Żałobnica

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

WCZEŚNIEJ

Mila Sikora położyła na mojej wyciągniętej dłoni klucze. Te od mieszkania. I od samochodu, który zostawiłam w garażu.

– Wysprzątane – rzuciła Mila i mrugnęła.

Zrozumiałam, co ma na myśli.

Spotkałyśmy się u mnie w pracy, na czwartym piętrze kamienicy przy Fosie Staromiejskiej, której okna wychodzą wprost na białą elewację teatru. Biurko i fotel mam jednak ustawione tak, żeby widzieć plac Teatralny i aleję Solidarności, zazwyczaj pełną ludzi czekających na węźle przesiadkowym na tramwaj lub autobus. Miejsce rozjazdów i pożegnań. Chociaż wtedy widziałam tylko parasole i szare kreski deszczu padające pod skosem.

Nie byłyśmy same, bo w biurze kilka metrów dalej, ale jednak vis-à-vis mnie, siedziała Agnieszka Suszyńska, ruda stażystka po pedagogice, dalsza krewna zmarłej Elżbiety.

– Kawy? – Wstałam, żeby Mila nie zdążyła odmówić.

Przeszłyśmy do pokoju socjalnego, przepuściłam ją w progu, a potem zamknęłam za sobą drzwi.

– Znalazła pani coś? – wyszeptałam.

Detektywka pokiwała głową.

– Nie można wykluczyć, że podsłuchuje rozmowy zdalnie, że monitoruje pani telefon i esemesy.

– W jaki sposób? – spytałam.

Mila się uśmiechnęła.

– W taki, że nawet jak to wyjaśnię, to i tak nic pani z tego nie zrozumie. To kwestia zaawansowanej techniki.

Miałam wrażenie, że uśmiechała się zbyt często i niewiele mi mówiła, a jednak dzięki niej odczuwałam spokój.

– A samochód? – Spojrzałam jej w oczy.

– Ma tylko nadajnik sygnału GPS.

– Czyli zawsze wie, gdzie jestem?

– Tak. – Kiwa głową.

– Ale usunęła pani to ustrojstwo, prawda?

Zaprzeczyła, ale tym razem spoważniała.

– Domyśliłby się i stałby się ostrożniejszy. A tego nam nie potrzeba. Przynajmniej na razie.

– Ale kiedy zdążył to założyć?

– Proszę o tym nie myśleć, bo to niczego nie zmieni. Przecież nie śpi pani w samochodzie. A nawet gdyby, to i tak wykorzystałby odpowiedni moment.

– No to co mam zrobić? – znowu szepczę.

– Powstrzymać się.

– Słucham?

– Odpuścić sobie wizyty u kochanka i uważać na esemesy.

Słowa uderzyły mnie w twarz.

Nie zdążyłam zareagować, gdy Mila sięgnęła do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyjęła z niej dwie komórki.

– Te będą bezpieczne, z nich można korzystać do woli. – Podała mi aparaty i wyszła.

Usłyszałam głuchy trzask zamykających się drzwi biurowych.

Telefony schowałam do szafki, do której i tak nikt w firmie nie zagląda. Potem wróciłam do biurka.

– Ktoś dzwonił – oznajmiła Agnieszka, nie podnosząc wzroku znad otwartego segregatora pełnego papierów.

– Na stacjonarny? – spytałam, siadając w obrotowym fotelu, ale nie czekałam na jej odpowiedź, bo zerknęłam na migającą w komórce diodę.

Wybrałam numer do Piotra i przyłożyłam zimny aparat do ucha.

– No hej, mała, co tam? – spytał basowy głos.

– Nic, dzień jak co dzień.

– A dlaczego nie odbierasz?

– Mam dużo pracy.

– Dużo pracy. – Zaśmiał się, a ja nie zareagowałam, chociaż w myślach widziałam jego twarz, ten pełen ironii uśmiech. – Może poproszę Marcina, żeby cię nie przemęczał, co?

Spięłam się.

– Po co dzwonisz? – Głos mi zadrżał.

Pogłos kazał mi przypuszczać, że włączył tryb głośnomówiący.

– Jestem w domu.

– No i?

