Koszmary zasną ostatnieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Koszmary zasną ostatnie
Koszmary zasną ostatnie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Koszmary zasną ostatnie
Audio
Koszmary zasną ostatnie
Audiobook
Czyta Jacek Mikołajczak
36,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Robert Małecki, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

Redaktorzy prowadzący: Patryk Mierzwa, Adrian Tomczyk

Marketing i promocja: Greta Kaczmarek

Redakcja: Lena Marciniak-Cąkała / Słowne Babki

Korekta: Barbara Borszewska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Klaudia Kumala

Projekt okładki i stron tytułowych: PiK Studio

Fotografia na okładce: © pixabay

Fotografia autora: © Zuza Krajewska / Warsaw Creatives

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Wydanie II

eISBN 978-83-66981-18-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Tylko umarli widzieli koniec wojny.

Platon

Koszmarna noc, już druga, wstrętne wyro i koc.

Tłamsi mnie coś, potworne sny, ten telewizor syczy jak wąż.

Już nie mam sił, aby wyłączyć go, już nie mam sił. […]

Dżem, Koszmarna noc

słowa: Ryszard Riedel, Kazimierz Galaś

muzyka: Adam Otręba

Jarkowi – tak się składa,

że najlepszy na świecie brat

jest właśnie moim Bratem.

PROLOG

Ustawił wóz na ośnieżonym, stromym zboczu, przodem do Wisły, po której mozolnie płynęły kry. Część z nich widział w światłach reflektorów przecinających noc. Reszta, tak jak drugi brzeg, tonęła w ciemnościach.

Gdy kierowca zaciągnął ręczny, samochód jęknął głucho. Szarpnęło. Chwilę później mężczyzna zgasił silnik i nastała cisza.

Zdał sobie sprawę, że o tej porze świat jest tylko czarno-biały. I tego właśnie oczekiwał od życia. Nie chciał żadnych szarości.

– Widziałeś film? – spytał.

Pasażer drgnął. Wciąż miał zamknięte oczy, a jego twarz wykrzywił grymas bólu. Musiał zapamiętać ten moment, gdy jego ciałem wstrząsnęło potężne uderzenie prądu. Pierwsze. Potem było drugie, które ponownie napięło wszystkie mięśnie do granic wytrzymałości.

Po chwili uniósł powieki, ale kiedy dotarło do niego, gdzie i z kim jest, poruszył się niespokojnie w fotelu.

– Nic nie wiem! – wybełkotał.

Strach brzmiał wyraźniej niż słowa.

– Ale widziałeś film – przypomniał kierowca, a kiedy tamten znowu zaprzeczył, mężczyzna postanowił rozegrać to inaczej. Wyjął z kieszeni paralizator.

Obaj wiedzieli, że urządzenie miało znacznie silniejsze działanie niż wykrywacz kłamstw.

Pasażer próbował odsunąć się jak najdalej od tasera, ale przeszkadzał mu zapięty pas. Na sam widok broni ponownie poczuł przeszywający ból. Dlatego z całej siły wciskał się w oparcie fotela i nerwowo przesuwał wzrokiem od paralizatora do klamki drzwi.

– Nie uda się – ostrzegł kierowca.

Nie mogło się udać. Mężczyzna wiedział o tym doskonale. Najpierw musiałby odpiąć pas, potem otworzyć drzwi. Nie zdążyłby wykonać pierwszej z tych czynności, gdy ładunek tysięcy voltów znowu poraziłby każde włókno nerwowe w jego ciele. A tego by nie wytrzymał.

– Widziałeś! – rzucił kierowca tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Wszyscy widzieliście.

– Tak! – krzyknął pasażer.

Mężczyzna za kierownicą pokiwał z aprobatą głową. On sam też widział. Film zdradzał wszystko.

– I co mi powiesz? – zadał kolejne pytanie.

Pot rosił czoło pasażera. Mężczyzna wiercił się niespokojnie, jakby czekał na odpowiedni moment, żeby uciec z tej pułapki. Kiedy zrozumiał, że ten nie nadejdzie, usta zaczęły mu drżeć. Załkał i z trudem się opanował. Wytarł nos rękawem kurtki i powiedział coś niezrozumiale.

– Głośniej! – warknął kierowca.

Siarczysty mróz, niesiony wiatrem, wciskał się każdą szczeliną do wnętrza samochodu, w którym szyby zaczęły już zachodzić parą. Kierowca uchylił drzwi.

– Ona żyje. – Pasażer miał łzy w oczach.

