Podziemia. W głąb czasu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Underland. A Deep Time Journey

Copyright © Robert Macfarlane, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Copyright © for the Polish translation by Jacek Konieczny, 2020

Redaktor inicjująca: Paulina Surniak

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Marketing i promocja: Agata Gać

Redakcja: Piotr Chojnacki

Konsultacja merytoryczna: Adam Robiński, dr hab. Grzegorz Haczewski

Korekta: Magdalena Owczarzak, Anna Królak

Projekt okładki i stron tytułowych: Ula Pągowska

Obraz na okładce: Nether © 2013 by Stanley Donwood

eISBN 978-83-66553-58-3

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@wydawnictwopoznanskie.com

www.wydawnictwopoznanskie.com

Spis treści

PIERWSZA KOMORA

1. Zejście

Część pierwsza. Widzenie (Wielka Brytania)

2. Pochówek (Mendip, Somerset)

3. Ciemna materia (Boulby, Yorkshire)

4. Podszycie (Las Epping, Londyn)

DRUGA KOMORA

Część druga. Ukrywanie się (Europa)

5. Niewidzialne miasta (Paryż)

6. Bezgwiezdne rzeki (Kras, Włochy)

7. Wydrążona kraina (Wyżyny Słowenii)

TRZECIA KOMORA

Część trzecia. Duchy przeszłości (Północ)

8. Czerwoni tancerze (Lofoty, Norwegia)

9. Krawędź (Andøya, Norwegia)

10. Błękit czasu (Kulusuk, Grenlandia)

11. Wytopiona woda (Lodowiec Knuda Rasmussena, Grenlandia)

12. Miejsce Ukrycia (Olkiluoto, Finlandia)

13. Wyjście

Wybrana bibliografia

Podziękowania

Czy ciemności poniżej zaległy

Gdzie między włosami zagon trawy rozległy?

Czy ciemności panują w pod-ziemiach Pustki?

Helen Adam, Down There in the Dark, 1952

Pustka migruje na powierzchnię…

Advances in Geophysics, 2016

PIERWSZA KOMORA

Droga do podziemi prowadzi przez rozszczepiony pień starego jesionu.

Upał typowy dla późnego lata, duchota. Pszczoły przelatują sennie nad łąką. Złocistość kolb kukurydzy, zieleń pasów świeżo skoszonej trawy, czerń gawronów na ścierniskach. Gdzieś dalej, poza zasięgiem wzroku, płonie ogień; wznosi się stamtąd słup dymu. Dziecko wrzuca kamyki do metalowego wiadra: brzdęk, brzdęk, brzdęk.

Trzeba przejść ścieżką przez pola. Na wschodzie wznosi się wzgórze z dziewięcioma okrągłymi kurhanami, które sterczą z jego grzbietu niczym kości kręgosłupa. Trzy konie otoczone połyskującą chmurą much stoją bez ruchu, jeśli nie liczyć okazjonalnych machnięć ogonem czy wzdrygnięć głową.

Dalej przełazem w wapiennym murze, wzdłuż strumyka do zarośniętej niecki, z której wyrasta prastary jesion. Korona wystrzeliwuje w niebo, zlewając się z błękitem. Długie, spodnie konary zwisają lekko ku dołowi. Korzenie rozchodzą się daleko pod ziemią.

Dymówki śmigają łukami, ich piórka błyskają w słońcu. Trochę wyżej powietrze rozcinają inne jaskółki — oknówki. Łabędź leci wysoko na południe na zmęczonych skrzydłach. Podniebny świat jest doprawdy piękny.

U podnóża jesionu powstała szczelina szeroka na tyle, że do wnętrza pnia może się wślizgnąć człowiek — następnie zejść w ciemną rozpadlinę, która rozwiera się poniżej. Jej brzegi zostały wygładzone przez tych, którzy szli tamtędy wcześniej, zstępując przez stary jesion do podziemi.

A pod jesionem zaczyna się labirynt.

Spomiędzy korzeni drzewa trafia się do kamiennego korytarza, który schodzi szybko w głąb ziemi. Z barw zostają tylko szarości, brązy, czerń. Czuć przepływające zimne powietrze. Powyżej lita skała, materia w stanie czystym. Jej powierzchnia wydaje się niewyobrażalnie odległa.

Skręt w boczny korytarz; coraz głębiej w labirynt. Kolejne rozpadliny rozchodzą się na boki. Trudno wyczuć kierunek. Z przestrzenią dzieje się coś dziwnego — podobnie z czasem. W podziemiu płynie inaczej. Gęstnieje, zlewa się, przepływa, przyspiesza, zwalnia.

