Ojczyzna jabłekTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Jelko, lipiec 194

Mozes, październik 1939 – lipiec 1945

Rabikowie, sierpień 1945

Rabikowie, wrzesień – październik 1945

Mozes, październik 1945

Nina, październik 1945

Jelko, czerwiec 1946

Nina, październik 1945 – kwiecień 1947

Rabikowie, kwiecień–maj 1947

Nina, kwiecień–maj 1947

Rabikowie, maj 1947

Nina, maj 1947

Rabikowie, maj–listopad 1947

Nina, październik 1947 – listopad 1948

Mozes, kwiecień–czerwiec 1947

Mozes, czerwiec – listopad 1947

Jelko, grudzień 1947 – marzec 1952

Nina, styczeń – październik 1949

Jelko, wrzesień 1952

Nina, październik 1949 – wrzesień 1953

Mozes, grudzień 1947 – maj 1950

Nina, listopad 1954 – maj 1955

Jelko, maj 1955 – wrzesień 1964

Rabikowie, listopad 1956 – sierpień 1967

Nina, Jelko, Rabikowie, wrzesień 1967

Od Autora

Opieka redakcyjna: PIOTR TOMZA

Redakcja: WOJCIECH ADAMSKI

Konsultacja: dr EDYTA GAWRON, dr hab. JAROSŁAW SYRNYK

Korekta: KAMIL BOGUSIEWICZ, AGNIESZKA STĘPLEWSKA, ANETA TKACZYK

Projekt okładki: ROBERT KLEEMANN

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Copyright © Robert Nowakowski, 2021

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2021

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07245-5

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Eweliny

Na samym rogu tej starej mapy jest kraj, do którego tęsknię. Jest to ojczyzna jabłek, pagórków, leniwych rzek, cierpkiego wina i miłości.

Zbigniew Herbert, Kraj

Jelko

lipiec 1945

Historia zaczęła się dla Jelka Rabika pewnego lipcowego popołudnia roku czterdziestego piątego, właśnie wtedy. Nie, gdy wybuchła wojna, i nie, kiedy wojna się skończyła, nie w momencie, gdy za Sanem Sowieci burzyli domy i wysiedlali krewnych, którzy znikali, jakby ich nigdy na tej ziemi nie było, nie w dniu, kiedy Niemcy pognali wszystkie woły na rzeź, co było prawie tym samym, jakby zabrać na śmierć ludzi, a nawet nie wtedy, gdy pierwszy raz zobaczył Ninę, ani też nie w chwili, gdy ją pierwszy raz pocałował, ale właśnie wówczas, gdy leżał przyklejony do ziemi, wciśnięty w gęste zarośla, i obserwował zmagania chmarnika z burzą.

Jelko widział ze swojego miejsca, jak Maksym Tymczuk, najlepszy chmarnik w okolicy, walczy z chmurą i z całym światem, sam jeden odgania siedzącego w niej złego ducha, propastnyka. Miał chętkę na zniszczenie upraw, ten duch.

Nie z powodu burzy Jelko leżał pod krzakiem. Nie z powodu burzy cała wieś siedziała w domach. Nie. Do wioski zbliżał się oddział wojska.

Żołnierze podeszli do miejsca, w którym chmarnik krzyczał na propastnyka, wymachiwał laską i rzucał gromy silniejsze od prawdziwych gromów i błyskawic. Maksym był odwrócony plecami do drogi. Poszedł na najwyższe wzniesienie, na sam szczyt wzgórza, na którym rozciągało się pole. Jego potężna postać wyraźną kreską odcinała się od mrocznego nieba.

– A ten co robi? Szalony? – zapytał ktoś, być może dowódca. Jelko wpatrywał się w jego twarz, jeszcze młodą.

Głos Tymczuka przybrał na sile, z trudnością przekrzykiwał grzmoty.

– Nie wiem – odpowiedział stojący obok żołnierz. Może zastępca dowódcy. Tak nazwał go w myślach Jelko. Z nosa wystawały mu kępki czarnych włosów, dobrze widoczne z perspektywy Jelka.

Rozległ się potężny trzask, na który chmarnik odpowiedział groźnym okrzykiem, podskakując i wyrzucając ręce w górę.

– Ktoś wie? Zapytajcie żołnierzy.

Burzową chmurę oświetliły promienie słońca. Maksym stał na tym tle, ciągle wyciągając ręce, jakby wspinał się ku światłości, a laską dopiero stwarzał świat lub też go naprawiał.

– Melduję posłusznie, że to chmarnik – odpowiedział któryś z żołnierzy, tak niski, że mógł pochodzić z tych stron. – Towarzyszu poruczniku, on burze odgania.

Laska chmarnika zataczała teraz kręgi, wyznaczając burzy nieprzekraczalną linię.