Marek Bener odruchowo pokiwał głową, jakby te słowa nie zrobiły na nim żadnego wrażenia. Bezwiednie potarł palcami lwi kieł, który zwisał z rzemienia na jego szyi, a potem odszukał dłonią dźwignię hamulca ręcznego.

Czekał siedem lat na odnalezienie swojej ukochanej żony. A teraz miał wrażenie, jakby to wszystko było tylko snem, wręcz koszmarem. Bo przecież i w snach, i w koszmarach bywa dokładnie tak samo: czujesz i przeżywasz wszystko jak na jawie. Być może właśnie śnił kolejny koszmar, który wypluje go nad ranem w rzeczywistość pozbawioną złudzeń. W świat, w którym całe jego życie sprowadza się do trwania w chwili zawieszonej między przeszłością, do której miał wgląd jedynie jak przez mgłę, a przyszłością, w której stronę nawet nie zamierzał patrzeć. Unosił się jakby w samym środku szklanej kuli, wystarczająco dużej, by nie miał żadnych szans na dotarcie do jej granic. Uwięziony właściwie bardziej przez siebie niż przez okoliczności. Wiedział to. A im dłużej nie było przy nim Agaty, tym grubsza stawała się ściana szklanego więzienia.

Nie chciał już o tym myśleć. Z całej siły zacisnął dłoń na dźwigni hamulca, aż pobielały mu kłykcie.

Miej to za sobą, stwierdził w myślach.

W dole czarna rzeka niosła wciąż nowe kry, a jednak zupełnie tego nie zauważał. Patrzył na Agatę. Widział uśmiechniętą blondynkę z dużym ciążowym brzuchem. Pomachała do niego, a potem rozłożyła ręce, jakby tylko czekała, aż Bener podbiegnie do niej i weźmie ją w ramiona.

Drgnęła mu powieka.

Minęło siedem lat.

W zasadzie to minęła cała wieczność.

Na chwilę zamknął oczy, tylko po to, by obraz żony odpłynął razem z nurtem rzeki.

Napiął mięśnie i spuścił głowę. Przez zasłonę długich włosów spojrzał na przerażonego pasażera, który wiedział już, co go czeka.

– Nie! – krzyknął mężczyzna.

Bener zwolnił ręczny.

Wóz wystrzelił w kierunku lodowatej toni.

WCZEŚNIEJ

Niedziela

12 lutego 2017 roku

Kiedy pchnął jasne drzwi, zawiasy zaczęły domagać się smaru. Z dawnej bieli drzwi pozostała tylko pierwsza warstwa emalii, która z biegiem lat pożółkła i dziś ten kolor bardziej przypominał pergamin niż śnieg, paraliżujący od kilku dni Toruń.

– Proszę śmiało. Pan wejdzie do kuchni. – Usłyszał kobiecy głos, po czym przestąpił próg. Zdążył dostrzec, jak domykają się przeszklone drzwi prowadzące do jednego z pokoi, tego po lewej. – Zaraz przyjdę.

Znalazł się w ciemnym, wąskim korytarzyku obitym boazerią i wyłożonym wzorzystym chodnikiem, spod którego wystawały miejscami sczerniałe klepki parkietu. Ściągnął kurtkę i już miał zawiesić ją obok lustra na kołku przypominającym raciczkę jelonka, ale wzdrygnął się i zrezygnował. Zwinął okrycie w kłębek i zostawił na komodzie, rozglądając się jednocześnie w poszukiwaniu spreparowanego łba dzika albo jakiegoś poroża zawieszonych nad wejściem. Na szczęście nie odnalazł żadnych innych znaków świadczących o tym, że zaginiony Jan Stemperski lub jego żona, która zadzwoniła do niego godzinę temu, mogliby hasać po lesie z dubeltówką i strzelać do bezbronnych zwierząt. Miał awersję do myśliwych i szczerze mówiąc, nie pamiętał, czy Stemperski mógł mieć tak chorą pasję. A może po prostu nigdy o tym nie rozmawiali? W końcu kiedyś spotkali się w zupełnie innych okolicznościach i z zupełnie innego powodu.

– Dosłownie minutka – upewniła go gospodyni. Głos zmieszał się z nieokreślonym, krótkim jękiem.

Zabrał plecak i przeszedł do ciasnej kuchni. Przez okno dostrzegł, jak w pomarańczowych trapezach świateł latarni ulicznych kotłowały się płatki śniegu. Sypało tak od piątku, zaspy pęczniały z godziny na godzinę, a toruńskie jezdnie pokrywała ubita biała skorupa z wyznaczonymi niczym tory brązowymi paskami błota pośniegowego. Armagedon.

Westchnął i włączył światło.