Korytarz zakręca, za chwilę ponownie, zwęża się, w końcu doprowadza w zaskakujące miejsce — do komory. Dźwięk niesie się pogłosem, naprawdę rozbrzmiewa. Początkowo ściany sali wydają się nagie, ale potem dzieje się coś niezwykłego. Na skale zaczynają się pojawiać sceny ze świata podziemnego, odległe od siebie w historii, ale współbrzmiące echem.

W grocie powstałej w skarpie krasowej postać nabiera pełne usta pyłu w kolorze czerwonej ochry, kładzie lewą dłoń na ścianie jaskini — palce rozpostarte, kciuk odciągnięty, skóra czuje chłód skały — po czym wydmuchuje na nią ochrę. Wzbija tuman pyłu, a kiedy cofa dłoń, na skale zostaje widmowy odcisk; do jej powierzchni przywarła glinkowa czerwień. Dłoń zostaje przyłożona w inne miejsce, postać rozdmuchuje kolejną porcję pyłu, powstaje kolejny obrys. Odciski pokryje później powłoka z kalcytu. Przetrwają ponad trzydzieści pięć tysięcy lat. Jako przejaw czego? Radości? Groźby? Sztuki? Życia w ciemności?

Mniej więcej sześć tysięcy lat temu na płytkiej, piaszczystej glebie północnej Europy ciało młodej kobiety — zmarłej w czasie porodu — zostaje ostrożnie opuszczone do grobu. Obok niej spoczywa białe skrzydło łabędzia. Chwilę później na skrzydle ułożone zostaje ciało jej synka. Dziecko ma zostać podwójnie utulone w śmierci — w piórach ptaka i ramionach matki. Usypana z ziemi okrągła mogiła wskazywać będzie miejsce, gdzie pochowano kobietę, dziecko i białe skrzydło łabędzia.

Na trzysta lat przed powstaniem Cesarstwa Rzymskiego na jednej z wysp Morza Śródziemnego specjalista od obróbki metalu kończy pracę nad srebrną monetą. Widnieje na niej rysunek kwadratowego labiryntu z pojedynczym wejściem w górnym rogu i skomplikowaną drogą prowadzącą do środka. Ściany labiryntu, podobnie jak krawędź monety, są nieco wybrzuszone i wypolerowane na połysk. Pośrodku umieszczony zostaje wizerunek potwora z głową byka i nogami człowieka: Minotaura, czekającego w ciemności na kolejne osoby, które wejdą do labiryntu.

Sześćset lat później młoda kobieta pozuje malarzowi w Egipcie. Założyła na tę okazję niezwykle elegancki strój. Ma wyraźnie zarysowane, ciemne brwi i wyraziste, niemal czarne oczy. Włosy upięła z tyłu metalową opaską ozdobioną złotym koralikiem. Złotą chustę przytrzymuje brosza. Malarz używa rozgrzanego pszczelego wosku, płatków złota i kolorowych pigmentów, nakładając je po kolei na deskę. Tworzy pośmiertny wizerunek. Kiedy kobieta umrze, deska podczas balsamowania zostanie przymocowana pasami materiału do ciała na wysokości twarzy. Nawet kiedy zmumifikowane ciało zniszczeje wewnątrz powłoki z materiału, portret zachowa młodzieńczy wygląd. Warto przygotować go wcześniej, kiedy skóra człowieka promienieje jeszcze młodością. Ciało kobiety zostanie złożone w nekropolii — mieście zmarłych zbudowanym u wejścia do pustynnej niecki. Wyłożony wapieniem grobowiec pokryją płyty z kwarcytu mające odstraszać rabusiów. Nieopodal znajdują się komory skrywające zmumifikowane ciała ponad miliona ibisów.

Pod koniec XIX wieku pod płaskowyżem w południowej Afryce górnicy pełzną mila za milą przez wąskie tunele — drążone tam wtedy głębiej niż gdziekolwiek indziej na Ziemi — wynosząc rudę z trudno dostępnej żyły złota. Niektórzy z tych mężczyzn, tysiącami przybywający w tamtą okolicę w poszukiwaniu pracy, zginą niedługo potem w wypadkach albo przysypani lawinami kamieni. Wielu będzie umierać powoli na pylicę, której nabawią się, wdychając latami skalny pył w morderczych ciemnościach. Z punktu widzenia korporacyjnych właścicieli kopalni i rynków szlachetnych kruszców ludzkie ciało jest prostym narzędziem służącym do wydobywania cennej substancji, które można łatwo zastąpić nowym, kiedy się zepsuje albo zużyje. Ruda wynoszona na powierzchnię przez mężczyzn zostaje później rozkruszona i przetopiona, a uzyskane w ten sposób pieniądze wypchają kieszenie udziałowców w odległych krajach.

