Łowcy główTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Łowcy głów
Łowcy głów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50  40 
Łowcy głów
Audio
Łowcy głów
Audiobook
Czyta Krzysztof Gosztyła
27 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Copyright © Robert Ziółkowski 2011

All rights reserved

Redaktor prowadzący

Tomasz Zysk

Redaktor

Jan Grzegorczyk

Opracowanie graficzne i techniczne

Paweł Uniejewski

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna M. Damasiewicz

Wydanie I

ISBN 978-83-7506-973-0

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853-27-51, 61 853-27-67

www.zysk.com.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o.

Rodzicom

Każdego ranka, każdej nocy dla męki ktoś na świat przychodzi. Jedni przychodzą dla radości, Inni dla nocy i ciemności.

WILLIAM BLAKE

Historie te mogły się wydarzyć naprawdę i rozgrywać na terenie Wielkopolski. Życie pisze bowiem najdziwniejsze i najbardziej nieprawdopodobne scenariusze. Opowieści, jakich nie wymyśli żaden pisarz. Zarówno wydarzenia, jak i bohaterowie tej książki to fikcja literacka. Imiona i nazwiska oraz ich życiorysy zostały wymyślone. Miejscowości, w których rozgrywa się akcja, istnieją. Jednak zbieżność opisanych tu miejsc i zdarzeń jest przypadkowa. Niemniej codziennie rozgrywają się wszędzie małe i wielkie dramaty. Policjanci działają w każdym takim wypadku dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ta książka jest o ich pracy, życiu, wątpliwościach i pułapkach, jakie na nich czekają. Wyborach, których codziennie dokonują, niekiedy w ułamku sekundy.

Byłem jednym z nich i musiałem przebrnąć przez te wszystkie rafy, które stawia przed policjantem służba.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

WŚCIEKŁOŚĆ
1

Był ciepły letni wieczór. Tego dnia padało. Ostatnie krople deszczu jak łzy kapały z liści pobliskich lip, jakby przewidziały ogrom smutku i bólu, jaki za chwilę miał się tu pojawić.

Zabudowania z okazałym dworem w centrum stały skąpane w wieczornej mgle i cieniu, które rozmywały z lekka ostrość konturów ludzi, zwierząt i budynków. Konie rżały w stajni. W starym, prawie dwustuletnim dworze zapaliły się światła, była godzina dwudziesta pierwsza.

Zbyszek stał w cieniu drzewa i czujnym wzrokiem spoglądał na budynki. Nie było widać nikogo. Mężczyzna był nieogolony, ubrany w starą wojskową kurtkę, czuć było od niego potem i nieświeżością. Już blisko dwa miesiące ukrywał się po lasach, śpiąc na ambonach myśliwskich i w szałasach. Czasami udało mu się zjeść coś ciepłego, z reguły to, co sam upolował i upiekł nad ogniskiem.

Za paskiem miał pistolet, stary margolin kalibru 5,6 mm, niespotykany już model z długą lufą. Na zamku widniał wygrawerowany napis made in USSR VOSTOK i numer seryjny. Broń miała gwint na końcu lufy, przykręcało się tam niegdyś przeciwwagi, aby była lepiej wyważona i stabilna podczas strzału. Takie pistolety używane były jako broń sportowa. W latach sześćdziesiątych używała ich strzelecka reprezentacja Polski. Teraz na gwint był nakręcony podłużny walec. Trudno było o amunicję, toteż Zbyszek wyrabiał ją sam. Zbierał po każdym strzale puste łuski i ładował w nie ponownie proch i kule maszynką domowej roboty. Pokazał mu to ojciec. Była to jedna z tych nielicznych dobrych rzeczy, których go nauczył. Na plecach, na rzemiennym pasku wisiał karabin sportowy kbks. Broń ta była równie stara jak pistolet, ale zadbana, naoliwiona i w pełni sprawna. Karabinek był zakończony tłumikiem domowej roboty, wykonanym z kawałka półcalowej rurki z gwintem, nakręcanej na lufę, z gumowymi korkami na obu końcach i wypełnionym watą. Odgłos strzału był wygłuszony do tego stopnia, że przypominał otwieranie ruskiego szampana. Było go słychać zaledwie w promieniu kilku metrów.

