ŻałobnicaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Robert Małecki, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Marketing i promocja: Greta Kaczmarek

Redakcja: Lena Marciniak-Cąkała / Słowne Babki

Korekta: Gabriela Niemiec, Mirosław Krzyszkowski

Projekt typograficzny, skład i łamanie: MELES-DESIGN

Projekt okładki i stron tytułowych: Tomasz Majewski

Fotografia na okładce: Phan Hieu, EyeEm / Getty Images

Fotografia autora: Zuza Krajewska / Warsaw Creatives

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66553-24-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

PROLOG

Tak to sobie wyobrażam.

Podkradam się i patrzę na dróżniczkę, gdy staje w oknie. Zastygła, pospolita twarz, otulona kręconymi włosami do ramion, zmęczony wzrok wbity w dal i cienka kreska ust, nieskorych do wyrażania emocji.

Ma na sobie kamizelkę odblaskową, a na wysokości piersi trzyma żółtą chorągiewkę.

Znak, że wszystko gra, że przejazd jest bezpieczny.

Ale tu nic nie jest bezpieczne.

Wiem, że kiedy zadam pierwszy cios, tych ust nie wykrzywi ból. A przecież tylko dlatego to zrobię, tylko dlatego tutaj przyszłam. Chcę dostrzec w jej oczach paniczny strach, przypływ przerażenia, kiedy dotrze do niej, że zbliża się nieuchronny koniec.

Zadaję więc pierwszy cios. I jakaś siła, przemożna moc każe mi zadać kolejny i kolejny, więc z narastającym opętaniem, gubiąc oddech i dławiąc się nim, dźgam już nożem jak szalona, przebijam ciuchy i skórę. Początkowo ostrze natrafia na wyraźny opór, ale potem wchodzi gładko. I tak raz za razem, raz za razem. Aż w końcu brak mi sił. Mięśnie zastygają jak beton, nóż upada głucho na wykładzinę, a ja z trudem łapię haust powietrza i jednocześnie próbuję dojrzeć ból w jej matowych oczach.

Nic z tego.

Dyszę wyczerpana, ogarnięta wściekłością, która wyparowuje ze mnie wolno, znacznie wolniej, niżbym się spodziewała.

A wyraz jej twarzy w ogóle się nie zmienia. Jakby nie było tych ciosów, jakbym wcale nie miała dłoni zbroczonych jej ciepłą krwią.

Jakby mnie tu nie było.

Tak o tym myślę, tak to wciąż widzę, wyraźnie, jak budkę strażniczą przed sobą. Ale mimo to nie robię kroku naprzód.

Jest noc i słyszę poszept wiatru.

Stoję w pobliżu szlabanów, a na moją twarz pada krwista poświata sygnalizacji. Dwa reflektory raz rozbłyskują, raz gasną. Przypuszczam, że smolisty cień, który zostawiam na asfalcie w plamie karmazynowego światła, wygląda jak ciało zastygłe w kałuży krwi.

Widzę tę scenę.

Widzę siebie przy szlabanach, widzę ją w strażnicy i znam dystans, który nas dzieli; rdzawe linie starej stali, wyślizgane grzbiety torów, a pomiędzy nimi betonowe płyty, spękane jak sucha ziemia.

Gdzieś z boku, daleko stąd, pojawiają się światła, trzy żółte kropki na wierzchołkach trójkąta, zlewające się powoli w jeden rażący mnie snop. Pociąg się zbliża, refleksy pełzną po oknie stróżówki, przez co kobieta częściowo znika za plamami bieli, jakby była duchem. Światło z coraz większym impetem tnie noc, a miarowy stukot kół narasta, łapie wyraźny rytm i tężeje mi w uszach.

Patrzę na nią wyczekująco.

Nie ma mnie tam.

Nie mam przy sobie noża, a mimo to zaciskam pięść, jakby pod palcami znajdowała się ebonitowa rękojeść, która przywiera do skóry i parzy.

Światła pociągu wyławiają budkę strażniczki z mroku, a szara elewacja, w którą za dnia wżera się brud, rozbłyska czystą, niemal szpitalną bielą. Nagle budynek znika za zasłoną pociągu, pęd powietrza smaga mnie po twarzy, a ogłuszający huk sprawia, że zakrywam uszy.

Budynek miga w oczach, wyłania się i znika, widzę go tylko w przerwach między wagonami, a ona stoi skamieniała, manekin na wystawie, jakby czas się zatrzymał.

W myślach odmierzam sekundy, aż pociąg zniknie mi z oczu i porwie za sobą ten okropny hałas.

Dobiłam do dziewiętnastu, jeśli dobrze policzyłam.