 

W jaskini u podnóża Himalajów, niedługo po rozdziale Indii i Pakistanu w 1947 roku, młoda kobieta medytuje szesnaście godzin na dobę przez siedemdziesiąt pięć dni. Siedzi całkowicie nieruchomo, porusza tylko ustami, które szepczą mantry. Na zewnątrz wychodzi głównie nocą; w bezchmurną pogodę nad szczytami gór rozlewa się Droga Mleczna. Kobieta żyje o wodzie, którą nabiera dłonią ze świętej rzeki, i żywiąc się zebranymi nieopodal jagodami oraz innymi owocami. Mantry, osamotnienie i ciemność pozwalają jej dostrzegać nowe rzeczy; jej ogląd świata ulega całkowitemu przeobrażeniu. Po zakończeniu tych rekolekcji czuje się bezkresna jak niebo, stara jak góry, bezkształtna jak światło gwiazd.

Trzydzieści lat temu chłopiec i jego ojciec za pomocą młotka ciesielskiego podnoszą deskę podłogową w domu, który mają niedługo potem opuścić. Przygotowali kapsułę czasu w słoiku po dżemie. Chłopiec włożył do niego różne przedmioty i wiadomości. Odlany z metalu model bombowca. Obrys lewej dłoni wykonany czerwonym tuszem na kartce papieru. Swoją charakterystykę przeznaczoną dla osoby, która znajdzie słój — „Dość wysoki jak na swój wiek, włosy bardzo jasne, niemal białe. Największy lęk: wojna nuklearna” — spisaną ołówkiem na kartce wyrwanej z notesu. Zegarek z zatrzymanymi fosforyzującymi wskazówkami i tarczą, którą często chował w dłoniach, żeby zobaczyć lśnienie cyferek. Do słoika wsypuje garść ryżu, który ma pochłaniać wilgoć, zakręca mocno pokrywkę, wkłada słoik do kryjówki i przybija z powrotem deskę.

Głęboko w wygasłym wulkanie wydrążono sieć tuneli nad uskokiem tektonicznym zwanym Ghost Dance, Tańcem Duchów. Chodniki schodzą przez leżące ukośnie warstwy, a w strefie magazynowania dzielą się na korytarze ze składami. W korytarzach mają zostać umieszczone niebezpieczne odpady: radioaktywne pastylki uranu zamknięte w pojemnikach z żelaza wsadzonych do pojemników z miedzi. Zostaną pogrzebane nad uskokiem Ghost Dance, gdzie będą mogły pulsować przez kolejne miliony lat połowicznego rozpadu. Skala czasowa zagrożenia jest tak wielka, że ludzie odpowiedzialni za tę operację muszą znaleźć sposób, jak zakomunikować związaną z nimi groźbę tak, by mogła zostać odczytana nawet w odległej przyszłości. Zagrożenie będzie istniało nie tylko po śmierci jego twórców, ale być może nawet gatunku, do którego należeli. Jak oznakować takie stanowisko? Jak powiedzieć istotom, które trafią kiedyś do tego opuszczonego miejsca, że zawartość kamiennego sarkofagu jest straszliwie niebezpieczna, że nie przedstawia żadnej wartości, że pod żadnym pozorem nie wolno go naruszyć?

Na błotnistej półce, dwie i pół mili od wyjścia z jaskini, w której zostali uwięzieni przez wezbrane wody, dwunastu chłopców i ich trener piłkarski siedzą w całkowitych ciemnościach. Oszczędzają baterie w telefonach komórkowych i dzień za dniem obserwują poziom wody, zastanawiając się, czy będzie się dalej podnosił, czy opadnie — albo czy jakimś cudem ktoś przybędzie im na ratunek. Z godziny na godzinę w komorze zmniejsza się zasób potrzebnego do oddychania tlenu, a wzrasta stężenie dwutlenku węgla. Nad górą gromadzą się chmury monsunowe, z których w każdej chwili może lunąć jeszcze obfitszy deszcz. Przy wejściu do jaskini pracują tysiące ratowników z sześciu państw. Początkowo nie wiedzą, czy chłopcy żyją. Później znajdują błotniste odciski dłoni na ścianach sali dwie mile w głąb jaskini. Wzbiera nadzieja. Nurkowie zapuszczają się coraz dalej i dalej w zalane wodą korytarze. Dziewięć dni po wejściu do jaskini chłopcy słyszą odgłosy dobiegające z rzeki przepływającej pod występem skalnym. Niedługo potem dostrzegają połyskujące pod wodą światła. Powierzchnia zaczyna kipieć od bąbelków powietrza. Światła się wznoszą. Na powierzchnię wypływa człowiek. Jeden z chłopców unosi rękę na powitanie. Nurek odpowiada tym samym gestem i pyta: „Ilu was jest?”. „Trzynastu”, odpowiada ktoś. „Niedługo pojawi się tu wiele osób”, mówi nurek.

