Zmora

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zmora
Zmora
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Zmora
Zmora
Audiobook
Czyta Karolina Gruszka, Przemysław Bluszcz
36,90  26,94 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

LATO 1986 ROKU

Ktoś mówi, że niebo płacze nad Piotrkiem.

Jeszcze nie rozumiem, o co chodzi, a ulewa nie ustaje nawet na moment. Niewiele więcej pamiętam, tylko te strugi deszczu siekące ciężką, grząską ziemię.

Ktoś, nie przypominam sobie kto, zabiera mnie znad rzeki, ciągnie za rękę, mówi coś, próbując bezskutecznie zagłuszyć szum deszczu i narastającą z oddali syrenę.

Idę posłusznie, ale z pochyloną głową, wpatrując się w przesuwającą się pod sandałkami wydeptaną szeroką ścieżkę z wyżłobionym korytem, którym spływa woda, szemrząc jak potok. Ucieka niżej, w stronę rzeki, bo woda ciągnie do wody. Ziemia ugina się pod naszym ciężarem, idziemy wolno, nieco pod górkę, w kierunku działek ułożonych ciasno obok siebie na zboczu doliny rzeki. Unoszę wzrok i widzę ciężkie chmury, które nigdy tak nisko tu nie wisiały.

Niebieskie światło wozów milicyjnych chłoszcze ziemię, smaga wzburzone kałuże, błyska oślepiająco. Ale nie przestajemy iść. Po krótkim marszu chowamy się w cichym na pozór domu. Ktoś pomaga mi zdjąć płaszcz i kalosze i dopiero wtedy dostrzegam długie, posiwiałe już włosy babki, matki mojego ojca. Zauważam zaciśnięte usta wykrzywione w podkowę i po tej minie rozpoznaję, jak bardzo są do siebie podobni.

– Stój tu – rozkazuje, a ja nawet nie zamierzam się sprzeciwiać.

Drżę z zimna i emocji. I płaczę bezgłośnie, bo chyba powinnam płakać, tak jak rodzice Piotrka. Wreszcie dociera do mnie, co tak naprawdę mogło się stać.

– Nie maż się! – Babka podchodzi do mnie z wyrazem obrzydzenia na twarzy.

Każe mi ściągnąć bluzkę i spodnie, i stoję już przed nią niemal całkowicie naga, w samych majtkach. Brzydzę się siebie i tej nagości. Rzuca mi jakąś koszulkę z szafy, ubieram się czym prędzej, a ona idzie do kuchni i po chwili słyszę głuchy szum wody, która wpada do czajnika, niedługo później syczy gaz pod palnikiem.

Podchodzę do okna, chciałabym zobaczyć ojca, pójść do niego, pozostać w jego ramionach, czuć jego szorstką dłoń na swoim policzku. Przykładam twarz do szyby, która zasnuwa się obłokiem pary mojego oddechu.

Ciemne chmury nie ustępują, nie widzę dalej niż dom starych państwa Ziółkowskich, których w tym roku nie ma na działkach, bo pojechali do sanatorium. Zauważam natomiast, jak z góry, zza zabudowań starej cegielni, wolno toczy się kolejny duży fiat, niebieski radiowóz.

Obserwuję go tak długo, aż zniknie za działką Ziółkowskich, przysuwam twarz do ramy okna, ale to nic nie daje, już go nie ma. Pozostawia po sobie rytmiczny poblask niebieskiego światła.

– Kolację zjedz – skrzeczy babka z kuchni, ale nie mam apetytu.

Posłusznie zabieram talerz z dwiema kanapkami z serem. Nic nie mówiąc, wbiegam po drewnianych schodach na antresolę i rzucam się na swoje łóżko. Najciszej, jak potrafię, płaczę w poduszkę.

Płaczę nad Piotrkiem, którego nie ma, który pewnie wpadł do rzeki i w niej utonął. Płaczę, bo wiem, że gdybym tylko poszła za nim tuż po tym, jak podejrzałam, dokąd zmierza, może znalazłabym jego kryjówkę i nic by mu się nie stało. Biorę tę winę na siebie, a ona staje się jedną z moich blizn.

