, aż zacierał ręce. Uważał się za mistrza gry, który w okopach wygrał niejedną rację żywnościową czy flaszkę. Ochoczo wziął się do tasowania, a karty z błyskawiczną szybkością przesuwały się pomiędzy palcami dłoni. Koledzy zagrzewali trzech wytypowanych graczy niewybrednymi komentarzami.

Dryblas pociągnął długi łyk z manierki, skrzywił się i rozdał po dziesięć kart, dwie zostawiając na stole.

— Zaczynamy!

Nowo przybyły włożył do puli sto marek, co było kwotą pokaźną, równą żołdowi szeregowego. Dwóch pozostałych graczy z ochotą wysupłało pieniądze, wierząc karcie i setkom godzin przy kartach. Byli pewni, że ograją tego zawalidrogę wcześniej, niż mu się zdawało.

Wysoki herszt grupy zaczął licytację, ale ten nowy go przebił, biorąc w końcu karty ze stołu. Rzucił żołędnego tuza i wkrótce było po pierwszej grze. W jego tabeli, na karteluszku gazety, z każdym rozdaniem przybywało punktów. Wygrał dwieście marek. To dopiero rozochociło pozostałych. Kolejne pule były coraz wyższe, emocje szybowały w górę, a wódka z manierek lała się szerokim strumieniem.

Nie bali się żandarmów, bo w takiej dziurze jak Helmstedt było ich pewnie kilku, a zażywszy rewolucyjnego chaosu w Kilonii, czuli się bezkarni.

Człowiek, który do nich dołączył, miał w kieszeni ponad dwa tysiące wygranych marek i czuł, że nie może odejść od stołu, bo jeśli nie da się im odegrać, pójdą w ruch pięści i bagnety. Grał więc nadal, a karta szła mu jak zaczarowana.

Przy ostatnim rozdaniu dziesiątej kolejki prawie zrównał się z dryblasem, który zaczął patrzeć na niego wrogo, gdyż znów wygrał. Zgarnął z puli sześćset marek w jednej kolejce.

— Te, nie możesz odejść teraz, ogołacając nas ze wszystkiego — zaczął dryblas.

— Postaw coś, a daję tysiąc w stół — odparł spokojnie wygrywający, marząc w myślach, by tym razem karta mu nie sprzyjała.

Drągal pogrzebał w wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął zawiniątko. Ze szmatki wyłonił się medalion z jakimś herbem na szczycie zawieszki, połyskując czerwono kamieniami w czarnym metalu, z którego był zrobiony. Wysoki otworzył puzderko, ukazując jego wyłożone złotem i macicą perłową wnętrze.

— Masz! — rzekł, kładąc medalion na ławce.

Przybyły przełknął ślinę, kiwając głową na zgodę. Żołnierz po jego prawej rozdawał karty. Nowy znowu wygrał. Wokół ławki zaległa cisza. W drugiej kolejce grał w parze przeciwko dryblasowi i znów karta poszczęściła się zespołowi, a nie soliście. W ostatniej kolejce dostał same wina na rękę i rzucił karty.

Dryblas zerwał się z miejsca, łapiąc wygrywającego za klapę płaszcza.

— Dwanaście razy z rzędu!!! Ty złodzieju! Oddawaj!

W kapralu zaszła nagła przemiana. Jego oczy z modrych przybrały kolor stali, a szczęki zacisnęły się w przerażającym uśmiechu. Strzelił dryblasa czołem prosto w nos, a z kieszeni wyciągnął zdobyczny francuski rewolwer Lebela z sześciostrzałowym magazynkiem.

— Może nie zabiję was wszystkich, ale kilku na pewno.

Kapral wcisnął medalion do lewej kieszeni munduru, na piersi, a pieniądze zostawił na stole.

— To dla was, resztę wygrałem…

I wtedy padł strzał. Kapral, odrzucony siłą wystrzelonego z bliska pocisku, runął na granitową podłogę dworcowej knajpy.