Takie właśnie sceny rozgrywają się w ścianach tej niemożliwej komory, głęboko w labiryncie pod rozszczepionym jesionem. Trzy identyczne zadania pojawiają się w różnych kulturach i epokach: chronić to, co cenne, dostarczać to, co wartościowe, ukrywać to, co szkodliwe.

Chronić (wspomnienia, cenne rzeczy, wiadomości, zagrożone życia).

Dostarczać (informacji, bogactw, metafor, minerałów, wizji).

Ukrywać (odpady, traumy, trucizny, sekrety).

Pod ziemią umieszczaliśmy zawsze to, czego się obawiamy i z czym wolelibyśmy się rozstać, ale także to, co kochamy i chcielibyśmy ocalić.


1. ZEJŚCIE

Jak niewiele wiemy o światach pod naszymi stopami. Wystarczy spojrzeć nocą w bezchmurne niebo, a zobaczymy światło gwiazd oddalonych o tryliony mil albo kratery po zderzeniach z asteroidami na tarczy Księżyca. Kiedy jednak spojrzycie w dół, wasz wzrok zatrzyma się na powierzchni ziemi, na asfalcie, palcu stopy. Nigdy nie miałem poczucia, żebym bardziej oddalił się od świata ludzi niż wtedy, gdy zaledwie dziesięć jardów pod jego powierzchnią pochwyciła mnie lśniąca paszcza wapienia, który uformował się dawno temu na dnie morza.

Podziemny świat pilnie strzeże swoich tajemnic. Dopiero w ostatnich dwudziestu latach ekologowie odtworzyli przebieg sieci grzybni przenikających glebę leśną i łączących pojedyncze drzewa w komunikujące się systemy — grzyby robią to od setek milionów lat. Okazało się, że sieć jaskiń odkrytych w 2013 roku w chińskiej prowincji Chongqing ma własny system pogodowy: w głównej sali formują się słupy pary wodnej, zimna mgła zbiera się pod sklepieniami komór całkowicie poza zasięgiem promieni słonecznych. Tysiące stóp pod ziemią w północnych Włoszech zjechałem na linie do ogromnej rotundy z kamienia, przeciętej przez pogrzebaną rzekę i wypełnionej wydmami czarnego piasku. Kiedy je potem przemierzałem, wydawało mi się, jakbym brnął przez bezwietrzną pustynię jakiejś bezsłonecznej planety.

Po co schodzić pod powierzchnię? To przecież sprzeczne z intuicją; niezgodne z podpowiedziami rozsądku i skłonnościami ducha. Rozmyślne umieszczanie czegoś pod ziemią niemal zawsze służy ukryciu tego przed wzrokiem innych. Wydobywanie czegoś spod ziemi niemal zawsze wiąże się ze sporym wysiłkiem. Utrudniony dostęp do krain podziemnych od dawna czynił z nich symbol tego, czego nie da się wprost wypowiedzieć albo zobaczyć: straty, żałoby, mrocznych zakamarków umysłu czy tego, co Elaine Scarry nazywa „głębokim, podziemnym faktem” fizycznego bólu1.

W kulturze istnieje długa tradycja odrazy do podziemnych przestrzeni, mówienia o „straszliwym mroku we wnętrzu świata”, by przywołać sformułowanie Cormaca McCarthy’ego2. Na takie miejsca reaguje się zwykle strachem i wstrętem. Dominują skojarzenia z brudem, śmiertelnością i fizyczną harówką. Wśród najpowszechniejszych fobii nie ma silniejszej od tej przed zamkniętymi przestrzeniami. Wielokrotnie miałem okazję zauważyć, jak klaustrofobia — w znacznie większym stopniu niż lęk wysokości — zachowuje swoją niepokojącą moc nawet doświadczana pośrednio, w narracji lub opisie. Słysząc opowieści o ugrzęźnięciu pod ziemią, ludzie niespokojnie wiercą się na krzesłach, wychodzą na zewnątrz, spoglądają w stronę światła — zupełnie jakby same słowa mogły ograniczyć im swobodę ruchu.