Broń ta miała niewielką skuteczność, raczej raniła, niż zabijała. Kule kalibru 6 mm nie miały dostatecznej mocy, by zabić – gdy trafiały zwierzynę w korpus, uciekała dalej, do wykrwawienia. Można było ją dobić nożem lub strzałem z pistoletu w głowę z niewielkiej odległości. Szczególnie dotyczyło to dzików, których gruba skóra, pokryta twardą szczeciną, powodowała odbicie pocisku lub jego ześlizgnięcie. Karabinek bił dobrze do jakichś 80 metrów, ale przy dobrym oku strzelca był niezwykle celny.

Zbyszek zachowywał się cicho – gdy chciał, potrafił być niewi dzialny. Wiele razy podchodził do stada jeleni czy dzików. Zwie rzęta zrywały się do ucieczki dopiero wtedy, gdy jedno z nich, brocząc krwią, padało na leśne runo. Był znany z tego podchodzenia bez najmniejszego szmeru. Szczycił się, że był najlepszym kłusownikiem w okolicy Ostrowa Wielkopolskiego. Niejeden odyniec czy jeleń padł z jego ręki. Dziś miał zapolować na człowieka.

Już ponad rok temu w sądzie w Pleszewie wykrzyczał, że zabije tę kurwę, swoją byłą żonę, i jej gacha oraz tę część rodziny, która namówiła ją do odejścia od niego. Wtedy wystraszyli się ci, którzy go dobrze znali, żona i jej siostra. Sędzia, pindowata małolata, powiedziała, że daje mu tylko dwa lata do odsiadki, bo wierzy w jego resocjalizację. Udał skruchę, a swój wybuch usprawiedliwiał zdenerwowaniem i miłością do żony. W duchu śmiał się z głupoty i naiwności ludzi. Ludzi takich jak ta młoda sędzia. Ludzi z ładnych domów, pięknych ogrodów, w samochodach jak z amerykańskich filmów. Nie wiedzieli, co to prawdziwe życie i do czego zdolny jest człowiek. Tak uważał.

Jola, ta jego Jola, odeszła od niego za namową tej suki Kaśki, która teraz jest tam, we dworze z tym swoim gościem od koni. Odeszła, dziwka jedna, i w sądzie zeznawała przeciwko niemu. Mówiła, że ją bił, przypalał papierosem, więził w piwnicy, gwałcił i takie tam pierdoły. No i kogo to, kurwa, obchodzi? Była jego własnością, jego żoną i nikomu nic do tego.

Gwałcił? Jakie gwałcił, brał, co mu się należało, a jak nie chciała, to i tak brał. Był przecież jej mężem! Gdyby nie ta Kaśka, niby wykształcona siostrunia Jolki, wszystko by było dobrze. Nadal by sobie mieszkali w lesie, on by chodził polować i od czasu do czasu do jakiejś roboty. Ona by prowadziła dom i czekała na niego, a że od czasu do czasu spuściłby jej lanie lub zamknął w komórce, cóż, takie jest życie. Ojciec tak samo robił z jego matką i ta zaraz na policję nie latała. A teraz Jolka nie chce go widzieć. Chłopaki we wsi się z niego śmieją. Trzeba zrobić z tym porządek!

Pomyślał o szwagierce i żółć mu się podniosła do gardła. Poczuł jej gorzki smak w ustach. Tak, to wszystko przez tę sukę Kaśkę. To ona stanęła w obronie Joli i namówiła ją do złożenia zeznań na policji. Sama też zeznawała. Nie mógł wrócić do domu, bo Jola od razu dzwoniła na komisariat. Miał zakaz zbliżania się do niej, nałożony przez sąd w Kościanie. Skazali go, i to za co! Za ele-mele [1]. Jaki wstyd. Nie za kłusownictwo ani za liczne pobicia i gwałt, tylko za pieprzone ele-mele. Wiara w barze u Maćka nabijała się z niego za ten wyrok, aż musiał dać w mordę Józkowi od Wiśniewskiego. Odsiedział rok w rawickim więzieniu i teraz wyszedł na przepustkę. Postanowił już nigdy tam nie wracać.

Cały rok w pierdlu rozmyślał o zemście. Wyjście ze sprawy z twarzą było proste. Jeśli nie będzie Kaśki, to Jolka wróci do niego. Nie będzie miała siły mu się przeciwstawić. Nie będzie miała odwagi bez wsparcia Kaśki i pomocy Roberta Kondratowicza, faceta z dworu, z którym Kaśka teraz żyła. Kaśka i Robert muszą więc przestać istnieć.