– Twój samochód stoi w garażu. Co jest?

– A co ma być? – Odbiłam piłeczkę.

– Pytam tylko – zajęczał.

– Nie mogłam znaleźć kluczyków – skłamałam.

Dobiegł mnie śmiech Roksany i jego tubalny rechot. Rżą oboje, krótko, bo krótko, ale już widzę ten obraz. To, jak córka Piotra kręci znacząco palcem przy skroni i jak on zgina się ze śmiechu.

– Mała, z tobą chyba naprawdę coś jest nie tak – odparł, tłumiąc rozbawienie. – I co, znalazłaś je?

– Tak, były w torebce – odpowiedziałam, nie zdając sobie sprawy, że jeszcze bardziej się podkładam.

Już nie tłumili rechotu, rżeli oboje na głos bez zahamowania.

Rozłączyłam się.

Agnieszka spojrzała na mnie.

– Albo zasięg, albo ta cholerna pogoda – rzuciłam, wzruszając ramionami.

Wyciszyłam komórkę.

Wyciszyłam też siebie, chociaż to zajęło znacznie więcej czasu.

TERAZ

„Gdzie byłeś i czego chciała?”

Te dwa pytania cisną mi się na usta, gdy przekraczam próg mieszkania Marcina. Wchodzę w jego świat, chociaż przecież zrobiłam to już dawno.

Sine panele, białe ściany, biały aneks kuchenny z drewnianymi wstawkami, biały stół w jadalni i takiego samego koloru krzesła. Białe światło jest zimne, bije od niego chłód.

Sterylnie tu.

Zupełnie inaczej niż wtedy, gdy żyła Ela, gdy siadaliśmy u nich z Piotrem na wygodnej kanapie. Kiedy jeszcze byliśmy w sobie zakochani i zanim pojawiła się w naszym życiu Roksana. Jej zaborcza miłość do ojca zniszczyła nasz związek. Córka zgrabnie zawładnęła myślami Piotra, zmieniła jego zachowanie w stosunku do mnie, przez co teraz wypieram wszystkie piękne chwile spędzone z mężem. A przecież było ich wiele. Kiedyś mieliśmy siebie na wyłączność. I pamiętam, że było nam z tym cudownie.

Nie wiem, dlaczego myślę o tym wszystkim w mieszkaniu Marcina. Elżbieta, jego żona, wnosiła do tych wnętrz ciepło. Bukiety kwiatów je rozświetlały, nadając im łagodność i rozsiewając dobrą energię, dodawały barw. A teraz to wnętrze wymarło. Jest zimne, obce, nieludzkie.

Ze smutkiem myślę o tym, że Marcin nigdy nie kupił mi kwiatów.

Nie wiem, jakie to ma znaczenie i dlaczego teraz dręczy mnie ta myśl, ale czuję ją pod skórą, drażni mnie i sprawia ból. Rośnie we mnie wrzód. Ropieję.

Nagle cały salon staje się niewyraźny, jakby był za zasłoną z mrożonego szkła, i słyszę swój głos:

– Dlaczego nigdy nie kupiłeś mi kwiatów?

Coś we mnie pęka, żal i niemoc wypływają spod powiek, drobne strumyki lawy parzą policzki. Przypominam sobie, jak Piotr kupował mi kwiaty, jak obsypywał mnie nimi z byle okazji, i gorycz wypełnia moje serce.

Szlocham. Drzwi są zamknięte, a jednocześnie chcę stąd uciec.

On nie podchodzi, nie rusza się z miejsca. Nie słyszy mnie, nie reaguje, gdy próbuję powstrzymać płacz i gdy wdycham powietrze na raty.

Siedzi w fotelu pochylony, chowa głowę w ramionach.

Ocieram łzy wierzchem dłoni.

Chcę zapomnieć o kwiatach, ale wciąż je tu widzę, widzę Elę, jak z czułością tnie sekatorem końcówki łodyg, wsadza bukiet do wazonu wypełnionego świeżą wodą, potem przygląda się każdej róży z osobna, obrywa skręcone i brzydkie liście.

Oddycham głęboko, topnieje we mnie złość i tylko dlatego robię kilka kroków przed siebie.