Przypominam sobie wszystko, co wydarzyło się od chwili, gdy krzyknęłam: „Szukam!”. Gdy odjęłam ciepłe dłonie od twarzy, gdy ruszyłam na poszukiwanie bliźniaków.

Staram się przywołać w pamięci to, co było wcześniej. Jak to się zaczęło, co było, zanim zasłoniłam oczy, ale przychodzi mi to z trudem.

Tego dnia bawiliśmy się w chowanego po raz kolejny. Mylą mi się te momenty, gdy stoimy we czwórkę: ja, obok mnie Piotrek, a naprzeciwko oni, Michał z pieprzykiem na szyi i Tomek. Bracia Bąkowie. Pamiętam, że kiedy Piotrek odwraca się od nas i robi krok w stronę polany, goniąc wzrokiem białego motyla, Michał zerka na brata, jakby czekał na jego skinienie, a kiedy to następuje, podbiega do Piotrka i gwałtownym ruchem ściąga mu spodenki. Ledwie do połowy uda, ale to wystarczy, by cała nasza trójka zachichotała głośno na widok dużych białych pośladków, tak różnych od czerwonej skóry pleców. Piotrek z trudem naciąga portki, odwraca się, a na jego twarzy płoną dwa bordowe placki. Otoczone pulchnymi policzkami usta zaciskają się w wyrazie złości, ale braci już nie ma obok nas. Już się rozbiegli, zdążyli zniknąć, więc jestem tylko ja, z gasnącym uśmiechem, z poczuciem wstydu, że zawiodłam rudego chłopca tym nagłym wybuchem śmiechu, który odziera go ze złudzeń, że jestem po jego stronie.

Piotrek zaczyna szybko mrugać powiekami, potem ociera piąstką oko. Wyciera ją w opinającą brzuch koszulkę.

– Zostawcie mnie w spokoju! – krzyczy, odwraca się i odchodzi.

Ale Michałowi jest mało. Wyskakuje zza obrośniętego chaszczami pagórka i rzuca w Piotrka kamykiem, który trafia go między łopatki. Piotrek jęczy cicho i krótko. Potem, gnany nagłym impulsem, rzuca się do domu. Michał, zwinniejszy i szybszy, chce go dogonić, ale wpadają za pagórek i już ich nie widzę.

– Chodź tu, gruba świnio! – krzyczy drugi z bliźniaków, który wyrasta po mojej lewej.

Podrzuca w dłoni niewielki kamyk. Zbieram się w sobie i wytrącam mu go z ręki.

– Zostawcie go! – krzyczę i też chcę stąd odejść, ale nagle dobiega mnie zdławiony, krótki krzyk.

Biegnę w stronę, w którą uciekał Piotrek. Za mną niesie się tupot nóg Tomka. Po kilkudziesięciu metrach natrafiamy na Michała. Siedzi na ziemi i dyszy nerwowo. Dłonie zaciska w pięści. Gdy nas zauważa, wstaje i nerwowo przeciska się między mną a bratem, bo zajmujemy całą szerokość krętej ścieżki. Tomek rusza za nim bez słowa, a ja mam ich w nosie i chcę znaleźć Piotrka. Odchodzę kilka metrów w głąb łąki, w kierunku działek skąpanych w popołudniowym słońcu. I chociaż ścieżka biegnie dalej, zatrzymuję się po kilkunastu metrach.

Gdzieś obok słyszę niewyraźny odgłos kroków.

– Piotrek?

Dźwięk nie ustaje, ale coś każe mi wracać do bliźniaków, nad rzekę.

– Piotrek! – krzyczę, a mój głos niesie się po łące, po czym cichnie.

Ptaki przelatują nisko, a w oddali niebo nabiera granatowego odcienia.

