StolicaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Prolog

Rozdział pierwszy. Powiązania nie muszą istnieć naprawdę, ale bez nich wszystko by się rozpadło.

Rozdział drugi. Idee zakłócają to, czego bez nich w ogóle by nie było.

Rozdział trzeci. Ostatecznie śmierć też jest tylko początkiem swoich następstw.

Rozdział czwarty. Gdybyśmy mogli podróżować w przyszłość, mielibyśmy do niej jeszcze większy dystans.

Rozdział piąty. Na wspomnieniach można polegać równie dobrze jak na wszystkim innym, co sobie wyobrażamy.

Rozdział szósty. Czy można zaplanować comeback przyszłości?

Rozdział siódmy. Jak można nie wierzyć w przyszłość, jeśli ma się świadomość śmiertelności?

Rozdział ósmy. Get into trouble, good trouble.

Rozdział dziewiąty. La fin, un prolongement du présent – nous-mêmes une condition préalable du passé.

Rozdział dziesiąty. Gdy wszystko było na próżno, nawet najpiękniejsze wspomnienie nas nie pocieszy. I jak tu szukać usprawiedliwienia?

Rozdział jedenasty. Kiedy coś się rozpada, to musiały istnieć jakieś powiązania.

Epilog

Przypisy tłumacza

Tytuł oryginału: DIE HAUPTSTADT

Opracowanie redakcyjne: MAGDALENA KURKOWSKA

Korekta: ZUZANNA KRZYWDZIŃSKA, BEATA WYRZYKOWSKA

Projekt okładki: WITOLD SIEMASZKIEWICZ

Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

Copyright © Suhrkamp Verlag Berlin 2017

All rights reserved by and controlled through Suhrkamp Verlag Berlin

For the Polish translation Copyright © by Jacek St. Buras

For the Polish edition Copyright © 2019, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-7392-661-5

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Rêver, c’est le bonheur;

attendre, c’est la vie.[1]

VICTOR HUGO

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

.

Tam biegnie świnia! David de Vriend spostrzegł ją, kiedy otworzył okno pokoju stołowego, żeby ostatni raz objąć wzrokiem plac, zanim opuści to mieszkanie na zawsze. Nie był człowiekiem sentymentalnym. Sześćdziesiąt lat spędził tutaj, przez sześćdziesiąt lat patrzył na ten plac, a teraz z tym skończył. I tyle. To było jego ulubione powiedzenie – zawsze gdy miał o czymś opowiedzieć, coś zrelacjonować, o czymś zaświadczyć, mówił dwa, trzy zdania, po czym kończył: – I tyle.

To zdanie było dla niego jedynym uprawnionym podsumowaniem każdej chwili i każdego okresu jego życia. Firma przewozowa wyniosła te kilka sztuk dobytku, które zabierał ze sobą na nowe miejsce. Dobytek – dziwne słowo, które jednak nie robiło na nim żadnego wrażenia. Potem przyszli pracownicy firmy sprzątającej, żeby usunąć całą resztę, nie tylko to, co nie było przymocowane na stałe, ale również wszystkie nity i gwoździe, wyrywali, rozbierali, wynosili, dopóki mieszkanie nie było „zamiecione”, jak to się nazywało. De Vriend zrobił sobie kawę, póki stała jeszcze kuchenka i był ekspres, przyglądał się pracy mężczyzn, starając się nie stać im na drodze, długo jeszcze trzymał w dłoni pustą filiżankę, w końcu wrzucił ją do worka na odpadki. Wreszcie mężczyźni poszli sobie, mieszkanie było puste. Zamiecione. I tyle. Jeszcze ostatnie spojrzenie przez okno. Tam na dole nie było nic, czego by nie znał, a teraz musiał się wyprowadzić, bo nastał inny czas – i teraz zauważył... rzeczywiście: tam na dole była świnia! W centrum Brukseli, w Sainte-Catherine. Musiała nadbiec od strony rue de la Braie, przebiegła wzdłuż ogrodzenia wokół placu budowy przed jednym z domów, de Vriend wychylił się z okna i zobaczył, jak świnia po prawej, na rogu rue du Vieux Marché aux Grains, wymijając kilku przechodniów, o mało nie wpadła pod taksówkę.

Kai-Uwe Frigge, rzucony do przodu w wyniku gwałtownego hamowania, opadł na siedzenie. Skrzywił się. Był spóźniony. I poirytowany. Co się znowu dzieje? W gruncie rzeczy nie był spóźniony, ale idąc na jakieś spotkanie, przykładał wagę do tego, żeby zawsze pojawić się na miejscu dziesięć minut wcześniej, zwłaszcza w deszczowe dni, żeby w toalecie doprowadzić się jeszcze do porządku, mokre od deszczu włosy, zaparowane okulary, zanim przyjdzie osoba, z którą się umówił...