– I udaje się coś takiego?

Chmarnik modlił się najwyraźniej, bowiem zapadła cisza, a z wnętrza chmury rozległo się potężne westchnienie burzowego propastnyka, który rozważał wszystkie za i przeciw, namyślając się, czy wejść w drogę Bogu i chmarnikowi.

– Czasem podobno tak. Przegania burzę na pola tych, którzy mu nie płacą, towarzyszu poruczniku.

Ze szczytu wzgórza znów rozległy się gromkie krzyki: modlitwa to nie wszystko, konieczna jest groźba, siła. Stojąc tak wysoko nad drogą, chmarnik miał wzrost dwudziestometrowego olbrzyma.

– Można wojskowo to wykorzystać. Co myślicie? Gonić chmury za front, żeby tam padało.

Promienie słońca oświetliły linie deszczu, oddalonego o kilometr, najwyżej dwa.

– Po przełamaniu linii frontu, towarzyszu poruczniku, nasze jednostki zmechanizowane ugrzęzłyby w błocie.

Błyskawice rozeźliły się. Żołnierze stali, patrząc na ten starodawny rytuał, dziwnie pociągający, pogański, nierzeczywisty. Byli tak zadziwieni, że nawet nie przyszło im do głowy, że mogą zmoknąć do suchej nitki, jeżeli spadnie ulewa.

– Racja, racja. Też tak pomyślałem. Ruszamy dalej.

Chmarnik stał teraz z uniesionymi rękoma, odpierając burzę.

– A co z tym tutaj?

Wyglądało na to, że zwycięży.

– Zabić.

Mozes

październik 1939 – lipiec 1945

1

Potrzebuję twojej rady, rabbi.

Nie da się znaleźć w Polsce cadyków z Bobowej. Nie da się ich odszukać wśród ton popiołów. Nie można na nich natrafić w wielkich stertach czarnych płaszczy, osieroconych ubrań. Nie ma ich pod tysiącami futrzanych sztrajmli, gnijących w magazynach. Czapki doczekają jednak swojego Mesjasza. Dane im będzie drugie życie. Zmartwychwstaną z kurzu, wskrzeszone przez szczęśliwe żony sowieckich wyzwolicieli. Ale drugie życie nie będzie dane ich właścicielom. Bobowskich cadyków w Polsce już nie ma – i kto wie, może nigdy nie będzie.

Oto Fedor Rabik, ojciec Jelka i całej gromady innych krnąbrnych Bojków, w każdy czwartek wieczorem wieszał kapelusz na kołku, szukał w podłodze ukrytej klapy do piwnicy i schodził na dół. Tam zaś pukał do drzwi.

Rabbi, potrzebuję twojej rady. Powiedz, co mam robić. Powiedz, jaką drogą podążać, kiedy wokół tylko śmierć i zniszczenie.

Mógłby tak mówić, gdyby bardzo tego chciał. Fedor oglądał te słowa w swojej głowie, widział je gdzieś bardzo daleko, ale nigdy ich nie wymawiał. Mówił gwarą bojkowską i chociaż jeżdżąc przed wojną na targi do Baligrodu, do Leska i do Lwowa, nauczył się polskiego, używał go niechętnie.

Zza drzwi dobiegało zezwolenie na wejście. Na wysokości czoła, powieszona na framudze, żarzyła się mezuza, ciemna, acz świetlista – zamknięty w szkatułce w kolorze kości słoniowej zwitek pergaminu z fragmentem tekstu Księgi Powtórzonego Prawa. Fedor stawał na progu ziemianki, którą kiedyś sam wykopał. Na niebo, na Zbawiciela, a także na niego, Fedora, czekał Bobower Rebe, bobowski chasyd – Mozes Halberstam.

 

Mozes był niski, pękaty jak beczułka, miał lekko skośne oczy, mięsiste usta i wydatny nos, uszy zaś schowane były pod tym czy innym nakryciem głowy, nakładanym według systemu niezrozumiałego dla Fedora, a także pod puchatymi kłębami pejsów. Na prawym policzku Bobowera coś odcisnęło potężny ślad w postaci podługowatego, różowego wklęśnięcia. Zagadnięty o to kiedyś, Halberstam odparł z nonszalancją, że jest to ślad czarciego pazura. Jego słowa wprawiły Fedora w taką rozterkę, że od tamtej pory niemal co dzień przy nieco nudniejszych czynnościach wykonywanych w gospodarstwie rozważał walkę Bobowera z czartem i z dnia na dzień nabierał do cadyka coraz większego szacunku. Nie przeszkadzało mu to jednak nazywać go tam, na powierzchni, bobrowym rabbim, a nawet, w porywach wyjątkowej lotności umysłu, bobrowym rybakiem, co z pewnością w ten czy inny sposób obrażało któryś z kanonów religii mojżeszowej.