Mijam naszą bazę, skrzyżowanie ścieżek, z których jedna wiedzie nad rzekę, do rozłożystego drzewa z liną do skoków. Na plaży siedzą bliźniacy, słyszę ich szept, nerwowy, urywany, ale kiedy podchodzę, milkną natychmiast. Tomek przesypuje piasek w dłoniach. Michał uderza pięścią w niewielkie wyżłobienie. Żaden z nich nie podnosi na mnie wzroku.

– Głupi jesteście! – karcę ich, bo mam tego wszystkiego dość. – Zostawcie go!

– Bo co? – burczy Michał i przykłada dłoń do policzka, jakby oberwał w to miejsce. – Teraz to „zostawcie go”, a jak mu gacie ściągnąłem, to rechotałaś.

– Nieprawda! – Twarz płonie mi od kłamstwa, a bracia śmieją się krótko.

Chcę ich zostawić i wrócić do siebie, do ojca, ale kiedy się odwracam, za moimi plecami stoi Piotrek. W oczach wciąż ma łzy. Dyszy z wysiłku lub nerwów, sama nie wiem. Plamy wilgoci odznaczają się na koszulce, pod pachami.

A bliźniak z pieprzykiem na szyi najpierw spogląda na brata, dopiero potem kiwa głową. W tej jednej chwili, kiedy odwrócił się do Tomka, miałam wrażenie, jakby na ich twarzach wykwitł nieznaczny krótki uśmiech.

– Dobra, daj na zgodę. – Michał wstaje, otrzepuje krótkie spodenki i z wyciągniętą ręką idzie do Piotrka.

Rudowłosy chłopiec się ociąga, ale w końcu podaje pulchną dłoń.

– Już nie będę – obiecuje Michał, a Piotrek uśmiecha się nieśmiało.

Tomek stoi z boku, ale potem i on podchodzi do chłopca i też trzęsie jego ręką.

Szczęśliwy Piotrek ociera przedramieniem gile z nosa, a później całą czwórką wracamy do bazy.

– To co, Kamila? – pyta jeden z bliźniaków, gdy dochodzimy na miejsce. – Teraz twoja kolej, nie?

Kiwam głową.

W milczeniu patrzymy po sobie.

W oddali słyszę silnik samochodu, albo tak mi się tylko zdaje. Nikt nie zwraca na niego uwagi, bo znowu stanowimy zgraną paczkę dzieciaków z dobrych domów. Zerkam w stronę działek i widzę stąd w oknie domu ojca Piotrka. Wygrzewa się z twarzą zwróconą ku słońcu.

Zastanawiam się, czy słyszał nasze krzyki.

Piotrek i Tomek skupiają wzrok na mnie. Tylko Michał opiera dłonie na biodrach i patrzy nie dalej niż na czubki swoich butów.

– No dobra. – Uśmiecham się do Piotrka, który jest już wyraźnie rozluźniony. – Zaczynamy.

Gdy znowu zerknę przelotnie na domek Janochów, mężczyzny już tam nie będzie.

Zamykam oczy i odliczam głośno od dziesięciu w dół, a ciszę nad rzeką przecina mój krzyk.

– Szukam!

I nagle dobiega mnie złowrogi poszept letniego powiewu, który zbiera siły i nadciąga spod ciemniejącego nieba.

Muska moją twarz i przeczesuje włosy.

I gaśnie tak szybko, jak się pojawił.

KAMA

– Halo?

– To ja, Kama – mówię do słuchawki.

Siedzę na stopniach przed wejściem do byłego biura turystycznego i wodzę wzrokiem po cegłach średniowiecznego muru. Słońce bije prosto w szyby oklejone papierem. Chłonę to ciepło i jest mi z tym dobrze.

– No proszę. – W głosie Pawła Hałasa wybrzmiewają nuty zadowolenia. – Czyżbyś przemyślała moją propozycję?

– W zasadzie jeszcze jej nie usłyszałam – odpowiadam, mając na myśli wysokość honorarium.

– Bo nie chciałaś – odparowuje.

– Być może nadal nie chcę, ale wolałabym wiedzieć, co tracę – dodaję przekornie.