W pomieszczeniu unosił się jeszcze ciężki zapach oleju i smażonych kotletów. Od razu zaczęło go ssać w żołądku, bo nie jadł od kilku godzin, które spędził samotnie w redakcji, nadrabiając zaległości w pisaniu tekstów do kolejnego numeru „Echa Torunia”. Potem odebrał telefon, pogadał chwilę z żoną Stemperskiego i postanowił przyjechać, zaciekawiony jej informacjami.

Teraz usiadł przy stole, odsunął na środek używane niedawno deskę i tłuczek do mięsa, zdmuchnął resztki bułki tartej, by zrobić sobie miejsce na blacie, i dopiero wówczas wyjął swój notatnik.

Czekał.

Próbował też nasłuchiwać, ale niewiele docierało do jego uszu poza przytłumioną muzyką z telewizora, przerywaną raz po raz owacjami. Stąd, gdzie siedział, miał widok na zamknięte drzwi do pokoju. Przez matową szybę wpadały niebieskawe refleksy, układające się na boazerii nieregularnymi plamami.

Bener spojrzał na zegarek, dochodziła szósta. Ziewnął i przetarł ręką zmęczoną twarz. Czuł się wypruty po całym dniu pracy, bez nadziei na to, że jutro może być lepiej. W poniedziałki po prostu nie mogło być lepiej. Odkąd Aldona Terlecka, jego prawa ręka i sekretarz redakcji, a przede wszystkim jego pierwsza i jedyna przyjaciółka, odeszła latem zeszłego roku do „Newsweeka”, roboty miał od cholery. Fakt, pomógł jej w tym odejściu, bo nie chciał patrzeć, jak marnuje talent w jego tygodniku lub którejkolwiek z innych toruńskich redakcji. W lokalnej prasie coraz mniej było stron redakcyjnych i ciekawych tekstów, coraz więcej reklam i byle jakich artykułów sponsorowanych kopiowanych żywcem z materiałów marketingowych, od których zapychał się Internet. Natomiast zdecydowanie najwięcej w tych redakcyjnych gremiach było mądrych ludzi, którzy żyli w przeświadczeniu, że wiedzą już wszystko, także to, co powinno się znaleźć na łamach, żeby gazety znikały z kiosków jak świeże bułeczki. Niestety nakłady spadały z roku na rok, oddziały redakcji w mniejszych miastach kujawsko-pomorskiego zamykano z hukiem, a cięciom poddawano kolejne etaty dziennikarskie. W „Echu Torunia” byłoby podobnie, gdyby nie fakt, że Bener nie silił się na bzdurne konkursy, plebiscyty ściągające z naiwniaków haracz w postaci wysyłania drogich SMS-ów czy zamieszczanie zdjęć tegorocznych pierwszaków z nadzieją, że wszyscy ich krewni, do trzeciego pokolenia wstecz włącznie, wykupią następnego dnia cały nakład. Wolał za każdym razem myśleć i pisać o człowieku i jego problemach w mieście. A to było niewyczerpalne i jakże wdzięczne źródło tematów. Czytelnicy doceniali to, chętnie sięgali po „Echo Torunia”, dzięki czemu nakład tygodnika nie spadał. A zadowolony czytelnik to zadowolony reklamodawca. Bener z pietyzmem dbał więc o dobór tematów. Być może właśnie trafił na kolejny z nich. To dlatego chciał poświęcić niedzielny wieczór na zapoznanie się ze sprawą zaginięcia Jana Stemperskiego, chociaż obawiał się, że zna już rozwiązanie tej zagadki. Zresztą i tak wieczorem nie miał nic pilnego do roboty, a o zaginięciu swojej żony wolał już nie myśleć. Przynajmniej nie po tym, co kilka miesięcy temu znalazł w skrzynce na listy. Musiał zająć czymś głowę, żeby nie zwariować, pragnął dać się porwać historii innej niż historia jego porażki. Usłyszał przytłumiony dzwonek komórki, a potem głos Stemperskiej dochodzący z pokoju i przebijający się przez dźwięki z włączonego telewizora. Nie słyszał, o czym rozmawiała, bo drzwi do pokoju cały czas pozostawały zamknięte.

 

Wrócił więc myślami do Agaty, a raczej do tego, czego nigdy by się po niej nie spodziewał. Tym razem jednak nie zdążył rozdrapać świeżej rany.

– Przepraszam, że musiał pan tyle czekać – powiedziała Wioletta Stemperska, wchodząc do kuchni i wyciągając rękę na powitanie. Wstał i uścisnął lekko jej zimną jak lód dłoń.

