Zadra

Tekst
Z serii: Bernard Gross #3
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zadra
Zadra
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Zadra
Audio
Zadra
Audiobook
Czyta Piotr Grabowski
36,90  26,94 
Szczegóły
Zadra
Zadra
E-book
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dostrzegł, jak drgnęły jej ramiona. Być może na wspomnienie huku wystrzału, który rozniósł się wczesną wiosną po starówce.

Gross, jako jedyny świadek tego zdarzenia, do dziś miał je przed oczami, tę scenę na pustym dziedzińcu chełmżyńskiego komisariatu. Widział to wszystko jak na filmie odtworzonym w zwolnionym tempie.

Broń przy skroni silnego, wysportowanego blondyna. A potem nagła, niespodziewana fontanna krwi i cząstek mózgu rozbryzgująca się na ceglanym murze. Zerwane do lotu ptaki, które przecinają skrawek nieba nad komisariatem. Zaciśnięte nerwowo powieki i usta Otremby, i to nagłe zniknięcie napięcia z jego twarzy, rozluźnienie mięśni mimicznych, jakby spłynęła na niego od dawna pożądana ulga. A potem już tylko moment, w którym pod bezwładnym ciałem uginają się kolana i upada ono na wybrukowany niewielki plac, drżąc w ostatnich konwulsjach. I krew. Kałuża krwi, która rozlewa się niczym szkarłatna aureola.

I wreszcie cisza.

Gross przymknął oczy. Niepotrzebnie to zaczynał.

– Może jesteśmy tacy sami. – Mimo wszystko wrócił do poprzedniego wątku.

– To znaczy?

– Oboje boimy się tego samego. – Zganił się w duchu. Przecież w ogóle nie chciał o tym rozmawiać.

– Czego?

„Utnij to”, błagał siebie w myślach. Ale zdołał milczeć jedynie przez kilka sekund.

– Tego, by pójść nową drogą. – Powiedziawszy to, Gross przestraszył się własnych słów.

Miał żonę, którą przecież wciąż kochał. A być może tak mu się tylko wydawało. Może kochał jedynie wspomnienia o niej, te, w których pozostawała zdrowa, w pełni sił, atrakcyjna i zmysłowa. Bo czy rzeczywiście kochał kobietę, której mózg zgasł przed dziesięciu laty? Kiedy znikły niemal wszystkie ścieżki z mapy połączeń neuronów, a pozostały jedynie te odpowiadające za bezwolne i nieświadome trwanie zesztywniałego ciała przy życiu?

Skalska podniosła się i skierowała do drzwi, kiedy Gross odezwał się właściwie znów wbrew sobie.

– Próbowałem się do niej dodzwonić, ale na próżno. – Wzruszył ramionami. – Chyba zdecydowała za mnie.

– Zdecydowała? O czym?

– Że to ślepa uliczka. Że dalej już nic nie ma.

– Nic nie ma? – zdziwiła się. – Boże, przecież to tylko twoja interpretacja – obruszyła się.

– Co?

– Ta ślepa uliczka.

Zaprzeczył.

– Dobrze wiesz, że to tak nie działa. – Skalska uśmiechnęła się gorzko. – Porozmawiaj z nią.

Komisarz dalej milczał.

– Dopóki nie usłyszysz tego od niej, dopóki sama ci nie powie, że to koniec, nie rezygnuj – poprosiła.

– A ty?

Policjantka włożyła czapkę i zapięła polar, a potem podciągnęła suwak granatowej kamizelki.

– Jak to jest z tobą? – spytał, powracając z troską myślami do niedawnej samobójczej śmierci jej kochanka. – Radzisz sobie?

Otworzyła usta, ale nie padło z nich żadne słowo, za to oczy zaszkliły się momentalnie.

Czekał i widział, że znowu chciała coś powiedzieć, szybko jednak spuściła głowę.

– Może… – zaczął.

Uniosła dłoń, dając mu do zrozumienia, żeby nie brnął w to dalej.

Oparł więc ręce na podłokietnikach i patrzył na nią wyczekująco. A kiedy na ułamek sekundy ich spojrzenia się spotkały, Skalska wsadziła dłonie w kieszenie kamizelki i opanowała drżenie brody.

– Dam ci znać, co z Płockimi.

I wyszła z gabinetu.


Gross dopił herbatę i odstawiwszy pusty kubek na szafkę obok czajnika, zamknął akta sprawy dotyczące zaginięcia Rafała Beckera.

Usłyszał ciche pukanie.

– Proszę! – rzucił.

Drzwi uchyliły się wolno i w progu stanęła niska, zasuszona starsza kobieta, ubrana na czarno. Krople deszczu trzymały się jej palta i beretu, połyskując w świetle górnej lampy, co sprawiało wrażenie, jakby z niewiadomego powodu smutną nieznajomą obsypano cekinami.