Pamiętam, kiedy jako dziesięciolatek przeczytałem w powieści The Weirdstone of Brisingamen Alana Garnera opis, jak dwoje dzieci, uciekając przed niebezpieczeństwem, wchodzi w wydrążone w wychodni piaskowca tunele kopalni w Alderley Edge w hrabstwie Cheshire. Uścisk skały staje się tak mocny, że w każdej chwili mogą utknąć:

Leżeli wyciągnięci jak struny. Ściany, dno i strop przylegały do nich niczym druga skóra. Głowy mieli przekręcone na bok, bo inaczej ich usta wbijałyby się w piaszczysty strop, uniemożliwiając oddychanie. Do przodu mogli się poruszać tylko podciągając się palcami dłoni i odpychając palcami stóp. Nie zdołaliby napiąć mięśni nóg, a najmniejsze zgięcie łokci groziło ostatecznym zaklinowaniem się rąk pod ciałem. W końcu pięty [Colina] zablokowały się w stropie i nie mógł już przesunąć ciała ani w górę, ani w dół. Skalne usta wpiły mu się w golenie z taką siłą, że zawył z bólu. Ale poruszyć się nie mógł […]3.

Takie opisy mroziły mi serce i dosłownie pozbawiały tchu. Kiedy wracam do nich dziś, lekturze towarzyszą te same doznania. Przywołana scena pochłaniała mnie też w wymiarze fabularnym — i wciąż tak jest. Colin nie mógł się poruszyć, a ja nie mogę się oderwać.

Awersja do podziemnych krain wyziera też z języka. Wiele używanych przez nas na co dzień metafor sławi wysokość, a pogardza nizinami. Wolimy doznawać „uniesienia”, niż znaleźć się w „depresji” albo „pogrążyć się” w smutku. „Katastrofa” to dosłownie „zwrot ku dołowi”, a „kataklizm” to „przemoc skierowana w dół”. Uprzedzenie to jest też żywe w powszechnie stosowanych konwencjach postrzegania i odwzorowywania rzeczywistości. W książce Vertical Stephen Graham pisze o dominacji „płaskiej tradycji” w geografii i kartografii, co przekłada się na „w dużej mierze horyzontalne spojrzenie na rzeczywistość”. Graham przekonuje, że trudno jest uciec przed „bez reszty płaskimi perspektywami”, do których zostaliśmy przyzwyczajeni — i widzi w tym porażkę zarówno polityczną, jak i percepcyjną, ponieważ taki stan rzeczy odwraca naszą uwagę od podziemnych sieci wydobywania, eksploatacji i usuwania, które wspierają funkcjonowanie świata na powierzchni4.

Z najróżniejszych powodów ignorujemy zwykle to, co leży poniżej. Tyle że dziś potrzeba zrozumienia krain podziemnych jest pilniejsza niż kiedykolwiek. „Zmuś się, żeby spoglądać bardziej płasko”, nakazuje Georges Perec w Espèces d’espaces5. Ja powiedziałbym raczej: „Zmuś się, żeby spoglądać bardziej w głąb”. Krainy podziemne odgrywają zasadniczą rolę w materialnych strukturach współczesnego istnienia, a także w naszych wspomnieniach, mitach i metaforach. Tworzą obszar, z którym musimy się zawsze liczyć i przez który jesteśmy nieustannie kształtowani. Mimo to nie mamy nawyku dostrzegać go w naszym życiu ani dopuszczać do świadomości jego niepokojących form. „Płaskie perspektywy” wydają się w coraz większym stopniu nieodpowiednie do interpretowania głębokich światów, które zamieszkujemy, i spuścizn głębokiego czasu, które za sobą zostawiamy.

Żyjemy w antropocenie, epoce ogromnych i często przerażających zmian na skalę planetarną. Kryzys to już nie odraczana bez końca przyszła apokalipsa, ale raczej trwały stan, którego najsilniej doświadczają najsłabsi. Czas uległ całkowitemu wywichnięciu — podobnie przestrzeń. Rzeczy, które winny pozostać pogrzebane, nieproszone wychodzą na wierzch. W zetknięciu z takimi wykwitami nie zawsze potrafimy odwrócić wzrok, szokuje nas bowiem ich niestosowność.