Czy w tym czasie uda mi się ją zabić?

Oddycham. Wdech i wydech.

Więc naprawdę o tym myślę?

Och…

To tylko sen, zwykła ułuda, suma chorych pragnień.

Sen czy nie sen, dążenie, które nie znajduje ujścia, mija szybko, ale zostawia we mnie gorzki smak niedosytu, tli się wewnątrz. Jest jak orgazm, który miał nadejść, ale już odpływa, ucieka i znika zupełnie, pozostawiając niespełnienie, bolesny zawód. Jak woda, która obmywa brzeg, ale nie sięga bosych stóp. Jak tył pociągu, który rozpływa się w nocy i zostawia poblask świateł, charakterystyczny rytm, cichnący stukot.

Tak, tak.

Stuk, stuk.

Cisza na powrót bierze noc we władanie, a pęd powietrza, ten sam, który szarpał mi włosy, wytraca impet i ledwie kołysze źdźbłami dzikich traw w torowisku.

Szlabany się unoszą z krótkotrwałym jękiem, ale nikt nie przejeżdża.

Bo nikogo tu nie ma.

Nie ma jej w oknie.

I mnie też tam nie ma.

Jest noc.

Jest pustka.

Nikogo tu nie ma.

Nikogo.

Ni-ko-go, ni-ko-go, ni-ko-go…

TERAZ

– No, to jak? – Lena Wolska, podkomisarz policji, marszczy czoło i mruży oczy przed wiatrem, który porywa z jej ust dym papierosowy. – Była tam pani?

Stoimy vis-à-vis teatru, przy rzędzie taksówek zaparkowanych na błyszczącym bruku. Siwy gość z sumiastym wąsem poprawia się w fotelu mercedesa i wlepia we mnie wzrok. Robi to bez skrępowania, wręcz nachalnie, jakby chciał, żebym wiedziała, jakie myśli chodzą mu po głowie. Jestem przyzwyczajona do oblepiających spojrzeń, czasami je podchwytuję, czasami ignoruję. Tak jak teraz. Po prostu udaję, że go nie widzę. Próbuję skupić wzrok na policjantce, chociaż wiatr szarpie mi grzywkę. Poprawiam ją, lecz na niewiele się to zdaje. Ponownie opada na oczy, ale tym razem już nie zwracam na to uwagi.

Patrzę na kobietę i jej dłoń, obleczoną pomarszczoną skórą, z papierosem ściśniętym między pożółkłymi palcami. Papieros wędruje do ust. Wolska zaciąga się i ponownie wydmuchuje kłęby siwego obłoku, który niemal natychmiast zostaje rozwiany przez lodowaty powiew. Patrzy w bok, na plac Teatralny i dalej, na fale pieszych rozpływających się w różne strony, na pełny tramwaj, który ze zgrzytem przejeżdża przez skrzyżowanie.

Papieros znowu się żarzy.

Przypatrujemy się się sobie, tak samo mrużąc oczy i zupełnie nie zważając na upływający czas.

Jesteśmy do siebie podobne. Nie fizycznie, ale jednak. Chociaż jej nie znam, widzę to w jej oczach, w tym przenikliwym spojrzeniu, w pozornie spokojnych gestach. Zmarszczone czoła, pomarszczona, niewyraźna przeszłość, życia wypełnione skazami, które może i nie bolą, ale znaczą gładkie ciało jak zgrubiałe, obłe blizny. Przypominają martwe larwy zastygłe tuż pod skórą.

Wolska wygląda na pięćdziesięcioletnią zaniedbaną rozwódkę, nie nosi obrączki ani pierścionków, z uszu nie zwisają jej kolczyki. Krótkie, ciemne włosy z siwiejącymi odrostami potargał wiatr. Mam wrażenie, że nie dojada i się nie wysypia, dokładnie jak ja. Zapewne w nocy obie przewracałyśmy się z boku na bok, zerkając co jakiś czas na proste cyfry elektronicznego budzika, goniąc myśli, które nigdy nie dają się złapać, i wsłuchując się w rytm przyspieszonego pulsu, owocu stresu.

– Powie mi pani? – Rzuca peta na chodnik i rozdeptuje go obcasem wiązanego trzewika. Skrawki tytoniu się unoszą i mimo że próbuję gonić za nimi wzrokiem, natychmiast tracę je z oczu.

Dygoczę z zimna, chowam głowę w ramiona, garbię się, jakby to mogło mi pomóc.

– Nie – mówię i od razu żałuję, że kłamię, bo moje ciało jest prawdomówne.

Przez chwilę drapię się po szyi, chociaż próbuję zamaskować ten ruch, i sięgam do grzywki, żeby ponownie ją poprawić.