– Dzień dobry – powiedziała niepewnie, błądząc wzrokiem po niewielkim gabinecie.

Gross podszedł bliżej i się przedstawił.

– Ja właśnie do pana.

– Do mnie? – nie krył zaskoczenia, ale wskazał kobiecie krzesło.

Nikogo się nie spodziewał, a dyżurny nie uprzedził go o wizycie.

– W czym mogę pomóc? – spytał, siadając naprzeciwko niej.

Ustawiła torebkę na kolanach i złożyła na niej dłonie obleczone w skórzane rękawiczki. Jej głowa, dostrzegł to dopiero teraz, drżała w regularnych, bezwiednych odruchach. Gross spojrzał w małe oczy kobiety ukryte za starymi, zmatowiałymi okularami. Jeden z zauszników owinięty był w połowie długości zabrudzonym plastrem.

Poprawił się na krześle i wyczekiwał.

– Musiało się coś stać, panie komisarzu – zaczęła cicho, a jej głos przepełniał smutek. Powiodła oczami po zastawionej regałami ścianie za plecami komisarza.

– Co pani ma na myśli?

Jej powieki zatrzepotały, a głowa ponownie wpadła w niekontrolowane drżenia.

– Przeżyłam wiele. – Z powrotem skupiła wzrok na policjancie. – Pan jeszcze młody, jeszcze życie całe przed panem. A moja droga dobiega końca i wcale mnie to nie smuci.

Złączywszy dłonie, Gross oparł łokcie na blacie i podparł reką brodę. Czekał na dalszy ciąg, bo wiedział, że nastąpi.

– Zaczęłam umierać na raty. – Uśmiechnęła się smutno. – Tak. Właśnie na raty. Mówią, że tak się nie da odchodzić, że umrzeć można na raz. – Uniosła nieznacznie dłoń, ale nie wykonała żadnego gestu, jakby to był nadludzki wysiłek. – Ale ja, zapewne Bóg tak chciał, obumieram już od dawna.

Kobieta utkwiła wzrok w mokrych cegłach gotyckiej wieży kościoła Świętego Mikołaja.

Gross widział profil jej twarzy, pomarszczoną ziemistą skórę i siwe włosy z nielicznymi ciemniejszymi pasmami. Pozostawały spięte i częściowo ukryte pod beretem. Ale z tej perspektywy dostrzegł coś jeszcze. Pożółkłe białka oczu, pokryte od dołu gęstą siecią spękanych naczynek, oraz powieki niemal pozbawione rzęs.

– To zaczęło się w dwa tysiące drugim roku – rzekła i odwróciła się do niego z dygoczącą wciąż głową. – W dwa tysiące dziesiątym Pan zabrał mi męża. A teraz to.

Gross zamierzał zadać pytanie, ale z jakiegoś powodu się powstrzymał.

– Przychodzę do pańskiego gabinetu, od tego pana z góry. – Znowu wykonała nieokreślony ruch dłonią.

– Podkomisarza Nubińskiego – podpowiedział jej, ale nie potwierdziła albo on tego nie zauważył.

– On prowadził sprawę zaginięcia mojego syna. Czy już go odnaleźliście? – spytała starsza kobieta. – Czy pozwolicie mi go pochować przed moją śmiercią?

– Chodzi o Rafała Beckera, prawda?

– Tak, jestem jego matką. Nazywam się Jadwiga Becker, a mój syn zaginął siedemnastego września tego roku. – Zadrżała jej warga, ale szybko opanowała emocje. – Do tej pory przychodziłam do pana Nubińskiego, ale dziś nie chciał ze mną rozmawiać. Po raz pierwszy nawet się do mnie nie odezwał, tylko taki wysoki blondyn, na jego polecenie, doprowadził mnie tutaj. – Rzuciła okiem na drzwi, a potem znowu na rozmówcę.

I wtedy spod jej powiek popłynęły łzy. Zwolniły na fałdach policzków, a potem przyspieszyły w stronę kącików bladoróżowych, pomarszczonych ust i zniknęły w nich, zostawiając na pergaminowej skórze dwie mokre ścieżki.

Kobieta westchnęła cicho.

– On się powiesił, prawda? – spytała.

Gross poczuł głośniejsze bicie serca i ból rozchodzący się falą od mostka.

– Mogę tylko potwierdzić, co robię z przykrością, że pani syn nie żyje – odezwał się, próbując uniknąć odpowiedzi na pytanie o przyczynę śmierci.

Nie wspomniał o szczegółach, o czaszce leżącej pod krzewem, o bezgłowym ciele ani o samozaciskowych opaskach, które być może odcięły dopływ krwi na przegubach rąk. Nie powiedział nic o kokonie leśnych os zawieszonym na żebrach.

– Ja to czułam. – Kobieta spuściła głowę.

Gross położył dłonie na stole, chociaż miał ochotę przyłożyć je do klatki piersiowej, bo ostry ból się nasilił.