W Arktyce pradawne złoża metanu wyciekają przez „okna” w ziemi, otwierające się w topniejącej wiecznej zmarzlinie. Zarodniki wąglika ulatują z pogrzebanych trucheł reniferów, które zaczynają się rozkładać pod wpływem ciepła6. We wschodniej Syberii w rozmiękłej ziemi otwiera się krater, pochłaniając dziesiątki tysięcy drzew i odsłaniając warstwy geologiczne liczące dwieście tysięcy lat. Mieszkańcy Jakucji nazywają go „wrotami do zaświatów”7. Cofające się alpejskie i himalajskie lodowce zwracają ciała ludzi zatopione w lodzie od wielu dziesięcioleci. W czasie niedawnych fal upałów na Wyspach Brytyjskich zarysy starożytnych budowli — rzymskich wież strażniczych, neolitycznych osad — połyskiwały pod zbożem, ujawniając swą obecność dla obserwatorów z góry; suchość jako zdjęcie rentgenowskie, pogrążona przeszłość krainy wznosząca się w formie spieczonych zjaw. Na czeskim odcinku Łaby woda opada w lecie do tak niskiego poziomu, że odsłania „kamienie głodu” — głazy używane przez wiele stuleci do upamiętniania susz i ostrzegania o ich konsekwencjach. Na jednym z nich wyryto napis: Wenn du mich siehst, dann weine, „Jeśli mnie widzisz, zapłacz”8. W północno-­zachodniej Grenlandii spod lodu zaczęła się wyłaniać nieużywana od pięćdziesięciu lat amerykańska baza rakietowa z czasów zimnej wojny zawierająca setki tysięcy galonów odpadów chemicznych. „Problem nie polega na tym — pisze archeolożka Þóra Pétursdóttir — że coś zostaje pogrzebane w warstwach geologicznych, ale że trwa w nich dłużej, niż my istniejemy, po czym uderza w nas z nieoczekiwaną siłą […] jako mroczna siła «śpiących olbrzymów»”9, które przebudziły się, przespawszy głęboki czas.

 

„Głęboki czas” to chronologia podziemnych krain10. Głęboki czas to oszałamiające przestwory historii Ziemi, które zbiegają się tu i teraz. Głęboki czas liczony jest jednostkami wzbudzającymi pokorę jako kontrast z chwilowością człowieka: epokami i eonami, a nie minutami i latami. Odmierzają go skały, lód, stalaktyty, osady gromadzące się na dnie mórz i dryf płyt tektonicznych. Głęboki czas wybiega zarówno w przyszłość, jak i w przeszłość. Ziemię ogarną ciemności, kiedy za jakieś pięć miliardów lat w Słońcu wyczerpie się paliwo. I palcami, i piętami stoimy na krawędzi.

Z głębokiego czasu można czerpać niebezpieczne pocieszenie. Kusi etyczna lotofagia. Jakież znaczenie mają nasze czyny, skoro Homo sapiens i tak zniknie z powierzchni Ziemi w mgnieniu geologicznego oka? Z perspektywy pustyni czy oceanu ludzka moralność wydaje się absurdalna — przygnieciona wizją ich długowieczności traci znaczenie. Wszystkie przekonania o wartości stają się bezzasadne. Aż chciałoby się przyjąć spłaszczającą ontologię: życie jakiejkolwiek istoty jest w równym stopniu pozbawione znaczenia wobec pewności upadku wszystkiego. Czym jest wymarcie gatunku albo ekosystemu w kontekście cykli erozji i odbudowy zachodzących w skali całej planety?

Powinniśmy opierać się takiemu inercyjnemu myśleniu i przeciwstawiać mu jego odwrotność — postrzegać głęboki czas jako radykalną perspektywę popychającą nas do działania, a nie wzbudzającą apatię. Myślenie w tych kategoriach powinno służyć nie tyle ucieczce z niespokojnej teraźniejszości, ile jej reinterpretacji; zastąpieniu pośpiesznych żądz i złości starszymi, powolniejszymi opowieściami o tworzeniu i unicestwianiu. Świadomość głębokiego czasu w najlepszym razie pomoże nam dostrzec, że jesteśmy częścią sieci darów, spuścizn i dziedzictw rozciągającej się na miliony lat w przeszłość i wybiegającej miliony lat w przyszłość, a tym samym skłonić nas do namysłu nad tym, co pozostawimy po sobie przyszłym epokom i istotom.

W perspektywie głębokiego czasu ożywa to, co wcześniej wydawało się bezwładne. Do głosu dochodzą nowe powinności. Wielogłosowość istnienia rzuca się w oczy i ogarnia umysł. Świat staje się na powrót niesamowicie zróżnicowany i pulsujący życiem. Lód oddycha. Skałami poruszają cykle przypływów i odpływów. Góry wznoszą się i wędrują. Kamień pulsuje. Mieszkamy na niespokojnej Ziemi.