Kobieta odwróciła się do kuchenki i postawiła czajnik na gazie, potem przez chwilę pocierała dłonie, jakby chciała je rozgrzać. Nadgarstek lewej ręki owinięty był opaską uciskową.

– Kawy? – spytała, wyciągając trzy kubki.

Bener przytaknął i patrzył, jak Stemperska do dwóch z nich nasypała kawy rozpuszczalnej, a do trzeciego, czerwonego, wrzuciła torebkę ziół.

Pamiętał, że Wiolettę Stemperską poznał parę lat temu, kiedy spotkali się w redakcji, również w sprawie jej męża. Teraz była drobną, szczupłą brunetką pod pięćdziesiątkę, ze spiętymi włosami, których dawno nie farbowała: na kilkucentymetrowych odrostach zauważył srebrzące się gdzieniegdzie nitki. Nie była brzydka, ale nie była też piękna. Właściwie gdyby minął ją na ulicy, pewnie w ogóle by jej nie poznał.

Odwróciła się do Benera i chciała coś powiedzieć, ale nie zdążyła. Telefon komórkowy, który przyniosła ze sobą z pokoju i położyła obok kuchenki, zawibrował i rozbrzmiał prostą melodią.

– Halo? Tak, ale w tej chwili to już nieaktualne. Nie, nikt go jeszcze nie kupił, ale na razie nie możemy go sprzedać… No to trudno. Przykro mi. Nie, na pewno nie. Do widzenia.

Otarła czoło i wpatrywała się w podłogę, mniej więcej tam, gdzie stał Bener. Zerknął w dół i dopiero teraz zrozumiał. Roztopiony śnieg z jego martensów rozlał się w niewielką kałużę. Przeprosił, ale Stemperska machnęła ręką i uśmiechnęła się smutno.

Czajnik zagwizdał. Nalała wrzątku do kubków i ustawiła je na tacy obok cukiernicy i dwóch łyżeczek. Podniosła ją i skinęła głową w stronę pokoju.

– Od razu przepraszam za bałagan – powiedziała, wychodząc z kuchni.

Bener zauważył, że zostawiła telefon na blacie, ale nic nie powiedział, tylko poszedł za nią.

Stemperska usiadła na pufie, Bener obok na wersalce. W ustawionym przodem do telewizora fotelu, tuż przy ławie, zasuszona staruszka kiwała rytmicznie głową i poruszała ustami. Na jej kolanach leżał gruby koc, który przykrywał dłonie i opadał do podłogi. Wioletta Stemperska kazała nie zwracać uwagi na teściową, której demencja od kilku lat utrudniała kontakt z rzeczywistością. Kobiecina wpatrywała się w ekran i od czasu do czasu mamrotała pod nosem coś, co brzmiało jak „ata, ata”.

Stemperska opowiedziała Benerowi raz jeszcze wszystko to, co zdążyła przekazać mu we wcześniejszej rozmowie telefonicznej. Bener odnotowywał istotne informacje, ale ukradkiem rozglądał się po salonie, słabo rozświetlanym przez dwa kinkiety na ścianie tuż za nim. W tonącej w półcieniu meblościance dostrzegł kilka medali, statuetek i odznaczeń związanych z krwiodawstwem, lecz za nic w świecie nie mógł sobie przypomnieć, czy należały one do męża Stemperskiej, czy do niej. Zastanawiał się, czy ją o to zapytać, ale ostatecznie wolał skupić się na istotnych dla sprawy szczegółach. Tego od niego oczekiwała.

– Uporządkujmy – poprosił, na co Stemperska wyprostowała plecy i włożyła dłonie między uda, żeby ponownie je ogrzać lub ukryć ich drżenie. – Ile lat ma pani mąż?

– Czterdzieści dziewięć.

– Ata, ata! – rzuciła staruszka.

Stemperska nie zwróciła na nią najmniejszej uwagi, przyzwyczajona do urojeń teściowej i wypowiadanych przez nią wyrazów lub sylab, które nie miały żadnego związku z rzeczywistością, a były co najwyżej bladym odzwierciedleniem wyświetlanych pod powiekami staruszki obrazów.

Bener odchrząknął i kontynuował:

– Ostatni raz widziała go pani…

– Jak już mówiłam, w piątek rano. Tuż po siódmej zjadł śniadanie i wyszedł do pracy.

– Czy zachowywał się inaczej niż zwykle? Albo czy było w jego zachowaniu coś, co panią zaniepokoiło?

Stemperska przygryzła wargę.

– Nie sądzę, sama byłam wtedy trochę nerwowa, bo musiałam już wyjść do pracy, a bratowa, która opiekuje się podczas naszej nieobecności teściową – zerknęła w stronę staruszki – się spóźniała. Ostatnio wywinęła mi taki numer kilka razy, przez co spóźniłam się do pracy, a mój szef strasznie tego nie lubi, wścieka się, mam potem cały dzień z głowy.