Podczas jego przemowy nikt nie zauważył, że pokiereszowany dryblas sięgnął do plecaka, gdzie miał zabrane jakiemuś oficerowi parabellum. Strzelił z dołu, leżąc na ziemi z zakrwawionym nosem.

 

— Masz, na coś zasłużył, gnido — syknął. Reszta ferajny stała cicho, rozglądając się niepewnie na boki.

Dryblas zaczął się dźwigać, a jego wielkie łapska przeszukiwać kieszenie leżącego twarzą do podłogi feldfebla. Ten odwrócił się nagle na plecy, a trzymany w jego prawej ręce rewolwer wypalił w dryblasa z trzydziestu centymetrów. Kula kalibru osiem milimetrów weszła tuż pod prawym barkiem, wylatując nad łopatką i wyrywając skrawki szarego materiału płaszcza. Dryblas upadłby na swą niedoszłą ofiarę, gdyby ta nie odturlała się szybko w prawo, cały czas celując do pozostałych.

Na mundurze strzelającego kaprala widniała czarna, osmalona przez kulę dziura, na wysokości serca. Kula jednak rozpłaszczyła się na wygranym niedawno medalionie.

Kapral rozejrzał się nerwowo i jego oczy napotkały przerażony wzrok uratowanego niedawno kolejarza, który w przeszklonym biurze gwałtownie mówił coś do słuchawki telefonu.

Rozdział pierwszy

Oszukiwał się, że już nie żyła, kiedy ją gwałcili. Stado brudnych, odrażających buntowników, zdziczałych niczym zwierzęta.

Wojna miała trwać parę tygodni, które nie wiadomo kiedy zamieniły się w miesiące, a potem w lata. Wystarczająco długi czas, żeby ludzie przestali być ludźmi. I choć osobiście zgasił wiele istnień, a rozkazał odebrać jeszcze więcej, czuł do nich niekończące się obrzydzenie i nienawiść.

— Gott mit uns… — szeptał Eryk von Wussow w rodowej kaplicy dworu w Karsku. Była to odwieczna modlitwa pruskiej szlachty, motto wywodzące się z czasów niemieckich rycerzy Najświętszej Maryi Panny, a później przejęte przez Fryderyka I, króla Prus. Od ponad pięciuset lat właśnie ta tradycja i wiara w prawdziwość tego stwierdzenia pozwalały na niemieckie panowanie na ziemiach Prusów, Pomorza i Kurlandii. Tradycja i konsekwencja. Metodyczność w każdym działaniu. Nawet w zemście. A zemsta, mimo obecności ukrzyżowanego Jezusa, kipiała w żyłach Eryka.

Przed nim na katafalku stała biała trumna, przykryta sztandarem wojennym Cesarstwa Niemieckiego ze zwłokami jego ukochanej siostry Gerdy von Wussow. Młodsza o pięć lat Gerda była miłością życia swojego brata. Rodzice obumarli ich, kiedy Eryk miał lat dwadzieścia jeden i od tego czasu sam zajmował się olbrzymim majątkiem ziemskim oraz siostrą. Piękną i mądrą, jak ją zapamiętał. Oddaną idei Wielkich Niemiec.

Gdy wybuchła wojna, on, jako kapitan kawalerii, ruszył na pola walk. Jego pułk w pierwszych dniach wojny zajął Kalisz. Potem, pod generałem Erichem Ludendorffem, gnali Rosjan na wschód. Był z nim pod Tannenbergiem i w bitwie nad jeziorami mazurskimi, gdzie szarża jego szwadronów Königs-Jäger-Regiment zu Pferde zdecydowała o zwycięstwie wojsk cesarskich. Generał przyjął go do swojego sztabu, gdzie jako bohater pełnił funkcję oficera do zadań specjalnych, z trzema szwadronami strzelców konnych pod dowództwem.