– Świnia! Widział pan? – zawołał taksówkarz. – Wleciała mi prawie pod koła! – Pochylił się nisko nad kierownicą: – Tam! Tam! Widzi ją pan?

Teraz zobaczył ją także Kai-Uwe. Przetarł wierzchem dłoni szybę, świnia pobiegła w boczną ulicę, brudnoróżowe, mokre ciało zwierzęcia błyszczało w świetle latarni.

– Jesteśmy na miejscu, proszę pana! Bliżej nie mogę podjechać. Ale coś takiego! Świnia leci mi prawie pod koła! Szczęśliwy jak świnia w deszcz, mogę tylko powiedzieć!

Fenia Xenopoulou siedziała w restauracji Menelas przy pierwszym stoliku pod dużym oknem wychodzącym na plac. Irytowało ją, że zjawiła się o wiele za wcześnie. To nie będzie oznaką pewności siebie, jeśli zastanie ją czekającą już na niego przy stoliku. Była nerwowa. Obawiała się, że z powodu deszczu zrobi się korek, założyła, że dojazd tutaj zajmie jej więcej czasu. Teraz siedziała już przy drugim ouzo. Kelner krążył wokół niej jak uprzykrzona osa. Wpatrywała się w kieliszek i przyrzekła sobie, że go nie dotknie. Kelner przyniósł jej karafkę świeżej wody. Potem jeszcze mały talerzyk oliwek – i powiedział: – Świnia!

– Słucham? – Fenia podniosła głowę, zobaczyła, że kelner wygląda w napięciu na plac, i teraz ona też ją ujrzała: świnia biegła prosto na restaurację, śmiesznym galopem, te krótkie nóżki machające to w przód, to w tył pod okrągłym ciężkim korpusem. Pomyślała w pierwszej chwili, że to pies, jedna z tych odrażających bestii, tuczonych przez wdowy, ale nie – to była naprawdę świnia! Prawie jak z podręcznika, Fenia widziała ryjek, uszy zredukowane do linii, konturów, tak na prośbę dzieci rysuje się świnię, ale ta sprawiała wrażenie, jakby wyrwała się z jakiejś opowieści grozy przeznaczonej dla najmłodszych. Nie była to dzika świnia, była to brudna, ale jednoznacznie różowa świnia domowa, która miała w sobie coś niesamowitego, coś groźnego. W strugach deszczu spływających po szybie Fenia zobaczyła, jak świnia zahamowała raptownie przed kilkoma przechodniami, rozstawiła nóżki, poślizgnęła się, rzuciła w bok, upadła, podniosła się i pognała z powrotem, teraz w stronę hotelu Atlas. W tym momencie z hotelu wyszedł Ryszard Oświecki. Zaraz po opuszczeniu windy, jeszcze idąc przez foyer, naciągnął na głowę kaptur wiatrówki, teraz szedł w deszczu, szybko, ale nie pośpiesznie, żeby nie zwrócić na siebie uwagi. Deszcz był szczęśliwą okolicznością: kaptur, szybki krok wydawały się w tych warunkach czymś zupełnie normalnym i nierzucającym się w oczy. Nikt nie będzie mógł potem zeznać, że widział uciekającego mężczyznę, mniej więcej w tym wieku, na oko tego wzrostu, a kolor wiatrówki – oczywiście, ten kolor też jeszcze pamięta... Szybko skierował się w prawo, kiedy usłyszał nerwowe wołania, czyjś krzyk i dziwnie kwiczące sapanie. Zatrzymał się na chwilę i obejrzał za siebie. Od razu zobaczył tę świnię. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Między dwoma z szeregu żelaznych słupków, które okalały placyk przed hotelem, stała świnia. Pochyliła łeb niczym byk, zanim przejdzie do ataku, było w tym coś śmiesznego, a zarazem jednak groźnego. To była całkowita zagadka: skąd ta świnia się tu wzięła, dlaczego tu stała? Oświecki miał wrażenie, że całe życie na tym placu, przynajmniej na ile potrafił go teraz ogarnąć wzrokiem, zastygło i znieruchomiało, w małych oczkach zwierzęcia odbijało się światło neonu umieszczonego na fasadzie hotelu – i w tym momencie Oświecki zaczął biec! Pobiegł na prawo, jeszcze raz obejrzał się za siebie, świnia, sapiąc, podniosła łeb, zrobiła kilka drobnych kroczków w tył, obróciła się i popędziła na przełaj przez plac, do szpaleru drzew przed Flamandzkim Centrum Kultury De Markten. Przechodnie obserwujący tę scenę patrzyli w ślad za zwierzęciem, a nie za mężczyzną w kapturze – i teraz dostrzegł je także Martin Susman. Mieszkał w domu obok hotelu Atlas, otworzył akurat okno, żeby przewietrzyć mieszkanie, i nie wierzył własnym oczom: To zwierzę wyglądało na świnię! Zastanawiał się właśnie nad swoim życiem, nad przypadkami, które sprawiły, że on, dziecko austriackich chłopów, mieszkał i pracował teraz w Brukseli, w tym nastroju wszystko wydawało mu się nienormalne i obce, ale swobodnie biegająca świnia tam na dole, na placu, to było już czyste wariactwo, to mógł być tylko jakiś figiel jego wyobraźni, jakaś projekcja jego wspomnień! Spojrzał raz jeszcze, ale świni już nie zobaczył.