Bener przerwał notatki.

– Gdzie teraz pracuje pani mąż?

– Po tej aferze, którą pan opisywał… – Zamyśliła się, zmrużywszy oczy. – Kiedy to było? Jakieś osiem lat temu, prawda? No to po tej aferze przepracował w Urzędzie Marszałkowskim jeszcze kilka tygodni, a potem rzucił papierami. Nie miał siły. Stał się wrakiem człowieka.

Bener przywołał mgliste wspomnienia. W 2009 roku napisał tekst o mobbingu, którego dopuszczał się szef departamentu kultury w Urzędzie Marszałkowskim, Alfred Zdziarski. Dowody były mocne, ale marszałek w porę zamiótł sprawę pod dywan, przesuwając dyrektora na inne stanowisko. Koledzy Stemperskiego, który pierwszy zaalarmował media, podkulili ogony i zamiast wspólnie stanąć do walki o normalne stosunki w pracy, woleli dalej udawać, że nic się nie stało. Bener po ludzku nawet to rozumiał. Były to czasy, w których amerykański krach bankowy położył się cieniem również na polskim rynku pracy, mimo że niektórzy chwalili się krajem będącym zieloną wyspą i tym, że kryzys przejdziemy suchą stopą, co byłoby prawdą, gdybyśmy przez to głębokie szambo brnęli na rękach. W każdym razie roboty wtedy było mało, a pozywanie pracodawcy zakrawało na zawodowe samobójstwo. Stemperski wierzył w swoje racje, dał namiary na koleżankę z pracy, która przez Zdziarskiego podcięła sobie żyły. Szef kazał jej donosić na współpracowników, mieszał ją z błotem, w końcu zdegradował do roli biurowego zszywacza. Wróciła do domu, wypełniła wannę ciepłą wodą, a kiedy w niej usiadła, nacięła nadgarstki szybkimi, pewnymi pociągnięciami kuchennego noża. W porę odratował ją mąż. Kobieta trafiła do szpitala psychiatrycznego. Na placu boju Stemperski pozostał sam i już wtedy było jasne, że w tej walce nie on będzie zwycięzcą. Bener pisał na ten temat tekst za tekstem w „Gazecie Miejskiej”, bo tam wówczas pracował, ale w końcu naczelna i prezes wydawnictwa, którzy dotąd odpierali ataki prawników Zdziarskiego, postanowili w końcu ukręcić sprawie łeb i zakazali Benerowi dalszego zajmowania się mobbingiem w Urzędzie Marszałkowskim. Jednak artykuły o gnębieniu pracowników departamentu kultury i tak powstawały. Bener wrzucił je pod pseudonimem do kilku ogólnopolskich gazet, bo nie zamierzał zostawić ludzi bez pomocy, szczególnie wtedy, kiedy osamotniony Stemperski miał przeciwko sobie armię prawników. Zgodnie z relacją żony mężczyzna ostatecznie odszedł z urzędu z własnej woli zostawiając intratną, dobrze płatną posadę z kwartalnymi premiami, trzynastkami i kasą na wczasy. Posadę, której piastowanie jednak zabiło w nim poczucie własnej wartości, a kto wie, czy po latach nie zabiło go dosłownie. Natomiast Zdziarski dostał jakiś niewielki wyrok, a urząd wypłacił Stemperskiemu odszkodowanie i umył ręce.

Jan Stemperski nie miał czego szukać w innych instytucjach państwowych, bramy wszelkich miejskich, marszałkowskich i wojewódzkich urzędów były szczelnie zamknięte, a kadrowcy odpowiednio wyczuleni na jego nazwisko. Na wojnie ze Zdziarskim, mimo oficjalnego zwycięstwa, Stemperski dostał więc podwójne lanie. Jak opowiadała żona, przez parę miesięcy nie mógł nigdzie znaleźć pracy, potem zatrudnił się na krótko na stacji benzynowej, po kilku miesiącach zapraszał do wolnej kasy ubrany w czapeczkę z daszkiem z logo McDonalda, był też stróżem w żwirowni, aż wreszcie znalazł etat w Szkole Podstawowej nr 15 na Podgórzu, w pobliżu mieszkania i jednostki straży pożarnej. Uczył muzyki, jednak nigdy nie doszedł do siebie.