Za odwagę otrzymał Krzyż Żelazny z mieczami i liśćmi dębu oraz awans na majora. Potem były walki na froncie zachodnim, po przegranej drugiej bitwie nad Marną w październiku 1918 roku, kiedy już wszyscy wiedzieli, że Niemcy nie zwyciężą w tej wojnie, on jednak nawoływał do walki za wszelką cenę. Nawet generał Ludendorff uspokajał go na zebraniach sztabu. Lecz wyszło na to, że Eryk miał rację, pięć dni temu Ludendorff przeczytał mu proponowane przez aliantów warunki rozejmu, a te były druzgocące dla Niemiec.

Eryk nie był dzisiaj w stanie myśleć o tej kompromitacji. Wciąż był w szoku po morderstwie dokonanym na jego jedynej siostrze.

Dowiedział się o tym, kiedy wiózł korespondencję od Ludendorffa do Jego Cesarskiej Mości. Zaledwie trzy dni temu. Najdłuższe i najbardziej bolesne dni w jego trzydziestopięcioletnim życiu.

Gerda została zamordowana 28 października, podczas buntu marynarzy w bazie Wilhelmshaven pod Kilonią. Zaledwie tydzień temu. Pełniła tam służbę pomocniczą przy sztabie cesarskiej floty. Kiedy zbuntowane oddziały wyległy na miasto, jego dzielna siostra zaczęła strzelać do buntowników. Rozbroili ją, zgwałcili i na koniec przebili bagnetami. Gerdę! Baronową von Wussow! Łapał rękoma za krótko przyciętą, jasnoblond czuprynę. Chciał rwać włosy garściami. Ból był nie do zniesienia, paraliżował ciało, rozchodząc się po wszystkich członkach. Lata junkierskiej szkoły panowania nad sobą sprawiły jednak, że przywołał się do porządku. Zamroził serce i emocje, jak go nauczono. Modre oczy tylko się zaszkliły, lecz nie popłynęła z nich nawet jedna łza.

— Boże, bądź ze mną, proszę — wyszeptał.

Była dla niego więcej niż siostrą… Czuł na ciele jej dotyk, zapach w załamaniu pomiędzy szyją a ramieniem, miękkość ust… Tęsknił za tym.

A teraz będzie tęsknił już zawsze.

Jeszcze w drodze do Berlina wysłał po ciało swego adiutanta, podporucznika Kurta Matza, oraz chorążego Josepha Golltza. To oni odnaleźli Gerdę i sprowadzili w zabitej trumnie do Karska. Eryk chciał ją otworzyć, ale Matz odwodził go od tego, mówiąc, aby zapamiętał siostrę taką, jaka była, bo teraz nie przypominała dawnej siebie. Eryk się nie zgodził. Wieko odbito. To, co zobaczył, sprawiło, iż stalowe dotychczas serce zmieniło się w krzemienne, a potem pękło. Rozsypało na tysiąc ostrych kawałków, które trąc o siebie, sprawiały niewyobrażalny ból. Sypały iskrami, budząc nieugaszony ogień nienawiści. Płomień ten objął umysł pułkownika, a to, co pozostało w nim ludzkiego, spłonęło. Jedyne czego teraz pragnął, to przenieść ten pożar na cały świat.

Ale zacznie od…

Klęczał, wzywając Boga, w którego nigdy nie wątpił. Nie miał do Niego pretensji, chciał tylko, aby pomógł mu odszukać morderców Gerdy, na razie ich. Nie powinno to być trudne, gdyż przy okazji mordu sprawcy skradli ponad pięćdziesiąt tysięcy marek z kasy Kriegsmarine.

Pieniądze zawsze zostawiają ślad. Pierwszego z morderców ludzie Eryka schwytali wczoraj pod Szczecinem. Prawdziwi towarzysze broni i niemieccy patrioci. Mimo zaczynającej się rewolty pozostali z nim, chcąc powstrzymać czerwoną zarazę, która właśnie podniosła łeb, wbijając nóż w plecy krwawiących na frontach Wielkich Niemiec. On i jemu podobni poczuli się zdradzeni przez ten lumpenproletariat, za który przecież walczyli. Jako patrioci, za których się uważali, postanowili zdławić to, co nazywano rewolucją robotniczo-żołnierską.