 

Pobiegła w stronę kościoła Sainte-Catherine, przemknęła przez rue Sainte-Catherine, trzymając się lewej strony i wymijając turystów wychodzących z kościoła, minąwszy świątynię, pognała w stronę Quai aux Briques, turyści śmiali się, uważając zapewne zestresowane, ledwo trzymające się na nogach zwierzę za jakiś folklor, jakiś lokalny fenomen. Niektórzy pewnie szukali potem wyjaśnienia w przewodniku. Czy w hiszpańskiej Pampelunie w jakieś święto nie pędzono byków ulicami miasta? Może w Brukseli przy takiej okazji gna się świnie? Jeśli doświadcza się niepojętego tam, gdzie wcale się nie oczekuje, że wszystko będzie zrozumiałe – jakże pogodne jest wtedy życie.

W tym momencie Gouda Mustafa wyszedł zza rogu i prawie zderzył się ze świnią. Prawie? Czy jednak go nie dotknęła, musnęła jego nogę? Świnia? Gouda w panice uskoczył w bok, stracił równowagę i upadł. Leżał teraz w kałuży, tarzał się w niej, co tylko pogarszało sprawę, ale to nie błoto ulicy, to dotknięcie, jeśli w ogóle do niego doszło, nieczystego zwierzęcia sprawiało, że czuł się zbrukany.

Naraz zobaczył rękę, która wyciągnęła się ku niemu, ujrzał twarz starszego pana, smutną, zatroskaną twarz, mokrą od deszczu, mężczyzna zdawał się płakać. Był to profesor Alois Erhart. Gouda nie zrozumiał, co tamten do niego powiedział, zrozumiał tylko słowo „okay”.

– Okay! Okay! – odparł Gouda.

Profesor Erhart mówił dalej, po angielsku, powiedział, że również on upadł już tego dnia, ale był tak skonfundowany, że zamiast „fell” powiedział „failed”. Gouda nie zrozumiał go, więc powtórzył tylko: – Okay!

Właśnie rozbłysły już niebieskie światełka. Karetka pogotowia. Policja. Cały plac obracał się, migotał, drgał w niebieskim świetle. Radiowozy podjechały, wyjąc, pod hotel Atlas. Niebo nad Brukselą czyniło swoją powinność. Padał deszcz. Zdawało się teraz, że jego krople błyszczą niebiesko. Do tego silny podmuch wiatru, który kilku przechodniom poderwał i wywrócił na drugą stronę parasole. Gouda Mustafa chwycił dłoń profesora Erharta i dał się postawić na nogi. Ojciec ostrzegał go przed Europą.

Rozdział pierwszy

Powiązania nie muszą istnieć naprawdę,

ale bez nich wszystko by się rozpadło.

.

Kto wynalazł musztardę? To nie jest dobry początek powieści. Z drugiej strony: dobry początek nie istnieje, ponieważ żadnego początku, obojętnie dobrego czy gorszego, nie ma. Każde pierwsze zdanie bowiem, jakie daje się wymyślić, jest już końcem – nawet jeśli coś toczy się dalej. Stoi ono na końcu niezliczonych tysięcy stron, których nigdy nie napisano: jest końcem prehistorii.