Towarzystwa dotrzymywała chasydowi nad wyraz duża Veverke, jak ją nazywał Mozes, unikając zabawy w Boga i nadawania niepotrzebnych imion czemuś, co zostało już kiedyś nazwane. Veverke była bardziej spragniona żywych stworzeń niż rabbi, wskakiwała więc zaraz na ramię Bojka i wkładała nos pod koszulę, machając puszystym ogonem przed oczyma mężczyzny, który z szacunku dla cudotwórcy delikatnie odginał ogon, zamiast rzucić wiewiórką o ścianę lub chwycić ją za uszy i wynieść do najbliższego lasu, jak powinno się zrobić ze zwierzęciem.

Cóż nas czeka, rabbi? Cóż znowu?

Nie wiadomo, jak to się działo, że rabbi znał więcej plotek niż Fedor. Wiedział więcej niż on, domyślał się rzeczy, których Rabik nie mógłby się domyślić. I to wszystko pomimo zamknięcia. Z jakiegoś powodu Mozes, chociaż wojna się już skończyła, nie chciał wychodzić z ziemianki. Zresztą, po prawdzie, skończyła się może gdzieś indziej, ale tutaj nie bardzo.

– Pan mówisz: kłaniam się tobie, rabbi. I ja kłaniam się panu, Fedorze Rabiku.

Potem westchnął i oświadczył, bez najmniejszej próby załagodzenia złych wieści:

– Pan musisz się przygotować, panie Rabik. Będą wysiedlać.

Te słowa ciężko osiadły w duszy Fedora. Jakaś część jego umysłu przypuszczała, że to może nastąpić. Wysiedlali już kiedyś w tej okolicy Sowieci, po drugiej stronie Sanu, za granicą Generalnego Gubernatorstwa. Rabik wiedział, co to znaczy, a i słyszał z innych miejscowości, jak to wyglądało.

– Co robić?

Cadyk rozłożył ręce.

– Pan pytasz, co robić. A ja mówię: dziś czwartek. Trzeba się przygotować do szabasu. Zastanowię się po szabasie, panie Rabik.

Fedor skłonił głowę z szacunkiem, a Mozes powiedział:

– Gut szabes. – Bobower za każdym razem, niezmiennie żegnał Fedora w taki właśnie sposób, jakby chciał sprawdzić jego wytrzymałość psychiczną na prowokację. Fedorowi wydawało się, że to po niemiecku, a od czasu konfiskaty wołów nienawidził Niemców najbardziej na świecie. Fedor co tydzień wahał się między udzieleniem grzecznej odpowiedzi w taki sam sposób a wyrażeniem tego życzenia nieco inaczej, bez niemczyzny, i zazwyczaj, chociaż nie zawsze, wybierał tę drugą możliwość, mówiąc niepewnie – z ponurą miną brojącego malca – w swojej bojkowskiej gwarze coś, co przetłumaczone na polski brzmiałoby:

– I ja panu życzę dobrego szabasu, panie Halberstam.

2

Do cadyka schodził też Jelko. W słabym świetle lampy naftowej twarz Mozesa była niemal biała. Przez lata jego brodę zdominowała siwizna.

Jelko nie schodził, aby dowiedzieć się czegoś o przybyszu. Nie schodził też, aby wysłuchiwać opowieści chasydzkich. Nie dotrzymywał towarzystwa cadykowi. Nie opiekował się Żydem. Nie zabawiał go. Jelko szukał rady. W życiu Jelka bowiem ważnym dodatkiem do spraw istotnych i niezrozumiałych była miłość.

Serce Jelka było tak duże, że mieściło w sobie miłość do dwóch dziewczyn. Jednej z dużym nosem, z brązowymi włosami plecionymi w gruby warkocz, pachnącej mlekiem, w czepcu z dwiema wyszywanymi wstążkami. Drugiej przysadzistej, niskiej, o małym nosku i pięknym głosie. Pierwsza miała na imię Nina i mieszkała w Bereżnicy Niżnej, wiosce oddalonej od Pasiki o kilka kilometrów. Druga, Nastka, była z Soliny. To tuż obok Pasiki.

– Co mówi ci twój głos wewnętrzny? – pytał Mozes Jelka, kiedy ten prosił o pomoc w wyborze.

Jelko wzruszał ramionami.

– Milczy? Nawet jeżeli pomyślisz o którejś, milczy?

– Tak jakby.

– Nie mówi „nie”? Nie mówi „tak”?

Jelko kręcił głową.

– A może kiedy myślisz o którejś, to jakaś część twojego ciała daje znać, że bardziej lubi tę dziewczynę?

Jelko nie wiedział, o co chodzi Mozesowi.

– Może twoje serce drga? Może coś innego?