Podpułkownik Eryk von Wussow i inni oficerowie, a także wielu żołnierzy frontowych, założyli narodową organizację Stahlhelm. Kamraci jednogłośnie oddali swe usługi dotychczasowemu dowódcy. Odszukanie zabójców Gerdy von Wussow stało się pierwszym zadaniem tego oddziału nowo powołanego bractwa.

Na kamiennych płytach podłogi rozległy się głośne kroki oficerskich butów.

— Wszystko gotowe, panie pułkowniku — powiedział cicho Matz, jakby wstydząc się przerywać żałobę dowódcy.

Eryk podniósł się z kolan. Poprawił mundur.

— Chodźmy — rzekł, a błękitnoniebieskie oczy, głęboko osadzone w szczupłej twarzy, zmieniły kolor na stalowoszary. Skierowali się w stronę zabudowań gospodarskich, a konkretnie wielkiej kamiennej stodoły, z której dochodziły wrzaski. Ludzie, widząc oficerów, kłaniali się wojskowym. Miejscowy ekonom z lekkim drżeniem głosu zdołał wyjąkać: „Dzień dobry, panie baronie” — i jak najszybciej oddalił się w kierunku przeciwnym. Eryk skinął mu wyniośle głową. Pod stodołą nie było miejscowych, tylko wojskowi z oddziału. Zrobiło się zimno, więc para ulatywała z ludzkich ust i chrap przeprowadzanych koni.

Wrota stodoły były przymknięte, mimo to słychać było wyraźnie krzyki jakiegoś człowieka. Wartownik przy bramie, ubrany w szarą kurtkę munduru z jaśniejszymi naszywkami huzarów oraz czarne bryczesy wpuszczone w długie buty do jazdy konnej, zasalutował, widząc nadchodzącego pułkownika. Usłużnie uchylił prawe skrzydło, wpuszczając oficerów.

W stodole panował półmrok i Eryk stał chwilę, starając się przyzwyczaić źrenice do braku światła. Powoli z tej szarości wyłonił się obraz. Widok człowieka przywiązanego za ręce do belki więźby dachowej stodoły. Ciało wisiało tuż nad wyłożoną cegłami podłogą, kołysząc się lekko. Człowiek na sznurze nie mógł dosięgnąć palcami bosych stóp podłogi, choć była ona tuż-tuż. Torturowany był bardzo wysoki. Rozciągnięcie na sznurze przydawało mu jeszcze długości; wyglądał nieco groteskowo. Górna połowa ciała była naga, na klatce piersiowej widać było krwawe cięcia zadane bagnetem lub szablą. Nad prawym barkiem krwawiła niedawna rana po kuli. Z twarzy o słowiańskich rysach patrzyło tylko jedno oko, drugie zakrywał fioletowoczarny krwiak. Z rozbitego nosa sączyła się krew.

Na widok pułkownika chorąży Golletz wstał z zydla, a dwóch rosłych jegrów w rozchełstanych kurtkach poderwało się ze snopków słomy. Odpoczywali w sąsieku zmęczeni torturami.

Eryk podszedł bliżej jeńca. Był wysoki, ale musiał zadrzeć głowę do góry, aby spojrzeć mu w oczy. Wzrok junkra był zimny i stanowczy. W tych drugich była prośba o litość, ale też jakiś dziki błysk satysfakcji.

— Kto jeszcze był z tobą?

— Panie pułk… mówiłem już — powiedział tamten po niemiecku, niewyraźnie przez opuchnięte biciem wargi.

— Powiedz jeszcze raz.

— Był Moryc Sweig z Norymbergii, Jan Boćko, Czech z Brna, Joachim Buchenwald gdzieś spod Wrocławia i ja… i…

— I?

— Taki jeden Polak. — Oko jeńca błysnęło nagłym przypomnieniem.

— Nazwisko!