Właściwie należałoby, gdy rozpoczyna się lekturę jakiejś powieści, móc od razu po przeczytaniu pierwszego zdania przekartkować ją wstecz. To było marzeniem Martina Susmana, takim kimś chciał właściwie zostać: opowiadaczem prehistorii. Przerwał studia na wydziale archeologii i dopiero potem – wszystko jedno, to nie ma tu nic do rzeczy, to należy do prehistorii, którą każdy początek powieści musi wymazać, bo inaczej na koniec nigdy się ona nie zacznie.

Martin Susman siedział przy biurku, odsunął laptopa na bok i z dwóch różnych tub wycisnął na talerz musztardę, jedną angielską, ostrą, i drugą, niemiecką, słodką, i zastanawiał się, kto wynalazł musztardę. Kto wpadł na ten dziwaczny pomysł, żeby wyprodukować pastę, która całkowicie przesłania smak jakiejś potrawy, chociaż sama wcale nie jest smaczna? I jak to możliwe, że ten wyrób przyjął się na masową skalę? To jest, myślał, taki sam produkt jak coca-cola. Produkt, którego nikomu by nie brakowało, gdyby go nie było. W drodze do domu kupił w sklepie sieci Delhaize na boulevard Anspach dwie butelki wina, bukiet żółtych tulipanów, kiełbaskę z rusztu i do tego oczywiście musztardę, od razu dwie tubki, ponieważ nie mógł się zdecydować, czy woli słodką czy ostrą.

Teraz kiełbaska podskakiwała i syczała na patelni, płomień palnika był zbyt duży, tłuszcz się spalił, kiełbaska się zwęgliła, ale Martin nie zwrócił na to uwagi. Siedział i wpatrywał się w nieco jaśniejszy żółtawy i obok niego drugi, ciemnobrązowy krążek musztardy na białym talerzu, miniaturowe rzeźby psiego łajna. Wpatrywanie się w musztardę na talerzu, podczas gdy na patelni pali się kiełbasa, nie jest jeszcze opisane w literaturze przedmiotu jako jednoznaczny i typowy symptom depresji – niemniej możemy go interpretować jako taki.

Musztarda na talerzu. Otwarte okno, zasłona deszczu. Stęchłe powietrze, fetor zwęglonego mięsa, skwierczenie pękającej osłonki i palącego się tłuszczu, rzeźby odchodów na porcelanowym talerzu – w tym momencie Martin Susman usłyszał strzał.

Nie przestraszył się. Zabrzmiało to tak, jakby w sąsiednim mieszkaniu ktoś otworzył butelkę szampana. Za osobliwie cienką ścianą nie znajdowało się jednak mieszkanie, tylko pokój hotelowy. Obok był hotel Atlas – co za eufemistyczna nazwa jak na tak niepozorny dom, w którym zatrzymywali się przede wszystkim zgarbieni, ciągnący za sobą walizki na kółkach lobbyści. Raz po raz Martin słyszał przez ścianę rzeczy, którymi nie zaprzątał sobie przesadnie głowy, ale które niekoniecznie pragnął usłyszeć. Reality show, czy może po prostu reality, chrapanie albo jęki.

Deszcz się nasilił. Martin miał ochotę wyjść z domu. Dobrze się przygotował na Brukselę. W czasie przyjęcia pożegnalnego w Wiedniu otrzymał jako brukselskie wyposażenie specjalnie dobrane podarunki, wśród nich dziewięć parasoli od deszczu, od klasycznego brytyjskiego parasola typu laska i niemieckiego knirpsa po włoski mini w trzech barwach Benettona, do tego jeszcze dwa poncza przeciwdeszczowe dla rowerzystów.

Siedział bez ruchu nad talerzem i gapił się na musztardę. To, że później mógł powiedzieć policji, kiedy dokładnie padł ów strzał, zawdzięczał temu, że odgłos rzekomo strzelającego korka od szampana zainspirował go do otwarcia samemu butelki wina. Każdego dnia odkładał picie na możliwie późną porę, w żadnym wypadku nie pił przed siódmą wieczór. Spojrzał na zegarek: było pięć po wpół do ósmej. Podszedł do lodówki, wyjął butelkę, wyłączył kuchenkę, wyrzucił kiełbaskę do kubła na śmieci, wstawił patelnię do zlewu, odkręcił kran. Woda zasyczała na rozgrzanym metalu. – Nie gap się znowu jak cielę na malowane wrota! – syczała jego matka, kiedy siedział nad książką i patrzył przed siebie błędnym wzrokiem, zamiast pomóc w oborze przy karmieniu świń i wyrzucaniu gnoju.