Zapominam, że to ja mam być tą silną, chociaż właśnie potrzebuję wsparcia. Podchodzę do niego i kładę dłoń na jego głowie z głębokimi zakolami.

Jest szczupły i wysoki, ale wydaje mi się małym chłopcem.

W końcu kucam przy nim i ujmuję jego twarz w dłonie.

Spokój bywa ulotny, ulatuje więc ze mnie, gdy widzę, że zastyga w nim smutek. Kąciki ust ciążą ku dołowi, nieznacznie, ale jednak. Przeciągam wzrokiem po kościstym nosie, błądzę po wyraźnych zmarszczkach na wysokim czole, odnajduję siwe włosy na skroniach i blask lamp w łysinie. W końcu patrzę mu w oczy.

– Gdzie byłeś? – pytam, próbując rozciągnąć usta w uśmiechu.

Traktuję go czule, jak dziecko, którego nie mam.

Kręci głową.

– Gdzie? – ponawiam ciszej pytanie.

– Ta policjantka wszystko wie – mówi i chwyta mnie za ręce. Odciąga je od swojej twarzy, wstaje i odchodzi. – Wie, że tam byłaś – rzuca oskarżycielsko.

Głos dobiega mnie zza pleców, kiedy patrzę na fotel, w którym przed chwilą siedział, na wgniecione siedzisko. Zostawia mi swój zapach, głęboki i gęsty sandałowy powiew.

– Że niby gdzie byłam? – próbuję odwlec to, co najgorsze.

– Nocą na przejeździe. Wie o tym. I że byłaś pod jej domem, też wie.

– Skąd? – pytam ciszej, jakby strunom głosowym brakło sił.

Milczy.

– O nas także? – dopytuję.

– Przecież inaczej by do mnie nie trafiła.

Wstaję i się odwracam. Nie patrzy na mnie, zwiesza głowę, a ręce opiera na biodrach. Boję się jego postawy, wydaje się przegrany. Ale wyczuwam w tym obrazie kontrast. Koszulę w kratę, którą kupiłam mu niedawno, ma wsuniętą w eleganckie spodnie, klamra paska połyskuje w świetle kinkietów. Buty błyszczą wypastowaną skórą.

– I co teraz? – pytam.

Stoi blisko drzwi wejściowych.

Podnosi głowę i tym razem w tej szczupłej twarzy z zapadniętymi policzkami nie widzę smutku. Widzę w jego oczach lęk, chociaż usta wykrzywia złość.

– Coś ty jej zrobiła? – syczy.

Wzdrygam się, jak ugodzona nożem.

– Chryste! Coś ty zrobiła tej przeklętej dróżniczce? – krzyczy.

Noc jest gęsta i duszna, wiatr jęczy złowrogo za oknem.

Świst goni świst.

Ilekroć zamykam oczy, widzę tory, na torach bmw, blask świateł pociągu, rozbiegane refleksy na czarnej karoserii samochodu. I nagle obraz gaśnie, a po sekundzie następują huk uderzenia, jęk blach, zgrzyt rozsypywanego szkła.

Spodziewam się tego wszystkiego, a jednak za każdym razem zasłaniam uszy i drżę z przerażenia.

Serce wali równomiernie i jego dudnienie zbiega się ze stukotem pociągu.

Świat kurczy się do przejazdu kolejowego, do uniesionych szlabanów, wraku odrzuconego na kilkadziesiąt metrów. Niebieska poświata policyjnych kogutów prześlizguje się po asfalcie, a ja wsłuchuję się w zawodzenie syreny karetki.

 

Nie było mnie tam, a jednak wszystko to widzę. Obraz jest czysty, realny, jak w najlepszym telewizorze. Barwy wysycone, szczegóły wyraźne, dźwięk jak ze studia.

Nie śpię.

Serce drży, umysł pochłaniają autostrady pędzących myśli.

Wciąż przeżywam przykrą rozmowę z Marcinem oraz tę chwilę, w której zadał mi proste pytanie, a ja, zamiast szczerze odpowiedzieć, wybiegłam z jego mieszkania. Uciekłam od problemów i od kochanka.

Trzaśnięcie drzwi, stukot moich butów na schodach, taksówka, droga przez miasto.

