Wyspa SkarbówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wyspa Skarbów
Wyspa Skarbów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,90  35,92 
Wyspa Skarbów
Audio
Wyspa skarbów
Audiobook
Czyta Jan Peszek
22  16,28 
Szczegóły
Wyspa Skarbów
Audiobook
Czyta Paweł Kutny
19,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ I Stary wilk morski w gospodzie „Admirał Benbow”

ROZDZIAŁ II Czarny Pies pojawia się i znika

ROZDZIAŁ III Czarny znak

ROZDZIAŁ IV Marynarski kufer

ROZDZIAŁ V Jak skończył ślepiec

ROZDZIAŁ VI Papiery kapitana

CZĘŚĆ DRUGA

ROZDZIAŁ VII Jadę do Bristolu

ROZDZIAŁ VIII W oberży „Pod Lunetą”

ROZDZIAŁ IX Proch i broń

ROZDZIAŁ X Podróż

ROZDZIAŁ XI Co podsłuchałem w beczce z jabłkami

ROZDZIAŁ XII Narada wojenna

CZĘŚĆ TRZECIA

ROZDZIAŁ XIII Początek moich przygód na wyspie

ROZDZIAŁ XIV Pierwszy śmiertelny cios

ROZDZIAŁ XV Człowiek z wyspy

CZĘŚĆ CZWARTA

ROZDZIAŁ XVI Opowieść doktora: jak opuszczono statek

ROZDZIAŁ XVII Dalszy ciąg opowiadania doktora: ostatni kurs bączka

ROZDZIAŁ XVIII Dalszy ciąg opowieści doktora: pierwszy dzień walki

ROZDZIAŁ XIX Dalszy ciąg opowieści Jima Hawkinsa: garnizon w warowni

ROZDZIAŁ XX Poselstwo Silvera

ROZDZIAŁ XXI Atak

CZĘŚĆ PIĄTA

ROZDZIAŁ XXII Jak się zaczęła moja przygoda na morzu

ROZDZIAŁ XXIII Odpływ

ROZDZIAŁ XXIV Dryfujące czółno

ROZDZIAŁ XXV Ściągam piracką banderę

ROZDZIAŁ XXVI Israel Hands

ROZDZIAŁ XXVII „Dolary!”

CZĘŚĆ SZÓSTA

ROZDZIAŁ XXVIII W obozie wroga

ROZDZIAŁ XXIX Znowu czarny znak

ROZDZIAŁ XXX Na słowo honoru

ROZDZIAŁ XXI Poszukiwanie skarbu — Drogowskaz Flinta

ROZDZIAŁ XXXII Poszukiwanie skarbu — Głos wśród drzew

ROZDZIAŁ XXXIII Upadek herszta

ROZDZIAŁ XXXIV …i ostatni

Tytuł oryginału

TREASURE ISLAND

Copyright © for the illustrations by Prìncipi & Princípi Italy

Copyright © for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Copyright © for the Polish translation by Andrzej Polkowski

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie całości lub fragmentów książki — z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych — możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-7278-957-0

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 60

www.mediarodzina.pl mediarodzina@mediarodzina.pl

Konwersję wykonano w systemie Zecer.

Dla S. L. O.,

amerykańskiego dżentelmena, tę opowieść, napisaną w klasycznym stylu, zgodnym z jego literackim smakiem, którą teraz, w podzięce za wiele cudownych godzin razem z nim spędzonych, wraz z najmilszymi życzeniami dedykuje jego serdeczny przyjaciel,

Autor


Do wahającego się nabywcy

Jeśli żeglarskie szanty i gawędy, Burze, przygody, upały i chłody, Szkunery, wyspy i nieznane lądy, Ukryte skarby, bitwy i korsarze, Chytre podstępy, śmiałe abordaże, Co mnie tak ongiś za serce chwytały, Kiedym je chłonął jako chłopiec mały, Dziś spodobają się zacnej młodzieży, Która w te morskie przygody uwierzy –

To niech tak będzie! Lecz jeśli uczona Młodzież już dzisiaj nie czyta Kingstona Czy Ballantyne’a i Jamesa Coopera, Ja jej wybaczę, niech pamięć zamiera O krwawych zbrodniach Flinta i Silvera! Lecz żal mnie bierze, gdy pomyślę nieraz, Że chyba legnę w grobie razem z korsarzami, Co los żałosny dzielą z tymi pisarzami!

R. L. S.


CZĘŚĆ PIERWSZA

STARY PIRAT

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ I Stary wilk morski w gospodzie „Admirał Benbow”

ROZDZIAŁ I

Stary wilk morski w gospodzie „Admirał Benbow”

Pan dziedzic Trelawney, doktor Livesey i inni panowie prosili mnie, bym spisał od początku do końca wszystkie okoliczności i wydarzenia tyczące Wyspy Skarbów, nie pomijając niczego prócz jej położenia, a to jedynie dlatego, że jest tam do tej pory niewydobyty skarb. Chwytam więc za pióro Roku Pańskiego 17.. i powracam do owych czasów, kiedy mój ojciec prowadził gospodę „Admirał Benbow”, a pewnego dnia zawitał do niej stary, ogorzały żeglarz z blizną od szabli na policzku, aby zamieszkać pod naszym dachem.