Zaplanował wszystko dobrze. Znał usytuowanie zabudowań folwarku, dokładnie rozpracował rozkład pomieszczeń w domu. Wiedział, że Józek, stary parobek, idzie o ósmej do domu do Witaszyc. Widział, jak dziś wieczorem jedzie na swoim starym rowerze, kierując się w stronę miasteczka. Wczoraj rano przez lornetkę obserwował bawiące się na podwórku dzieci Roberta z pierwszego małżeństwa, chłopaka i dziewczynkę, takie z osiem lat. Tym rozwydrzonym dzieciarom też pokaże. Zabije ich wszystkich! To już postanowione.

Obawiał się trochę Roberta. Wiedział, że to nie byle jaki gość, chociaż, po prawdzie, frajer traktował Kaśkę za dobrze, nawet po wsi chodził, trzymając ją za rękę i całował na ulicy w usta. Co to za facet! Baba to baba i ma znać swoje miejsce. Widział jednak kiedyś, jak pogonił dwóch gości, którzy się źle wyrazili na jej temat. Spuścił im wtedy ostre cięgi. Robert miał w domu dubeltówkę, ale rzadko polował. Służyła mu raczej do odstraszania szpaków, które latem obżerały czereśnie.

Czekał i obserwował. Wreszcie cicho ruszył. Jak cień oderwał się od lipowego drzewa i pobiegł w stronę stajni. Drzwi były uchylone. Wślizgnął się do środka.

Poczuł zapach koni, ciepły i słodki. Zawsze lubił konie, takie miłe zwierzęta. Od dziecka wolał zwierzęta niż ludzi. Pamiętał szramy po pasie ojca na plecach, pamiętał śmiech na wsi, kiedy w starych ciuchach odwiedzał sklep i brał chleb na zeszyt. Ojciec kolejny raz przepił wszystko z kolegami w barze i nie było co jeść. Nienawidził wszystkich, chciał się zaszyć w najciemniejszą dziurę, schować siebie i swój wstyd. Kiedy łzy wyschły, czuł nienawiść i chciał ich wszystkich pozabijać. Wszystkich! Mieli cierpieć.

Wreszcie zobaczą, na co go stać. Nikt już nie będzie się śmiał. Wszyscy – cały Kotlin, cały Pleszew, ba, cały Ostrów – będą się go bać. Oj, kurwa, będą się bać. Takie to były Zbyszkowe myśli.

Mrok gęstniał, w powietrzu czuć było napięcie, jak przed letnią burzą, kiedy we znaki daje się wilgoć i upał, a ptaki milkną na chwilę przestraszone tym, co ma nastąpić.

 

Robert zawsze przed nocą wchodził do swych koni. Teraz oprócz zwierząt on miał go powitać i pożegnać.

Stanął za ostatnim boksem, tak żeby widzieć wejście. Stojący w nim koń otarł się o niego ciepłym, aksamitnym łbem. Odrzucił chęć pogłaskania go. Zdjął z pleców karabinek, z przyjemnością dotknął zimnego metalu lufy – ten chłód uspokajał skołatane nerwy – z czułością pogładził drewnianą wytartą kolbę i sprawdził tłumik, trzymał się dobrze. Przeładował broń i czekał.

*

Po kilku minutach usłyszał kroki na podwórku, to musiał być Robert. Kroki były pewne i ciężkie jak chód człowieka, który jest u siebie i wie, dokąd zmierza. Sylwetka Kondratowicza pojawiła się w drzwiach.

Już? Teraz? – zapytał się w myślach, lekko dotykając spustu. – Nie, jeszcze nie. Chce mu spojrzeć w oczy, powiedzieć, co zrobi z Kaśką, jak skończy z nim, i co zrobi jego bachorom.

Błysnęło światło. Instynktownie zmrużył oczy i cofnął się o krok, w cień boksu. Robert gładził pysk pierwszego konia, mówiąc coś do niego cicho. Zwierzę strzygło uszami, poddając się pieszczocie i słuchając uważnie słów człowieka. W pewnym momencie rzuciło łbem, jakby pragnąc ostrzec go przed Zbyszkiem i jego szaleństwem.