Opanowanie przychodzi z trudem.

– Jest pani pewna? – powątpiewa, wsuwając ręce do kieszeni.

Czegoś w nich szuka, a może to tylko taktyczna zagrywka. Ona już wie i ja wiem, więc obie wchodzimy w role, nie idziemy w otwarty konflikt, tylko gramy na czas tak długo, jak to możliwe. Wyczekuję na jej cios, a ona na mój unik. Ale ani jedno, ani drugie nie następuje.

– Powinnam już iść. – Ostentacyjnie spoglądam na zegarek, ale Wolska znowu lustruje tłum ludzi na pobliskim placu.

– Seweryn Jarosiński, jeden z dróżników, twierdzi, że widział tam panią – stwierdza.

Skostniała z zimna wzruszam ramionami.

– Kiedy? – Próbuję ustalić, ile wie.

– W niedzielę. Podobno często tam pani przychodzi.

– A panią to dziwi? – odzywam się nieco agresywniej.

Zaprzecza ruchem głowy.

– Jednak zazwyczaj przychodziła tam pani za dnia – przypomina. – Dlatego chcę to ustalić.

– To takie ważne? – Znowu podnoszę głos.

Taksówkarz z mercedesa wciąż mi się przygląda. Widzę czubek sinego języka, którym przeciąga po górnej wardze.

 

– Miejmy to za sobą – zachęca Wolska i znowu skupia na mnie wzrok.

– Nie było mnie tam. – Idę w zaparte, bo chociaż przejazd jest monitorowany, to zawsze staję poza okiem kamery. Przynajmniej tak mi się wydaje.

– Więc ta postać w kapturze, która pojawia się tam raz na jakiś czas, to na pewno nie pani?

Zaprzeczam i znowu zerkam na zegarek. Powinnam już wrócić do pracy.

Trzaskają drzwi taksówki, słyszę szum zapuszczanego silnika i zgrzyt wrzucanego biegu. Samochody przesuwają się w kolejce, wąsaty kierowca z mercedesa ociąga się, ale w końcu przekręca kluczyk w stacyjce. Ostry smród spalin wypełnia nozdrza. Przez chwilę oddycham ustami.

Wóz przetacza się wolno, a kierowca znika mi wreszcie z oczu.

Wolska sięga po kolejnego papierosa, miętosi go między palcami, ugniata delikatnie, a ja czuję się jak ten jej papieros. Chcę stąd iść.

Robię krok w stronę wejścia do kamienicy, wciskam domofon. Ręka dotyka zimnej klamki i tak trwam w oczekiwaniu. Chciałabym mieć to przesłuchanie za sobą, wrócić do strefy komfortu.

Czuję wzrok Wolskiej na plecach, ale się nie odwracam. Boję się, że mnie zawróci, że każe mi tu stać i będzie zasypywała pytaniami.

W końcu słyszę metaliczny brzęk i pcham ciężkie drewniane drzwi.

Smród oleju do frytek, dochodzący z baru, wisi na klatce schodowej, jak co dzień. Gęsty i intensywnie mdły.

Uciekam.

Wolno, ale jednak.

Znikam w ciemnym korytarzu, moje kroki odbijają się w wąskiej przestrzeni krótkim echem, ale nie słyszę za sobą trzaśnięcia, więc przystaję u podnóża schodów. Coś każe mi się odwrócić.

Wolska jest teraz czarną sylwetką na tle jaskrawych szarości. Przytrzymuje butem drzwi.

Widzę błysk zapalniczki i to, jak pochyla się nad balansującym na wietrze ogniem, osłania go dłonią i odpala papierosa. Zaciąga się i wreszcie spogląda w moją stronę.

I już wiem, że nie będę zadowolona z tego, co usłyszę.

– Dróżniczka zaginęła, pani Anno – mówi.

Odchodzi, ale jej słowa zostają ze mną.

Drzwi z głuchym trzaskiem uderzają we framugę.

Pochłania mnie ciemność.

Powidoki miasta, świateł, szum samochodów za szybą mojego mini. Mgiełka wody zrywana z asfaltu i rzucana na szybę. Zgrzyt wycieraczek odgarniających rozsiane kropki.

Znam te obrazy i dźwięki, znam je na pamięć.

Od tygodni, od tamtej chwili, gdy coś we mnie pękło, odkrywam samą siebie na nowo i nie jestem zadowolona z tego, co tkwi głęboko pod sercem.

Dłonie zaciskam mocniej na kierownicy, głowę opieram na zagłówku.

Nigdy nie było idealnie, bo idealnie jest tylko w książkach i filmach.