I wreszcie dom, niby jak azyl, ale znikąd ulgi.

Druga trzydzieści przechodzi w trzecią piętnaście, a ta, kiedy setny raz wygniatam materac, przekręcając się na bok, mozolnie przeobraża się w czwartą czterdzieści osiem.

Szarość wkrapla się w noc i intensywnieje za oknem.

Nie chcę tego dnia.

Chcę spać, chcę odejść i zniknąć.

Ale boję się wysunąć spod kołdry.

TERAZ

Matka Piotra nosi czerń godnie, jak modelka w podeszłym wieku, której tragedia nie pozbawiła prostej postawy.

Ściąga łopatki, a starcze dłonie gładzą długą spódnicę, okrywającą jej tęgawe nogi.

Wysuwa brodę, a przy tym wolno zamyka i otwiera powieki.

Całe jej ciało i wyraz twarzy mówią mi, że jestem nikim, ale słowa próbują zaprzeczyć tej oczywistej prawdzie.

– Moja kochana Aniu. – Z zastygłej na skraju pufy kobiety wydobywa się skrzekliwy głos , złączone dłonie o długich palcach spoczywają na kolanach.

Nigdy nie nazywałam jej mamą. Poprosiła, żebym się zwracała do niej i jej męża po imieniu.

On czeka w samochodzie. Wiem o tym, bo teściowa nie ma prawa jazdy, a kiedy zadzwonił domofon, zobaczyłam ich wóz przed bramą osiedla.

– Nie zrozum mnie źle – kontynuuje i się zawiesza.

Nabiera powietrza.

Nieprzespana noc zostawia we mnie ślad, nie dbam o własny wygląd, rozczochrane włosy, sine półksiężyce pod oczami. Siedzę w fotelu na zimnych i bosych stopach, otulona szlafrokiem frotté. Dłonie bezwiednie zaciskają się na mankietach.

W cichym salonie dzieli nas niski stolik z kubkami, z których paruje herbata.

Matka Piotra usiadła tak, że zasłania mi przyciszony telewizor, w którym trwa program śniadaniowy i akurat rozpoczyna się prognoza pogody. Pada w Warszawie, pada w Toruniu, chmury rozpinają się nad całym krajem. Niż w Europie Środkowej odpowiada za niskie ciśnienie.

Czuję się słaba.

– Nie zrozum mnie źle – powtarza i tym razem nieznacznie unosi dłoń w uspokajającym geście – ale powiedziałam dziennikarzowi prawdę.

Przełyka ślinę. Pajęczyna zmarszczek oplata jej blade usta. Skóra zwiesza się na szyi.

– Jakiemu dziennikarzowi? – pytam, udając zainteresowanie, ale chcę tylko zyskać na czasie.

Przyjechała tu ze względu na to, co napisał Rutecki w dzisiejszym wydaniu „Nowości”. Powinnam zmusić się rano do wyjścia do kiosku.

Sięga do torebki i dopiero teraz widzę, że jej kościste dłonie lekko drżą.

Wyciąga z nich złożoną gazetę i kładzie na stoliku. Bliżej siebie niż mnie, więc chcę się nachylić, żeby sięgnąć po dziennik, ale daje mi znać ręką, że nie teraz, że potem.

Opadam na oparcie i patrzę w jej zimne niebieskie oczy.

– Powiedziałam mu o tym, że Piotr chciał rozwodu – kontynuuje matka mojego zmarłego męża.

Kręcę głową z niedowierzaniem, opieram dłonie na podłokietnikach.

– Powiedziałam, że tej nocy, kiedy… – Drży jej broda, więc cichnie, żeby dać odpór napływającym łzom, jakby to słowa zmuszały ją do płaczu.

– Nie chciał rozwodu – kłamię i czekam na bunt mojego prawdomównego ciała, na gesty, nad którymi nie panuję.

I chociaż nie następują, czuję, że wbijam paznokcie w podłokietniki, a żyły wybrzuszają się na gładkiej, jedwabistej skórze moich dłoni. Nie patrzy na moje ręce, patrzy wprost na mnie, w oczy, i widzę, jak unosi się kącik jej ust. Niedowierzanie triumfuje nad wzruszeniem i kobieta odzyskuje rezon.