Doktor Martin Susman siedział przy stole nad talerzem z musztardą, nalał sobie kieliszek wina, potem jeszcze jeden, okno było otwarte, od czasu do czasu podnosił się, stawał przy oknie, wyglądał przez nie krótko, potem znowu siadał przy stole. Przy trzecim kieliszku przez okno wpadło niebieskie światło, omiatając ściany pokoju. W wazonie na kominku zbłękitniałe tulipany migały rytmicznie. Zadzwonił telefon. Martin nie odebrał. Niech zadzwoni jeszcze parę razy. Spojrzał na wyświetlacz, żeby zobaczyć, czyj to numer. Nie odebrał.

Prehistoria. Jest tak znacząca i zarazem niepozornie migocząca jak wieczna lampka w kościele Sainte-Catherine na drugim końcu placu Vieux Marché aux Grains, przy którym mieszkał Susman.

Kilku przechodniów schroniło się przed deszczem do kościoła, stali niezdecydowani albo przechadzali się nawą, turyści zaglądali do swoich przewodników i podążali szlakiem godnych obejrzenia obiektów: „Czarna Madonna, wiek XIV”, „Portret św. Katarzyny”, „Typowa flamandzka kazalnica, prawdopodobnie z Mechelen”, „Rzeźby nagrobne dłuta Gilles’a-Lamberta Godecharle’a”...

Od czasu do czasu błyskawica.

Mężczyzna siedzący samotnie w ławce zdawał się modlić. Wsparty na łokciach, broda na splecionych dłoniach, plecy pochylone. Miał na sobie czarną wiatrówkę z kapturem, który nasunął na głowę, i gdyby na plecach nie widniał napis „Guinness”, można by go na pierwszy rzut oka wziąć za mnicha w habicie.

Kurtka z kapturem wiązała się zapewne z brukselskim deszczem, ale wrażenie, jakie sprawiała, zdradzało zarazem coś istotnego o tym mężczyźnie. Na swój sposób był on rzeczywiście mnichem: uważał bycie mnichem, czy to, co przez nie rozumiał, ascezę, medytację i obrzędy, za ratunek w życiu ustawicznie zagrożonym chaosem i rozproszeniem. Nie wiązało się ono dla niego z żadnym zakonem ani klasztorem, z żadnym odwróceniem się od świata: każdy mężczyzna mógł, a nawet musiał być, niezależnie od swojej profesji czy funkcji, na swoim podwórku mnichem, skoncentrowanym na swoim zadaniu wykonawcą jakiejś wyższej woli.

Lubił patrzeć na tego umęczonego człowieka na krzyżu i myśleć o śmierci. Doznawał wtedy za każdym razem oczyszczenia uczuć, uporządkowania myśli i wzmocnienia energii.

Był to Mateusz Oświecki. Jego imię chrzestne, widniejące także w jego paszporcie, brzmiało jednak Ryszard. Mateuszem Oświeckim stał się dopiero jako uczeń seminarium w Akademii Lubrańskiego w Poznaniu, gdzie każdy „oświecony wychowanek” otrzymywał jako przydomek imię jednego z jedenastu apostołów. Został ponownie ochrzczony i namaszczony jako „celnik Mateusz”. Mimo że opuścił seminarium, zachował to imię jako swój pseudonim. Granice, na których musiał pokazać paszport, przekraczał jako Ryszard. W kręgach tajnych służb znany był wedle wypowiedzi kilku dawnych łączników jako „Matek”, co było zdrobnieniem od Mateusz. Tak kazał się nazywać swoim współpracownikom. Jako Mateusz wypełniał swoją misję, jako Matek był poszukiwany, jako Ryszard prześlizgiwał się przez oczka sieci.

