3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Niebo ze stali

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Niebo ze stali
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Robert M. Wegner

Niebo ze stali

Opowieści z meekhańskiego pogranicza


Warszawa 2013

Robert M. Wegner

Niebo ze stali

Opowieści z meekhańskiego pogranicza

ISBN: 978-83-61187-65-3

Wydawca:

Powergraph

ul. Cegłowska 16/2

01-803 Warszawa

tel. 22 834 18 25

e-mail: powergraph@powergraph.pl www.powergraph.pl Copyright © 2012-2013 by Robert M. Wegner Copyright © 2012-2013 by Powergraph Copyright © 2012-2013 for the cover by Rafał Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik REDAKTOR PROWADZĄCY: Kasia Sienkiewicz-Kosik REDAKCJA: Michał Cetnarowski, Kasia Sienkiewicz Kosik KOREKTA: Maria Aleksandrow Wyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

Prolog

Część I. Smak żelaza

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Część II. Smak krwi

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

INDEKS

¤

Pro­log

Chło­piec stoi w mroku i wodzi wzro­kiem po około trzy­dzie­stu twa­rzach. Należą do innych dzieci, więk­szość z nich jest w jego wieku. Dni smutku ledwo się skoń­czyły, nie­mal wszyst­kie twa­rze noszą ślady bia­łej farby; tylko kil­koro dziew­cząt prze­wią­zało jesz­cze włosy na znak żałoby. Nie znały innego spo­sobu, by oka­zać uczu­cia. A teraz to…

Patrzy na nich spo­koj­nie. Pocho­dzą z róż­nych kla­nów i szcze­pów, ale we wszyst­kich są naj­starsi i przez ostat­nie lata stali się przy­wód­cami reszty.

— Stra­ci­li­śmy więk­szość mło­dych wojow­ni­ków — zaczyna i obser­wuje, żadna twarz się nie krzywi, w żad­nych oczach nie zapala się sprze­ciw. — Ple­miona będą przez wiele lat słabe, a jed­nak zro­biły to, co zro­biły.

Zaci­ska dło­nie, aż paznok­cie wbi­jają mu się w skórę.

— Gdy­bym mógł, zabił­bym ich. Spa­lił wozy, wyrżnął wszyst­kie ich konie, żeby patrzyli na to i pła­kali. Zdrajcy… prze­klęci…

Bra­kuje mu słów, więc spluwa na zie­mię i roz­ciera plwo­cinę stopą.

— Od dziś będę wojow­ni­kiem Klanu Zła­ma­nego Kła. — Takie słowa w ustach dzie­się­cio­let­niego chłopca mogłyby wywo­łać uśmiech, gdyby nie jego oczy. — Będę w bitwie nosił ozdoby mojego wuja i jeź­dził konno. Nazy­wam się Amu­reh.

Kiwają gło­wami. Gdy ska­cze się głową naprzód z urwi­stego brzegu do rzeki, nie można zatrzy­mać się w locie.

— Wuj powie­dział, że dosta­niemy część ich ziem. A jeśli spró­bują na nie wró­cić… Będę cze­kał.

Wyj­muje nóż i głę­boko nacina wnę­trze pra­wej dłoni. Zaci­ska pięść i wygląda to tak, jakby wyci­skał krew z powie­trza.

— Zosta­nie bli­zna. — Jedna z dziew­czy­nek patrzy na niego z uwagą.

— Wiem. I za każ­dym razem, gdy zaci­snę dłoń na broni, będę pamię­tał. Rozu­miesz?

— Tak.

Część I

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Roz­dział 1

Głę­bo­kie doliny mają to do sie­bie, że są pokrzyw­dzone, jeśli cho­dzi o świa­tło. Cień zalega w nich jesz­cze długo po tym, gdy rów­niny czy pła­sko­wyże wygrze­wają się już w pro­mie­niach słońca, a wil­goć po poran­nej rosie, która gdzie indziej znika w kilka chwil, tu potrafi utrzy­mać się przez wiele godzin. Zwłasz­cza przy połu­dniowo-wschod­nim krańcu takiej doliny, w pobliżu jed­nego z licz­nych w tej oko­licy stru­mieni. Ubra­nia, choćby suszone przez cały dzień i scho­wane w natłusz­czone sakwy, ran­kiem są wil­gotne i draż­nią czło­wieka nie­przy­jem­nym, lep­kim chło­dem. Trzeba nie­ustan­nie pil­no­wać, by rze­mie­nie, pan­ce­rze, buty, pochwy mie­czy i sza­bel, pasy i inne skó­rzane czę­ści ekwi­punku były nale­ży­cie impre­gno­wane, bo nie ma gor­szej rze­czy niż kil­ku­dniowy patrol w butach, które zaczy­nają cię ocie­rać.