– Jest mi bardzo przykro – wyznał.

Głowa kobiety dygotała nadal, a on nie chciał dopuścić, by właśnie w tej chwili jego rozmówczyni się rozpłakała.

– Czy mogę zadać pani kilka pytań? – Spojrzał na leżącą na biurku teczkę zawierającą dokumenty w sprawie zaginięcia jej syna.

Milczała.

– Rafał Becker wyszedł z domu, poinformowawszy, że nie wróci na noc, prawda?

– Tak. Zawsze mnie uprzedzał, kiedy chciał zostać u kolegi.

– Ale wiemy już, że tam nie dotarł.

– Tak. – Znowu westchnęła.

– Wcale się nie umówił ze swoim kolegą.

– Tak.

– Wie pani dlaczego?

Kobieta zamrugała, jakby zadał jej nazbyt oczywiste pytanie.

– Bo chciał odebrać sobie życie – stwierdziła.

Grossem wstrząsnęły słowa Beckerowej, wypowiedziane z pełnym przekonaniem. Wybrzmiały w ciszy, która zaczęła komisarza uwierać.

– Czy syn leczył się psychiatrycznie? – spytał.

– Tak. Od chwili zaginięcia Justysi, mojej córci, a jego siostry. Obwiniał się o to.

– Obwiniał się?

Jadwiga Becker poruszała wargami, jakby przygotowywała się do dłuższej wypowiedzi.

– Tego dnia miał świętować z Justysią i jej chłopakiem zakończenie studiów. Zawsze twierdził, że gdyby był na tej imprezie do samego końca, nic złego by się nie stało.

Gross chciał skierować rozmowę na inne tory.

– Leczył się?

Kobieta odpłynęła myślami, więc komisarz powtórzył pytanie.

– Tak, przyjmował leki i zażywał je regularnie – odpowiedziała w końcu.

– Długo?

– Z przerwami. Ostatnia trwała kilka miesięcy. Czuł się lepiej. Niestety, pogorszyło mu się pod koniec wakacji.

– Był jakiś konkretny powód?

Spojrzała na niego zaskoczona, że w ogóle zadaje takie pytanie.

– Przecież stracił pracę – wyjaśniła.

– Kiedy się to stało?

– Z końcem sierpnia. Wysłałam go wtedy do pani doktor do Torunia, do tej, do której zawsze chodził. Przepisała mu nowe leki, a ja pilnowałam, żeby je brał.

 

– I robił to?

– Tak.

– Regularnie?

Wyraźnie pokiwała głową.

– Dlaczego stracił pracę? – zainteresował się Gross.

– Wyrzucili go.

– Rozumiem. Ale jaki był powód? – Policjant pamiętał, że Becker był szefem agentów nieruchomości w jednym z toruńskich biur tej branży.

Kobieta mocniej zacisnęła dłonie na torebce. Skóra rękawiczek nieprzyjemnie zaskrzypiała.

– Stracił etat bez powodu.

Gross zastanowił się, czy dobrze robi, wypytując ją o syna. Być może powinien odpuścić, dać jej czas.

Zdał sobie sprawę, że dzielnie zniosła wiadomość o śmierci, jakby się spodziewała tej informacji, a nawet jakby jej ulżyło, że przynajmniej ciało jednego z dzieci będzie mogła złożyć w grobie.

W tej małej, pomarszczonej i zdruzgotanej kobiecie widział siłę, jakiej nie był w stanie dostrzec w sobie.

– Tego dnia przyszedł do mnie – odezwała się nagle Jadwiga Becker, spoglądając gdzieś w bok. – Był wieczór, a ja czułam się zmęczona, dlatego położyłam się wcześniej do łóżka. Wyłączyłam telewizor i zgasiłam światło. Ale było jeszcze w miarę jasno – wspomniała, zawieszając na krótko głos. – W pierwszej chwili usłyszałam chrobot zamka i skrzypienie drzwi. Potem kroki, które nagle ucichły. Odwróciłam się w stronę korytarza, ale nikogo w nim nie było. Wtedy ze stołu zsunęła się gazeta. Sama z siebie. Leżała pośrodku, przy koszu z owocami. Usłyszałam tylko szelest i dostrzegłam, jak powoli przesuwa się po blacie i opada na podłogę.

– Miała pani otwarte okno?

Kobieta nie odpowiedziała na to pytanie.

– A później stało się coś jeszcze – dodała.

Gross czekał.

Błądziła wzrokiem po ścianach i dopiero kiedy spojrzała na swoje ręce, znowu się odezwała.

– W kuchni włączyło się radio.

Gross, szukając naprędce jakiegoś racjonalnego wytłumaczenia, uniósł brwi. Już miał otworzyć usta.