Jelko przypatrywał się Mozesowi ze ściągniętymi brwiami i kręcił głową. Nic o tym nie wiedział, o żadnych drganiach, wewnątrz ciała czy na zewnątrz.

– A twoi bracia? Wołochatyj jest już żonaty. Może on coś ci doradzi? Przecież wybrał Paraskewię. A ona jego.

Jelko tylko wzdychał. Petro niczego mu nie doradził. Czy tak naprawdę on wybierał, czy to Fedor zmówił się z ojcem Paraski, nie jest dla Jelka wcale takie pewne. Wołochatyj nie przyznał się do niczego.

– Zapytaj Paraski. Ona coś ci poradzi. Przecież wie, co czują kobiety. Ciężko w to uwierzyć, kiedy myśli się o żonie swojego brata, ale sama jest kobietą.

Jelko aż za dobrze wiedział, że żona Petra jest kobietą. W dzień wodził za nią wzrokiem, a w nocy słyszał wszystko, co rozgrywało się przy ścianie. Paraska była już teraz w ciąży, ale Jelkowi wydawała się równie ponętna jak w dniu, kiedy zobaczył ją pierwszy raz, wystrojoną i zarumienioną z przejęcia podczas ceremonii ślubnej. Tym razem głos wewnętrzny się odzywał. Był całkiem stanowczy. Mówił, że Jelko i w żonie brata jest zadurzony. Ale chłopak się z tym nie zdradzał.

– Nie zapominaj, że to nie jest twój wybór. To także ich wybór. – Mozes wyciągnął rękę, żeby Veverke mogła się po niej przespacerować, i obrócił ramię, zmuszając zwierzaka do balansowania jak linoskoczek. Pazurki Veverke dziurawiły i tak już połataną kapotę cadyka. Potem Mozes nachylił się do Jelka. – Powiem ci w sekrecie, że tak naprawdę to wyłącznie ich wybór.

Jelko podrapał się za uszami i zmarszczył czoło. Nigdy nie przyszłoby mu coś takiego do głowy. To największe zaskoczenie jego życia. Ich wybór? Wyłącznie ich wybór? Jak to? Przecież to jego strapienie.

Mozes dostrzegł tę rozterkę:

– Pomyśl o tym wszystkim. Porozmawiajmy znowu za kilka dni. Zejdź wtedy do mnie.

Mozes traktował Jelka poważnie. Jak kogoś równego sobie. Może tylko udawał, ale robił to przekonująco.

Bobower wiele razy wypytywał o Nastkę i Ninę. Gdzie mieszkają, kim są, ile mają rodzeństwa. Kiedy dowiedział się, że Jelko chodził przed wojną do solińskiej szkoły z bratem Nastki, doradził Jelkowi:

– Zaprzyjaźnij się z Mychajłem. Jest w twoim wieku. Możesz spędzać u nich czas. Dowiesz się o niej, czego będziesz chciał.

Wszystkie pytania, odpowiedzi czy rady dla Fedora i Jelka Mozes rozkładał na długie miesiące, jakby to stopniowanie miało dać mu gwarancję, że któregoś dnia Rabikowie nie wyrzucą go z ziemianki.

Pod wpływem wizyt u Mychajła Jelko właściwie się zdecydował. Bliskość dała Jelkowi złudzenie intymności. A to już krok do wiary, że kiedyś Nastka odwzajemni miłość.

– Ale czy ona zwraca na ciebie uwagę? Kiedy ostatni raz z nią rozmawiałeś?

– Dwa dni temu – Jelko odpowiedział bez wahania. Mógłby podać dokładną godzinę, gdyby cadyk go zapytał.

– Gdzie to było?

– Przed jej domem. Kiedy wyszła z cebrzykiem, natychmiast pobiegłem do żurawia, żeby nabrać dla niej wody.

– Podziękowała?

– Nie. Poszła prosto do krowy.

– Niedługa musiała być ta rozmowa.

– Powiedziałem jej „dzień dobry”. – Po chwili ciszy Jelko dodał: – Nie odpowiedziała.

Więc Mozes poradził, aby Jelko częściej biegał do Bereżnicy Niżnej. Bez pretekstu. Niech się odważy. Niech po prostu odwiedza Ninę.

– Ale Nina śmieje się ze mnie! Śmieje się z tego, jak mówię. Opowiada, że wolałaby Polaka.

Jelko podejrzewał, że to nawet coś więcej niż śmiech. Nina z niego szydziła.

Mozes jednak aż klasnął w ręce, kiedy o tym usłyszał.

– Ta, która się śmieje, będzie kochać. Ta poważna zapomni o tobie – rozstrzygnął.

Wewnętrzny głos Jelka niczego mu nie doradził. Nie powiedział, kogo wybrać. Niczego też nie odradził. Ale Jelko coraz częściej myślał o Ninie. Nastka znikała.