– Stał się wrakiem człowieka i nie umiał już pracować. – Pokręciła głową Stemperska. – Nie, źle to ujęłam. Janek po prostu bał się pracować, bał się popełnić najmniejszy błąd, przez który ktoś go znowu wyśmieje, zadrwi. Był wyczulony na żarty w pokoju nauczycielskim do tego stopnia, że w ogóle tam nie przebywał, z nikim nie rozmawiał. Zamknął się w sobie i rzadko kiedy otwierał się nawet przede mną. Którejś nocy, gdy leżeliśmy w łóżku, a Janek nie mógł zasnąć, powiedział mi, że w szkole panicznie boi się wszystkiego, a najbardziej chwili, w której musi wejść do klasy. Dźwięk dzwonka wywoływał u niego przyspieszone bicie serca i zawroty głowy. Bał się, że zemdleje, że upadnie, czasami przez kilka chwil trzymał się kurczowo poręczy. A niekiedy drżał, że zrobi coś złego sobie albo innym, na przykład dziecku, czego nigdy by sobie nie wybaczył. To było zupełnie irracjonalne, bo on nawet muchy by nie skrzywdził. Ale bałam się o niego, bałam strasznie. Miał wiele czarnych myśli.

Zwiesiła głowę, a Bener zerknął na staruszkę. Nadal poruszała bezdźwięcznie ustami, jakby mówiła coś jedynie w swojej wyobraźni.

– Był w fatalnym stanie – dopowiedziała po chwili Wioletta Stemperska. – Ten mobbing u Zdziarskiego, to, co Janek tam przeszedł. – Z niedowierzaniem pokręciła głową. – To było jak tornado, które trafiło na drewutnię. Zmiotło go po prostu. Janek… – Stemperska otarła łzę bandażem owiniętym wokół nadgarstka. – Janek… On się posypał. W szkole miał dużo obowiązków, przytłaczała go robota papierkowa, klasówki, formularze, wypełnianie dziennika elektronicznego, robienie jakiegoś tam stażu, wlepili mu też kronikę szkoły i przygotowywanie informacji na stronę internetową. Wiadomo, był nowy. On nie umiał odmawiać, nigdy nie był asertywny, brał to wszystko na siebie, mówię panu. A im więcej dostawał roboty na biurko, tym częściej odkładał ją na wieczne „potem”. Któregoś dnia nie wytrzymał i poryczał się w domu jak bóbr. Wtedy zaczęłam mu pomagać, sprawdzałam za niego kartkówki, brałam na siebie ten cholerny dziennik elektroniczny i stronę internetową. Robiłam, co się dało, ale starałam się, by Janek też miał w tym udział. Nie chodziło tylko o to, by ulżyć mu w obowiązkach. Zależało mi, żeby widział, że systematyczne działanie leży w jego interesie, że wtedy wcale tej pracy nie ma tak dużo i że jeśli poświęci na nią każdego dnia tylko godzinkę, wszystko da się ogarnąć. Myślałam, że to racjonalne działanie sprawi, że przestanie się bać.

Bener notował do chwili, kiedy usłyszał dzwonek komórki.

Stemperska przeprosiła i wyszła do kuchni po aparat.

– Nie, na razie nie jest aktualne. Do widzenia.

Bener spojrzał na nią, gdy wróciła i oparła się o framugę. Dopiero teraz zauważył, że nosiła szare spodnie dresowe wypchane w kolanach i bluzę z kapturem, na którą nałożyła ocieplaną, pikowaną kamizelkę.

 

– Czy w piątek rano mąż był w gorszym nastroju niż wcześniej?

Skrzyżowała ramiona.

– Każdego dnia wyglądał tak samo. Przygaszony, cichy, jakby nieobecny. Być może dobijało go też gasnące zdrowie jego matki – skinęła głową w stronę pojękującej staruszki – chociaż pomagałam mu i ja, i bratowa, czasami brat.

– Leczył się na depresję?

– Leczył się na depresję, na niedoczynność tarczycy, na wrzody żołądka i na nadciśnienie. Miał kłopoty z trawieniem, cierpiał na rwę barkową. Brał lek za lekiem, przez co stawał się bardziej osowiały. Uśmiechał się, ale to nie był ten mój radosny Jasiek, jak jeszcze dziesięć lat temu.

Bener postawił kropkę przy ostatnim zapisanym zdaniu.

– A w czwartek? Zdarzyło się coś niepokojącego?

– Nie sądzę. Poranek był taki jak zwykle, Janek połknął lek, pokręcił się po domu, zjadł śniadanie, popił resztę leków, a po pracy, wieczorem, spotkał się z bratem. Wrócił trochę podminowany, ale nie chciał nic mówić. Pewnie się posprzeczali o opiekę nad matką, ostatnio nie znajdowali wspólnego języka w tej sprawie.