* * *

Najstarsze opowieści o podziemnych krainach wspominają o niebezpiecznych wyprawach w ciemność w celu dotarcia do kogoś lub czegoś, co trafiło wcześniej do świata umarłych. Jedna z wersji Eposu o Gilgameszu — spisanego około 2100 roku p.n.e. w Sumerze — opowiada o zejściu Enkidu do „świata podziemnego” po przedmioty utracone przez Gilgamesza. Śmiałek żegluje przez wzburzone morza, grad wali w niego niczym młot. Statek drży pod naporem fal smagających go jak trykające żółwie i lwy. Mimo wszystko Enkidu dociera na miejsce. Po wejściu do podziemnego świata zostaje w nim uwięziony, a uwalnia go dopiero młodszy od niego wojownik Utu, który robi otwór w ziemi i wynosi Enkidu na świeże powietrze. W promieniach słońca Enkidu i Gilgamesz obejmują się, całują i rozmawiają przez wiele godzin. Enkidu nie odzyskał utraconych przedmiotów, ale przyniósł cenne wieści o zaginionych ludziach. „Czy widziałeś me nienarodzone dziatki, które nigdy nie zaznały istnienia?”, pyta zrozpaczony Gilgamesz. „Widziałem je”, odpowiada Enkidu11.

Podobne historie występują w mitologiach z całego świata. W literaturze klasycznej znajdziemy wiele opowieści o tym, co Grecy nazywali katabasis (zejściem do podziemnego świata) i nekia (wypytywaniem duchów, bogów albo zmarłych o przyszłość mieszkańców Ziemi). Jednym z nich jest podjęta przez Orfeusza próba wyrwania ukochanej Eurydyki z rąk Hadesa albo wyprawa Eneasza — pod przewodnictwem Sybilli i ochroną złotej gałązki — w celu zasięgnięcia rady ducha ojca. Niedawne ocalenie nastoletnich tajskich piłkarzy z zalanej jaskini we wnętrzu góry to przykład współczesnego katabasis: historia przykuła uwagę ludzi na całym świecie między innymi dlatego, że miała w sobie moc mitu.

Wszystkie te opowieści sugerują paradoksalny wniosek: że ciemność może pośredniczyć w widzeniu, a droga pod ziemię prowadzić ku objawieniu — a nie utracie. Jeden z najczęściej stosowanych czasowników w języku angielskim, to understand, zawiera w sobie to pradawne przekonanie, że aby coś w pełni zrozumieć, trzeba się w to zagłębić. „Odkryć” znaczy „odsłonić przez odkopanie”, „zgłębić i wydobyć na światło dzienne”, „wydobyć z głębi”. To pradawne konotacje. Najwcześniejsze znane przykłady sztuki jaskiniowej z Europy — przybierające postać drabin, kropek i obrysów dłoni namalowanych na ścianach jaskiń dzisiejszej Hiszpanii — pochodzą mniej więcej sprzed sześćdziesięciu pięciu tysięcy lat. Z naszych szacunków wynika, że przedstawiciele gatunku Homo sapiens przybyli z Afryki do Europy dopiero dwadzieścia tysięcy lat później. Malowidła pozostawili po sobie zatem neandertalscy artyści. Jeden z archeologów odpowiedzialnych za datowanie tych znalezisk pisze, że na długo zanim istoty identyczne pod względem anatomicznym z nami dotarły na teren dzisiejszej Hiszpanii, „ludzie odbywali podróże w ciemność”12.

Ta książka to opowieść o podróżach w ciemność, o wyprawach pod powierzchnię w poszukiwaniu wiedzy. W kolejnych rozdziałach przejdziemy od ciemnej materii uformowanej w chwili narodzin wszechświata do nuklearnych przyszłości, które zgotuje nam antropocen. Przemierzając głęboki czas rozciągający się między tymi dwoma odległymi punktami, ścieżka naszej opowieści będzie zahaczać o nieustannie zmieniającą się teraźniejszość. Wszystkie rozdziały łączy — analogicznie do zjawisk zachodzących w omawianych tam światach — ukryta sieć odwołań, wzorów i związków.