3

Mozes przyjmował Jelka w swojej ciemnej, użyczonej mu norze życzliwie, bowiem za wszystkie te porady Mozes żądał swoistej zapłaty. Chciał zrozumieć, a może tylko wiedzieć, co się stało z jego rodziną i pobratymcami. Jak to możliwe, że tysiące Żydów, którzy żyli w tych stronach, rozpłynęły się w niebycie? Gdzie się oni podziali?

Mozes wciąż pytał, choć przecież Jelko co tydzień mówił prawie to samo. Powtarzał: od wybuchu wojny nikt nie słyszał tutaj o Halberstamach.

Zniknęli? Tak zupełnie, z dnia na dzień, jakby Bóg ich nigdy nie stworzył? Jakby się nigdy nie urodzili?

– Gdzie jest karczmarz z Soliny? Co się stało z sędziwym Berkiem Kleinem? – pytał na przykład przed laty cadyk.

– Wywieźli go do Leska. Więcej nic nie wiem. – I Jelko odwracał wzrok na ścianę ziemianki.

Więc Bobower milkł i zmieniał temat. Ale tydzień później zadawał kolejne pytanie:

– I co słychać w tym Lesku? Co z karczmarzem Kleinem?

– Słuch po nim zaginął – odpowiadał Jelko i przełykał ślinę.

– Słuch po nim zaginął, to i dobrze, ale może wiadomo o innych, co też trafili do Leska? Co z nimi? To musi być teraz wielki sztetl, Lesko. I śmiał się cicho, aż podskakiwała mu broda na piersi. – Przynajmniej przybyło tam mądrych głów, bo dotychczas to mądrości było w nim tyle, co u mnie w ziemiance światła. Więc co w tym Lesku?

– Podobno gonią wszystkich do Zasławia.

– Do Zasławia? Tego przed Sanokiem? – dziwił się Mozes. – I cóż w tym Zasławiu?

– Obóz dla Żydów.

A potem Jelko kręcił głową, kiedy Mozes próbował podpytywać go, co tam się dzieje, w tym obozie. Pytał więc dalej, rok po roku o to samo.

– Co z Abrahamem Hatałą? Tym, jak go nazywaliście, Herszko? – padało pytanie o kolejną osobę.

Odpowiedzi zawsze były te same. Później już Jelko bez pytania przynosił mu plotki i wiadomości o masakrach i rozstrzeliwaniach, o wydobytych z piwnic i odkrytych w stogach siana, o odprowadzonych przez siczowyków do Ustrzyk i o zabitych na miejscu. Ale i te informacje ucichły po jakimś czasie. Pod sam koniec wojny zszedł do piwniczki z nową wiadomością:

– Podobno Żydzi z Bereżnicy Niżnej jeszcze żyją. – Mozes wysunął rękę do przodu, kiwając na wiewiórkę spacerującą po ścianie, ale cofnął ją w momencie, gdy Veverke leciała w powietrzu, manewrując ogonem. Zawisła przednimi łapkami na rękawie Halberstama, a potem pracowicie wdrapywała się na przedramię cadyka. W jej oczach wyraźnie zalśniło rozczarowanie kolejnym oszukaństwem opiekuna. – Mówiła mi Nina. Jeżeli ktoś ich wyda, to ci z Myczkowiec. – Tej wiosce mieszkańcy Bereżnicy Niżnej przypisywali wszystkie nieszczęścia świata.

Kiedy jednak kilka miesięcy później Mozes zapytał, czy Żydzi z Bereżnicy jeszcze żyją, Jelko pokręcił głową. Natknęli się na żandarmów dwa miesiące przed nadejściem Sowietów.

Mozes miał nadzieję, że skoro wojna się skończyła, to usłyszy któregoś dnia, że Klein wrócił do swojego domu, syn Herszka się ożenił, jakby nigdy nic się nikomu na tych ziemiach nie przytrafiło, a Goldstein krzyczy na swoje dzieci tak jak kiedyś. Ale nie. Od zakończenia wojny nie było w okolicy żadnego rabina. Żadnego chasyda. A tak w ogóle – to żadnego Żyda. Bobower niezmiennie się dziwił, bo przecież teraz już ktoś powinien wyjść z kryjówki, ktoś powinien wracać ze wschodu do Bobowej. A tu – nic. Żadnych wieści. Pustka.

4

Kiedy Mozes pierwszy raz zawitał do Pasiki, wydawało się, że Rabikowie go przegonią. Że, jak wszyscy mieszkańcy tych ziem, nie będą chcieli u siebie Żyda.