– Dwadzieścia tysięcy złotych. – Wypowiada to w taki sposób, jakby z ust sypało mu się złoto.

– To nie może być stawka dla dziennikarzy europejskich.

Zaskakuję go i natychmiast traci rezon.

– No wiesz, w każdym kraju staramy się ją dopasować do zarobków. Sama przyznasz, że jak na polskie warunki to dobry pieniądz.

 

– Ile dni zdjęciowych?

– Maksymalnie sześć i wszystkie koszty, łącznie z wyżywieniem na planie, po naszej stronie. Dodatkowym plusem historii Piotrka Janochy jest to, że nie musimy jeździć po Polsce, wszystko masz na miejscu. To znaczy w Lubiczu.

– Wynająłeś już ten dom? – Obserwuję dwa gołębie spacerujące w cieniu murów. Rzucam im zebrane w torebce po drożdżówce okruszki. Kiwając łebkami, podchodzą blisko.

– Jestem po wstępnych rozmowach. Chyba się dogadamy.

– A co z terminem oddania reportażu?

Szary gołąb zatrzymuje się koło mojej stopy i czeka na pokarm.

– Miałabyś na to pół roku, oczywiście przy wsparciu naszego dokumentalisty.

Zawieszam się na jakiś czas.

– To jak? – niecierpliwi się Hałas. – Dogadani?

– Z kim spotkamy się na planie? – Wolę zmienić temat.

– I tu jest kłopot. Bo Michał i Tomek Bąkowie nigdy nie brali udziału w podobnych programach i pewnie dlatego teraz również odmówili. Pozostaje więc twój ojciec, ale mówiliśmy już, że to raczej odpada.

– Raczej?

– Ale mamy jeszcze rodziców Piotrka – mówi, jakby w ogóle nie słyszał mojego pytania. – Co prawda są po rozwodzie, mieszkają w różnych częściach kraju, ale plan jest taki, żeby ściągnąć ich do Lubicza, do domu, w którym spędzali każdą wiosnę i lato.

Odnotowuję, że Hałas nic nie wie o wypadku. Nie informuję go o tym. Nie mam do niego zaufania.

Wstaję, żeby rozprostować kości, i przechadzam się po wyłożonej kostką granitową drodze. Na jej końcu, od strony Żeglarskiej, nadjeżdża biała furgonetka. Jedzie wolno, kołysząc się lekko na nierównościach. Zawczasu wchodzę na chodnik, a gołębie kroczą za mną.

– Kiedy rozmawiałeś z Janochami? – Kieruję się do Baszty Gołębnik, gotyckiej budowli przyległej do murów miejskich.

– Niespełna miesiąc temu. Wstępnie się zgodził. To znaczy oboje się zgodzili.

– Dawno się rozwiedli?

– Szczerze mówiąc, nie sprawdzałem i nie pytałem – wyjaśnia, po czym ponownie zadaje pytanie, które padło już wcześniej. – To jak? Jesteśmy dogadani?

– Do kiedy potrzebujesz ostatecznej odpowiedzi?

– Hmmm… – mruczy. – Najlepiej do jutra. Pojutrze mam dwa spotkania z dziennikarzami w Warszawie. Czas leci, a ja nie chcę zostać na lodzie.

Samochód firmy kurierskiej mija mnie z klekotem silnika i delikatnym podmuchem wiatru, a ja idę kilka metrów dalej w stronę Żeglarskiej.

– Tak, dam radę.

– Świetnie. Do usłyszenia – mówi i od razu zachęca: – Tylko pamiętaj, że zależy mi na twoim udziale, więc wysokość honorarium, o którym mówiłem na początku, możesz jeszcze negocjować.

– Do usłyszenia. – Rozłączam się i odwracam.

Samochód stoi pod drzwiami mojego lokalu, zostawiłam je otwarte. Z rury wydechowej dostawczaka bucha czarny dym.

Wracam szybko.