Ken­neth ni­gdy nie wybrałby dla swo­ich ludzi takiej oko­licy na kwa­tery. Cztery sza­łasy, posta­wione chyba jesz­cze przed ostat­nią wojną z koczow­ni­kami, miały cha­rak­ter aż nadto tym­cza­so­wego schro­nie­nia, na doda­tek zbu­do­wano je w miej­scu, gdzie słońce zagląda tylko na kilka godzin w ciągu dnia, co odci­snęło na budow­lach swój ślad. Pleśń, poro­sty i mchy doko­nały rado­snej inwa­zji na drewno, część desek zni­kła,

a z pod­łogi – jeśli można tak nazwać ubitą glinę – kieł­ko­wały tu i ówdzie chwa­sty. Gdy więc mie­siąc temu żoł­nie­rze Szó­stej Kom­pa­nii dostali roz­kaz, by się tu prze­nieść, nie tyle napra­wili, ile odbu­do­wali sza­łasy, łata­jąc dachy, ubi­ja­jąc na nowo kle­pi­ska i utrzy­mu­jąc dzień i noc ogień na pale­ni­skach, by osu­szyć ściany, naj­le­piej jak się dało.

Mimo wszystko wil­goć towa­rzy­szyła im nie­mal przez cały czas.

I chłód. I iry­ta­cja.

Niebo zaczy­nało się deli­kat­nie różo­wić, za godzinę szczyty na wschod­nich krań­cach doliny powinny posma­ko­wać słońca, a cały nie­bo­skłon przy­bie­rze kolor zim­nego błę­kitu, tak jasnego, jakby był pół­kulą wypo­le­ro­wa­nej do poły­sku stali. Dopiero gdy słońce wynu­rzy się cał­kiem znad hory­zontu, świat przy­wdzieje nor­malne barwy – biel śnie­go­wych czap zało­żo­nych przez szczyty, czer­nie i sza­ro­ści skał pod nimi, ciemną zie­leń igla­stych lasów pora­sta­ją­cych niż­sze par­tie gór i nie­śmiałą zie­leń wcze­sno­wio­sen­nych traw w doli­nach. Kolory domi­nu­jące w Ole­ka­dach dawały się zli­czyć na pal­cach obu rąk.

Przy­naj­mniej masku­jąc się, nie trzeba zbyt­nio kom­bi­no­wać.

Ken­neth powoli, nie wyko­nu­jąc gwał­tow­niej­szych ruchów, spoj­rzał w lewo, potem w prawo, dał sygnał. Widział dwóch z trójki pozo­sta­łych war­tow­ni­ków, obaj unie­śli dło­nie w górę.

Wszystko w porządku.

Dowódca ostatni idzie spać, a pierw­szy wstaje, ta reguła Gór­skiej Straży była jedną z tych nie­pi­sa­nych, odwiecz­nych i nie­wzru­szo­nych, któ­rych prze­strze­gał kon­se­kwent­nie i bez żad­nych ustępstw na rzecz zmę­cze­nia czy wygody. Lecz miał i drugą, bar­dziej oso­bi­stą – dowódca trzyma wartę ze swo­imi żoł­nie­rzami. To była jego zasada, od któ­rej ostat­nio Var­henn i pozo­stali dzie­sięt­nicy pró­bo­wali go odzwy­czaić. Bo to zły nawyk jest – mówił zawsze jego naj­star­szy pod­ofi­cer. Jeśli bowiem ktoś naprawdę spró­buje nas podejść nocą, to war­tow­nicy mogą pierwsi dać gar­dła i kom­pa­nia zosta­nie bez dowódcy. Więc Ken­neth powi­nien spę­dzać noce w sza­ła­sie, prawda? Ale porucz­nik, zazwy­czaj skłonny słu­chać rad Veler­gorfa, tym razem przy­po­mniał wszyst­kim, że ma w sobie trzy czwarte wessyr­skiej krwi.

Uparł się.

Bo w Belen­den, tysiąc mil na zachód stąd, żaden z jego żoł­nie­rzy nie pomy­ślałby nawet, żeby coś takiego zapro­po­no­wać. Ken­neth razem z nimi sta­wał na war­cie, czaił się w zasadz­kach, wal­czył w pierw­szej linii. Z dru­giej strony – ta myśl była tro­chę kwa­śna – jak się ma trzy­dzie­stu dzie­wię­ciu ludzi, to się ma tylko pierw­szą linię.

 

Wokół sza­ła­sów rosło tro­chę krza­ków, kol­cza­stych krze­wów i małych drze­wek. Nie kazał ich wykar­czo­wać, bo do ściany lasu mieli ledwo pięć­dzie­siąt jar­dów, więc lepiej nie uła­twiać sprawy poten­cjal­nym strzel­com. Poza tym war­tow­nicy mogli się wśród nich przy­czaić, zasty­gnąć nie­ru­chomo, roz­pły­nąć w tle. Tak jak on teraz, przy­kuc­nięty, w płasz­czu obwie­szo­nym gałąz­kami i obsy­pa­nym zeszło­rocz­nymi liśćmi, w pół­mroku przed­świtu prak­tycz­nie nie­wi­doczny.

Polu­jemy, pomy­ślał. Sami nie wiemy na co, ale zasta­wiamy sidła, mając cichą nadzieję, że to, co się zła­pie, okaże się zają­cem, a nie niedź­wie­dziem. Bo to jest w naszej natu­rze: gdy nad­cho­dzi nie­bez­pie­czeń­stwo, nie cho­wamy się w zam­kach i za pali­sa­dami, jak tutej­sza szlachta, tylko zasta­wiamy pułapkę. Bo na sarny polu­jesz z nagonką, a na gór­skiego lwa z przy­nętą. Bo…

Uniósł lewą dłoń.