– Jestem emerytowaną nauczycielką fizyki – uprzedziła go kobieta, jakby czytała mu w myślach. – A to był stary odbiornik. Żeby go włączyć, trzeba użyć potencjometru. Tego od regulacji głośności. – Ponownie się rozejrzała. – Najpierw usłyszałam partię skrzypiec z Le quattro stagioni. Z Czterech pór roku Vivaldiego – wyjaśniła. – Ale zanim utwór na dobre się rozpoczął, dobiegły mnie szumy i trzaski, dokładnie takie, jakby ktoś zmieniał zakres fal. Po chwili nieznośne dźwięki ustały i usłyszałam kłótnię polityków. Ta trwała jeszcze krócej i zaraz potem zagłuszyły ją kolejne szumy. – Umilkła. – I wie pan co?

Nie wiedział.

Spojrzała komisarzowi prosto w oczy.

– Pan mi nie wierzy, prawda?

Obserwował wciąż dygoczącą głowę, pomarszczoną twarz oraz wygięte ku dołowi usta. Kobieta zmagała się z traumą, rozdzierał ją ból jątrzących ran i przygniatał smutek, widoczny w małych oczach.

– Do moich uszu dotarła kolejna piękna melodia, piosenka tej dawnej hollywoodzkiej aktorki z blond włosami, symbolu seksu. Niech mi pan przypomni jej nazwisko – poprosiła.

– Marilyn Monroe?

– O tak, właśnie jej.

Gross albo miał złudzenie, albo kobieta rzeczywiście uśmiechnęła się nieznacznie. A może był to tylko krótkotrwały grymas.

– Co to za piosenka? – spytał z grzeczności.

– Happy Birthday.

– Rozumiem – stwierdził, mając nadzieję, że rozmowa dobiegła końca.

– Śpiewała ją prezydentowi Kennedy’emu. To bardzo stare nagranie.

Gross przypomniał sobie fragment czarno-białego filmu, a właściwie urywku z tej uroczystości. Siedział wtedy razem z Agnieszką w domu, ona skupiona na ekranie telewizora, on – na materiałach z pracy. Kątem oka zerkał na dokument o Marilyn Monroe i trafił właśnie na ten moment uroczystości, gdy aktorka stanęła przed mikrofonem.

– Rozumiem – powtórzył i wstał, mając nadzieję, że będzie mógł pożegnać gościa, ale poczuł się niezręcznie, bo kobieta nie zamierzała pójść w jego ślady. Rozmowa weszła na takie tory, z których, obawiał się, nie było już powrotu.

– Potem zasnęłam. A kiedy przebudziłam się w nocy, wstałam i z ciekawości poszłam do kuchni. Odbiornik rzeczywiście był nastawiony na inną falę – powiedziała, patrząc w miejsce, w którym przed chwilą siedział Gross, jakby wciąż się tam znajdował.

Policjant się wzdrygnął.

– On to zrobił specjalnie – dodała kobieta.

– Kto?

– Mój syn.

– Tak… – Pokiwał głową komisarz.

Zapadła cisza, którą zmącił bębniący o parapet deszcz.

– Wie pan dlaczego?

Nie chciał wiedzieć, chciał już zakończyć to spotkanie. Nie zamierzał słuchać opowieści o przedziwnych snach, które i jemu nierzadko się śniły. Wyraźne i sugestywne.

– Kiedy ta melodia wybrzmiała, kiedy radio nagle ucichło, to ja już wtedy wiedziałam, że właśnie tego dnia, być może właśnie w tej chwili, mój syn umarł, że pożegnał się z życiem dokładnie siedemnastego września – wyznała, gdy wreszcie spojrzała mu w oczy

Gross podrapał się po karku.

– Pan mi nie wierzy. – Uśmiechnęła się przez łzy. – Pan nie wierzy, że nawiedził mnie jego duch, prawda?

Do komisarza dopiero teraz dotarło, że kobieta nie opowiedziała mu swojego dziwnego snu, jak przypuszczał, ale zdała relację ze zjawisk nadprzyrodzonych, których stała się świadkiem.

Miał wrażenie, że zaraz się w tym wszystkim pogubi.

– To on wybrał tę piosenkę. I zrobił to dla swojej siostry. – Po twarzy kobiety znowu przemknął cień uśmiechu.

– Rozumiem.

– Nie, proszę pana, nic pan nie rozumie. – Beckerowa nadal nie zamierzała wstać, mimo że Gross zrobił krok w stronę drzwi.

Otworzyła torebkę i wyjęła z niej etui na dokumenty.

– Bardzo mi przykro. Proszę przyjąć moje szczere wyrazy współczucia – powiedział komisarz.

– Chodzi o to – Jadwiga Becker zachowywała się tak, jakby w ogóle nie usłyszała jego słów – że trzeba to gruntownie zbadać.

Gross wsunął ręce w kieszenie spodni.

– Wie pan dlaczego? – ponowiła pytanie.

Znowu pokręcił głową.