Dobrze zbudowany mężczyzna w żółtej koszulce polo i dżinsowych szortach stoi na schodach i puka w uchylone drzwi.

– Halo – woła do wnętrza. – Kurier. Jest tam kto?

– Jestem, jestem – odzywam się.

Zaskoczony odwraca się do mnie. Ma równo przystrzyżoną brodę i okrągłą, spoconą twarz. Na przedramionach króluje biomechanika. Pod skórą ukrywają się koła zębate, przewody i linki, metalowe części spięte nitami.

Na pasku przy jego spodniach wisi terminal do poświadczania odbioru.

– Pani Kamila Kosowska? – pyta kurier.

– To ja – odpowiadam.

Wsuwa sobie przesyłkę pod pachę i podaje mi terminal z rysikiem na sznurku.

– Podpisze pani?

– A od kogo to?

– Nie trzeba płacić.

– To niczego nie zmienia – odpowiadam stanowczo.

– Czyli co? – pyta poirytowany. – Odesłać?

– A powie pan wreszcie, kto jest nadawcą?

Pochyla nieco głowę i zerka na etykietę adresową.

– Martyna Rybska. – Spogląda na mnie.

Zastanawiam się, czy to nie pomyłka.

Właścicielka biura turystycznego, które niedawno splajtowało, przekazała mi niedawno klucze do lokalu i nic nie wspomniała o żadnej paczce.

Odbieram pakunek i podpisuję się na ekranie urządzenia. Dostawczak odjeżdża, silnik cichnie i zamiera terkot opon na kocich łbach.

Chowam się do dusznego lokalu, foliową kopertę kładę na materac. Rozglądam się za nożyczkami, jednocześnie próbując połączyć się z Rybską.

Odbiera niemal natychmiast.

– Słucham? – Jej głos jest pozbawiony emocji.

Przedstawiam się i od razu przechodzę do sedna.

– Co to za przesyłka?

– Kompletnie o niej zapomniałam – zastrzega Rybska. – Po prostu kiedy się wynosiłyśmy z biura, koleżanka bezwiednie schowała kopertę do jednego z naszych kartonów. Wczoraj go rozpakowałam i zobaczyłam na niej pani imię i nazwisko, no i natychmiast wezwałam kuriera. Dostarczyłabym sama, ale miałam zaplanowany wyjazd. Jestem już nad morzem.

– Kiedy to przyszło?

– Jakiś czas temu, nie pamiętam dokładnie.

– Wiadomo, kto to wysłał?

– Nikt. To znaczy… chodzi mi o to, że kopertę dostarczono do biura.

– Kto?

– Nie było mnie wtedy w pracy, a koleżanka nie pamięta. Być może mieliśmy wtedy sporo klientów i nie zwróciła uwagi. Po prostu ktoś wpadł, zostawił paczkę dla pani i to wszystko. Mój błąd, że od razu tego nie wysłałam do Warszawy. Ale tak jak mówię, któraś pracownica zaniosła to na zaplecze, żeby nie zgubić. A resztę już pani zna. Przepraszam, że tak wyszło.

Rozłączam się.

Poruszam nerwowo nożyczkami, aż wreszcie przecinam folię, w której schowano białą kopertę ochronną.

Wysuwa się wprost w moje ręce.

Imię i nazwisko jest wydrukowane i naklejone na wierzchu.

Ciekawość rozgrzewa mi policzki.

Znowu biorę do ręki nożyczki i tnę papier.

LATO 1986 ROKU

Tamten parny dzień i ta ostatnia zabawa w chowanego wżerają się we mnie na zawsze.

Dni po gwałtownej ulewie pamiętam jak przez mgłę.

Zapamiętuję ciągłą nieobecność ojca, bo pracuje przy tej sprawie dniami i nocami. Ze mną zostaje jego matka, chłodna, zasuszona i niedostępna. Mało mówi, częściej burczy niezrozumiale pod nosem, krzywi się na każdą próbę nawiązania kontaktu, a tych z mojej strony jest coraz mniej. Jest tu jakby za karę. W milczeniu czekam na ojca, ale ten często wraca w nocy, a wyjeżdża rano, kiedy śpię. Tylko czasami udaje nam się spotkać.