Wszystko w porządku.

O nogę opie­rał mu się cie­pły cię­żar. Kenwa – drugi w hie­rar­chii psów kom­pa­nii – wyglą­dał, jakby spał, lecz posta­wione uszy i lek­kie drgnię­cia mię­śni świad­czyły, że czuwa. Bergh Maws, odpo­wie­dzialny za psy kom­pa­nii, potra­fił je ukła­dać jak nikt. Zwie­rzęta były człon­kami oddziału nie­mal na takich samych pra­wach jak ludzie, cią­gnęły sanie, tro­piły, wal­czyły, stały na war­cie, nawet pobie­rały żołd. Co mie­siąc z kasy pułku kom­pa­nia dosta­wała kilka orgów na dodat­kową karmę. Kilka orgów to koszt połowy krowy, ale tuzin wiel­kich, ważą­cych po sto pięć­dzie­siąt fun­tów psów pora­dzi sobie z taką ilo­ścią mięsa bez żad­nych pro­ble­mów. Lecz tylko głu­piec – i to głu­piec pozba­wiony wyobraźni – pró­bo­wałby oszu­ki­wać, oszczę­dza­jąc na nich. Źle odży­wiony i zanie­dbany pies to pies chory. A chory pies to zwie­rzę ospałe, nie­mrawe i słabe. Psy Szó­stej Kom­pa­nii nale­żały do naj­bar­dziej zadba­nych w pułku i odpła­cały nie­wzru­szoną wier­no­ścią i posłu­szeń­stwem, co obec­nie miało szcze­gólne zna­cze­nie.

Od trzech mie­sięcy w górach ginęli ludzie.

Zaczęło się w poło­wie zimy. Ktoś wyszedł z domu i nie wró­cił, kilku kup­ców, któ­rzy wybrali się saniami w krótką podróż po wio­skach w pół­noc­nej czę­ści Ole­ka­dów, prze­pa­dło bez wie­ści, trzech myśli­wych zasta­wia­ją­cych sidła na okryte zimo­wym futrem lisy nie poja­wiło się w umó­wio­nym miej­scu. Na początku nikt nie łączył tych spraw, w górach, w każ­dych górach, mogły się zda­rzyć dzie­siątki rze­czy, zdolne wysłać duszę czło­wieka do Domu Snu. Lawiny, ban­dyci, gór­skie lwy, lód na rzece, który nagle pęka pod sto­pami, pechowy upa­dek koń­czący się zła­ma­niem karku. Nic nie­zwy­kłego.

Lecz potem zna­le­ziono ludzi Saenoha.

Saenoh Czarna Gęba był jed­nym z nie­licz­nych ban­dy­tów, któ­rzy ośmie­lali się poka­zy­wać bli­żej niż trzy­dzie­ści mil od zamku Keh­lo­ren. Więk­szość zbó­jów wobec zwięk­sze­nia liczeb­no­ści Gór­skiej Straży w tych oko­li­cach wynio­sła się na pół­noc lub połu­dnie, ale ten nie. Uparł się, i tyle. Jedni twier­dzili, że miał w jed­nej z pobli­skich wio­sek kobietę i jakieś dzieci, któ­rych nie chciał zosta­wić w oba­wie przed zawist­nymi sąsia­dami, według innych był po pro­stu głupi. Tak czy ina­czej, gdy ci zawistni sąsie­dzi dali znać wła­dzom, gdzie ukrywa się banda, do wska­za­nych jaskiń posłano dwie kom­pa­nie Straży.

Ken­neth nie brał udziału w tej misji, jego oddział jako jeden z nowych ogra­ni­czał się do prze­pa­try­wa­nia naj­bliż­szej oko­licy, zapo­zna­wa­nia z tere­nem, odnaj­dy­wa­nia i ucze­nia się na pamięć taj­nych szla­ków i ście­żek. Ale ci, któ­rzy wró­cili… plotki o tym, co zna­leźli… o ludziach Saenoha, któ­rych ktoś ukrzy­żo­wał, przy­bi­ja­jąc do ścian jaskini żela­znymi huf­na­lami, wbi­tymi z taką siłą, że nie dało się ich wyjąć ze skały.

Czter­na­stu ban­dy­tów. Podobno nie było śla­dów walki. Podobno dwóch jesz­cze żyło. Podobno tro­pi­ciele stra­cili ślad zabój­ców po kil­ku­dzie­się­ciu kro­kach, a woj­skowy cza­ro­dziej nie potra­fił nic odczy­tać.

Plotki i mro­żące krew w żyłach opo­wie­ści – tylko tyle zostało, bo obie kom­pa­nie bio­rące udział w tej akcji natych­miast wysłano na połu­dnie gór, do naj­bar­dziej odda­lo­nej od zamku warowni. I podwo­jono liczbę patroli w oko­licy.