– Nie zaprzeczaj, Roksanka już dawno nam o tym mówiła.

– Roksana? – Spinam się za każdym razem, gdy wypowiadam to imię, gdy umysł podrzuca mi obraz tej krągłej nastolatki, zepsutej i złej dziewczyny, wiecznie na mnie obrażonej za każdy przejaw miłości do jej ojca.

Kiwa głową.

– Roksanka mówiła, że Piotr długo o tym myślał, że napisał już pozew. Mówiła, że nawet pokazywał jej pismo.

Patrzę na nią, ale mój wzrok zsuwa się niżej, na obwisłą skórę szyi, na zarysowane pod czarną bluzką obojczyki.

– Pismo?

– Pozew rozwodowy – wyjaśnia, a jej głos rozchodzi się echem w mojej głowie jak w studni, jakby ktoś szarpał najgrubszą strunę kontrabasu.

Słyszę te dźwięki i jednocześnie widzę Gochę, która tuż po tragedii zamknęła się w pokoju pasierbicy, a następnie wywiozła z niego jej tablet i laptopa. Zaczynam rozumieć ten pośpiech szwagierki.

Paznokcie jeszcze mocniej wbijają się w podłokietniki, ściskam je mocno.

Staram się złapać dystans, więc uśmiecham się lekko, tak lekko, by brzmieć wiarygodnie.

– Roksana to nastolatka, zazdrosna o swojego ojca – mówię spokojnie i widzę, jak kobieta się krzywi, jak kłują ją słowa o wnuczce.

Napina się i przygotowuje do ataku, ale nie daję jej dojść do słowa i gdy tylko próbuje otworzyć usta, podnoszę głos i mówię dalej:

– Doskonale wiesz, że od początku była przeciwna naszemu związkowi. Z każdym dniem odbierała mi Piotra.

– Bzdura! – Krzyk wyrywa się jej z gardła, wisi między nami i spokojnie przeobraża się w ciszę.

Opuszczam stopy na ciepły dywan i wstaję. Góruję nad nią, nad spiętymi czarną klamrą siwymi włosami.

– Dziękuję za wizytę – mówię ciszej, niż zamierzam, i kieruję się do drzwi.

Dopiero tam rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi. Zatrzymuję się i nie dowierzam własnej myśli. Jak odległe wspomnienie wraca do mnie rozmowa z prawnikiem z firmy Piotra, odbyta tuż po wypadku.

Siedzę w firmie męża, przy jego biurku, zobojętniała, nafaszerowana proszkami uspokajającymi. Mam przed sobą twarz gładko ogolonego młodego mężczyzny, który porusza ustami, mówi do mnie, ale nie rejestruję żadnych dźwięków. Jego dłonie gestykulują w zwolnionym tempie, zostawiając powidoki ociężałych ruchów. Patrzę to na niego, to na drewniane meble, detale na biurku. Na zdjęcie w ramce. Na uśmiechniętą Roksanę, słodką nastolatkę, która odbiera mi miłość.

Dobieram się do ramki, mężczyzna zamiera, ale nie przerywam tego, co zaczęłam. Szkło spada mi na kolana, a potem osuwa się na podłogę i pęka na dwoje. Nie przejmuję się tym, wyciągam zdjęcie i unoszę fotografię pasierbicy. Z drugiej strony widnieje skreślony czerwonym flamastrem napis.

„Kocham Cię najbardziej na świecie, Tatku”.

Napis otaczają mniejsze i większe serca, puste i niedbale zakolorowane. Odkładam fotografię i przypatruję się drugiemu zdjęciu, które znalazło się pod spodem.

Widzę siebie.

Widzę uśmiechniętą Annę Kowalską, kobietę pełną energii zaklętej w młodości. Kobietę szczęśliwą, która wówczas jeszcze nie zdawała sobie sprawy, że jej miłość nie wygra z miłością ojca do córki, nie wygra z miłością nastoletniej pasierbicy do swojego ojca, podszytą nienawiścią do macochy.