Widzę wtedy skupioną, ściągniętą smutkiem twarz. Patrzę na niego przez okno, kiedy pod drewnianym domem Janochów rozmawia z matką Piotrka, kiedy tuli zrozpaczoną kobietę w ramionach albo gdy kładzie rękę na ramieniu swojego kolegi, Ryszarda Janochy. Potężny mężczyzna spuszcza głowę, chowa zapłakaną twarz w dłonie, a mój ojciec szepce słowa pocieszenia.

Kilka dni wcześniej pił z nim piwo i śmiał się z jego żartów. Zawsze go lubił i cenił za pogodę ducha. Ale ta ginie bezpowrotnie i nic już nie jest takie jak dawniej.

Matka Piotrka, rudego jedynaka, popada w apatię. Oboje małżonkowie nie mają dla kogo żyć. Mieszkają razem, ale obok siebie. On rzuca się w wir pracy, ona do upadłego myje szyby w oknach. I taka szyba, szklana tafla wyrasta między nimi. Wkrótce się rozwiodą, sprzedadzą ten dom i działkę i znikną z naszego życia, jak dwie krople spływające po szybie z dala od siebie.

Ilekroć myślę o nich, wiem, że są w życiu takie traumy, które rozbijają dobre związki, bo nie udźwignie się ich nawet we dwoje.

A mój ojciec, samotny mężczyzna, kiedy wraca do domu, tuli mnie mocniej, ciepłe wargi dłużej niż zwykle przylegają do mojego czoła. W te dni, kiedy ma więcej czasu, jest stale przy mnie. Skupiony i obecny, albo tak mi się tylko wydaje. Rozmawiamy, bawimy się i śmiejemy.

Nigdy jednak nie mówimy o Piotrku ani o bliźniakach. Chciałby, żebym o wszystkim zapomniała, żeby wspomnienia wyparowały z mojej głowy i rozwiały się na wietrze. Te rodziny pojawiły się w naszym życiu na krótko, jak mgnienie. Tak czy siak, od dawna ich nie ma. Każdego z osobna wymazujemy ze wspomnień niczym kreskę ze szkicu. Trzemy intensywnie twardą gumką, czasem zbyt nerwowo, aż zedrzemy gładką warstwę papieru, spod której wyłoni się chropowaty ślad. I to znamię już nigdy nie zginie.

Niby nie ma Piotrka, nie ma Tomka i Michała ani ich rodziców. Z powodu zaginięcia rudego chłopca wszyscy zapadamy się pod ziemię. Trwamy, próbując zapomnieć o tym, co się wydarzyło latem tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku w Lubiczu pod Toruniem, na działkach w pobliżu starej cegielni.

Ale o tym przecież nie da się zapomnieć.

Dni mijają wolno, kładziemy się spać przy otwartych oknach, gotowi na koncert świerszczy. Ja na antresoli, tata na parterze. Przez jakiś czas podsłuchuję, jak chrapie, a potem sama czuję, jak materac zapada się pod moim ciężarem.

Śnię o lataniu. Lecę, słuchając głośnego łopotu skrzydeł frunącego przede mną większego ptaka, który okazuje się moją matką, wiem to doskonale, chociaż w tym śnie mama jest ptakiem. Cieszę się, że lecimy razem. Patrzę w dół na prostokąty zielonych i żółtych pól, poprzecinanych szpalerami drzew, i na wąską nitkę rzeki, wijącą się pode mną niby niebieski szal, pokryty blaskiem popołudniowego nieba. Wkrótce, łapiąc wiatr pod skrzydła, ciepły podmuch, szybujemy ku zachodzącemu słońcu, ciut niżej niż pułap letnich chmur, rozpiętych nad nami jak biały parasol. Ale nagle dzieje się coś niewyobrażalnego, moje ciało, dotychczas lekkie, zaczyna ciążyć. Mimo wysiłku włożonego w machanie skrzydłami spadam jak głaz, jakby rzeka miała moc przyciągania. Z ogromną prędkością zbliżam się do lustra pomarszczonej wiatrem wody, widzę w nim swoje odbicie. Jestem dzieckiem, przerażonym, przestraszonym dzieckiem, które macha rękoma i otwiera usta do bezgłośnego krzyku. I tuż przed tym, gdy moje ciało z impetem uderzy o lodowatą toń, słyszę głośny plusk. A zaraz potem sama przebijam taflę, młócę rękoma niezgrabnie pod wodą i szybko brakuje mi powietrza.