Ale to nie pomo­gło. W ciągu następ­nych dwóch mie­sięcy zni­kło pięć oddzia­łów Gór­skiej Straży, kolej­nych pięć ostat­nio. To nie były duże oddziały, naj­wy­żej kil­ku­na­sto­oso­bowe, wysłane w celu spraw­dza­nia stanu gór­skich szla­ków i kon­tak­to­wa­nia się z odle­glej­szymi pla­ców­kami, ale w żaden spo­sób nie dało się wyja­śnić ich znik­nię­cia oraz faktu, że na razie nie odna­le­ziono żad­nego ciała, choć wszy­scy spo­dzie­wali się, że wio­senne roz­topy wyja­śnią zagadkę.

Pułki Pierw­szy, Dzie­wiąty i Dwu­dzie­sty Szó­sty Gór­skiej Straży two­rzyły tak zwany Regi­ment Wschodni, od lat ofi­cjal­nie nazy­wany Bękar­tami Czar­nego, i w prze­ci­wień­stwie do pozo­sta­łych puł­ków Straży miały nieco inne metody dzia­ła­nia. Ole­kady były dłu­gie, lecz sto­sun­kowo wąskie, na mapach wyglą­dały jak zaciek na ścia­nie albo sta­lak­tyt zwi­sa­jący ze skle­pie­nia. Nie dało się ich kon­tro­lo­wać tak, jak oko­lic Belen­den – gdzie funk­cjo­no­wał jeden pułk, jedna główna sie­dziba i patrole roz­sy­łane z niej we wszyst­kie strony.

Twier­dza Keh­lo­ren znaj­do­wała się nie­mal w poło­wie gór, a żeby mieć pie­czę nad ich pół­noc­nym i połu­dnio­wym krań­cem, dowódz­two utrzy­my­wało w tam­tych oko­li­cach silne warowne obozy. Zimą mię­dzy nimi a główną sie­dzibą regi­mentu krą­żyły patrole Straży, które naj­czę­ściej korzy­stały z psich zaprzę­gów. Prze­no­szono roz­kazy, wie­ści, leki, trans­por­to­wano ran­nych i cho­rych, któ­rych nie dało się wyle­czyć na miej­scu. Kawer Monel, dowódca regi­mentu, uwa­żał, że taka aktyw­ność nawet w cza­sie naj­sroż­szej zimy utrzy­muje ludzi i zwie­rzęta w dobrej for­mie i daje świa­dec­two, że Gór­ska Straż czuwa.

Ostat­nie trzy mie­siące – strata ponad stu ludzi i pra­wie dwu­stu psów – udo­wod­niły, że w Ole­ka­dach poja­wiła się nowa siła, z którą nale­żało się liczyć.

Potem nade­szły wie­ści, szybko potwier­dzone, że ktoś wymor­do­wał załogi kilku wież straż­ni­czych, któ­rymi miej­scowa szlachta tak chęt­nie ozda­biała gra­nice swo­ich posia­dło­ści. Obsadę poste­run­ków znaj­do­wano w więk­szo­ści mar­twą, a tych, któ­rzy prze­żyli, zostali strasz­li­wie oka­le­czeni i zawsze pró­bo­wali póź­niej popeł­nić samo­bój­stwo. Poja­wiły się też plotki, że w nie­któ­rych wio­skach i osa­dach zgi­nęły całe rodziny.

Znik­nię­cia i mordy, mordy i znik­nię­cia. Nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, że obie te sprawy łączą się, że stoi za nimi ta sama siła, i to nie byle jaka, bo żeby wypro­wa­dzić w pole tro­pi­cieli Gór­skiej Straży, ich psy i woj­sko­wych cza­ro­dzie­jów, trzeba było spo­rych umie­jęt­no­ści. Nawet miej­scowe Szczury roz­kła­dały ręce, choć – jak zaraz po przy­by­ciu na miej­sce wyja­śnił Ken­ne­thowi jeden z wyż­szych rangą ofi­ce­rów – Wywiad Wewnętrzny miał tu zawsze mało ludzi. Oko­liczną szlachtę uwa­żano za tak wierną Cesa­rzowi, że Szczu­rza Nora nie widziała powodu, by utrzy­my­wać w Ole­ka­dach więk­szy gar­ni­zon. Wszy­scy zatem byli ska­zani na plotki, podej­rze­nia i insy­nu­acje. A te zamie­niały całą oko­licę w sto­dołę wypeł­nioną po dach sia­nem, cze­ka­jącą na dziecko z krze­si­wem.

Szczyty na wschod­nim krańcu doliny zaró­żo­wiły się, a niebo przy­brało kolor stali z błę­kit­nym poły­skiem, znak, że czeka ich kolejny piękny dzień. Ken­neth poru­szył się lekko, odpo­wie­dział na sygnał swo­ich ludzi, roz­luź­nił. Wyglą­dało na to, że znów nic się nie wyda­rzy. Sam nie wie­dział, czy cie­szy go to, czy mar­twi. Mimo iż mieli już oka­zję badać ślady napast­ni­ków, nawet Wilk nie zdo­łał wiele z nich wyczy­tać. A cze­ka­nie na walkę z czymś, czego się nie zna, jest jedną z naj­gor­szych rze­czy dla żoł­nie­rza. To dla­tego, gdy mie­siąc temu dostał roz­kaz, by opu­ścić twier­dzę i zakwa­te­ro­wać kom­pa­nię w tych opusz­czo­nych sza­ła­sach, przy­jął go nie­mal z ulgą. Miej­sce było kiep­skie, ale lepiej, że Szó­sta będzie dzia­łać, że spró­buje prze­jąć ini­cja­tywę, choćby tylko zasta­wia­jąc pułapkę z sobą w roli przy­nęty, niż gdyby miała tkwić w twier­dzy i odli­czać czas do znik­nię­cia kolej­nego patrolu.