Był wieczór. Rabik wraz z dwoma synami prowadził woły do obejścia. Zwierzęta zwykle spędzały noc pod gołym niebem, ale od nastania wojny wieśniacy przyprowadzali je z pastwisk. Przechodzący obok nich cadyk powiedział coś bardzo cicho, a zwierzęta zmieniły kierunek, podeszły do brodacza i otoczyły go. Rabik zakołysał lekkim toporkiem, który trzymał w dłoni, i przywołał woły do porządku:

 

– Wo hyjde! He! He!

Bydlęta jednak nic sobie z tego nie robiły. Otoczyły szczelnie cadyka. Znad ich łbów wystawała pejsata głowa w kapeluszu. Żyd opowiadał im, jaki los je czeka, na koniec zaś pocieszał: wy też znajdziecie swoje miejsce w niebie.

Synowie ruszyli, żeby odegnać zwierzęta od nieznajomego. Odchodziły opornie, a potem szerokim łukiem wracały do cadyka w niezgrabnych podskokach, wymykając się spod kijaszków młodych Rabików.

– Pójdę z nimi. Inaczej nie zechcą – oświadczył Mozes głośno, żeby nikt nie miał wątpliwości, że do tego, co robi, został zmuszony przez bydlęta. Bez wahania skierował się do obejścia Rabików. To, że wiedział, która to chata, nie stanowiło cudu: widział, dokąd zaganiane są woły. Nie było nawet nic dziwnego w tym, że zwierzęta poszły za Żydem chętnie, strącając z jego głowy kapelusz i podskubując włosy, i że przybiegły do chasyda kury, które dopiero teraz zorientowały się, jakiego gościa mają. Cud zdarzył się później. Niewielki, skromny, uczciwy w nienachalnym epatowaniu wszechmocą.

Rabik przyjął wędrowca bez zdziwienia. Były to jeszcze czasy, kiedy przybyszów nie traktowano jak roznosicieli dżumy. Przez wieś Rabika przechodzili od zawsze dziwacy, kaznodzieje i mędrcy, ludzie wszelkich religii i sekt, którzy wśród zabobonnych Bojków, Łemków i Hucułów widzieli łatwy łup. Rabikowie nie dziwili się, że ludzie są różni. Przyzwyczaili się do tego i traktowali innowierców jak jeszcze jeden rodzaj biesa, którego trzeba ugościć, aby nie rzucił uroku, którego kazań lepiej wysłuchać, a nawet mu przytakiwać – ale potem robić swoje, żyć swoją miarą i wedle swoich potrzeb.

Kiedy Mozes usiadł na ławie, a żona Fedka, Anna, zapytała, czy zostanie na noc i czy zje z nimi wieczerzę, z podłogi podniósł się stary pies i zaczął kuśtykać w stronę Żyda. Ciągnął za sobą obie łapy. Skomlał. Zdychał i wedle zwyczaju powinien zdechnąć na dworze, nie tutaj. To Anna wyprosiła, aby został, co zdenerwowało Rabika. Tylko czarownice dbają o zwierzęta. Ale co tam, bisurkania w rodzinie też się przydaje. Mozes podszedł do psa, ujął jego pysk w dłonie, potrząsnął nim w pieszczocie typowej dla ludzi, którzy kochają zwierzęta, i powiedział do niego kilka słów. Pies się położył i cała rodzina o nim zapomniała, dopóki zwierzę nie zaczęło biegać po izbie. Zataczało kółka z wywieszonym ozorem i wpadało domownikom pod nogi.

Rabik wgapił się w Żyda. Odczuł nagle potrzebę porąbania kilku solidnych pniaków swoją siekierką. Uczciwa praca wygnałaby odczucie mistycyzmu, który podstępem dostał się do jego domu.

Mozesowi oddano na noc alkierz – osobną izbę, w której zazwyczaj spali gospodarze. Przez ścianę Bobower słyszał kłótnię Fedora i Anny. Szeptali do siebie swoją bojkowską gwarą. W którymś momencie przybysz został nazwany przez kobietę rachmanem, dobrym duchem. Bobower otworzył oczy i uśmiechnął się z satysfakcją. Wiedział, że Bojkowie wierzą w wiele złych duchów, ale bodaj tylko jednego dobrego, choć nikt nie wie, czy którykolwiek z Bojków go kiedyś spotkał. Co do własnych poglądów na ten temat, osobiście nie uznawał siebie za ducha, nie wykluczał jednak, że jest dobrym człowiekiem. Gdyby nie wojna, pewnie dałby początek nowej dynastii cadyków, dajmy na to sanowskich (San polubił nawet bardziej niż bobowską Białą), podobnie jak kiedyś uczeń Naftalego Cwi Horowitza z Ropczyc dał początek Bobowerom.

Pies spał przy Mozesie. Rano Halberstam pogłaskał zwierzę po głowie, a ono wypadło z sypialnej izby Rabików, zrobiło dwa okrążenia w głównym pomieszczeniu chałupy, przysiadło, żeby podrapać się za uchem, i zaczęło gonić swój ogon.