Idealne małżeństwo, prycham.

Idealny dom.

Bzdury.

Nie miałam idealnego męża, nie byłam idealną żoną. Nie zostałam idealną macochą. Zresztą w samym słowie „macocha” jest więcej goryczy niż we mnie.

Stoję w korku. Zmierzch poczerniał nad miastem, mokry asfalt błyszczy w świetle reflektorów. Czołgamy się po moście jak w zwolnionym tempie. Patrzę na Wisłę, która przepływa pode mną i zlewa się z czernią zalesionego brzegu i jaśniejszym nieboskłonem, dźwigającym łunę miejskiego światła.

Odnoszę wrażenie, że stąd nie ma żadnej ucieczki.

Przymykam oczy, czuję, jak szczypią mnie ze zmęczenia i znowu łzawią. Ostatnio często mi się to zdarza, ale bardzo się z tego cieszę.

Wdowa powinna płakać, słyszałam to wiele razy od kobiet, matek i żon.

Ale ja nie płakałam.

Nie pytajcie dlaczego. Sama się nad tym zastanawiam.

Przesuwam się o żabi skok.

Znowu przymykam powieki, chroniąc oczy przed natarczywym światłem samochodów, tym żółtym i tym czerwonym, które ścieka wąskimi strugami na mokrą jezdnię.

Ponownie widzę ich oboje.

Pamiętam dokładnie ten moment, zanim ostatni raz wyszli z domu.

Drobinki śliny z jego ust, które leciały w moją stronę, wściekłość napinająca mu żyły na szyi i ten cholerny krzyk, który długo rezonował w uszach.

A potem ona wyślizgnęła się ze swojego pokoju i trzasnęła drzwiami. Minęła mnie, gwałtownie zarzucając długie ciemne włosy, które smagnęły mnie w twarz. Wysyczała krótkie słowo. Z początku, otumaniona, zupełnie go nie zrozumiałam. Doleciało do mnie kilka godzin później, kiedy było już po wszystkim.

Tej nocy, gdy zostałam sama w pustym mieszkaniu, czułam się jak ofiara. A to słowo krążyło nade mną niczym sęp. Czekałam, aż zaatakuje, aż w końcu obniży lot, złoży rozpięte skrzydła i gwałtownie zanurkuje, wbijając się z hukiem w moją głowę. Ale to wciąż nie następowało. Dopiero sen przyniósł rozwiązanie. Miałam wrażenie, że mara była wierną powtórką awantury sprzed kilku godzin. Podobne wybuchały często, ale byłam przekonana, że ta będzie tą ostatnią, że po niej wszystko się zmieni.

Kolejny raz wysłuchiwałam wyzwisk męża, gdy nagle wybrzmiała chwilowa cisza i wówczas, niczym poszum drzew, nadleciało tamto słowo. Wydawało mi się ciche, ale jednak wyraźne, jak sceniczny szept.

Suka.

Zerwałam się ze snu.

I nagle ciszę przeciął głośny dźwięk domofonu.

Sądziłam, że to mąż. Że wrócili oboje, że ona obrażona pójdzie spać, a on weźmie prysznic, wślizgnie się do łóżka, odwróci plecami do mnie, będzie udawał, że zasnął, ale tak naprawdę będzie czekał na moją ciepłą dłoń i wargi, które zrobią wszystko, co do tej pory robiłam, żeby go przeprosić, wkraść się na powrót w jego łaski. Przytrzyma mi głowę aż do chwili, kiedy rozkosz uniesie palce stóp, jego ciało się napnie, a z ust ulecą ciche spazmy. I wtedy, przez kilka kolejnych dni, będzie lepiej, niż bywało codziennie.

Podeszłam do aparatu i podniosłam słuchawkę.

– Halo.

– Podkomisarz Lena Wolska, wydział kryminalny Komendy Miejskiej Policji w Toruniu. – Dobiegł mnie mocny kobiecy głos. – Pani Anna Kowalska?

– Tak. – Poczułam, że chłód owija się wokół moich kostek.

– Mogę wejść?

– Teraz?

– Tak.

– Co się stało?

– Niech mnie pani wpuści.

Zwolniłam blokadę furtki i przeszłam do kuchni. Wyjrzałam przez okno na plac przed apartamentowcem.

Na dole, przed bramą wjazdową, stał radiowóz.

Wolska szła już w stronę klatki i po chwili dźwięk domofonu rozległ się ponownie.

Uchyliłam drzwi i słuchałam jej coraz wyraźniejszych kroków na schodach.

Potem błysnęła odznaką i poprosiła, bym usiadła.

Na drżących nogach dotarłam do kuchennego hokera.