Leżący u stóp porucz­nika pies zastrzygł uszami i obna­żył zęby, nie wyda­jąc jed­nak naj­mniej­szego dźwięku. Zza naj­bliż­szego krzaczka wybiegł zając, zatrzy­mał się, sta­nął słupka, rozej­rzał. Ken­neth uśmiech­nął się pod nosem. Jeśli nawet zające nas nie wyczu­wają, pomy­ślał, to zna­czy, że nas tu nie ma. Że jeste­śmy czę­ścią tej polany, tak jak zie­mia, krzaki i stru­myk. I że jeste­śmy cho­lerną Gór­ską Strażą i żadne kropki na mapie tego nie zmie­nią.

Kropki na mapie. To był główny powód, dla któ­rego kil­ku­set żoł­nie­rzy od mie­siąca zaj­mo­wało pozy­cje wokół twier­dzy. Przy każ­dej kropce – ozna­cza­ją­cej wymor­do­waną załogę wieży, rodzinę górali czy zagi­niony patrol – znaj­do­wała się data. Trzy mie­siące temu; dwa; pół­tora; mie­siąc. Im bli­żej Keh­lo­renu posta­wiono kropkę, tym data była śwież­sza, a kro­pek wię­cej. Ostat­nia, sprzed kilku dni, znaj­do­wała się ledwo pięć mil od zamku. To była wieża straż­ni­cza, pię­ciu ludzi uto­pio­nych w becz­kach i szó­sty z wyłu­pio­nymi oczami i obcię­tym języ­kiem. Pięć mil! Godzina szyb­kiego mar­szu, pół godziny truchtu. Pod samym nosem Czar­nego Kapi­tana.

Kawer Monel pra­wie dostał szału, gdy się o tym dowie­dział, i na litość Pani, Ken­neth wcale mu się nie dzi­wił. To wyglą­dało pra­wie jak pro­wo­ka­cja, przty­czek w nos, tym bar­dziej że tego, który prze­żył, odpro­wa­dzono pod wieżę i uwol­niono. I rzecz jasna napast­nicy nie zosta­wili żad­nych śla­dów. Porucz­nik do tej pory pamię­tał minę Wilka. Cawe Kaln miał świa­do­mość swo­ich ogra­ni­czeń i przyj­mo­wał do wia­do­mo­ści, że może zgu­bić trop, ale zawsze ist­niały ku temu kon­kretne powody. A to był już trzeci raz, gdy ślad roz­pły­wał się w powie­trzu, więc naj­lep­szy tro­pi­ciel kom­pa­nii zaczy­nał cho­dzić sfru­stro­wany.

Oczy­wi­ście ist­niało pro­ste i logiczne wyja­śnie­nie. Jeśli bez śladu ginie mniej wię­cej kom­pa­nia Straży, jeśli odna­le­zione ofiary nie sta­wiały oporu, a napast­ni­ków nie dało się wytro­pić, to wszystko wska­zy­wało na uży­wa­nie magii. A okru­cień­stwo mor­dów suge­ro­wało kogoś opę­ta­nego przez Moc.

Szó­sta Kom­pa­nia miała już do czy­nie­nia z sza­lo­nymi cza­row­ni­kami, lecz to, co teraz się działo, wyda­wało się zbyt… wyra­cho­wane. Nawet te kropki na mapie, gdyby je połą­czyć według dat, utwo­rzy­łyby coś w rodzaju spi­rali. A w jej cen­trum znaj­do­wał się zamek Keh­lo­ren.

Bar­dziej oczy­wi­stego rzu­ce­nia wyzwa­nia Gór­skiej Straży nie można było sobie wyobra­zić.

Sza­rak stał i roz­glą­dał się oczyma jak czarne, szklane paciorki, po czym opadł na cztery łapy i poki­cał dalej. Tak, Szó­sta była naprawdę dobra w przy­go­to­wy­wa­niu zasa­dzek.

I o to wła­śnie zapy­tał Ken­ne­tha Kawer Monel, gdy mie­siąc temu szu­kał oddzia­łów, które mia­łyby oto­czyć twier­dzę dodat­ko­wym kor­do­nem ochron­nym – czy dacie sobie radę na zewnątrz? Spi­rala jesz­cze się nie wyło­niła z kro­pek na mapie, lecz dowódca Regi­mentu Wschod­niego zapewne już czuł, co się święci. Poza tym ist­niała stara woj­skowa zasada, że jeśli nie wia­domo, co się dzieje, trzeba zna­leźć ludziom cokol­wiek do roboty, więc kilka kom­pa­nii szybko wylą­do­wało w pry­mi­tyw­nych obo­zo­wi­skach roz­rzu­co­nych na krań­cach doliny, z bli­żej nie­okre­ślo­nym zada­niem, by „mieć wszystko na oku”.