I wtedy z mokrymi od potu włosami zrywam się ze snu.

Dygoczę ze ściśniętym gardłem, z trudem łapię powietrze.

Dnieje.

Przez otwarte okno dobiega mnie szept kobiety i mężczyzny. Nie umiem rozróżnić słów w ich pełnej napięcia rozmowie, nie licząc pytania mojego ojca: „Jak to możliwe?”.

Próbuję nasłuchiwać, popychana ciekawością, na czworakach chcę dojść do uchylonych drzwi balkonowych. Po cichu, by nie zdradzić, że nie śpię. Po cichu, by łowić słowa z tego szeptu. W końcu, gdy podejdę i wystawię lekko głowę za framugę, dociera do mnie jedynie zgrzyt szlaki pod butami. Między koronami drzew zauważam ruch. Ktoś odchodzi. Chowam się i wycofuję do łóżka. W połowie drogi dolatuje mnie krótkie skrzypienie drzwi.

Nasłuchuję, ale słyszę tylko odgłos sprężyn w łóżku ojca. Leżę na boku i podciągam nogi. Kulę się pod kołdrą i ze strachu szczękam zębami. Trwa to chwilę, ale ponieważ nic się nie dzieje, wkrótce znowu słyszę kołysankę świerszczy i chcąc nie chcąc, zapadam w sen.

A może jednak przez cały czas spałam?

Może to wszystko było wytworem mojej wyobraźni?

Bliźniaków widzę dopiero po kilku dniach. Z daleka.

Najpierw przyglądam się ich ojcu, łysemu, żylastemu mężczyźnie, który szybkim krokiem kursuje między domem a pomarańczowym polonezem. Wysoki jak tyczka i nieco garbaty, przenosi wypchane torby i wkłada je do bagażnika, po czym wraca po kolejne walizki. A kiedy wreszcie rozlegnie się głuchy trzask zamykanej klapy, jego czarnowłosa i szczupła żona, z okularami przeciwsłonecznymi na nosie, wyprowadzi chłopców. Kierują się wprost do auta, nawet nie patrzą w moją stronę.

– Jadą na wakacje – wyjaśnia tata, który nagle wyrasta za mną, jedną dłoń kładzie na moim ramieniu, a drugą macha do nich. Jakby na powitanie, a może pożegnanie, nie wiem.

Widzę to, bo zanim zaczął mówić, podnoszę głowę. Razi mnie słońce, więc mrużę oczy i przyglądam się ojcu. Niebo ma kolor niezapominajek i to pamiętam doskonale, ale nie przypominam sobie, czy tata też na mnie patrzy. Jego twarz nie wyraża żadnych emocji.

Słyszę zgrzyt zapuszczanego silnika i chwilę później polonez przejeżdża pod naszym domem, tuż za drewnianym płotkiem, ale ani rodzice chłopców, ani oni sami nie patrzą w naszym kierunku, nikt nie odmachuje mojemu tacie. Jakbyśmy nie stali tuż przy furtce, trzy metry od przejeżdżającego samochodu.

Pan Bąk skupia się na drodze, pani Bąk szuka czegoś w torebce ustawionej na kolanach. Bliźniacy zwieszają głowy, jak na zawołanie. Ten sam Michał, który się we mnie podkochuje, nie znajduje siły, by ukradkiem na mnie spojrzeć.