Człowiek w starej wojskowej kurtce wyszedł z cienia. Stanął na wprost zdziwionej i wystraszonej ofiary. Celował z karabinka wprost w twarz przerażonego mężczyzny. Ich spojrzenia się spotkały. W jednych oczach był strach i niedowierzanie, w drugich zimny triumf i, o dziwo, również cień strachu. Zbyszek przełknął ślinę.

– I co, skurwielu? Myślałeś, że taki mądry jesteś, taki, kurwa, wspaniały, a teraz srasz w portki? Trza się było nie wpierdalać w nie swoje sprawy – wysyczał.

– Co ty, Zbyszek! Nie rób numerów, robiłem to, co musiałem, pomagałem twojej żonie i tobie.

– Przestań pierdolić! To przez ciebie i tę twoją Kachnę, ale ja zrobię z tym porządek. A jak skończę z tobą, to się wezmę za nią. Niech poczuje wreszcie prawdziwego faceta. Będzie się wiła i jęczała, i chciała jeszcze – powiedział z satysfakcją i drwiną. – A potem wezmę się za twoje bachory.

Mimo strachu twarz Roberta się skurczyła. Spiął mięśnie. Wydawało się, że za chwilę rzuci się do Zbyszkowego gardła. Nie poruszył się jednak. Stał jak zaklęty, wpatrując się z niedowierzaniem w wylot tłumika. Wiedział, że ten wsiok jest szalony, ale nie podejrzewał, że do tego stopnia. Bał się. Zimny pot spływał mu po plecach. Zdawał sobie sprawę, że śmierć jest tuż-tuż, na wyciągnięcie ręki. Życie jak film przeleciało mu błyskawicznie przez mózg. I jedna myśl nim wstrząsnęła: ten zwyrodnialec naprawdę Kaśce to zrobi! Ten szaleniec był gotów na wszystko. Bał się.

Obserwował swego potencjalnego zabójcę. Zbychu stał sztywno, lekko zgarbiony, z szeroko rozstawionymi nogami. Twarz wykrzywiał mu upiorny grymas uśmiechu czy coś podobnego rysującego się na brudnych, zapadłych policzkach. Był blady. Ściągnięte w tę maskę furii usta z resztkami śliny w kącikach i odsłoniętymi pożółkłymi od tytoniu zębami upodabniały go do wściekłego psa. Oczy miał matowe, bez wyrazu, nie dało się z nich czegokolwiek wyczytać. Chwila niepewności się przedłużała. Robert czuł niemoc i wstręt do siebie za ten paraliżujący strach. Lufa była skierowana w jego twarz, celowała między oczy niczym wielki palec Boga zaczynający i kończący wszystko.

Robert oddychał wolniej, nie wiedział, co powiedzieć, bał się sprowokować napastnika. W ustach miał sucho, krtań zdławioną, niezdolną do wydania jakiegokolwiek dźwięku. Stali na wprost siebie. Znieruchomieli.

To była ta nieuchwytna chwila, milisekunda pomiędzy życiem a śmiercią, w której człowiek poznaje w całej pełni samego siebie. Jeszcze wszystko było możliwe. Jeszcze nie było ofiary, jeszcze nie narodził się morderca. Konie instynktownie wyczuły śmierć i wpatrywały się w mężczyzn niczym niemi świadkowie ludzkich emocji.

Robert odetchnął. Wtedy dostrzegł błysk szaleństwa w oku Zbyszka. I wiedział już, że nie żyje. Nie słyszał strzału. Poczuł ciepło i ogarniającą go całego niemoc, potem nicość. Jego ciało upadło na podłogę stajni wyszlifowaną kopytami koni. Nawet nie poczuł rozchodzącego się po stajni zapachu prochu.

Morderca pomyślał: To już? Tak łatwo? Tak szybko?

Spojrzał na ciało, nie było widać krwi. Na środku czoła Robert miał słabo widoczną plamkę. Nie większą niż główka gwoździa, takiego do przybijania papy na dachach. Ciało się wiło, pocisk wystrzelony z odległości niecałego metra przebił czoło, nie zdołał jednak przebić na wylot czaszki. Nie było rany wylotowej, kula utknęła gdzieś w mózgu.

Ten karabin zawsze miał słabą siłę przebicia – przeleciało przez głowę mordercy. – Żeby tak mieć prawdziwy sztucer albo kałasza.