— Chyba… nie pamiętam.

Eryk skinął na jegrów. Pierwszy z prawej, zawodowy bokser z Bremy, wymierzył precyzyjny prawy sierpowy w brzuch więźnia, potem lewy dokładnie w to samo miejsce. Rozległ się głośny jęk.

— Nazwisko? — powtórzył pułkownik.

Tamten długo zbierał się do odpowiedzi, szukając w zakamarkach umysłu informacji. Potem wyrzucił z siebie przez dziwnie skrzywione wargi:

— Wolf… Marcin Wolf.

Eryk nie spojrzał już nawet na więźnia, skinął tylko głową na Matza, wychodząc ze stodoły. Tamten dopytał jeszcze o coś więźnia, potem wyciągnął z kabury pistolet P-08 Parabellum Luger. Strzelił jeńcowi prosto w twarz.

Trup zakołysał się niemrawo na sznurze.

Rozdział drugi

Początek listopada 1918 roku był deszczowy. Latem panowały upały z czystym, błękitnym niebem co dnia, za to teraz burza nadciągała za burzą, jakby natura, dążąca zawsze do równowagi, kompensowała spokój i gorąc. Nawałnice szalały nad Wielkopolską. Pogoda odpowiadała ludzkiej historii z ironiczną przewrotnością. Gdy na frontach wielkiej wojny działa odzywały się coraz rzadziej, ona grzmiała, strzelała piorunami i tłukła gradem w to, co po tej europejskiej hekatombie zostało.

W Europie jak co sto lat zmieniał się międzynarodowy porządek. Właśnie zawaliły się z hukiem trzy cesarstwa, a na ich gruzach miała powstać nowa Europa. W Rosji szalała rewolucja bolszewicka, Austro-Węgry rozsypały się jak domek z zapałek, a kaiserowskie Niemcy przegrywały wojnę , stojąc u progu socjalistycznej rewolty. Nikt nie wiedział, co też z tego chaosu się wyłoni.

Piorun uderzył w rosochatą sosnę na skraju lasu, zaledwie sto metrów od samotnej stodoły, która stała na straży pól. Była niemal pusta, zboże już dawno wymłócono i zjedzono, a resztki słomy i siana skrzętnie zebrano. W tej pustce drewnianych ścian zwielokrotniających odgłos gromu coś się nagle gwałtownie poruszyło. Sylwetka człowieka w długim płaszczu barwy feldgrau rzuciła się w najciemniejszy kąt, kuląc się za kamiennym fundamentem.

Człowiek w szarym płaszczu nierówno oddychał, a jego półprzytomne oczy zdawały się lśnić od gorączki lub strachu. Naciągnął wojskową czapkę niemieckiego piechociarza na czoło i podkurczył kolana, tak mocno, iż prawie dotykały piersi. W pozycji embriona czuł się złudnie bezpieczny. Wpuszczony w iluzję matczynego łona, które miało mu zapewnić przeżycie.

Na zewnątrz, za deskami, świeciły błyskawice, deszcz bębnił o dach stodoły zupełnie jak serie z karabinów maszynowych, grzmoty do złudzenia przypominały kanonadę artyleryjską, a potępieńcze porywy wichury krzyczały przez szpary ścian, jak jego koledzy z rozerwanymi brzuchami i urwanymi członkami rozrzuconymi w morzu błota. Wicher ryczał jak oszalały, niosąc jęki i wycia tych, którzy topili się w wypełnionych wodą i błotem lejach po bombach. Zawodził przerażeniem wydobywającym się z dziesiątków tysięcy gardeł, które przeczuwały, że to koniec wszystkiego.

Znów był pod Passchendaele, w zapadłej wiosce w Belgii, gdzie tuzin bezmyślnych sztabowców pchnął na siebie milion europejskich żołnierzy. Z tego miliona zginęło siedemset tysięcy. W jednej bitwie, której całym zyskiem było przesunięcie linii frontu zaledwie o dziesięć kilometrów. A teraz jego głowa eksplodowała co jakiś czas strachem i niekończącymi się krzykami rozrywanych ciał. I co z tego, że przeżył, skoro ta wojna nadal toczyła się w jego głowie?