Oświecki się nie modlił. Nie formułował po cichu zdań zaczynających się od „Panie” i będących zawsze tylko życzeniami, „Daj mi siłę – ”, bym mógł zrobić to czy tamto, „Pobłogosław –” to czy tamto... Od absolutnego ducha, który milczał, nie należało życzyć sobie niczego. Patrzył na przybitego do krzyża człowieka. Doświadczenie, za sprawą którego ten człowiek stał się wzorem dla ludzkości i które na koniec także sformułował, było doświadczeniem całkowitego opuszczenia w chwili zderzenia z absolutem: kiedy powłoka zostaje skaleczona, otwarta, rozcięta, przebita i rozdarta, kiedy okrzyki bólu życia przechodzą w jęk i na koniec w milczenie. Tylko w milczeniu życie bliskie jest wszechmocnego ducha, który pod wpływem niepojętego kaprysu emanował z siebie przeciwieństwo swego bytu: czas. Człowiek może, poczynając od chwili swoich narodzin, myśleć i myśleć, i coraz dalej myśleć wstecz, wiecznie, wiecznie wstecz, i nie dotrze do żadnego początku, i za pośrednictwem swojego prymitywnego pojęcia czasu może pojąć tylko jedno: że zanim się stał, przez wieczność go nie było. I może wybiec myślą naprzód, poczynając od chwili swojej śmierci aż po wszelką przyszłość, nie docierając do żadnego kresu, tylko do stwierdzenia: że już wiecznie go nie będzie. A ów epizod między wiecznością a wiecznością to czas – hałas, gwar głosów, łoskot maszyn, warkot motorów, huk i szczęk broni, okrzyki bólu i rozpaczliwe jęki rozkoszy, chorały tyleż wściekłych, co ku własnej radości oszukanych mas, pomruk grzmotów i trwożliwe sapanie w mikroskopijnym terrarium Ziemi.

Mateusz Oświecki przyglądał się torturowanemu człowiekowi.

Nie złożył dłoni jak do modlitwy, tylko splótł je, wbijając w nie paznokcie tak, że chrzęściły kości i piekła go skóra. Czuł ból, który był starszy niż on sam. Mógł, splatając dłonie, w każdej chwili przywołać ten ból. Jego dziadek Ryszard na początku 1940 roku zszedł do podziemia, żeby w polskim ruchu oporu, pod dowództwem generała Stefana Roweckiego, walczyć przeciwko Niemcom. Już w kwietniu tego samego roku zdradzony, aresztowany, poddany torturom, został ostatecznie rozstrzelany publicznie w Lublinie jako partyzant. Jego babka była wówczas w ósmym miesiącu ciąży, dziecko przyszło na świat w maju 1940 roku w Kielcach i otrzymało imię swojego ojca. W obawie przed ewentualną odpowiedzialnością rodzinną przerzucono je do Poznania, do rodziny brata dziadka, który podpisał volkslistę. Tam chłopiec dorastał i, mając szesnaście lat, przeżył powstanie. Młody licealista przyłączył się do grupy majora Franczaka, żeby wziąć udział w antykomunistycznym ruchu oporu. Wysyłany był na akcje sabotażowe, później uczestniczył w porwaniach szpiclów służby bezpieczeństwa – i w 1964 roku został za 6000 złotych zdradzony przez kolegę. Aresztowano go w konspiracyjnym mieszkaniu i w piwnicy SB zamęczono na śmierć. Jego narzeczona Maria była wówczas już w ciąży, dziecko przyszło na świat w lutym 1965 roku we wsi Kozice Górne i otrzymało na chrzcie imię swojego dziadka i swojego ojca. Tak oto kolejnemu synowi nie dane było poznać ojca. Matka niewiele mu opowiadała. Raz: – Spotykaliśmy się na polach albo w lesie. Na randkę przychodził z pistoletem i granatami.

 

Wiecznie milczący dziadek. Wiecznie milczący ojciec. Polacy, taką lekcję odebrał Matek, zawsze walczyli za wolność Europy, każdy, kto przyłączał się do tej walki, dorastał w milczeniu i walczył, póki nie przeniósł się w milczenie.

Jego matka jeździła z nim do księży, szukała orędowników, kupowała listy polecające, wierzyła w ochronę, jakiej mógł udzielić Kościół. W końcu umieściła go u braci szkolnych w Poznaniu. Tam osobiście doświadczył, jak wrażliwe jest ciało ludzkie: że krew jest środkiem smarującym i nawilżającym przy wnikaniu w otwór, skóra tylko wilgotnym pergaminem, na którym nóż rysuje mapy, usta i krzyczące gardło czarną dziurą, którą się zatyka, póki nie ucichnie ostatni dźwięk i nie będzie ona już tylko chłonąć w milczeniu tego, co jest potrzebne do życia. I tam też zyskał zupełnie nowe wyobrażenie o „podziemiu”. Kiedy wychowankowie otrzymali imiona zakonne, zaprowadzono ich do katakumb wspaniałej poznańskiej katedry, do tajemnych, podziemnych, sklepionych pomieszczeń i krypt, świecącymi i pobłyskującymi w świetle pochodni kamiennymi schodami do najgłębszych podziemi i przez ostatnią surową sztolnię do izby, która okazała się zapadłą kaplicą śmierci i życia wiecznego: sklepienie kolebkowe, wykute w skale w dziesiątym stuleciu po Chrystusie sto stóp poniżej przesyconej krwią polskiej ziemi. Na ścianie frontowej znajdował się monumentalny krzyż z przerażająco naturalistycznym wyobrażeniem postaci Chrystusa, za nim płaskorzeźby przedstawiające anioły, które wyłaniały się ze skały albo zdawały się w nią wnikać i przenikać przez nią, zatrważająco żywe w świetle migoczących płomieni. Przed nimi Madonna, jakiej młody Ryszard jeszcze nigdy nie widział, w żadnym kościele, na żadnym obrazku w swoich książkach: była całkowicie zakryta! Miała na sobie pelerynę, którą narzuciła na czoło, nos i usta w taki sposób, że w całej tej zasłonie widać było przez wąską szparkę tylko jej oczy, oczodoły tak głębokie i tak martwe, jakie mogły być tylko po przepłakaniu tysiąca lat. To wszystko, jak również ołtarz, wykuty i uformowany z kamienia i margla ilastego przebitej w tym miejscu warstwy geologicznej. Ławy z zimnego kamienia, na których, plecami do Ryszarda i pozostałych wchodzących podopiecznych, siedziało jedenastu mnichów w czarnych habitach, ich pochylone głowy były zakryte kapturami.