Pamiętam to, jakby wydarzyło się wczoraj. Podszedł do drzwi gospody ciężkim krokiem, a za nim ktoś przywlókł wózek z jego marynarskim kufrem. Był to człek wysoki, silny, zwalisty, o twarzy spalonej słońcem. Nasycony dziegciem harcap opadał na jego przeżarty kurzem niebieski kubrak, dłonie miał szorstkie i poorane bliznami, paznokcie czarne i połamane, a przez policzek biegła mu szrama od cięcia szablą, biała pośród zbrązowiałej jak orzech twarzy. Pamiętam, jak rozglądał się po zatoce, pogwizdując z cicha, a potem zaśpiewał nagle starą żeglarską piosenkę, której później tak często musieliśmy wysłuchiwać:

Piętnastu chłopa na truposza skrzyni —

Ju-hu-hu, i butelka rumu!

Głos miał mocny, ale załamujący się i skrzypiący, jakby go nastrojono i zdarto na starym kabestanie. Potem załomotał w drzwi podobnym do łomu kijem, a kiedy pojawił się mój ojciec, szorstko zażądał szklanki rumu. Gdy mu ją przyniesiono, jął powoli popijać trunek, delektując się nim jak znawca i popatrując to na skaliste brzegi zatoki, to na nasz szyld.

— Całkiem przytulna zatoczka — rzekł w końcu — a i szynk stoi tam, gdzie stać powinien. Wielu macie gości, karczmarzu?

Ojciec odpowiedział, że niestety niewielu.

— A mnie to akurat pasuje — on na to. — Hej, człowieku! — zawołał do tego, który przywiózł mu bagaż. — Chwyć mój kufer i zataszcz go na górę! Zostanę tu jakiś czas — ciągnął dalej, zwracając się do mojego ojca. — Prosty ze mnie człek, wystarczy mi rum i jajka na boczku, no i łeb na karku, żebym mógł wypatrywać statków. Jak się macie do mnie zwracać? Ano, możecie mnie zwać kapitanem. Oho, widzę, co was trapi… Macie tu! — Rzucił na próg ze trzy lub cztery złote monety. — I dajcie mi znak, jak to przejem i przepiję — dodał surowo, marszcząc brwi jak prawdziwy kapitan.

 

I istotnie, choć odzienie miał liche, a język prostacki, nie wyglądał na zwykłego marynarza, raczej na mata lub szypra nawykłego do posłuchu i użycia pięści. Człowiek, który przywiózł mu kufer, powiedział nam, że ów przybysz poprzedniego ranka wysiadł z dyliżansu przed „Królem Jerzym” i wypytywał o gospody na wybrzeżu, a usłyszawszy, jak mniemam, że o naszej gospodzie dobrze mówią, i że leży na uboczu, wybrał ją spośród innych na miejsce swojego zamieszkania. Tyle tylko zdołaliśmy się dowiedzieć się o naszym gościu.

Był z natury bardzo milczący. W ciągu dnia włóczył się brzegiem zatoki albo po otaczających ją skałach, zawsze z mosiężną lunetą pod pachą, wieczorem zasiadał w kącie przy kominku, tęgo popijając rum zakrapiany wodą. Kiedy go zagadywano, zwykle nie odpowiadał, tylko podrywał głowę, rzucał na pytającego srogie spojrzenie i buczał przez nos jak róg okrętowy podczas mgły. Wkrótce i my, i ludzie odwiedzający naszą gospodę przywykliśmy do tego, że lepiej zostawić go w spokoju. Dzień w dzień, kiedy powracał ze swoich samotnych przechadzek, zapytywał, czy nie przechodzili drogą jacyś marynarze. Z początku myśleliśmy, że pyta, bo brak mu żeglarskiej kompanii, ale w końcu do nas dotarło, że jest na odwrót — on wyraźnie od niej stronił. Kiedy do „Admirała Benbow” zaszedł jakiś marynarz (a zdarzało się to od czasu do czasu, bo gospoda leżała przy nadmorskiej drodze do Bristolu), zawsze przyglądał mu się bacznie spoza firanki przysłaniającej drzwi, a kiedy gość już wszedł do izby, milczał jak grób. Mnie akurat zachowanie kapitana nie wydawało się szczególnie tajemnicze, bo sam odczuwałem dziwny niepokój na widok tych ludzi. Pewnego dnia wziął mnie na stronę i obiecał, że pierwszego dnia każdego miesiąca będzie mi wypłacał srebrną czteropensówkę, jeśli tylko zgodzę się „bacznie wypatrywać żeglarza z jedną nogą” i natychmiast dam mu znać, kiedy taki się pojawi. Często się zdarzało, że kiedy nadchodził pierwszy dzień miesiąca, dopominałem się o zapłatę, a on tylko burczał przez nos, mierząc mnie pogardliwym spojrzeniem, ale po paru dniach jakby się rozmyślał i wręczał mi te cztery pensy, powtarzając, żebym wypatrywał „żeglarza z jedną nogą”.