Ten stary żoł­nier­ski żar­cik, mówiący, że jak nie wia­domo, co robić, to się bawimy w „manie wszyst­kiego na oku”, śmie­szył chyba tylko tych, któ­rzy przez mie­siąc nie musieli noco­wać w paster­skich sza­ła­sach, trzy­ma­jąc podwójne warty i robiąc z sie­bie przy­nętę. Ken­neth sam nie wie­dział, czy liczy na to, że tajem­ni­czy zabójcy ośmielą się zaata­ko­wać jego kom­pa­nię i straż­nicy będą wresz­cie mogli spoj­rzeć im w oczy, czy też ma nadzieję, że kolejna noc upły­nie spo­koj­nie. Mor­dercy ni­gdy nie ude­rzyli na oddział więk­szy niż tuzin żoł­nie­rzy, ni­gdy nie zaata­ko­wali wieży z pełną obsadą ani sil­nie chro­nio­nej kara­wany kupiec­kiej. Ale, jak nie­raz powta­rzał Veler­gorf, ni­gdy trwa tylko do pierw­szego razu.

 

Z tym że ten pierw­szy raz, na który cze­kali kolejną noc, chyba nie wyda­rzy się dziś.

Świ­tało. Nad doliną poniósł się głę­boki, dźwięczny głos rogu. Po chwili odpo­wie­działy mu kolejne. Gosz­czący w Ole­ka­dach Ver­danno witali słońce na swój spo­sób.

Porucz­nik nie obej­rzał się w stronę, skąd dobiegł dźwięk. Już to widział, ruch przy­po­mi­na­jący budzące się mro­wi­sko. Dzie­siątki tysięcy ludzi i zwie­rząt, karne czwo­ro­boki obo­zów, ze ścia­nami głę­bo­kimi na kilka rzę­dów pojaz­dów, olbrzy­mie tabuny koni wypeł­nia­jące śro­dek doliny. A to prze­cież nie wszy­scy, ponoć miało do nich doje­chać jesz­cze kilka tysięcy wozów.

Od jakie­goś czasu nawie­dzała porucz­nika myśl, że Czarny kazał oto­czyć dolinę kor­do­nem dodat­ko­wych poste­run­ków także po to, by chro­nić swo­ich gości. Gdyby doszło do mordu na Woza­kach… Ken­neth obej­rzał już sobie ich z bli­ska. Nie wyglą­dali na spo­koj­nych i miłu­ją­cych pokój paste­rzy, jak to opi­sano w cesar­skim roz­ka­zie. Nie z tymi swo­imi nożami noszo­nymi na ple­cach, z wozami o bur­tach jak zam­kowe mury i całą tą bro­nią, którą zawsze trzy­mali pod ręką i na widoku. Pośrodku doliny zdą­żyli już wydep­tać kilka okrą­głych pla­ców ćwi­czeb­nych, po któ­rych dzień i noc pędziły rydwany, sza­lała ukryta z cięż­kimi tar­czami pie­chota, a uda­jące ludzi bele słomy jeżyły się set­kami strzał. I wszy­scy ci ciem­no­włosi, śnia­dzi przy­by­sze z ledwo skry­waną nie­cier­pli­wo­ścią popa­try­wali na wschód. Plotki mówiły, że jedna z kom­pa­nii Bękar­tów zna­la­zła szlak, któ­rym można się dostać na Wyżynę Lythe­rań­ską wozem.

Naj­wy­raź­niej sza­leń­stwo w tych górach było czymś nor­mal­nym.

Ken­neth uniósł prawą dłoń i dał sygnał. Jeden z żoł­nie­rzy wstał, otrze­pał płaszcz z masko­wa­nia i prze­cią­gnął się demon­stra­cyj­nie. Ten po dru­giej stro­nie sza­ła­sów robił w tej chwili to samo. Porucz­nik i ostatni z war­tow­ni­ków ani drgnęli. Opra­co­wali tę tak­tykę dwa lata temu, po schwy­ta­niu bandy Benca Wenha, byłego żoł­nie­rza i straż­nika kara­wa­no­wego, doświad­czo­nego, odważ­nego i zadzior­nego. Znał pół­nocne rejony Nowego Rewen­dath jak wła­sną kie­szeń i przez wiele mie­sięcy wodził Gór­ską Straż za nos, a Szó­sty Pułk miał za mało ludzi, żeby urzą­dzić na niego praw­dziwą obławę, więc trzy­dzie­stu wyrzut­ków, któ­rych Benc był hersz­tem, nie raz i nie dwa wymy­kało się z zasa­dzek. Jego banda naj­czę­ściej sto­so­wała linię jaw­nych i ukry­tych war­tow­ni­ków, dwóch czy trzech stało na widoku i okrzy­ki­wało się przez noc, a kolej­nych dwóch lub trzech masko­wało się i trzy­mało straż w mil­cze­niu. Jeśli komuś uda­łoby się podejść nie­spo­dzie­wa­nie i zaata­ko­wać pierw­szych, ci dru­dzy mieli dość czasu, by wsz­cząć alarm.