Po śniadaniu, kiedy przyszedł czas na podziękowanie za gościnę, cadyk powiedział:

– Potrzebuję schronienia.

Fedor pokręcił głową.

– Przechodzili tu przez bród czarni z pejsami. Ty też tam idź.

Spojrzał na synów, na żonę, na psa, wreszcie na piec. Mozes skierował wzrok w tę samą stronę, ale nie dostrzegł nic nadzwyczajnego.

– Nie mamy piwnic.

Mozes wiedział, że to mogła być prawda. Tylko niektóre bojkowskie chaty były podpiwniczone, często zaś piwnice znajdowały się w pewnym oddaleniu od chałupy.

Są ziemianki, na zewnątrz – cadyk tak sobie przetłumaczył na polski słowa Anny wypowiedziane w gwarze bojkowskiej. Czy była to korekta słów męża, czy wiadomość dla wędrowca, nie udało się Mozesowi stwierdzić. Kiedy opędzał się od garbatych, białych wołów, widział co najmniej dwie ziemianki nakryte trójspadowym daszkiem, wkopane w pochyły grunt.

Fedor zastanawiał się nad słowami cadyka. O jakim schronieniu mówił przybysz? Na jak długo? Czy myślał o dwóch nocach, czy dwóch latach? Co w ogóle znaczyło słowo „schronienie” użyte przez Halberstama?

Mozes dostrzegł, że Rabik nad czymś duma. Wytłumaczył, czego, wedle wszelkich wieści z Niemiec, może spodziewać się Żyd na okupowanym terytorium. I obiecał, że w miarę swoich możliwości nie będzie przeszkadzał, a kto wie, czy nie przyda się na coś.

Rabik kręcił głową. Chociaż Halberstam przemilczał możliwe konsekwencje sytuacji, w której Niemcy znaleźliby Żyda na terenie ich gospodarstwa, to jednak żaden zawodowy sprzedawca obietnic nie mógł zwieść Fedora – jego dwaj bracia zginęli podczas pierwszej wojny światowej, a on sam słyszał, że rozstrzelano jakiegoś człowieka tylko za to, że na jedną noc udzielił schronienia dezerterowi.

– Nie, nie.

Mozes nie tracił nadziei. To tylko handlowe negocjacje. Nie, tak, może gdzieś jest połowa drogi i tam mogą się spotkać. Kątem oka ujrzał, jak w ciemności zapiecka, przy ścianie, coś się rusza, ogromny kształt: niedźwiedzie futro, pierzyna w lnianej poszwie, tak przydymionej, że miała barwę ziemi, a może tylko sterta brudnych szmat.

– Praca czeka. Jeżeli chcecie jeszcze odpocząć, odpoczywajcie. Ale ja muszę iść.

– Fedko! – zza pieca rozległ się głos, chropawy, starczy, chwiejny, jakby każda głoska mogła przywołać śmierć. – Zostaw go, idioto. Chodź tu. – Mozes z trudem rozpoznawał poszczególne słowa, tak bełkotliwe, że niepodobne nawet do lokalnej gwary.

– Bo co? Urok rzuci? – spytał opryskliwie Fedor.

– Chodź tu, powiadam. Schyl się, ciężko mi dzisiaj mówić.

Sterta poruszyła się i wysunęła się z niej ręka. Chwyciła Rabika za ubranie przy szyi, może i za samą szyję. Wszystko rozgrywało się w ciszy mąconej tylko przez szelest materiału.

– Raz – warknął człowiek zza pieca; coś trzasnęło, oddech Fedka uderzonego w twarz stał się urywany – i druhe – w gardle Bojka zacharczała ślina – i trete raz. Witcu?! Ne wilno, synojku! Ne wilno!

Góra skór, kołder czy szmat opadła.

„Nie wolno odmawiać ojcu!” – rabbi przetłumaczył sobie pouczenie. Synowie, banda młodocianych Rabików, stali bez ruchu, patrzyli na zapiecek i na ojca, ale po chwili wszystko wróciło do zwykłego stanu.

Mozes nauczył się czegoś nowego o handlu: u Bojków nie zawsze istniało spotkanie w pół drogi podczas negocjacji i decyzja niekoniecznie należała do tego, kto negocjował warunki. Fedor zaś musiał przyznać – później wprawdzie, nie od razu – że ojciec jak zwykle miał rację. Cudotwórca w krainie diabłów, upirzów i wpyrów stał się kimś mile widzianym. Zresztą niejedną miał umiejętność baryłkowaty brodacz. W ciągu kolejnych lat wojny zdarzały się Rabikom mniejsze i większe cuda, z których każdy mógł być dziełem przypadku lub człowieka, ale przytrafiały się w tej chacie i w tej wiosce nieco częściej niż w reszcie świata. No i, ostatecznie, była jeszcze jedna cenna rzecz, którą przywiózł ze sobą Mozes. Rabikowie, którzy jak wszyscy u Bojków byli miłośnikami legend, wieczorami wysłuchiwali chasydzkich opowieści, niezrozumiałych, ale fascynujących.