 

Po minucie epizod minął, znów był w stodole, suchy i w miarę bezpieczny. Znów był kapralem drugiej kompanii pierwszego pułku fizylierów. Właściwie to był dezerterem, który od dwóch dni ukrywał się w tej stodole, ale wolał to niż front, na którym spędził prawie cztery lata. Miał dość bycia pruskim podoficerem, znów chciał być Marcinem Wolfem z Wilkowyi, który uczył się najpierw w jarocińskiej szkole powszechnej, a potem zawodu kowala jak jego ojciec i dziadek, i który tańczył walca z piękną Olgą Schmitt na balu rzemieślników, w gwieździstą lipcową noc na jarocińskim rynku.

Burza minęła, a na granatowe jeszcze niebo zaczęła wspinać się tęcza.

Miał dwadzieścia pięć lata, lecz jego skronie były siwe. Dziwnie to kontrastowało z niepomarszczoną, nadal chłopięcą twarzą. Wysokie czoło przecinały trzy głębokie bruzdy, a modre, ale stare w wyrazie oczy, patrzyły teraz bystro i wyraźnie, obserwując przez szparę między deskami wóz sunący polną drogą od strony lasu. Konie człapały noga za nogą, a na furmance siedziały dwie postacie. Para gniadych szkap równo ciągnęła wyładowany gałęziówką wóz. Chwilę zastanawiał się, jak te konie przeżyły. Większość szła razem z ludźmi na front, by ginąć, a potem zostać zjedzone. Znał się na koniach, podkuwał je całe życie. Nauczył się też nimi handlować. Szło mu tak dobrze, że ojciec w końcu odpuścił mu suszenie głowy o naukę w gimnazjum. Z byle chabety potrafił zrobić wierzchowca. Wystarczyło mu trochę dziegciu i tłuszczu na kopyta lub gumy pod podkowę, kiedy koń kulał. Klient zza Prosny płacił za pięknego rumaka, który po tygodniu stawał się szkapą zdatną tylko do rzeźni. Marcin miał do tego smykałkę.

W miarę zbliżania się furmanki rozpoznał olbrzymie wąsy Pawła Wilhelma, sąsiada ze swojej wsi, i jego córkę. Kiedy szedł na wojnę, była jeszcze dzieckiem.

Dziewczyna na wozie z pewnością nie przypominała dziecka, długi ciemny warkocz z rudawymi rozbłyskami wysuwał jej się spod chustki, a rumiane policzki były gotowe do całowania. Rozmarzył się na moment, tak dawno nie rozmawiał z uśmiechniętą dziewczyną, lecz była to tylko chwila, na czoło powróciły chmurne myśli, przez głowę przebiegły twarze zabitych kolegów. Ilu ich było? Nigdy nie liczył, nie chciał tych wspomnień, można było od nich zwariować.

Gdy pierwszy raz trafił na front pod Verdun, było już po wielkiej bitwie, ale smród gnijących w lipcowym słońcu trupów wciąż rozchodził się w okopach.

Przysłano ich jako świeżych rekrutów z Poznańskiego do uzupełnienia zdziesiątkowanych kompanii. Starsi żołnierze i podoficerowie mieli już swoich zaufanych, ich traktowano jak mięso armatnie. Nikt ze starszych nie chciał się z nimi bratać, nikt nie chciał im mówić po imieniu. Stare wygi frontowe broniły swojej psyche, młodzi i tak byli już żywymi trupami, a obcy trup mniej bolał.