Zbyszek podszedł do ciała i wyciągnął pistolet zza paska. Przyłożył go do piersi ofiary. Wiedział, że tam jest serce. Nieraz oprawiał zwierzynę skłusowaną w lesie, a dzik czy sarna nie tak mocno różnią się od człowieka. Są tylko bardziej bezbronne i umierają w ciszy. Docisnął pistolet z całej siły. Pociągnął spust. Rozległo się słabe kaszlnięcie. Ciało drgało coraz słabiej, aż wreszcie wszelki ruch zamarł.

Zbyszka ogarnęła fala ulgi i strachu, dłonie i kolana trzęsły mu się przez chwilę. Poczuł w żyłach zimno, potem gorąco, do oczu napłynęły łzy. Głowę rozsadzał wewnętrzny krzyk: – Coś ty zrobił, człowieku?! Nadchodząca fala mdłości omal nie zwaliła go z nóg. Jednak szaleństwo wkrótce zwyciężyło. Resztki ludzkich odruchów walczące w jego głowie o człowieczeństwo przegrały. Zastąpiła je wściekłość. Poczuł satysfakcję. Dziką, nieokiełznaną satysfakcję. Siłę i moc sprawczą, nieporównywalną z niczym, czego dotąd doświadczył. Zrobił to. Zabił człowieka. Stał się panem życia i śmierci. Wreszcie im pokazał. W swej jaźni został zrównany z Bogiem. Nikt już nie będzie się z niego śmiał, nikt nie będzie zabierał jego własności, a Jola jest jego własnością. Teraz weźmie się za tę sukę, która czeka w domu, niczego się nie domyślając.

Rozejrzał się po stajni. Konie spoglądały na niego w ciszy, patrząc swymi łagodnymi oczami w kształcie połówki jabłka. Ich spojrzenia dźgały jego źrenice. Ten koński wzrok niczego nie wyrażał, oczy po prostu patrzyły. Morderca się spocił. Spocił się od tego spojrzenia łagodnych, ciepłych, spokojnych oczu. Nie mogąc tego znieść, wybiegł ze stajni. Uciekł przed tym wzrokiem. Nie wiedział jeszcze, że już zawsze będzie uciekał. Najbardziej przed samym sobą. Konie stały nadal bez ruchu, tylko po skórze ich grzbietów przebiegały drgawki, a oczy zaszkliły się w świetle żarówki.

Drzwi domu były otwarte. Wszedł do środka, specjalnie się nie kryjąc. Kaśka była w saloniku, oglądała telewizję, pijąc spokojnie herbatę. Przyjrzał się jej. Zawsze mu się podobała. Była taka inna od Joli. Młodsza, zgrabniejsza, niezmarnowana robotą, pyskata i niezależna, pełna energii, wiedząca, czego chce. Zupełnie niepasująca do jego wioski i wyobrażeń o ideale kobiety. Dlatego tak pociągająca i niedostępna. A teraz będzie jego i nikt mu w tym nie przeszkodzi.

Usłyszała kroki. Odwróciła głowę. Ich spojrzenia się skrzyżowały. Na chwilę znieruchomiała, potem zerwała się z kanapy z błyskiem złości w oczach. Jaka ona piękna – pomyślał – jaka dzika! I moja. Poczuł podniecenie i sztywność.

– Co tu, robisz, chamie? Wynoś się stąd, bo dzwonię na policję.

Uśmiechnął się zimno.

– Nigdzie nie zadzwonisz, suczko, a twój stary gryzie piach – powiedział szybko. Rozkoszował się efektem tych słów.

Patrzyła na niego z niedowierzaniem, jej duże piwne oczy z wolna zapełniały się łzami. Dopiero teraz zobaczyła pistolet w ręku i karabinek na jego plecach. I uwierzyła, że Robert nie żyje.

Rozbieraj się – warknął.

*

Gdyby ktoś przechodził obok domu, mógłby usłyszeć szloch i krzyk. Potem dwa klaśnięcia strzałów z pistoletu. Jednak tego wieczoru nikt tamtędy nie szedł.

Zbyszek stał nieruchomo nad kolejnymi zwłokami. Piękna, żywiołowa Kasia przemieniła się w trupa. Czas przeszły. Już nie jest, nie będzie, tylko była.

Włosy na karku zjeżyły mu się, a skóra zdrętwiała. Nie doznawał już takiej intensywności uczuć jak podczas mordowania Roberta. Opanowało go raczej odrętwienie. Umysł się wyłączył. W tej chwili nic do niego nie docierało.