Chwilę później świat rozpadł się jak przesuwany za rant stołu obrazek z puzzli.

Ona mówiła, a ja czułam się tak, jakbym tam była. Jakbym stała przy przejeździe kolejowym, zanim doszło do tragedii.

Ciemna noc.

Oni w samochodzie.

Milczący, zasępieni, połączeni kipiącą wściekłością, płynnym żelazem, które wypełnia sieć żył i wywołuje czysty, pierwotny ból.

Są coraz bliżej uniesionych szlabanów, skupieni tylko na fragmencie drogi przed nimi. Jakby poza tą asfaltową wstęgą nie było już niczego. Kęs świata, haust prywatnej przestrzeni.

Widzę go, jak przygryza wargę, mruży oczy. Dociska gaz, bo zawsze tak robił. Zawsze gnał jak wariat, szarpał nerwowo kierownicą.

I widzę ją, pochyloną nad smartfonem, zgięty kark, rozsypane włosy, niczym kurtyna wyznaczająca granicę jej intymności, strefę wiecznego komfortu, do której nigdy nie miałam dostępu.

I jest ona, dróżniczka, która nie pojawia się w oknie, nie opuszcza rogatek, więc jest, ale jakby jej nie było. Leży na podłodze strażnicy, blisko biurka, które oświetla blask bijący z dużego monitora. W szklance po kawie suszy się gruba warstwa fusów.

A to jeszcze nie wszystko, bo z prawej nadjeżdża pociąg.

Widzę więc dwa zbliżające się do siebie punkty i już wiem, że ich tory jazdy przetną się w tej samej chwili. Są coraz bliżej. I jeszcze bliżej.

Ale zanim to nastąpi, zapada cisza.

Wreszcie moim ciałem szarpie huk uderzenia, słyszę dźwięk zgniatanych blach, zgrzyt tarcia i jęk stali, który zagłusza stukot kół pociągu. Pisk hamulców się wzmaga, brzmi jak krzyk rozpaczy, uderza w noc kruchą jak szkło i rozbija ją na drobne kawałki.

I znowu zapada cisza, niczym następny zwiastun zła.

Nie pojechałam tam od razu. Potrzebowałam czasu. Zazwyczaj przyjeżdżam tam za dnia, czasami – nocą.

Często wracam myślami do tamtej chwili, do nocnej wizyty policjantki, jak do czegoś, co definiuje mnie na nowo.

Jestem wdową.

Och, jak to brzmi w przypadku trzydziestotrzyletniej kobiety, której życie mogłoby w zasadzie dopiero się zaczynać.

Czasami mam ochotę śmiać się z tego, co mnie spotkało. Wciąż wydaje mi się to nieprawdopodobne, niegodziwe i krzywdzące. Być może mają rację ci, którzy twierdzą, że sobie na to zasłużyłam.

Nie jestem idealna. Raczej zepsuta i zła.

I nie jestem tylko wdową.

Jestem kobietą, która straciła pasierbicę. Czy jest na to jakieś odpowiednie słowo? Wątpię.

Dlatego wolę o sobie mówić, że jestem żałobnicą.

„Żałobnica” do mnie pasuje, lgnie do skóry i wchłania się niczym najlepszy krem.

Jestem żałobnicą.

Jestem suką.

W spadku dziedziczę duże pieniądze i myślę sobie, że być może to wszystko zmienia.

Bo nigdy nie było idealnie.

Ale może teraz będzie?

Zamykam brudne naczynia w zmywarce. Słyszę, jak sprzęt pomrukuje, wypełniając się wodą. Przecieram wilgotną ścierką blat, z którego zbieram okruchy chleba.

Późny, chłodny wieczór wciska się przez okna. Blask lamp rozświetla pokój i kuchnię z niewielką wyspą. Niebieskawa poświata telewizora drga na żywicznym stole, w którym zastygły emblematy samochodowych marek. Zapadam się w miękkiej sofie i czuję, że ten pobłysk kładzie się na mojej twarzy.

Próbuję odpocząć, gapiąc się na niespiesznie zmieniające się obrazy, na film, którego przecież nie oglądam, chociaż patrzę w ekran. Podciągam nogi i chowam się pod kocem. Boję się, że obudzi mnie tu światło dnia. Nie chcę tego, ale nie chcę też iść do sypialni na poddaszu. Tej naszej sypialni z dużym łóżkiem, w której wciąż w szafach wiszą jego garnitury, marynarki, spodnie i krawaty. Sypialni, w której czuję jego zapach.

Powinnam spakować wszystko w worki i wynieść, oddać potrzebującym, pozbyć się tego raz na zawsze, a potem wyczyścić szafę.