 

Czuję się winna.

Jakby to wszystko stało się przeze mnie, przez to, że zamknęłam oczy i krzyknęłam: „Szukam!”.

Wóz buja się na nierównościach i z jękiem resorów opuszcza teren działek, zostawiając po sobie słodkawy smród spalin.

– Tato? – pytam, gdy ojciec wspina się po schodkach na zadaszoną werandę.

– Tak? – odpowiada, nie odwracając się do mnie.

To jeden z nielicznych dni, kiedy siedzi ze mną w domu. Jesteśmy sami, babka pojechała autobusem do Torunia.

– Idę odgrzać rosół – informuje i znika za drzwiami domu.

Zanim ruszę jego śladem, słyszę, jak cichnie silnik poloneza, a potem patrzę na podobne do siebie drewniane domy ze spadzistymi dachami. Jeden, ten bliżej naszej działki, należy do Bąków, a ten w oddali, nowszy i z jasnego drewna, do Janochów. W tym drugim widzę uchylone okna i panią Janochę. Kolejny raz, dzień po dniu, szoruje te same okna na parterze. Nie widzi mnie, nie zwraca na nic uwagi. Przygląda się czystym jak kryształ szybom, na których układają się refleksy.

Boję się do niej pomachać na powitanie, chociaż zawsze odwzajemniała gest z szerokim uśmiechem. Lubiła mnie, to wiem na pewno.

Spuszczam wzrok i wracam do domu.

Odnajduję tatę krzątającego się w małej kuchni, do której prowadzą drzwi wahadłowe, jak w amerykańskim saloonie z filmów o Dzikim Zachodzie, które tata wieczorami ogląda na wideo. Siadam przy stole znajdującym się w pokoju, ale przyległym do okna podawczego w kuchni. Patrzę na ojca, który wyjmuje z szafki makaron.

– Gdzie oni byli? – pytam.

– Kto?

– Michał i Tomek – wyjaśniam.

– Nie rozumiem.

– Gdzie byli wtedy, gdy bawiliśmy się z Piotrkiem?

Nieruchomieje, po czym wzrusza ramionami.

– Nie wiem.

– Jesteś milicjantem, tatusiu. Musisz wiedzieć.

W tym cieniu jego uśmiechu jest więcej bólu niż radości.

– Pobiegli do domu. – Trzyma w dłoni łyżkę, po czym odwraca się do garnków stojących na kuchence.

– Przecież nie szli w tamtą stronę…

– Kiedy ty szukałaś Piotrka, uznali, że schowają się w domu. Zrobili wam psikusa. Podobno zachciało im się napić kompotu.

– Ale nie było ich tam, pamiętasz? Zaglądaliśmy przez okna – mówię, bawiąc się rożkiem ceraty.

– Byli. Schowali się w łazience, bo Tomek bał się burzy, a my jeszcze dodatkowo ich wystraszyliśmy krzykami i waleniem w drzwi. Jak wrócili ich rodzice, którzy pojechali do Torunia, by zrobić pranie, to właśnie tam ich zastali.

Przypominam sobie poruszającą się kurtynę prysznicową w łazience. Widzę dokładnie, jak faluje.

– Ale nie wracajmy do tego, córcia. – Ojciec ucina ostro. – Nie myśl już o tym.

– Dobrze, tatusiu. – Zaginam róg ceraty i roluję go, nawijając na palec. – A Piotruś się znajdzie?

Ojciec milczy. Przystaje przy zlewozmywaku. Odkręca kran, szum wody zagłusza jego pociągnięcia nosem.

– Tato?

Opiera dłonie na rogach zlewozmywaka i zwiesza głowę. Trwa to chwilę, po czym ojciec zakręca wodę, a rury burczą cicho, aż w końcu rozlega się głośne beknięcie z syfonu.

– Tak, córcia. Na pewno się znajdzie.

– Na pewno?

Ojciec kiwa głową, po czym wygina plecy w łuk.

– Mhmm – mruczy.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?