Po miesiącu byle jakiego szkolenia rzucono ich nad Sommę, gdzie zaatakowali Brytyjczycy. W ciągu tygodnia z czterdziestu sześciu nowo przybyłych żyło nadal tylko dziewięciu. Przez ten tydzień Marcin zdobył połowę swojego wojennego doświadczenia i osiwiał na skroniach. Obył się ze śmiercią i zabijaniem. Tylko czasami działo się z nim coś takiego jak dziś podczas burzy. Zmysły ratował mu wrodzony cynizm, pogłębiający się z każdym przeżytym okopowym dniem, i twardość nabyta w kuźni.

Nadal żył i to się liczyło, żył i był tutaj, zaledwie trzy kilometry od swojego domu. Niemcy się wykrwawiały, a w Berlinie, Kilonii i innych miastach zaczynała szaleć rewolucja. Miał nadzieję, że ona też się skończy, jak nieudany wybryk historii, i wszystko wróci do normy. Chciał budować, zmieniać swoje życie, postawić nowy dom i prowadzić interes.

Bił się za kaisera, bo za kogo miał się bić? Niczego innego nie było, niczego innego nie znał. Zresztą nie miał zbytniego wyboru, dostał powołanie do armii i tyle. Wtedy, w swoim młodzieńczym zapale, chciał iść na tę wojnę, która zdawała się niesamowitą przygodą. Ojciec bez jego wiedzy próbował go wykupić, ale szefem komisji lekarskiej był młody pruski patriota w stopniu majora, który nie brał łapówek, przekonany o historycznej roli narodu niemieckiego. Niewiele brakowało, a starszy Wolf trafiłby do aresztu za przekupstwo. Marcin był wtedy wściekły na ojca, który koniec końców uściskał syna na dworcu w Jarocinie i rzekł: „Tylko nie daj się zabić tym skurwysynom”. Po czym przetarł oczy, ukrywając łzy.

Marcin nie bardzo rozumiał, o jakich skurwysynów chodzi. Teraz to pojmował — ojcu chodziło o wszystkich. Zabić, zgodnie z ojcowskim przykazaniem, się nie dał, ale nawojował się dość, teraz byleby dotrzeć do rodzinnego domu. Potem samo się ułoży, a Prusaków, Polaków, Francuzów, bolszewików i inne tałatajstwo niech trafi jasny szlag!

Zobaczyć matkę i potargać włosy młodszym braciom. Po ile oni mają teraz lat? Szesnaście, siedemnaście? Miał pomysł na interes, o którym zawsze marzyli z ojcem.

Furmanka była prawie na wysokości stodoły, gdy zdecydował się ujawnić. Woźnica, gdy go zobaczył, gwałtownie ściągnął lejce koni.

— Prrr!

— Dzień dobry, panie Wilhelm, gdzie to pan jedzie w taką wichurę?

Człowiek na furmance przyglądał mu się intensywnie, z lekką obawą, ale bez strachu. Za to dziewczyna była wyraźnie wystraszona. Jej wielkie brązowe oczy zrobiły się jeszcze większe, wypełniając niemal całą twarz. Patrzyła na tego brudnego, zarośniętego obszarpańca z prawdziwym przerażeniem, ale też podziwem. Był chudy i wysoki, a jego szerokie bary prawie nie mieściły się w wełnianym płaszczu. Marcin również nie potrafił oderwać od niej wzroku, w tym przerażeniu była piękna.

Twarz starego woźnicy nagle się rozjaśniła. Poklepał córkę delikatnie po kolanie.

— Nie boj się, Kachna, to Morcinek łod Wolfa, pamiętosz go? — zapytał, zaciągając poznańską gwarą. — Co ty tu robisz, chłopoku? Matka płaczą po tobie, bo ni ma żodnych wieści łod ciebie.

Obrazy rodziny pojawiły się przed oczyma Marcina. Tak dawno ich nie widział, tak dawno o nich nie myślał, skupiony na przetrwaniu, a potem na ucieczce. Teraz pojawili się wyraźnie w wyobraźni. Bliscy, prawie cieleśni. Ciekawe, ile to ojciec koni wojsku sprzedał i ile zarobił? Łza zakręciła się w oku. Żyją!

— Wróciłem, panie Wilhelm — odparł staremu.