Do pokoju Roksany nie weszłam od tamtej nocy. Od chwili, kiedy zatrzasnęła te drzwi, nigdy ich nie otworzyłam.

Omijam je, jakby w ich miejscu wyrosła ściana, jakby apartament stracił jedno pomieszczenie.

Raz tylko zerknęłam w ich stronę, gdy szwagierka przyjechała do mnie z awanturą. Zamarła tuż za progiem pokoju Roksany, ukochanej bratanicy. Wstrząsnął nią szloch.

Wtedy, w drodze do kuchni, zwolniłam i spojrzałam w bok. Małgorzata, młodsza ode mnie o kilka lat, stała boso na miękkim, długowłosym dywanie. Ale chyba wyczuła moją obecność, bo szybko zamknęła za sobą drzwi.

Nie wiem, ile czasu tam spędziła, nie patrzyłam na zegarek.

Zaparzyłam herbatę i zaniosłam ceramiczny czajnik do salonu.

Usiadłam, splatając dłonie, i nasłuchiwałam metalicznego odgłosu naciskanej klamki, zgrzytu zawiasów, krótkiego cmoknięcia towarzyszącego odklejaniu się drzwi od uszczelki w ościeżnicy.

Kiedy szwagierka wyszła, herbata nadawała się do picia. Rozlałam ją do filiżanek, ale ona wciąż nie przychodziła.

Dopiero po chwili usłyszałam, że otwiera drzwi wyjściowe i znika.

Nie zniknęła jednak z mojego życia całkowicie.

Nie umie się pogodzić z tym, co się stało. Z konsekwencjami, które nadeszły po tragicznym wydarzeniu, po śmierci mojego męża i jego córki. Jej brata i bratanicy.

Nienawidziła mnie od samego początku.

Nie akceptowała drugiego związku Piotra, z kobietą bez przeszłości, która nie była idealną żoną.

Być może dlatego, że nigdy tego nie kryłam.

Z letargu budzi mnie brzęczenie telefonu.

Wzdrygam się, jakbym płytko przysnęła. Otwieram powieki i przez wąskie szparki odnajduję aparat na stoliku. Automatycznie wyciągam po niego rękę.

Z telewizora dobiegają krzyki polityków. Głosy nakładają się na siebie, widzę wykrzywione w grymasie złości twarze.

– Halo? – mówię i jednocześnie drugą ręką przyciszam pilotem odbiornik.

– To ja – odpowiada ciepły głos faceta, z którym zdradziłam męża.

Dokądś idzie, a może biegnie, bo słyszę, jak sapie, a w tle jednostajnym rytmem pulsuje miasto.

 

– Miałeś nie dzwonić – wzdycham.

– Miałem, ale…

Rozłączam się.

Nie liczyłam na to, że mnie posłucha, chociaż ostrzegałam go wcześniej. Powtarzam mu to co jakiś czas, ale z takim samym skutkiem. Zawsze do mnie powraca. Tak jak koszmar złożony z dźwięków, których nigdy nie usłyszałam, ale które wciąż tkwią w mojej głowie. Huk zgniatanych blach, jęk stali i przeciągły pisk hamulców, tarcie kół po wyślizganych torach. Jak nachodząca mnie wizja chwili, w której bmw wjeżdża pod rozpędzony pociąg. Widzę czerń karoserii i tańczące na jej obłych krzywiznach złote nitki refleksów. Światła lokomotywy. Na sekundę przed uderzeniem obraz znika, zostawiając mnie z sercem dudniącym pod żebrami.

Wzdycham i próbuję się uspokoić, opanować drżenie.

Po chwili on dzwoni ponownie, a ja patrzę to na zieloną, to na czerwoną słuchawkę.

Melodia gra długo, na ekranie wciąż wyświetla się napis „dentysta – rejestracja”.

Kolejne kłamstwo.

Minus kilkanaście punktów do ideału.

Wyczekuję, aż ekran telefonu zgaśnie.

Dostatecznie obudzona, zaglądam na swój profil na Instagramie. Nie robiłam tego od dawna.

Pomijam ponad dwieście powiadomień i wiadomości, których nie mam zamiaru odczytywać. Wiele z nich śmierdzi szambem na odległość, w innych trafię na wulgarne propozycje i zdjęcia penisów sterczących z rozpiętych spodni. W zaledwie kilku otrzymam słowa pocieszenia. Być może po ostatnio zamieszczonym poście jest ich więcej.