W trak­cie pierw­szego star­cia kom­pa­nia dostała po nosie: ledwo zdjęli war­tow­ni­ków, roz­le­gły się prze­ni­kliwe gwizdy i zamiast ude­rzyć na śpią­cych zbó­jów, Szóstki tra­fiły na mur włóczni i topo­rów. Odsko­czyli wtedy, pozy­cja ludzi Benca nie nada­wała się do fron­tal­nego ataku, a Ken­neth miał ze sobą tylko dwie dzie­siątki. Mie­siąc póź­niej, już w peł­nym skła­dzie, wytro­pili ich w jed­nej z jaskiń Wyso­kich Hal. I cze­kali do bla­dego świtu, gdy do trzech war­tow­ni­ków sto­ją­cych przed kry­jówką bandy dołą­czyło dwóch kolej­nych, spryt­nie ukry­tych wśród pobli­skich skał.

Zdjęli wszyst­kich salwą z kusz i ude­rzyli na resztę, nim oprzy­tom­niała.

Od tam­tego czasu kom­pa­nia miała żela­zną zasadę, że ni­gdy, przeni­gdy wszy­scy war­tow­nicy nie ujaw­niają swo­ich pozy­cji, dopóki cały oddział nie będzie na nogach.

Zawsze warto uczyć się na cudzych błę­dach.

Dwóch żoł­nie­rzy zaczęło cho­dzić mię­dzy sza­ła­sami, łomo­cząc w ściany. Zaczy­nał się kolejny dzień.

* * *

Sie­dziba dowódcy regi­mentu znaj­do­wała się oczy­wi­ście w zamku, choć to, że Kawer Monel wybrał sobie kom­natę nie­mal na szczy­cie naj­wyż­szej wieży, zakra­wało na kiep­ski żart. Sto dwa­dzie­ścia scho­dów powo­do­wało, że czło­wiek docie­rał do gene­rała zasa­pany i spo­cony, a sto­jąc przed nim, mógł tylko wysłu­chać roz­ka­zów i wydy­szeć „tak jest”.

I być może wła­śnie o to cho­dziło.

Ken­neth nauczył się nie spie­szyć w dro­dze na górę. Oczy­wi­ście to, że każe cze­kać Czar­nemu Kapi­ta­nowi tro­chę dłu­żej niż pozo­stali młodsi ofi­ce­ro­wie, z pew­no­ścią zostało zauwa­żone, ale gene­rał ni­gdy nie dał po sobie poznać, że taka postawa mu się nie podoba. W ogóle, jak porucz­nik zdą­żył się prze­ko­nać, mimo wybu­cho­wego cha­rak­teru dowódca Gór­skiej Straży w Ole­ka­dach w spra­wach pod­le­głych mu oddzia­łów zawsze był kon­kretny i zasad­ni­czy.

Mimo wszystko Ken­neth dotarł na szczyt wieży lekko zdy­szany. Wziął głę­boki oddech i zapu­kał.

— Wejść!

Kom­nata była kwa­dra­towa, z oknem pośrodku każ­dej ściany. Wąskie okna przy­po­mi­nały raczej strzel­nice niż otwory wpusz­cza­jące świa­tło, ściany stra­szyły byle jak obro­bio­nymi kamie­niami, które ide­al­nie paso­wały do poczer­nia­łych ze sta­ro­ści desek pod­łogi. Jedyne wypo­sa­że­nie sta­no­wiło pro­ste łóżko, kilka szaf, stół i krze­sło. I żela­zny kosz, sto­jący na żela­znej pły­cie i żarzący się węglami, choć aby porząd­nie ogrzać pomiesz­cze­nie, potrzeba by kominka sze­ro­kiego na dzie­sięć stóp. Chłód i wil­goć wręcz pro­mie­nio­wały z murów. Przy tym wnę­trzu nawet sza­łasy nad stru­mie­niem wyda­wały się przy­tulne. Cokol­wiek mówić, Kawer Monel nie wyma­gał od swo­ich ludzi wię­cej niż od sie­bie.

— Jest pan, porucz­niku.

Gene­rał uniósł głowę znad roz­ło­żo­nych na stole papie­rów i obrzu­cił go uważ­nym spoj­rze­niem. Ken­neth zdą­żył się przy­zwy­czaić do tych spoj­rzeń, które wyglą­dały, jakby zaraz za nimi miała pole­cieć wią­zanka na temat dłu­go­ści wło­sów, nie­chluj­nej brody, nie­do­sta­tecz­nego wypo­le­ro­wa­nia pan­ce­rza i butów, czyli wszyst­kich tych rze­czy, o które upier­dliwy ofi­cer mógł ochrza­nić młod­szego stop­niem. Czarny Kapi­tan miał różne nie­przy­jemne nawyki, ale upier­dliwy nie był.

— Jak minęła kolejna noc?

— Spo­koj­nie, panie gene­rale.