– A wy?

– Co my?

– Czy pani i mąż się o to kłóciliście?

Stemperska przeszła przez pokój, sięgnęła po kubek z zaparzonymi ziołami, zamoczyła w nich usta i upewniwszy się, że nie sparzą języka teściowej, podsunęła jej szklankę. Drugą ręką chwyciła chusteczkę i gdy kobieta upiła kilka łyczków, Stemperska wytarła jej usta i brodę, po której spłynęło kilka kropel naparu.

– A ten pan, co tak się o mnie troszczy, to gdzie jest? – spytała mała, zasuszona kobiecina, nie odrywając wzroku od ekranu.

– Jeszcze w szkole mamo, Janek ma dziś dużo pracy – odpowiedziała Wioletta Stemperska i natychmiast zwróciła się do Benera: – Nie ma sensu niczego jej wyjaśniać, po chwili i tak zupełnie nic nie pamięta.

– Muszę mu coś powiedzieć – zaskrzeczała matka zaginionego.

– Dobrze, mamo, gdy tylko wróci, wszystko mu powiesz.

– Teraz muszę.

– Dobrze, jak tylko skończę rozmawiać z panem Benerem, to do niego zadzwonimy, zgoda?

Kobieta drgnęła i odwróciła głowę w stronę redaktora. Wpatrywała się w niego w milczeniu, jakby dopiero teraz go zauważyła.

Bener ukłonił się lekko, uśmiechnął, ale równie dobrze mógłby to zrobić przed polnym głazem. Stemperska tymczasem postawiła szklankę na leżącej na ławie gazecie i z powrotem usiadła na pufie w pobliżu kanapy zajmowanej przez gościa.

– To nie jest łatwa sprawa – wróciła do jego pytania o opiekę nad teściową. – Z trudem wiążemy koniec z końcem, ale wiedziałam, na co się godzę, i wypełniam swoje obowiązki. Mama nie jest trudnym człowiekiem, trzeba tylko na nią uważać, by nie zrobiła sobie krzywdy. Kocham ją właściwie jak swoją matkę, bo tej nigdy tak naprawdę nie miałam. A moja teściowa to była wspaniała kobieta, zawsze nam pomogła, była życzliwa i serdeczna. Cały czas czułam jej wsparcie i miłość.

Bener nie skomentował. Zastanawiał się, jak zadać pytanie, które od początku chciał zadać, tak by Stemperska nie zorientowała się, co ma na myśli.

– A ciuchy męża, nie zniknęły? Szczoteczka do zębów, kosmetyki, leki? Mógł zabrać coś ze sobą?

– Sprawdziłam, nic nie zniknęło.

– Jest pani pewna?

– Tak.

– A dzieci? Macie dzieci? – spytał, czując na sobie wzrok staruszki, ale nie spojrzał w jej stronę.

– Nie.

– A kogoś bliskiego, kogo pani mąż chciałby odwiedzić?

– Ciotkę, siostrę teściowej. Mieszka w Gdańsku, ale już to sprawdziłam. Janka tam nie było.

Bener wypytał ją jeszcze o kilka spraw. Dowiedział się, że Stemperski zabrał wóz i razem z nim zniknął w piątkowej śnieżycy. Kobieta zgłosiła zaginięcie w pobliskim komisariacie w piątek wieczorem, ale obsługujący ją funkcjonariusz radził, żeby jeszcze się wstrzymała, bo pod koniec tygodnia, jak to określił policjant z uśmiechem, „panowie lubią sobie golnąć z kumplami, zabawić się, poderwać dziewuchy, generalnie lubią zaszaleć”. Nie liczyła więc na policję, mimo iż była tam ponownie w sobotę i dziś rano. Wypełniono tylko kwestionariusz i obiecano przyjrzeć się sprawie, ale były to zapewnienia niczym obietnice polityka w trakcie kampanii wyborczej.

Potem Bener poprosił, by pokazała mu ich sypialnię, do której wchodziło się z salonu. Znajdowało się tam tylko szerokie łóżko i zabudowana na przeciwległej ścianie szafa. W rogu stał niewielki okrągły stolik z podłączonym do zasilacza laptopem starszej generacji. Na ekranie Bener dostrzegł przygotowywany przez kobietę plakat z powiększonym zdjęciem z legitymacji lub dowodu Jana Stemperskiego i z napisem „Zaginiony”, umieszczonym nad kolorową fotografią.

Bener zamierzał zabrać laptopa do przejrzenia, dlatego obiecał Stemperskiej, że wydrukuje rano kilkaset egzemplarzy plakatów. Podziękowała za pomoc.