Klikam w zdjęcie, na którym czarna woalka przysłania mi twarz i puszyste blond włosy. W oczach mam łzy. Ale nie były to łzy smutku, po prostu zrobiłam zdjęcie po wpuszczeniu pod powieki kilku kropel soli fizjologicznej.

wyrazy współczucia [*]

<3

samaś sobie winna szmaciaro!

trzymaj się, jesteśmy z Tobą [*]

i trafiło też na ciebie życie bywa sprawiedliwe. Teraz poczujesz się jak każdy Panno Nikt Panno Pindo!

czy może pani udostępnić moją zrzutkę? Sprawa poważna, bardzo proszę

[*] proszę przyjąć moje kondolencje [*]

lepiej byś cycki pokazała buhahaha.

Piszę do pani jak do matki. To akt desperacji. Pomoże pani przeżyć mojemu Dawidkowi? Dawidek cierpi…

no sam sex! Brawo Ty.

Telefon wibruje, otrzymuję esemesa.

Oczywiście od niego, mojego wyrzutu sumienia i kochanka. Chociaż to słowo brzmi żałośnie.

„Przeczytaj Nowości”.

Nawet nie zamierzam.

Nie odpisuję, ale wstaję z sofy. Poprawiam koc, wyłączam telewizor.

Biorę prysznic, z ręcznika formuję na głowie turban, w którym znikają mokre włosy, i zabieram się do wcierania kremu, delikatnie oklepuję opuszkami skórę twarzy.

Patrzą na mnie duże niebieskie oczy, chociaż lewa powieka opada niżej. Mam wrażenie, że dodaje mi to seksapilu. Patrzę na pełne i szerokie usta, uchylam je, odsłaniając białe zęby. Wpatruję się w prosty, wąski nos i wystające, może nieco bardziej, niżbym chciała, kości policzkowe. Śledzę łagodną linię brody.

Potem suszę włosy.

Idę jednak do sypialni i wsuwam się pod kołdrę przy zgaszonym świetle. Jak co wieczór modlę się o sen, spokojny sen, który mnie ukołysze.

Zamiast niego słyszę dźwięk nadchodzącej wiadomości.

„A co, jeśli… no, sama wiesz…”

Odkładam telefon. Powidoki błądzą pod powiekami.

Im bardziej staram się o tym nie myśleć, tym mocniej słowa utrwalają się w głowie. Wygląda to tak, jak wywoływane w domowych warunkach zdjęcie. Litery ujawniają się z wolna, stają się wyraźniejsze, czernieją z każdą chwilą, w mocnym kontraście do śnieżnobiałego tła.

Chcę o nich zapomnieć i spać.

Nasuwam kołdrę na głowę i liczę do stu, wolno, najwolniej, jak potrafię.

W końcu mam wrażenie, że zaczynam zapadać się w miękkim materacu, że moje ciało przyjemnie ciąży.

I wtedy nawiedza mnie obraz czarnego bmw stojącego na torach. Blask reflektorów i narastający stukot stalowych kół. Wszystko dzieje się szybko, nie mam chwili na reakcję. Czuję, że to zaraz nastąpi, że moją głowę wypełnią huk uderzenia i brzęk tłuczonego szkła, rozsypującego się po asfalcie, ale zanim do tego dojdzie, obraz znika zupełnie, tak nagle, jak nagle nadpłynął.

Odrzucam kołdrę.

Rytm kół pociągu zostaje w mojej klatce piersiowej i brzmi dokładnie tak, jak bicie mojego serca.

Uspokój się, uspokój, nakazuję sobie.

Odmierzam noc, wpatrując się w cyfry budzika, w czas pozostały do świtu.

A ten uparcie nie chce nadejść.

Poranek pachnie kawą.

Otulona ciepłym szlafrokiem siedzę na sofie z podciągniętymi pod brodę kolanami. Trzymam zimne palce stóp i przyglądam się z uwagą, jak lakier schodzi z paznokci. Czas go zmyć.

Z pokoju Roksany dochodzi odgłos szurania, ale staram się nie zwracać na to uwagi.

Małgorzata Miller, siostra mojego tragicznie zmarłego męża, zabiera ciuchy pasierbicy i jej rzeczy. Nie pyta mnie, co może wziąć, a czego nie, zachowuje się tak, jakby to wszystko, całe nasze mieszkanie, było jej własnością.

Przy drzwiach wejściowych stoi Krzysztof, jej mąż.

Prosiłam, żeby usiadł, ale tylko się uśmiechnął i pokręcił głową.

Nic do niego nie mam, on do mnie chyba też nie. Do tej pory traktowaliśmy się dość neutralnie jak na osoby, które połączyła rodzina Kowalskich, jak na dwoje najbliższych – przynajmniej w teorii – rodzeństwa Małgorzaty i Piotra.