– Ja też nie. Ale to na pewno ma znaczenie. – Posmutniała. – Dlatego liczę na pana.

– W jakim sensie?

– Niech pan się po prostu tego dowie – poprosiła, rozkładając trzymane w dłoniach etui. – Niech pan znajdzie odpowiedź na to pytanie.

– Na jakie pytanie? – Policjant miał dość tej gry.

– Dlaczego mój syn odebrał sobie życie w dniu urodzin swojej zaginionej siostry. – Postukała palcem w dowód osobisty córki.

I wtedy rozpłakała się na dobre.


Skalska schowała się przed deszczem w kawiarni Łubkowskich i zajęła stolik tuż przy oknie wychodzącym na chełmżyński Rynek. Z tej perspektywy widziała wschodnią pierzeję i kamienicę, w której mieszkali Płoccy. Nad dachem budynku wyrastała patynowana kopuła pobliskiej konkatedry z okazałym zegarem.

Policjantka wyjęła notes i zapisała godzinę.

Zamówiła dużą białą kawę i sernik z frużeliną z czerwonej porzeczki. Najpierw przyniosła sobie ciasto, a potem odebrała wysoką, przezroczystą szklankę, w której warstwami ułożyło się mleko, ciemna kawa i dobrze ubita, gęsta mleczna piana. Posłodziła napój i zamieszała, nadając mu tym samym jednolity kolor.

Spojrzała na drzwi kamienicy, prowadzące na klatkę schodową i do części mieszkalnej. Z tej perspektywy widziała je dokładnie. Na szczęście niewielka betonowa fontanna, nieczynna o tej porze roku, zasłaniała jedynie wyklejoną starymi gazetami witrynę, znajdującą się w tym samym budynku na prawo od wejścia. A niezbyt wysokie drzewa, które rosły przed kamienicami, ogołocone już z liści, pozwoliły jej bez trudu obserwować rozświetlone okna mieszkania na drugim piętrze.

Nic się nie działo.

Szaruga i rzęsisty deszcz przepłoszyły mieszkańców. Rynek był pusty, chociaż sporo samochodów zaparkowało po przeciwnej stronie.

Znowu rzuciła okiem na kamienicę.

Przypomniała sobie, że jeszcze w końcówce lat osiemdziesiątych znajdowała się tam księgarnia. Ojciec kupował jej komiksy o Kajku i Kokoszu albo o Tytusie. Często stał po nie w długiej kolejce, która znikała za rogiem i ciągnęła się wzdłuż Tumskiej. A potem przynosił te skarby do domu. Okładki błyszczały kredowym papierem, kusiły żywymi kolorami, a strony pachniały intensywnie farbą drukarską. Otwierała i wsadzała w nie nos, pozwalając kartkom łaskotać ją w policzki. Dopiero potem zabierała się do lektury i smutniała, gdy zbyt szybko docierała do końca obrazkowych historii.

Wypiła kawę i zjadła ciasto.

Odstawiła brudne naczynia na ladę i przysiadła jeszcze na chwilę w tym samym miejscu.

Płockiego i jego żonę znała jedynie ze zdjęć, które przejrzała sobie wcześniej w bazie danych. Potem zadzwoniła do znajomej z urzędu miasta i spisała nazwiska wszystkich zameldowanych pod tym adresem. Wiedziała, że na pierwszym piętrze mieszkał emeryt Zygmunt Wilnowski z żoną. Mieszkanie obok zajmowała Helena Schilert z niemal trzydziestoletnią wnuczką Joanną. Na drugim, oprócz Płockich, mieszkali Zychlowie. Trzy pokolenia, w sumie siedem osób na czterdziestu metrach kwadratowych. Z kolei na poddaszu niewielką pakamerę zajmował Stefan Rybkowski, stary kawaler, emerytowany działacz sportowy chełmżyńskiej Legii, a od niedawna lokalny poeta, klecący rymowanki wysławiające miasto, święcie przekonany o swojej kulturotwórczej roli.

Skalska postanowiła wziąć go na pierwszy ogień.

Zabrała się z kawiarni i przecięła Rynek, kierując się prosto do drzwi kamienicy.

Deszcz spływał jej po daszku czapki.

Tablica domofonu nie była podświetlona. Widniały na niej numery mieszkań, a tylko w jednym przypadku zapisano imię i nazwisko mieszkańca. Nie zdziwiło jej to. Nacisnęła przycisk przy nazwisku Rybowskiego, gaduły zawsze chętnego do rozmowy. Pamiętała, że wcześniej zdarzyło mu się już donosić na Płockich. Kilkukrotnie. Ostatnio dyżurny odebrał takie zgłoszenie w maju.

Usłyszała krótki trzask, a zaraz potem spokojny głos mężczyzny.

– Rybkowski, słucham.

Skalska się przedstawiła.

– W jakiej sprawie?

– Chodzi o zgłoszenia zakłócania porządku w kamienicy.