Wychowanków poprowadzono środkowym przejściem między modlącymi się mnichami ku Chrystusowi, gdzie się przeżegnali i na dany im znak obrócili. Ryszard spojrzał za siebie i zobaczył teraz: kaptury okrywały trupie czaszki, różańce w rękach zakonników wisiały na kościach palców – ci mnisi byli szkieletami.

Człowiek bliżej jest Boga pod ziemią niż na szczycie gór.

Mateusz Oświecki kilka razy popukał się końcami palców w czoło. Czuł się ciężki od nadmiaru ciała i zbutwiały. A w jamie brzusznej, z lewej strony, nieco poniżej pępka, czuł pieczenie. Wiedział: tam płonęła śmierć. Nie budziła w nim strachu. Uwalniała go od niego.

Te szkielety w habitach były szczątkami biskupa misyjnego Jordana i członków kolegium założycielskiego biskupstwa poznańskiego. Od niemal tysiąca lat tkwiły tu, pogrążone w wiecznie milczącej modlitwie. W obecności tych jedenastu szkieletów każdemu wychowankowi przydzielane było jedno z jedenastu imion apostołów. Jedenastu? Żadnego Judasza? Owszem. Ale nadanie któremuś z uczniów imienia Piotra, pierwszego zastępcy Boga na ziemi, byłoby uzurpacją. Wybraniec i tak stanie się Piotrem, niezależnie od tego, czy nosi imię Jan czy Paweł.

Mateusz Oświecki przycisnął dłonie do uszu. Tyle głosów słyszał w głowie. Zamknął oczy. Zbyt wiele obrazów. To nie było wspomnienie, nie była prehistoria. To było obecne teraz, teraz, kiedy tak siedział przed Ukrzyżowanym. I tak jak to pieczenie w brzuchu. Nie czuł strachu, tylko coś w rodzaju zdrętwienia jak przed ważnym egzaminem, przed trudnym zadaniem. Egzamin, który można próbować zdać tylko raz, jest najtrudniejszy. Otworzył znów oczy, rozejrzał się i spojrzał na ranę w boku Zbawionego.

W gruncie rzeczy Mateusz Oświecki zazdrościł swoim ofiarom. One miały to już za sobą.

Wstał, wyszedł z kamienia kościoła, spojrzał krótko w stronę niebieskiego światła, tańczącego przed hotelem Atlas, i poszedł wolnym krokiem, z pochyloną głową, w kapturze naciągniętym głęboko na czoło, pośród padającego deszczu do stacji metra Sainte-Catherine.

Kiedy Alois Erhart wrócił do hotelu Atlas, z początku nie chciano go tam wpuścić. W każdym razie gest policjanta, który przed wejściem do hotelu wyciągnął rękę w jego stronę, Erhart zinterpretował jako polecenie, że ma się zatrzymać.

Tego, co powiedział funkcjonariusz, nie zrozumiał. Nie znał dobrze francuskiego.