Krzysztof jest niski i krępy, ma na sobie dwurzędową marynarkę w granatową kratę ze złotą poszetką, wbija wzrok w podłogę albo w czubki swoich brązowych, nienagannie utrzymanych zamszowych oxfordów. Kolejny już raz przenosi ciężar ciała z nogi na nogę i sporadycznie spogląda to na mnie, to na błyszczący na owłosionym przegubie zegarek na skórzanym pasku.

Oboje są równolatkami, tyle wiem. Mają po dwadzieścia dziewięć lat, dobrze płatne prace i plany na przyszłość. Okazały podtoruński dom czeka na dziecko, ale Gocha od co najmniej trzech lat nie może zajść w ciążę.

Doceniam to, że on nie pomaga żonie, że zachowuje w tym wszystkim neutralność, która pewnie doprowadza ją do szału.

Moja szwagierka wystawia właśnie na korytarz kolejny pękaty, udekorowany na szczycie grubym supłem niebieski worek.

Sapie przy tym i dmucha w grzywkę, która zaczyna się przylepiać do wilgotnego czoła.

– Kawa stygnie – mówię i zaraz tego żałuję, bo wcale nie mam ochoty siedzieć z nią przy jednym stoliku. Wolałabym już wylać napar do zlewu.

Ale Gocha nawet nie odpowiada.

Dochodzi do mnie trzask drzwiczek, łoskot wysuwanych szuflad, szelest worka, do którego wkłada kolejne rzeczy.

Skoro nie odpowiada, sięgam po filiżankę i wypijam kilka łyków.

– Mogę? – Krzysztof wskazuje na drzwi do łazienki, a ja w odpowiedzi kiwam głową.

Znika tam na jakiś czas, aż w końcu słyszę szum spuszczanej wody. Potem myje ręce, a kiedy wychodzi, siada naprzeciwko mnie z cichym westchnieniem i sięga po kawę. Na chwilę rozciąga usta w sztucznym uśmiechu.

– Szkoda, żeby się zmarnowała – mówi półszeptem, po czym przysuwa sobie cukiernicę.

Koszula na jego brzuchu się napina i marszczy przy guzikach.

– Racja – zgadzam się.

Cisza przeszkadza nam obojgu.

Spuszczam bose stopy na miękki i ciepły dywan.

– Jak sobie radzisz? – Krzysztof skupia wzrok na filiżance. Zaczyna mieszać napój srebrną łyżeczką. W jego geście nie ma spokoju, celebracji, odrobiny relaksu, jest mechaniczna, zaprogramowana czynność.

– Nie wiem – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Minęło dopiero kilka tygodni.

Po co to mówię? Przecież on doskonale wie, kiedy doszło do tragedii, ale kiwa głową, jakby rozumiał, co mam na myśli.

Jestem przekonana, że czuje się niezręcznie, robiąc to, co każe mu żona, ale przecież nie mam do niego pretensji.

Sięgam po komórkę i próbuję odszukać wiadomość, która przyszła do mnie od nieznanego nadawcy kilkanaście dni przed wypadkiem.

Odnajduję ją, ale jednocześnie nie wiem, czy powinnam zrobić to, co zamierzam. Tyle tylko, że być może lepszej sytuacji już nie będzie. Kiedy Gocha zabierze stąd ostatnie rzeczy, właściwie już nigdy nie będzie powodu, żeby się spotkać.

Kątem oka zerkam na niego. Krzysztof wsuwa palec pod kołnierz koszuli i drapie się po szyi.

„Obserwują każdy twój krok”.

Czy on mi to wysłał?

Wiem, że ma dwie komórki, ale znam numer tylko jednej z nich.

– Wysyłałeś do mnie esemesa? – pytam.

– Esemesa? Kiedy?

– Dawno temu.

– Jak dawno?

– A jakie to ma znacznie? – przerywam, bo widzę, że próbuje grać na zwłokę.

Wzrusza ramionami i wyciąga rękę po filiżankę. Skórę na paliczkach, grubych jak kiełbaski, porastają szczeciniaste czarne włoski.

Patrzę w jego okrągłą twarz, wystylizowane, lekko falujące ciemnoblond włosy, które sięgają za uszy. Widzę krótko przystrzyżony zarost wokół ust i gładko ogolone, pulchne policzki.

– Nieważne – mówię może zbyt agresywnie i odkładam aparat.

Filiżanka brzęczy o spodek, kiedy Krzysztof odstawia ją na miejsce.

– Gosia chce przyjechać wkrótce po rzeczy Piotra. – Ociera dłonią usta.

Mówi cicho, na tyle cicho, że muszę wytężyć słuch, żeby go zrozumieć.