Patrzę na siebie i czuję ogromny żal. Łzy spadają na fotografię i na niej zostają. Wypukłe, napięte krople.

– Pani Anno? – Mężczyzna przerywa mój szloch.

Odzyskuję słuch i spoglądam na niego.

Jest zakłopotany moim zachowaniem, spuszcza wzrok i składa dłonie.

– Co pani o tym sądzi? – pyta.

Ocieram rękawem fotografię, żeby ją wysuszyć. Odkładam ramkę na biurko, zdjęcie Roksany leży tam napisem do góry i dobrze, nie chcę patrzeć na tę dziewczynę. Swój portret chowam do torebki, jakbym chciała wrócić do siebie sprzed kilku lat, do życia, którego już nie ma.

– Chodzi mi o to, że to jest możliwe. Że w tej sytuacji mogą wystąpić o spadek i lepiej, żeby pani o tym wiedziała – podpowiada, a ja znowu zerkam na niego.

– Tak – odpowiadam, ale wciąż nie wiem, o co właściwie mu chodzi. – Dziękuję, zastanowię się – dodaję dla wzmocnienia efektu, ale nie wiem, czy dobrze trafiłam, bo w jego spojrzeniu dostrzegam troskę.

Sięga do wewnętrznej kieszeni granatowej marynarki i wyjmuje z niej niewielkie etui. Otwiera je i wyciąga

kartonik. Kładzie go na biurku i przytrzymując palcem, podsuwa w moją stronę.

– Gdyby chciała pani o tym porozmawiać… – zaczyna, ale nie kończy. – Gdyby chciała się pani w tej sprawie skonsultować, to proszę śmiało dzwonić.

I teraz już rozumiem, co mówił, już wiem, po co przyszła matka Piotra. Dociera też do mnie to, w jakim celu kilka dni przed wypadkiem mąż wypłacił z naszego wspólnego konta dziesięć tysięcy złotych. Sądziłam, że to kolejna zachcianka Roksany, markowy komputer albo wpłata na letnią szkołę hiszpańskiego na Malcie. Ale akurat tym pasierbica nie omieszkałaby się przede mną pochwalić. Chodziło więc o teściów. Dobrze sytuowanych teściów, którzy widocznie wpadli w tarapaty finansowe.

Odwracam się i widzę, że matka Piotra podnosi się, podpierając się ręką. Wkłada w to mnóstwo energii, nogi jej drżą. Zabiera gazetę ze stołu i nerwowo upycha ją w torebce.

Wracam do niej i podchodzę blisko, zbyt blisko, ale nie dbam o jej komfort. Wbijam wzrok w poszerzone źrenice, otoczone pożółkłymi ze starości białkami.

– Od jak dawna macie kłopoty, co? – pytam.

– Jakie kłopoty?

– Na co potrzebowaliście dziesięciu tysięcy złotych?

Kręci głową, ale poznaję, że kłamie. Spuszcza wzrok i gdy chce mnie wyminąć, zagradzam jej drogę.

Cofa się i nagle udaje zagubioną staruszkę, która zaraz zasłabnie. Przykłada drżącą dłoń do twarzy i oddycha przez usta. Opiera się o ścianę.

– Potrzebujecie naszych pieniędzy, tak? – domyślam się.

– To są jego pieniądze – rzuca ostro i natychmiast zdaje sobie sprawę, że popełniła błąd.

Chciałaby cofnąć czas, ale już jest za późno.

– Potrzebujecie spadku po synu – mówię. Trudno mi w to uwierzyć, ale nie mogę się mylić. – Interesują was wyłącznie pieniądze. – Prycham.

– Jak śmiesz! – Teściowa podnosi wzrok.

Nasze spojrzenia przecinają się na krótko.

– Gdyby Piotr chciał rozwodu, gdyby rzeczywiście napisał jakikolwiek pozew…

– Roksanka go widziała – przerywa mi znowu.

– Gdyby tylko istniał – podejmuję na nowo i staram się odnaleźć w sobie spokój – to Piotr zrobiłby coś więcej. Zabezpieczyłby majątek, przelałby pieniądze na inne konto i zostawił mnie z niczym. Wycofałby upoważnienia do prowadzenia spółki, do kont bankowych. Doskonale wiedziałby, co musi zrobić.