Już z daleka spostrzegł wirujące niebieskie światło koguta na dachu radiowozu policji i karetki pogotowia ratunkowego – i pomyślał, że chodzi o jakiegoś samobójcę. Szedł powoli w stronę hotelu, i od razu pojawiło się znowu to uczucie, które ogarnęło go już w południe: jakby owa nicość, w której każdy człowiek pogrąży się prędzej czy później, rozprzestrzeniła się nagle niczym jakaś zapowiedź czy wręcz zachęta w jego klatce piersiowej i jamie brzusznej. Zdrętwiały i bez tchu, czuł ów cud, że oto w ograniczonej powłoce ciała może się rozprzestrzenić rosnąca w nieskończoność pustka. Dusza jako czarna dziura, która wszystkie doświadczenia, jakie były jego udziałem w ciągu całego życia, wsysa i pochłania, póki nie pozostanie tylko nicość, absolutna pustka, całkowicie czarna, ale pozbawiona łagodności bezgwiezdnej nocy.

Teraz stał przed stopniami prowadzącymi do hotelu, mając obolałe kości i piekące ze zmęczenia mięśnie, a za sobą kilku gapiów, i powiedział po angielsku, że jest gościem tego hotelu, że ma tutaj swój pokój – co nie miało żadnego wpływu na wyciągniętą rękę. Ta sytuacja wydała mu się tak surrealistyczna, że nie zdziwiłby się, gdyby został teraz aresztowany. Ale był nie tylko starym mężczyzną, któremu ciało zaczęło nieodwołalnie odmawiać posłuszeństwa, lecz także emerytowanym profesorem doktorem Erhartem, który przez połowę swojego życia uchodził za autorytet. Turysta, powiedział zdecydowanym tonem, jest turystą. Tutaj! W tym hotelu. I życzy sobie udać się do swojego pokoju. Słysząc to, urzędnik poszedł z nim do recepcji i zaprowadził go do mierzącego prawie dwa metry mężczyzny po pięćdziesiątce, w o wiele za ciasnym szarym garniturze, który to człowiek kazał mu się wylegitymować.

Dlaczego profesor stał przed nim z pochyloną głową? Widział rozdęty brzuch tego olbrzyma – i ogarnęło go nagle uczucie litości. Istnieją ludzie, którzy za sprawą swojej masywnej fizycznej prezencji wydają się wiecznie silni, zawsze sprawni, nigdy nie kwękający, póki nie padną nagle jak rażeni gromem, martwi w wieku, o którym się powiada, że to przecież żaden wiek. Zawsze dumni ze swojej konstytucji, uważają się za nieśmiertelnych, dopóki mogą prężyć się przed innymi, konfrontować ich ze swoim ciałem. Ci ludzie nie stawali nigdy wobec pytania, jaką decyzję by podjęli, gdyby byli starzy i nieuleczalnie chorzy, gdyby w dającej się przewidzieć przyszłości stali się niedołężni. Ten mężczyzna był wewnątrz przegniły i zbutwiały, i miał niebawem runąć, tylko jeszcze o tym nie wiedział.

Profesor Erhart podał mu paszport.

Kiedy przybył? Parlez-vous français? No? English? Kiedy wyszedł z hotelu? Czy był w hotelu między dziewiętnastą a dwudziestą?

Po co te pytania?

Wydział zabójstw. Pewien mężczyzna został zastrzelony w jednym z pokoi w tym hotelu.

Bolało go prawe przedramię. Przyszło mu na myśl, że może zwróciło już uwagę tamtego, że raz po raz masuje sobie rękę, naciska ją, ugniata.

Wyjął aparat cyfrowy z bocznej kieszeni kurtki przeciwdeszczowej, włączył go. Mógł pokazać, gdzie był: na każdym zdjęciu widniała data, kiedy zostało wykonane.

Mężczyzna się uśmiechnął. Przejrzał zdjęcia. Popołudnie w Dzielnicy Europejskiej, plac Schumana, budynek Justus Lipsius, Berlaymont, tabliczka z nazwą ulicy „Rue Joseph II”. Dlaczego akurat ta tabliczka?

– Jestem Austriakiem!

– Ach tak.

Rzeźba „Marzenie o Europie” na rue de la Loi. Wykonana z brązu figura niewidomego mężczyzny (albo może lunatyka?), który stojąc na podeście, daje krok w pustkę. Czego to ci turyści nie fotografują! Tutaj. Godzina dziewiętnasta piętnaście: Grand Place. Szereg zdjęć stamtąd do dziewiętnastej dwadzieścia osiem. Wreszcie ostatnie zdjęcie: cztery minuty po dwudziestej, Sainte-Catherine, nawa kościoła. Mężczyzna nacisnął przycisk i teraz miał przed sobą znów pierwsze zdjęcie. Nacisnął klawisz „Wstecz”. Chrystus, ołtarz, przed nim w ławce mężczyzna, który miał na plecach napis „Guinness”.