Nie wiedział, ile czasu stał tak nad zwłokami Kasi. Ocknął się równie niespodziewanie, jak zapadł w ten dziwny letarg. Najgorszy jest pierwszy raz – pomyślał. Trzeba to skończyć raz na zawsze. Roberta i Kaśkę miał z głowy. Dzieciaki! – przypomniał sobie w myśli. Właśnie, gdzie są te małe gnoje? Zemsta musiała się dopełnić. Miała być dziełem jego życia. Pełna i przerażająca dla wszystkich.

Przebiegł pokoje. Zajrzał do łazienki. Pistolet nadal tkwił w jego dłoni. Nikogo nie było. Wszedł jeszcze raz do sypialni, która wyglądała na dziecięcą. Kolory ścian były jasne. Zdobiły je plakaty gwiazd piłki nożnej i sceny. Dwa tapczany stały pod ścianą. Przy jednym z nich leżały zapomniane, małe trampki w czerwone serduszka. Cisza. Żadnego ruchu. Pod oknem biurko. Na nim komputer. Za biurkiem nie znalazł nikogo. Pod przeciwległą ścianą stała duża szafa. Podszedł do niej. Sprawdził broń. Pocisk był w lufie. Pistolet wystarczy? – zastanawiał się. – Tak wystarczy. Dzieciaki mają miękkie kości czaszki, jak wszystkie inne młode zwierząt – zakończył myśl z rzeźnickim znawstwem anatomii.

Ujął uchwyt drzwi i mocno szarpnął. Nadal cisza. Wyrzucił ubrania z ramiączkami. Część z nich była dziecięca. Jednak dzieci wewnątrz nie było. Zniknęły. Wczoraj były. Dziś zostały po nich tylko ciuchy.

Wściekły rzucił różową koszulką o ścianę. Kopnął z całej siły drzwi szafy. Te zaskrzypiały w „bólu”. Zawiasy pękły. Żyła na jego czole pulsowała fioletowo. Oczy rozglądały się badawczo po pokoju.

– Kurwa! – rzucił przez zaciśnięte zęby… Kopnął w złości szafę jeszcze raz. Wydawało się, że wpadnie w furię z powodu braku następnych celów. Małych trupów nie będzie. Jego wybuch skończył się jednak na tym. Westchnął głęboko. Z zawodem. Może z ulgą?

Po jakimś czasie, zataczając się, cień szedł wolno wzdłuż ściany domu. Po minucie zlał się z cieniem pobliskiego lasu. Folwark i okolice opanowała cisza, przyjaciółka śmierci.

2

Gospodarstwo agroturystyczne „Barbara” położone było nieopodal wsi Tarce. W stronę Kotlina rozciągały się pastwiska okolone koralem dla koni. Gospodarstwo powstało na bazie dawnego PGR-u, który kupił ojciec Barbary Kozłowskiej. Był to prezent dla niej, jaki otrzymała w dniu ślubu z Robertem Kondratowiczem.

Ona była absolwentką dobrej uczelni, barwną dziewczyną z Warszawy. On człowiekiem pochodzącym z małej podpoznańskiej wsi, który z wysiłkiem ukończył Akademię Rolniczą w Poznaniu. Pracując popołudniami i wieczorami, opłacał sobie ciasny pokój na ulicy Woźnej. Resztę pieniędzy wysyłał do domu na utrzymanie trzech młodszych sióstr i brata. Wszystko zawdzięczał sobie i swojej pracy.

Trafił na Basię. To było jak spotkanie dwóch światów. Jej imponowała jego niezależność, silny charakter i miły, przystojny wygląd. On widział w niej kogoś z innej planety. Delikatną, czarującą, wesołą dziewczynę z mnóstwem pomysłów i marzeń, którą pragnął się opiekować po kres dni. Kochali się bardzo. Mimo protestów jej bogatej rodziny po niecałym roku się pobrali. Po kolejnym urodziły się bliźniaki.

Po następnych dwóch latach ich miłość wygasła. On zajmował się gospodarstwem, uciekając do lasu i na pastwiska, by nie słuchać jej zrzędzenia i pretensji. Jej delikatność okazała się słabością. Czuła się coraz bardziej samotna na pustej wsi, tęskniła za wielkim miastem, towarzystwem, samorealizacją. Jego niezależność ją drażniła i powodowała uczucie depresyjnej pustki. Potrzebowała potwierdzeń samej siebie z jego ust, a on nie potrafił jej tego dać. Przestali ze sobą rozmawiać, ograniczając się do niezbędnej wymiany zdań.