Odłączył sprzęt i spakował komputer do plecaka razem z zasilaczem.

Potem spojrzał przez okno na rząd garaży, których dachy pokrywała pękata czapa śniegu. Podobne leżały na chodnikach.

– Który jest wasz?

Stemperska podeszła do okna i wskazała palcem na jeden z blaszaków, niemal naprzeciwko okna.

– Nie wiem, czy Janek po pracy wszedł do domu, ale wydaje mi się, że tak, bo zazwyczaj wieszał klucz do samochodu na wieszaku. Pewnie tu wrócił, wziął kluczyk i wyszedł.

– Dokąd mógł pojechać?

– Ata! Ata! – Dobiegło zza ściany.

– Nie wiem. – Przyłożyła dłonie do policzków. – Myślę o tym cały czas. Nie mamy żadnej działki, żadnego domku nad jeziorem. Zresztą nawet gdybyśmy mieli, to co miałby tam robić o tej porze?

– Może miał jakąś sprawę do załatwienia? Chciał wymienić dekoder? Pojechał na pocztę? Do serwisu? – Bener pytał bez przekonania, ponieważ wciąż nie zamierzał mówić o swoich podejrzeniach, że Stemperski mógł popełnić samobójstwo. Uciec od wszystkiego i targnąć się na życie. Bener był tego niemal pewien. Znał wiele takich przypadków i właśnie w tym kierunku zamierzał prowadzić poszukiwania. Będzie szukał trupa. Dopiero jeśli trafi w ślepą uliczkę, zmieni tor swojego śledztwa. Na razie jednak sprawa wyglądała na oczywistą.

Bener wyciągnął rękę na pożegnanie.

– Jutro się do pani odezwę – zapowiedział.

– Ata! – Usłyszeli oboje ten sam podniesiony głos.

Wioletta Stemperska uścisnęła mu dłoń i przytrzymała ją chwilę.

– Wiem, o czym pan myśli, ale on się nie zabił – powiedziała cicho, wpatrując się w jakiś punkt za oknem. – Nie odebrałby sobie życia. Chciał sprzedać samochód, miał plany. Nie żył tylko pracą.

Bener nic nie odpowiedział, uwolnił rękę z uścisku kobiety i ruszył do wyjścia. W salonie ponownie zerknął na staruszkę, która wpatrywała się w niego. Skinął jej głową i rzucił coś na pożegnanie. Zrobił krok w stronę drzwi, wciąż obserwując kobietę, ale nie przekroczył progu pokoju, bo teściowa Stemperskiej sparaliżowała go jednym słowem.

– Agata! – rzuciła i zamknęła oczy.

Bener z trudem przełknął ślinę. Pod gęstą siecią zmarszczek na twarzy starej kobiety nie drgnął żaden mięsień, a tymczasem dziennikarz wyczekiwał jakiegokolwiek jej grymasu z nadzieją, że mina staruszki powie mu coś więcej. Jednak nic takiego się nie wydarzyło. Dopiero po dłuższej chwili kobieta otworzyła ponownie usta i zaskrzeczała:

– Agata! On wie! Wie, kto skrzywdził Agatę!

Zagrzał piwo w rondelku i przelał je do kufla z pozdzieranym ze starości logo Żywca, do którego nasypał wcześniej przyprawy korzennej.

W drodze powrotnej zmarzł okrutnie, w domu Stemperskich było chłodno jak w sieni i już w samochodzie poczuł, że za chwilę coś może go rozłożyć. Wolał dmuchać na zimne, a raczej zalewać się ciepłym.

Pierwszy łyk spłynął przełykiem i rozgrzewał od środka, ale ponieważ Bener chciał poczuć to ciepło także w piętach, postanowił nastawić na gazie kolejną porcję trunku. Został w kuchni, bo po salonie pozostało już tylko wspomnienie. Bez żalu pożegnał się ze zdjęciami Agaty wiszącymi na ścianie i przedstawiającymi ją na tle najdalszych zakamarków globu. Była słynną globtroterką i uznanym fotografikiem przyrody, dużo podróżowała, przez co rzadko bywała w domu. Przynajmniej zanim zaszła w ciążę. Wtedy nieco zwolniła tempo i zmniejszyła liczbę wyjazdów. Nie dlatego, że Bener ją o to prosił, bo wcale tego nie zrobił. Uważał, że sama będzie wiedziała lepiej, ufał jej, wspierał ją i kochał. Kochał zresztą nadal, ale od 1 listopada 2010 roku był to inny rodzaj miłości. Tego dnia Agata zaginęła. Była wtedy w szóstym miesiącu.