— Widzę. — Papiery zostały odsu­nięte w róg stołu, Kawer Monel oparł brodę na dło­niach i uśmiech­nął się lekko, co wyglą­dało, jakby bolał go ząb. — Wie pan, porucz­niku, że w grun­cie rze­czy nie jest pan naj­lep­szym dowódcą.

Ken­neth spoj­rzał na ścianę za jego ple­cami, przy­brał obo­jętną minę.

— Oba­wiam się, że nie rozu­miem, panie gene­rale.

— Wyda­łem roz­kaz, by pięć kom­pa­nii zajęło sta­no­wi­ska wokół doliny i miało oko na wszystko. — Uśmiech posze­rzył się. — Gdy byłem porucz­ni­kiem, też tak to nazy­wa­li­śmy. Ale do rze­czy. Cztery z tych kom­pa­nii oko­pały się w miej­scach, gdzie kaza­łem im się zatrzy­mać. Oto­czyły się kor­do­nem war­tow­ni­ków i psów, palą ogni­ska, wywrza­skują hasła i odzewy dzie­sięć razy na godzinę i to tak, że aż tu je sły­szę. Piąta nato­miast wydaje się całe noce spę­dzać na zasłu­żo­nym odpo­czynku, cicho i spo­koj­nie. Potrafi pan to wyja­śnić?

— Nasz obóz jest rów­nie dobrze strze­żony, jak pozo­stałe.

— Wiem o tym, panie porucz­niku. Gdyby było ina­czej, twoi ludzie robi­liby wła­śnie sto okrą­żeń wokół zamku w peł­nym rynsz­tunku, a ty sie­dział­byś w lochu. — Gene­rał wypro­sto­wał się i strzep­nął jakiś paproch z blatu. — Wysła­łem kilku zaufa­nych zwia­dow­ców, by was spraw­dzili. Niech pan nie robi takiej miny, porucz­niku, nie mie­li­ście szans ich dostrzec, to nasz teren. Sądzę, że w Nowym Rewen­dath wy mogli­by­ście tak podejść moich chłop­ców, ale tutaj to my znamy wszyst­kie ścieżki i krzaczki. W każ­dym razie byli pełni podziwu. Inne kom­pa­nie odstra­szają nie­bez­pie­czeń­stwo, wy je wabi­cie. Co byście zro­bili, gdyby ci zabójcy zła­pali przy­nętę?

— Zabi­li­by­śmy ich.

Ken­neth wciąż gapił się w ścianę, ale czuł, jak spoj­rze­nie dowódcy błą­dzi po jego twa­rzy.

— Tak. Szybka i zde­cy­do­wana odpo­wiedź, godna ofi­cera Straży.

Kawer Monel wstał i pod­szedł do znaj­du­ją­cego się za sto­łem okna. Odwró­cił się i przy­siadł na wąskim para­pe­cie.

— Wła­ści­wie powi­nie­nem pana pochwa­lić, gdyby nie to, że ma pan pod­krą­żone oczy i spra­wia wra­że­nie potwor­nie zmę­czo­nego. A prze­mę­czony ofi­cer nie jest w sta­nie dowo­dzić w cza­sie walki. Nie potrafi szybko myśleć ani decy­do­wać. To źle. Widy­wa­łem już oddziały, które nie­prze­my­ślany lub za późno wydany roz­kaz posy­łał na rzeź.

Porucz­nik ode­rwał wzrok od ściany i popa­trzył na Czar­nego Kapi­tana, który miał taką minę, jakby wła­śnie robił komuś żart. Nie patrzył w oczy Ken­ne­tha, co było tym bar­dziej dener­wu­jące. Gdy ktoś taki jak Kawer Monel nie patrzy ci w oczy, to zna­czy, że jest źle.

— Trzy­ma­nie warty wraz ze swo­imi ludźmi czy cho­dze­nie w szpicy na patrolu jest dobre w spo­koj­nych i cywi­li­zo­wa­nych pro­win­cjach, jakie macie na zacho­dzie. Ale nie tu i nie teraz. Zbyt bra­kuje mi dobrych ofi­ce­rów.

Porucz­nik rze­czy­wi­ście musiał być zmę­czony, dopiero po chwili bowiem jego nie­po­kój wzrósł. Veler­gorf wspo­mi­nał Monela jako zim­no­krwi­stego, twar­dego jak krze­mień sukin­syna, który gdy wszystko było w porządku, wrzesz­czał na swo­ich ludzi, wyzy­wał i klął. Nato­miast kiedy zaczy­nał chwa­lić, wszy­scy cho­dzili na palusz­kach, jakby ktoś wło­żył im w por­tki gniazdo os. A on, Ken­neth-lyw-Dara­wyt, chyba wła­śnie usły­szał coś w rodzaju kom­ple­mentu. Naj­wy­raź­niej Czarny Kapi­tan zamie­rzał mu podać rękę, trzy­ma­jąc w dłoni zatrutą igłę.

— Czy­ta­łem wła­śnie po raz kolejny raport puł­kow­nika Gewanra na temat prze­biegu służby pana i pań­skiej kom­pa­nii. I gdy­bym nie sły­szał o puł­kow­niku naprawdę dobrych rze­czy, zaczął­bym sądzić, że mnie okła­muje. Wie pan dla­czego?