Od ponad piętnastu lat piszę o związkach między krajobrazem a ludzkim sercem. Początkowe pragnienie rozwikłania osobistej zagadki — dlaczego młodego człowieka, którym wtedy byłem, tak bardzo pociągały góry i z jakiego powodu budziła się we mnie czasami gotowość oddania życia za tę miłość — rozwinęło się w projekt stworzenia głębokich map, który realizowałem na ponad dwóch tysiącach stron zebranych w pięciu książkach. Z lodowych wierzchołków najwyższych gór świata zacząłem schodzić ku chyba już bezsprzecznie ostatnim przystankom — kondygnacjom miejsc leżących pod powierzchnią ziemi. „Droga w dół wabi/jak wcześniej wabiła wspinaczka”, pisał William Carlos Williams w jednym z późnych wierszy13. Dopiero w drugiej połowie życia zrozumiałem przynajmniej trochę z tego, co Williams miał na myśli. To właśnie w krainach podziemnych zetknąłem się z rzeczami, których nie chciałbym nigdy zapomnieć — i takimi, których wolałbym nigdy nie zobaczyć. Spodziewałem się, że ze wszystkich moich książek ta będzie najbardziej oddalona od spraw ludzkich, tymczasem okazała się najbardziej wspólnotowa. Jeżeli istotę większości moich dotychczasowych publikacji mógłby wyrazić obraz stawianej i unoszonej stopy wędrowca, w tym wypadku będzie to otwarta dłoń wyciągnięta w geście powitania, współczucia albo z zamiarem odciśnięcia śladu.

Od jakiegoś czasu prześladuje mnie lapońska wizja świata podziemnego jako inwersji ludzkiej rzeczywistości. Powierzchnia ziemi odgrywa w niej rolę lustrzanej granicy, w ten sposób, że „stopy zmarłych, którzy muszą poruszać się do góry nogami, dotykają stóp ludzi żyjących, którzy stoją wyprostowani ku górze”14. Porusza mnie intymność tego układu — zmarli i żywi stojący stopa w stopę. Oglądając fotografie dłoni odciśniętych na ścianach jaskiń Maltravieso, Lascaux czy Sulawesi, wyobrażam sobie, że przykładam dłoń do obrysu pozostawionego przez nieznanych autorów. Wyobrażam sobie ciepłotę dłoni dociśniętej do powierzchni z wnętrza zimnej skały, spotkanie koniuszków naszych palców, wymieniających pozdrowienie ponad czasem.

* * *

Niedługo przed rozpoczęciem opisanych tu podróży otrzymałem dwa przedmioty. Każdemu prezentowi towarzyszyła prośba, a ja musiałem się zobowiązać, że ją spełnię.

Pierwszym przedmiotem jest dość masywna urna z brązu wielkości łabędziego jaja. Jest to wypełniony trucizną kist. Jej twórca spisał na kartce papieru swoje demony: nienawiści, lęki i straty, ból zadany innym i ból wycierpiany z rąk innych — wszystko, co najgorszego znalazł w swoim umyśle. Kartkę spalił i umieścił popiół w urnie. Następnie pokrył ją dodatkową warstwą brązu, żeby wzmocnić pojemnik. Zewnętrzna warstwa z brązu została podczas nakładania pokryta nierównościami i zdobieniami, żeby przypominała powierzchnię planety albo unoszące się nad nią chmury. Twórca przebił wnętrze urny czterema żelaznymi gwoździami, odciął ich główki i spiłował wystające końcówki na równo z powierzchnią kistu. Jest to niesamowicie potężny przedmiot odznaczający się rytualną intensywnością kreacji. Choć został stworzony niedawno, równie dobrze mógł powstać w dowolnym momencie ostatnich dwóch i pół tysiąca lat.

Otrzymałem tę urnę z poleceniem, że mam ją umieścić w najgłębszej albo najlepiej zabezpieczonej krainie podziemnej, do której dotrę — w miejscu, z którego nie mogłaby nigdy powrócić.

Drugi przedmiot to sowa wycięta z kawałka kości wieloryba. Jest to talizman o magicznych właściwościach. Martwe ciało płetwala karłowatego, z którego wykonano sowę, zostało wyrzucone na brzeg wyspy w archipelagu Hebrydów. Jedno z żeber pocięto na plastry o grubości niecałej połowy cala i długości sześciu cali, a następnie wypolerowano. Z takiego przekroju wykonano następnie sowę z pomocą czterech śmiałych cięć ostrza: dwóch do zaznaczenia oczu i dwóch do wykonania zarysu skrzydeł. Jest to niesamowicie piękny przedmiot odznaczający się właściwą dla epoki lodowcowej prostotą. Został stworzony niedawno, ale równie dobrze mógł powstać w dowolnym momencie ostatnich dwudziestu tysięcy lat.