Fedor, kiedy już pozbawiony został prawa wyboru, spieszył się, aby zdążyć do zimy z budową schronienia dla chasyda. Nie udało mu się przed pierwszym śniegiem, jednak przed pierwszym wielkim mrozem ziemianka była gotowa.

– Ta spustimsja na dno, hospody rebe – „Ano, zejdziemy na dół, panie rabinie”, oświadczył Rabik cadykowi, używając ceremonialnego wyrażenia zarezerwowanego dla najszacowniejszych istot na świecie, z Bogiem włącznie: „hospody”.

Dół przypominał bojkowską jamę gospodarczą przeniesioną pod chatę, bardzo jednak prowizoryczną. Zabrakło czasu na porządne kamienne ściany czy kolebkowe sklepienie z kamienia. Otwór wyryto w polepie z gliny. Krótka drabinka prowadziła do pierwszej części, prosto na ścianę z desek i drewniane drzwi. Po ich otwarciu mężczyźni znaleźli się w niskim i ciasnym pomieszczeniu o ścianach wyłożonych słomianymi matami. Jedyną wentylację stanowiły dziury w ziemi wyryte zaostrzonymi leszczynowymi kijami pod takim skosem, aby wychodziły na zewnątrz chyży.

Wszyscy mieszkańcy wsi wiedzieli od samego początku, że w Rabikowych jamach ukrywa się człowiek, i to taki, który nie bał się nosić kompromitującego chałata i żydowskiego nakrycia głowy. Nie wszystkim się to pewnie podobało, ale Pasika to była wieś jednego człowieka. W dawnych czasach Fedor Rabik nosiłby miano kniazia, sołtysa wsi założonej na prawie wołoskim, teraz był najważniejszą osobą we wsi bez żadnych tytułów. Władztwo sołtysa Soliny uznawał o tyle, o ile uznawał to za konieczne – i działało to w obie strony. Sołtys dawno się zorientował, że nie ma co zadzierać z Rabikami, którzy z pogardą odnoszą się do wszelkich zarządzeń.

Zresztą także Mozes był na bakier z tytułami i nazewnictwem. W mitologii swojego życia pomijał, nawet na własny użytek, fakt, że w świetle powszechnej opinii i żydowskiego prawa nie był ani rabinem, ani cadykiem, a z trudnością dałoby się go nazywać i chasydem, skoro sprzeciwił się zasadom swojego ojca i głosił niestworzone herezje. Sam twierdził, że cadykiem można w zasadzie nazwać każdego, przypisując mu nadnaturalne zdolności, ale w ocenie Mozesa cadykiem jest tylko ten, kto potrafi rozmawiać ze zwierzętami. Nie należy wierzyć nikomu, kto twierdzi inaczej. Cadyk, który nie gada ze zwierzakami od czasu do czasu, może wcale nie być cadykiem, ale zwykłym przebierańcem.

Mozes nie poprawiał więc ludzi, kiedy nazywali go tak nieco na wyrost. Przeciwnie, cieszył się, bo przecież decydowały przymioty ducha i umiejętności dane przez Boga, nie ludzka opinia.

Kiedy minęła pierwsza zima wojny, Halberstam zaczął czasami wychodzić na zewnątrz. Rabik ofiarował mu swoją hunię, ale była tak wąska, że nijak nie mogła zamaskować tego, kim jest Mozes. Zrezygnował więc z przebrania i szedł tak, jakby to była droga w Bobowej dawno temu, w podniszczonym chałacie i w kapeluszu. Na swój sposób dość nieoczekiwanie spacery Mozesa okazały się bardzo uciążliwe – właśnie z powodu cadykowych umiejętności. Raz, wypełniony żalem i tęsknotą za podróżami, zapuścił się wieczorem, po zmroku, w zarośla nad Sanem, doszedł do najbliższej kępy drzew, by rozkoszować nos wonią ich kory. I oto kiedy wracał, podążali za nim jeleń i stadko saren, lis biegł obok spóźnialskich kaczek, nie mogąc oderwać się od ich zapachu, a gdzieś w najgłębszym cieniu, kuląc ogony, gnała wataha wilków. Sowa przelatywała tak nisko, że o centymetry mijała zwierzęce łby. Za którymś razem wylądowała cadykowi na kapeluszu i przez dłuższą chwilę kręciła głową wokoło, dziwiąc się tej ruchomej platformie, aż zaczęła się zsuwać i odleciała.