Kiwa głową i ociera usta.

– Chciał to zrobić, ale… Ale ten wypadek… – Głos jej się łamie.

Patrzymy na siebie, a we mnie gwałtownie wzbiera złość. Krew burzy się w żyłach.

– Wyjdź już. – Tę prośbę wypowiadam szeptem, tłumiąc gniew.

Kobieta zamiera i trwamy tak obie jakiś czas w bezruchu.

W końcu matka Piotra wymija mnie i kieruje się do drzwi.

Zamyka je cicho.

Z nerwów skubię skórki przy paznokciu, tak że aż zbiera się przy nim kropla krwi. Zlizuję ją, ale pojawia się kolejna.

Krew smakuje jak zawsze, jest ciepła i zostawia na języku metaliczny posmak.

Wchodzę kręconymi schodami na poddasze, gdzie znajdują się sypialnia, gabinet Piotra i duża łazienka.

Powinnam zacząć od gabinetu.

Naciskam klamkę i wsuwam się do chłodnego pomieszczenia z zaciągniętymi roletami. Przez chwilę panuje w nim mrok, ale w końcu podchodzę do okien i po kolei wpuszczam do wnętrza skąpe światło.

Na oknie połaciowym zbierają się krople, przez które w zniekształceniu widzę pozostałe budynki osiedla, jak na obrazie impresjonisty. Wiatr ze świstem ślizga się po zimnej szybie.

Pokój jest wielkości salonu.

Uwagę przykuwa obszerne biurko z trzema panoramicznymi monitorami pośrodku, z których dwa skrajne są ustawione po skosie. Cały blat zbiera kurz, bo nie ma na nim żadnych papierzysk, figurek ani pamiątek. Za obrotowym fotelem błyszczą kremowe fronty regału zajmującego całą ścianę.

Po prawej zielone sukno wyścieła stół bilardowy, na którym zostało kilka lakierowanych kolorowych bil, inne wiszą w siatkach przy łuzach. W rogu, obok dwóch niskich foteli i stolika, dostrzegam stojak na kije wraz z półką na kostki kredy. Kredowy pył przykrywa delikatną warstwą i półkę, i fragment podłogi.

 

Najpierw siadam za biurkiem, w aurze ulubionego zapachu męża – Eternity od Calvina Kleina. Fotel poddaje się miękko mojemu ciężarowi. Przetrząsam cztery szuflady i dwie szafki. Zaglądam pod blat. Znajduję papiery firmowe, teczki z kserokopiami rachunków i umów, ale żadnych dokumentów prywatnych.

Uruchamiam komputer, który budzi się ze szmerem. Jaśnieją monitory.

Okręcam się na fotelu i spoglądam pod kątem na regał. Nie widzę tego, co chcę zobaczyć, więc wstaję i włączam górne światło. Wracam i raz jeszcze przyglądam się z ukosa. Fronty bez uchwytów otwierają się po naciśnięciu narożnika. Szukam tego, na którym widnieje najwięcej tłustych śladów palców. Jeden z nich znajduje się blisko mnie, co oznacza, że Piotr korzystał z niego bez ruszania się z fotela.

Wiem, co tam znajdę, ale jednak chcę to zobaczyć.

Z niewielkiego wnętrza wylewa się światło.

Zerkam do środka.

Dno barku wyłożone jest lustrem, które odbija różnokolorowe butelki i LED-owe światła. Nad butelkami, z dwóch chromowanych szyn, zwieszają się do góry nóżkami pękate kieliszki.

Szukam dalej, otwieram kolejne szafki, ale trafiam wyłącznie na książki, stare czasopisma, katalogi samochodowe i prasę motoryzacyjną. W innych odnajduję filmy DVD, gry komputerowe, sprzęt do grania, kierownicę multimedialną z pedałami i kablami spiętymi plastikowymi opaskami. W przedostatniej szafce znajduję drukarkę i ryzy papieru, a pod nią, w osobnej szafce – niszczarkę. Obok maszyny leżą luźne kartki, zadrukowane jednostronnie, do ponownego wykorzystania na notatki.