Kiedy pewnego razu wrócił z objazdu pastwisk, zastał pusty pokój dzieci i ogołocone z mebli i sprzętów obejście. Na stole w kuchni leżał krótki list, w którym informowała go, że odchodzi, „bo dłużej już nie może” i że „to była omyłka”, itd. Próbował do niej dzwonić, ale odebrał jej ojciec, mówiąc, że zmarnował życie jego córce. Dał spokój. Ze starym Kozłowskim podpisał umowę, w której zrzekł się majątku. Zostało mu gospodarstwo pod Pleszewem, miał w nim pięćdziesiąt jeden procent udziałów. Ta posiadłość była jego życiem, podniósł ją z ruiny.

Po jakimś czasie Barbara, czy to z powodu wyrzutów sumienia, czy dla świętego spokoju, zaczęła przywozić do niego dzieci. Miały po pięć lat, były śliczne i szalały za nim, a on za nimi. Jarek był podobny do niego – skryty, chodzący swoimi ścieżkami. Małgosia, „córeczka tatusia” z blond warkoczami, biegała po stajni i domu. Z ojcem łączyła ją wspólna miłość do koni. Z zapałem uczył ją jeździć na kupionym specjalnie dla niej kucu szetlandzkim.

 

Barbara wkrótce powtórnie wyszła za mąż. Tym razem za człowieka z jej świata. Stosunki między nimi zaczęły się jakoś układać, zostali przyjaciółmi. Oboje byli zaskoczeni, że się sobie zwierzają i radzą w trudnych sprawach. Jednak to, co było między kobietą a mężczyzną, już nie wróciło.

Minęły trzy lata i wtedy poznał Kasię. Była jak piorun z jasnego nieba. Energia rozpierała ją każdego dnia, każdej chwili. Wszędzie jej było pełno. Jej miodowobrązowe oczy strzelały iskrami entuzjazmu i humoru. Nic i nikt nie był w stanie pochłonąć tej energii. Żadna burza nie potrafiła zachwiać jej optymizmem i radością życia. Umiała załatwić wszystko. Z każdym znajdowała wspólny język i wszyscy do niej lgnęli. Czuli to ciepło i nieposkromiony temperament. Gdzie się pojawiła, tam gościł uśmiech i znikała nuda.

Była filuternie zalotna, ładna, aczkolwiek nie piękna. Jedyna w swoim rodzaju. Dołeczki po bokach ust sprawiały, że twarz ciągle była gotowa do śmiechu. Talia wcięta mocno, przy filigranowej postawie dawała efekt klepsydry, czyniąc ją niezwykle kobiecą. Jeszcze takiej w życiu nie spotkał. Uosobienia zmysłowości połączonego z tym, o czy marzy każdy facet: opiekuńczością i brakiem nudy. Kiedy ją zobaczył na bankowych schodach, jak zwykle biegła. Podtrzymał ją, kiedy się potknęła, i go zamurowało. Wiedział, że właśnie na to czekał. Umówili się na kawę. Po tygodniu wylądowali w hotelowym łóżku. To było cudowne przeżycie. Seks jak ekstaza. Smakowała jak miód z pieprzem, słodko z lekką goryczką dodającą tajemniczości i oszałamiającą jego zmysły. Jej zapach drażnił i kusił nozdrza, obiecując nieznane, rozkosz i spełnienie.

Kasia pierwszy raz w życiu poczuła, że jest ktoś, na kim może się oprzeć. Jej życie polegało do tej pory na samotnej walce z przeciwnościami. Musiała sobie radzić sama. Wszędzie czaił się fałsz i niebezpieczeństwo. Teraz poznała kogoś, kto był uczciwy, dobry i mówił prawdę. Mężczyznę czułego i silnego, pełnego marzeń i potrafiącego te marzenia realizować. Fascynował ją, imponował. Oboje potrafili się motywować w działaniu i wspierać. Dla obojga życie stało się proste i piękniejsze.

Opowieściom nie było końca. Opowiadała i płakała. Mówiła o swoim niełatwym dzieciństwie, małżeństwie z pijanym damskim bokserem, który na niej wyładowywał swoje frustracje i kompleksy. On słuchał i też opowiadał o sobie. Jak się uczył życia i bycia mężczyzną mimo braku wzorców. O bólu, który przeżył, kiedy zmarł jego ojciec. Miał wtedy trzynaście lat, świat się najpierw zawalił, a potem był już całkiem inny.