Cisza.

– Jest pan tam?

– Jestem, jestem – odparł. – Ale nie bardzo sobie przypominam…

Skalska podała mu daty policyjnych interwencji.

– To pan zgłaszał, prawda?

– Nie. W żadnym wypadku.

– Słucham?

– Jak żyję, niczego nie zgłaszałem.

– Chodziło o awantury i prawdopodobnie przemoc fizyczną stosowaną przez Zdzisława Płockiego wobec jego żony i dzieci.

– Niczego nie zgłaszałem. – Odwiesił słuchawkę.

Skalska zdębiała.

Wybrała mieszkanie z numerem dwa i długo oczekiwała na nawiązanie połączenia.

– Halo? – usłyszała młody kobiecy głos.

– Dzień dobry, aspirantka sztabowa Monika Skalska. Chciałabym porozmawiać z Heleną Schilert.

– Babcia jest w sanatorium w Świnoujściu. Stało się coś?

– Mogę wejść? Strasznie pada. – Położyła dłoń na klamce, a gdy usłyszała brzęczenie zamka, pchnęła drzwi.

Uderzył w nią niesiony przeciągiem smród kociego moczu. I ciemność. Drzwi na końcu korytarza, prowadzące na dziedziniec, pozostawały otwarte na oścież. Deszcz zacinał do środka, a na starych, wytartych deskach podłogi zbierała się kałuża. Odbijał się w niej obraz znajdującego się w oficynie budynku gospodarczego ze starej cegły, zamkniętego na pordzewiały rygiel i kłódkę.

Skalska zbliżyła się do schodów.

Nigdzie nie dostrzegła włącznika światła, ale usłyszała za to, jak na piętrze ktoś otwiera drzwi i wychodzi na klatkę schodową. Podłoga zaskrzypiała i coś pstryknęło. Żarówka na parterze zamrugała i po chwili liche światło oblało odrapaną klatkę schodową.

– Zapraszam na górę – dotarł do niej głos.

Skalska spojrzała na schody i na ich szczycie ujrzała młodą kobiecą twarz przysłoniętą farbowanymi na rudo lokami.

Każdy drewniany stopień na swój sposób odpowiadał jej krokom, raz ciszej, raz głośniej.

Przywitały się lekkim uściskiem dłoni.

– Proszę. – Kobieta zaprosiła Skalską do środka, a sama weszła za nią i zamknęła opuszczające się drzwi, dopychając je kolanem do framugi. Posiniały parkiet tuż przy progu był wyszlifowany do żywego drewna.

Policjantka skierowała się do pomieszczenia ze starymi meblami, pokrytymi błyszczącą w świetle z żyrandola politurą.

Na jednym z foteli leżały w nieładzie ciuchy, skotłowane, jakby niedawno zdjęte z suszarki, a pod ścianą, w dużych kartonach, spoczywały stare książki. Podłogę pokrywały dwa ułożone na sobie wzorzyste dywany. Ten mniejszy znajdował się bezpośrednio pod ciężką ławą wypełnioną stertą czasopism i krzyżówek oraz kartonem z lekami i środkami opatrunkowymi. Z komody, przykrytej dzierganą serwetą, patrzyły na nią porcelanowe figurki.

 

Skalska przeniosła wzrok na ekran telewizora, w którym nastoletnia dziewczynka śpiewała znaną piosenkę w jednym z tych talent show. Skałka ich nie znosiła. Szczególnie kiedy ich uczestnikami były dzieci. Nie dlatego, że miała coś przeciwko dzieciom. Raczej przeciwko ich rodzicom, którzy zgłaszali małolaty do takich występów, przyspieszając tym samym ich udział w wyścigu szczurów. Była przekonana, że tak to się współcześnie zaczyna. Liźnięcie show-biznesu, zachłystywanie się sceną w świetle jupiterów, a potem werdykt jury i szary pejzaż za oknami pociągu, oglądany przez łzy w drodze powrotnej do domu. I ten ciągły żal o niewykorzystane szanse, który tkwi w sercu jak zadra. I to nieustanne poczucie winy, że trzeba było wypaść lepiej, więcej trenować, bo przecież można być kim się tylko chce, byleby wkładać w to coraz więcej i więcej wysiłku.

Zdaniem Skalskiej była to prosta droga do zaburzeń psychicznych, po której rodzice z uśmiechem prowadzili swoje ukochane dzieci za rękę.

Rudowłosa ściszyła telewizor i wskazała na wysłużony fotel.

– Proszę, niech pani usiądzie. – Sama, nie czekając na Skalską, przysiadła na wersalce. Ściągnęła łopatki. Pod rozpiętym polarem nosiła gruby sweter. Czerwone dłonie przyłożyła do ust i pochuchała w nie energicznie.

Dopiero teraz policjantka poczuła, że jest tu chłodno.