Przeszukuję te papiery, ale nie ma ich dużo i nigdzie nie znajduję żadnego, chociażby najmniejszego wydruku wniosku rozwodowego.

Odwracam się do komputera i w polu wyszukiwania wpisuję po kolei kilka różnych wyrazów, tak by od-

naleźć po nazwie odpowiedni dokument. Zaczynam od słowa „rozwód”, potem próbuję: „wzór wniosku”, wpisuję też swoje imię i nazwisko, szukam po nazwisku panieńskim, ale nie trafiam na nic. Przeglądam dokumenty i odczytuję nazwy folderów, ale nic nie budzi mojego niepokoju. Najwięcej jest materiałów firmowych, skopiowanych i zarchiwizowanych.

W sypialni i w przyległej do niej garderobie też nie znajduję żadnej teczki ani dokumentów, które mogłyby mieć związek z planowanym przez Piotra rozwodem.

Uspokajam się.

Mam nadzieję, że także na twardych dyskach sprzętu Roksany niczego takiego nie ma. I nie było. Bo niby dlaczego miałoby być u niej? To niedorzeczne.

„Absurdalny wymysł rodziców Piotra”, powtarzam sobie kilkakrotnie.

A potem nachodzi mnie inna myśl. Odnalezienie papierów rozwodowych nie ma żadnego znaczenia. Nie można się rozwieść po śmierci. Musiało chodzić o coś ważniejszego.

O testament Piotra.

Schodzę więc na dół i przetrząsam torebki w poszukiwaniu wizytówki prawnika zatrudnionego w przedsiębiorstwie męża. Odnajduję ją w czwartej z kolei. Kartonik jest wygnieciony, leży na dnie, w jednym z rogów znaczą go drobne, brunatne plamki.

Rozprostowuję wizytówkę, wygładzam i przepisuję numer do telefonu.

Zapisuję w kontaktach, a potem zastanawiam się, czy zadzwonić. Zerkam na zegarek. Jest już weekend, czas wolny.

Mój palec wciąż wisi nad imieniem i nazwiskiem radcy prawnego, ale nie mogę się zdecydować.

Wizyta teściowej była krzykiem rozpaczy. Gdyby mieli testament w rękach, nie przyszłaby tu, tylko spotkalibyśmy się w sądzie. A ona chciała to załatwić polubownie. Chciała mnie wyczuć, czy będę gotowa podzielić się spadkiem.

Odpuszczam i odkładam telefon.

Nastawiam czajnik na płycie indukcyjnej i opieram się o parapet.

Rozglądam się dyskretnie za fordem focusem.

Nie ma go w zasięgu wzroku.

Patrzę gdzieś w dal. Przez jakiś czas moje oczy odpoczywają i świat traci ostrość.

Odklejam się od okna dopiero na dźwięk gwizdka.

Zalewam wrzątkiem herbatę imbirową z cytryną, dodaję miodu dla smaku i zabieram kubek do salonu.

Kładę się na sofie, wsuwam pod ciepły koc i zamykam oczy. Chcę tak wytrwać do wieczora, ale najpierw muszę odszukać w sieci artykuł Ruteckiego, skoro teściowa zabrała gazetę.

Sięgam po laptopa, a skoro wybrałam go zamiast tabletu, to coś kusi mnie, żeby sprawdzić pocztę, bo dawno tego nie robiłam. Wiadomości sypią się do skrzynki odbiorczej bez ustanku. Usuwam reklamy i spam, ale między nimi trafiam na kilka próśb o rozmowę w sprawie zaginionej dróżniczki, dostaję pytania i wystarczy, że odpowiem na nie mailem zwrotnym.

„Czy to prawda, że bywała Pani pod jej domem?”

„Skąd Pani zna jej adres domowy?”

„Czy wie Pani, co się stało z Ireną Sowińską, gdzie jest lub gdzie może przebywać i czy żyje?”

Otwieram inne maile i z przerażeniem czytam kolejne prośby, kolejne pytania, w których wyrok już zapadł.

Jestem winna zaginięcia Ireny Sowińskiej.

Gwałtownie zamykam laptopa.

Trzask plastikowej obudowy zlewa się z dźwiękiem domofonu.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?