Kasia opowiedziała mu w końcu o swej największej traumie. Gdy miała jedenaście lat, została brutalnie zgwałcona. Było to późnym latem, poszła do pobliskiego lasu na grzyby. Tam spotkała trzech obcych, młodych mężczyzn. Byli lekko pijani. Zaczęli jakieś rozmowy i zaczepki. Odpowiadała na nie ze swadą zgodną ze swym bujnym temperamentem i ufnością jedenastoletniej dziewczynki. Nagle jeden z nich ją przewrócił. Dwóch pozostałych przytrzymało ręce i nogi. Przy upadku i szarpaninie rozcięła sobie łydkę do kości o szkło leżące w leśnym mchu. Ktoś uderzył ją w twarz. Krzyczała i błagała, ale nic nie pomogło, stali się jeszcze brutalniejsi. Jej rozpaczy i tak nikt nie słyszał. Kiedy się ocknęła, była sama w podartej odzieży. Z twarzą i udami we krwi. Noga bolała strasznie. Powlokła się powoli do domu. Tam powiedziała matce, co się stało. Ustaliły, że nikomu nic nie powiedzą, i tak zostało. Sprawcy tej zbrodni na zawsze pozostali nieosądzeni.

Ten nieoczyszczony ból trwał w niej latami. Nie potrafiła związać się z żadnym mężczyzną, była dla nich emocjonalnie niedostępna. Niby umiała z nimi być. Deklarowała, że kocha nad życie, ale gdzieś tam w środku coś mówiło: „Uważaj!”. Mądrzy faceci wyczuwali to od razu i odchodzili.

Tych trzech zwyrodnialców w zwierzęcej chuci zabiło w niej dziewczynkę. W te kilka minut stała się dorosła. Została cyborgiem wypranym z emocji i zaufania. Przez następne dwadzieścia lat nie mogła ukoić tępego bólu i obawy tego małego dziecka, które jest w każdym z nas. Świat stał się miejscem złym. Należało nie ufać i walczyć. Gdy nie było z kim, wystarczyło powalczyć ze sobą.

Wreszcie związała się z jednym z braci Kowalskich. Był dość często znieczulony alkoholem, więc nie widział tego dystansu i gotowości ucieczki z jej strony. Życie z nim okazało się koszmarem. Pił i bił. Odeszła od niego. Zatracała się w kolejnych związkach z przypadkowymi mężczyznami. Chciała zyskać spokój i potwierdzenie swej kobiecości w ich oczach. Tam jednak tego nie było. Za wszelką cenę pragnęła bliskości. Kiedy jednak ta była na wyciągnięcie ręki, uciekała lub stawiała emocjonalne mury. Nie rozumiała, że to, czego szuka, jest w jej wnętrzu. Kolejny kochanek pobił ją do nieprzytomności. W szpitalu spotkała Natalię, panią psycholog. Pewnie pod wpływem bólu i chwili powiedziała jej o gwałcie. Płakała. Żal, smutek i lata udręki spływały wraz ze łzami, oczyszczając duszę. Rozpoczęła terapię i w końcu się wyzwoliła. Małe dziecko w jej wnętrzu przestało płakać, była gotowa kochać. Wybrała tego mężczyznę, aby mu to powiedzieć.

Przytulił ją wtedy mocno i zaszlochał. Dwoje poranionych ludzi niosło sobie nadzieję i miłość.

Gdzieś pod Zieloną Górą, podczas sobotnio-niedzielnego wypadu, po tym, jak zmęczeni namiętnością upadli wreszcie na wyleżany tapczan, powiedziała:

– Robercie, kocham cię. Zakochałam się chyba pierwszy raz w życiu.

Wystraszył się trochę tych słów. Mętlik myśli o Barbarze, dzieciach i piekle rozwodu ogarnął jego głowę. Potem poczuł spokój. Wiedział, że kocha tę kobietę ufnie opierającą głowę o jego ramię.

Postanowili być razem. Kasia wprowadziła się do dworu. Życie toczyło się przyjemnym rytmem, realizowali wspólne plany, myśleli o dziecku.

Teraz oboje nie żyli. Zamordowani z powodu zemsty wyimaginowanej w chorym umyśle.