– Co panią sprowadza? – spytała gospodyni, poprawiając fryzurę.

Skalska zastanowiła się, jak powinna to rozegrać.

– Chodzi mi o Płockich.

– A co z nimi?

– Podobno ludzie się na nich skarżą.

– Ludzie? Kto konkretnie?

Aspirantka uśmiechnęła się lekko, co miało wystarczyć gospodyni za odpowiedź.

– A na co się skarżą? – spytała Joanna Schilert.

– Na awantury.

Kobieta pokręciła głową.

Gdzieś wewnątrz mieszkania Skalska usłyszała skrzypienie podłogi. Mimowolnie odwróciła się w stronę korytarza.

– Na jakie awantury? – dopytała gospodyni.

– Może po prostu mi o tym pani opowie, dobrze? – zaproponowała Skalska.

– O Płockich?

Aspirantka miała wrażenie, że każde pytanie, które padało z ust Joanny Schilert, było grą na czas, a jednocześnie policjantka od chwili przekroczenia progu tego mieszkania czuła, że jej obecność zwyczajnie właścicielce przeszkadza.

– Niewiele o nich wiem. Rzadko się widujemy – przyznała Schilert.

– Rozumiem. – Skalska sięgnęła po notatnik.

Zatrzymała się na pustej kartce, ale nie miało to żadnego znaczenia, bo z miejsca, w którym Schilert siedziała, nie mogła tego dostrzec. Postukała w otwarty notatnik długopisem i dopiero wtedy podniosła wzrok na rudowłosą.

– Czy pani babcia nie narzekała na ich głośne zachowanie? – spytała Skalska.

Kobieta poprawiła się na sofie, jakby coś uwierało ją w plecy.

– Nie przypominam sobie.

Policjantka dłuższą chwilę wpatrywała się w pustą kartkę.

– Hm, to dziwne – powiedziała, a Schilert zamrugała. – Jest pani tego pewna? Czy naprawdę nigdy nie rozmawiałyście o awanturach na drugim piętrze?

Kobieta podrapała wnętrze dłoni.

– Może raz czy drugi coś wspominała, ale nie przywiązywałam do tego wagi. Długo pracuję, późno wracam.

– A co mówiła? – drążyła dalej Skalska.

– Że jest tam głośno. To znaczy, czasami.

– Kiedy tak powiedziała?

– Przed wyjazdem do sanatorium.

– Czyli?

– Ze dwa tygodnie temu.

Kolejne skrzypienie podłogi.

Tym razem policjantka nie dała po sobie poznać, że coś słyszy, ale za to Joanna Schilert drgnęła na ten dźwięk.

– Głośno, czyli jak? – dociekała Skalska. – Obrzucali się wyzwiskami, ktoś płakał, słychać było odgłosy awantur?

– Babcia jest przygłucha. Równie dobrze to mogły być dźwięki z głośno nastawionego telewizora.

– A słucha tu ktoś głośno telewizora?

– Zygmunt Wilnowski. – Schilert kiwnęła głową w kierunku ściany dzielącej oba mieszkania.

– Rozumiem. – Skalska nabazgrała coś w notesie. – Czyli pani zdaniem nic złego się tu nie dzieje?

Schilert przytaknęła.

– Dziękuję. – Policjantka podniosła się w chwili, gdy podłoga ponownie zaskrzypiała. Nie czekając na młodą gospodynię, aspirantka przeszła do tonącego w półmroku przedpokoju.

Na środku korytarza siedział biały kot.

Oblizał łapę, a potem przymknął oczy i ziewnął, ukazując drobne kły.


Kiedy matka Rafała Beckera wyszła z komisariatu, Gross obserwował ją z okna.

Z trudem rozłożyła na wietrze parasol i ruszyła chodnikiem w dół, w stronę wzburzonego jeziora, którego fale rytmicznie uderzały o brzeg. Wyprzedzały ją strugi deszczówki, przelewające się przez kocie łby. Rwący potok spływał wartko w kierunku biegnącego równolegle do brzegu deptaka.

Kobieta przeszła wzdłuż płotu komendy Straży Pożarnej i wtedy Gross stracił ją z oczu, chociaż przykładał czoło do lodowatej szyby. Obserwował zupełnie pustą, pozbawioną ludzi część Bulwaru, która prowadziła do miejskiej plaży i charakterystycznych białych zabudowań restauracji Mistral.

Jadwiga Becker nie pojawiła się jednak na tej drodze. Skręciła zapewne w stronę przystani „Włókniarza”.

Gross usiadł w fotelu i zastanowił się nad jej słowami. Nad tym, że syn odebrał sobie życie w rocznicę urodzin zaginionej przed laty córki.

Nie uwierzył w tę opowieść o zjawiskach nadprzyrodzonych, o odwiedzinach ducha w chwili śmierci i tradycyjnie wyśpiewywanej na urodzinach amerykańskiej melodii, która popłynęła z radia. To musiał być niezwykle sugestywny sen.

Oczywiście słyszał różne relacje, także we własnej rodzinie, o tym, że przedmioty martwe ożywały w chwili śmierci kogoś bliskiego. Albo działo się coś zupełnie niewytłumaczalnego. Jak ta opowieść o pękniętej najgrubszej strunie w pianinie i huku, jaki wywołała swoim długim, basowym pobrzmiewaniem w drewnianej skrzyni starego instrumentu. I o tym, jak chwilę później ojciec Agnieszki, wówczas nastolatki, odebrał telefon i otrzymał informację o śmierci swojej siostry.

Do tej pory jednak żadna z tych opowieści nie łączyła się ze sprawą, którą musiał się zająć. Aż do dzisiaj.

Pomyślał o radosnym wykonaniu Happy Birthday Marylin Monroe.

Czy to mogło mieć znaczenie?

Czy Rafał Becker rzeczywiście mógł popełnić samobójstwo i zaplanować, że odbierze sobie życie dokładnie w dniu urodzin zaginionej przed szesnastoma laty siostry? I co by to miało oznaczać? Co zamierzał tym osiągnąć? Skoro jednocześnie starał się zrobić wszystko, aby jego ciało nie zostało odnalezione.

Gross nie znajdował rozsądnych odpowiedzi. W takich chwilach czuł się bezsilny, niczym policyjny pies skomlący z powodu urwanego tropu. A przecież gdzieś musiały się znajdować ślady i wskazówki mogące doprowadzić do prawdy o losie Rafała Beckera.

Długo myślał o powodach jego śmierci, o bezgłowym ciele gnijącym w szczelnej osłonie krzaków i o matce denata, osamotnionej staruszce opowiadającej historię nawiedzenia przez ducha własnego syna. I jeszcze o jej zaginionej córce. A także o nieprawdopodobnym ciężarze rodzinnych traum zrzuconych na barki starszej, schorowanej już kobiety. Dźwigała je od lat, a teraz dodatkowo musiała poradzić sobie prawdopodobnie z najcięższym balastem. Ze śmiercią drugiego dziecka. I ciszą, która z biegiem lat coraz głośniej dźwięczała w dużym i opustoszałym mieszkaniu. Przeganiała ją, włączając stare radio. Ale zapewne nie zagłuszało ono wolno tykającego zegara, który odmierzał jej czas. Jakby rzeczywiście obecne życie tej kobiety sprowadzało się do oczekiwania na śmierć. Tę samą śmierć, której tak bardzo nienawidziła za wyrządzone krzywdy, ale też kochała za nieuchronność. Za ulgę i za przewidywalny koniec.

Przynajmniej tak ją zrozumiał, gdy mówiła o umieraniu na raty.

„Z jednej strony śmierć jako zło, a z drugiej – jako dobro”, pomyślał i jednocześnie zganił się za ten relatywizm. Często go uprawiał, ilekroć myślał o losie Agnieszki i zastanawiał się, jak wyglądałoby życie jego i syna, gdyby dziesięć lat temu Agnieszka nie zapadła w śpiączkę, tylko zmarła. Czy jej śmierć nie byłaby łaską dla nich obu? Z żałoby przecież się wychodzi.

Komisarz poruszał myszką i zalogował się do komputera.

Po uruchomieniu policyjnej bazy wpisał w okno wyszukiwarki dane Rafała Beckera i wyświetlił raport.

Dokument zawierał informacje o trzech kontrolach drogowych i jednym starym mandacie za przekroczenie prędkości w Człuchowie. Kolejny zapis dotyczył rutynowego wylegitymowania na toruńskiej starówce. Z kolei w Chełmży Becker był świadkiem pobicia bydgoskiego studenta przez grupkę pseudokibiców. Poza tym komisarz odnalazł kilka innych drobiazgów, ale nic, na co warto byłoby zwrócić uwagę.

Gross westchnął i sięgnął po leżącą na blacie kartkę z zapisanym adresem mieszkania Jadwigi Becker i jej nieżyjącego syna. Umówił się z nią na następny dzień. Zamierzał przejrzeć rzeczy zmarłego i wprost poinformował o tym kobietę. Zgodziła się bez wahania, a jednocześnie ostrzegła go, że w pokoju syna niczego istotnego nie znajdzie, że byli tam inni funkcjonariusze prowadzący sprawę zaginięcia. Gross przyjął jej uwagę w milczeniu, po czym potwierdził godzinę spotkania. Wiedział już, że czterdziestodwuletni mężczyzna nie zostawił żadnego listu, nie pożegnał się z matką. Powiedział tylko, że idzie do kolegi, Karola Formowicza, ale nigdy się u niego nie zjawił. Jego numer Gross uzyskał od matki Beckera. Zastanawiał się, czy powinien od razu do niego zadzwonić.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?