Nie muszę chyba mówić, że postać tego kuternogi nie raz dręczyła mnie we śnie. W burzliwe noce, kiedy wicher trząsł całym domem, a bałwany z rykiem rozbijały się na brzegach zatoki i waliły w przybrzeżne skały, pojawiał mi się w najróżniejszych kształtach, strojąc tysiące diabelskich min. Raz miał nogę obciętą w kolanie, raz tuż pod biodrem, to znowu był jakąś straszną poczwarą o jednej nodze, i to wyrastającej pośrodku tułowia. A już najgorszym koszmarem było to, że zwykle ścigał mnie, skacząc na tej jednej nodze przez płoty i rowy. Wziąwszy te moje nocne męki pod uwagę, musicie przyznać, że cztery pensy co miesiąc wcale nie były wygórowaną zapłatą.

A jednak, choć już na samą myśl o jednonogim żeglarzu cierpła mi skóra, to naszego gościa lękałem się o wiele mniej niż ktokolwiek z tych, co go znali. Zdarzały się wieczory, gdy wypił więcej rumu, niż mogła znieść jego głowa, a wówczas siedział w kącie i wyśpiewywał swoje plugawe, stare i dzikie marynarskie pieśni, nie bacząc na nikogo, ale bywało i tak, że nakazywał podać rumu wszystkim i zmuszał całe wystraszone towarzystwo do wysłuchiwania jego opowieści lub do wtórowania jego pieśniom. Często cały dom aż dygotał od przyśpiewki „Ju-hu-hu, i butelka rumu!”, a wszyscy włączali się skwapliwie do chóru w obawie o swe życie, przy czym każdy starał się wydzierać głośniej od innych, byle tylko nie zwrócić na siebie jego uwagi. Bo też w czasie takich napadów stawał się całkowicie niepoczytalny — walił pięścią w stół, by uciszyć wszystkich, wpadał w złość, kiedy ktoś zadał mu jakieś pytanie, albo na odwrót, gdy nikt go o nic nie pytał, bo w jednym i drugim przypadku uznawał, że nie dość uważnie słuchano jego opowieści. I nikt nie mógł opuścić gospody, póki on sam, spity na umór, nie udał się chwiejnym krokiem na spoczynek.

Największy strach jednak budziły w ludziach jego opowieści. Bo też przerażające to były historie: o wieszaniu na rei lub zmuszaniu ofiar do chodzenia po wąskiej desce nad burtą, co kończyło się ich śmiercią w odmętach, o sztormach, o spalonych słońcem wyspach Tortugas, o odrażających zbrodniach dokonywanych w dzikich zakątkach na Karaibach. Sądząc z tego, co mówił, musiał spędzić życie pośród najgorszych szumowin, jakim Bóg dozwolił pływać po morzu, a już sam język, jakim się posługiwał, mierził słuchających go prostych wieśniaków niemal tak, jak opisywane przez niego występki.

Mój ojciec wciąż narzekał, że wkrótce przyjdzie nam zbankrutować, bo co to za gospoda, w której gości tyranizuje się i poniża, a kiedy kładą się do łóżka, dygocą ze strachu. Ja jednak, kiedy teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku, że obecność starego żeglarza wychodziła nam na korzyść. To prawda, ludzie z początku się bali, ale po jakimś czasie chyba to polubili; w końcu była to całkiem niezła rozrywka w ich spokojnym wiejskim życiu. Była nawet grupka młodzików, którzy udawali, że go podziwiają, nazywając „prawdziwym wilkiem morskim”, „starym wygą” i innymi pochlebnymi przydomkami, i dowodząc, że to dzięki takim jak on Anglia stała się postrachem mórz.

Trzeba jednak przyznać, że pod jednym względem zanosiło się na to, że nas w końcu zrujnuje. Mijał tydzień za tygodniem jego pobytu, potem miesiąc za miesiącem, a pieniądze, które pierwszego dnia rzucił na próg, dawno się wyczerpały. Mój ojciec nie potrafił zdobyć się na odwagę, by stanowczo zażądać więcej. Kiedy tylko o należnej zapłacie napomykał, kapitan buczał przez nos z taką mocą, że właściwiej byłoby nazwać to rykiem, i patrzył na mojego biednego ojca tak, że ten bez słowa opuszczał izbę. Widziałem, jak po każdej takiej odprawie ojciec tarł dłonie w bezsilnej złości i jestem pewien, że właśnie ta złość i lęk, w których przyszło mu żyć, w znacznej mierze przyspieszyły jego przedwczesną i nieszczęsną śmierć.

Przez cały czas, w którym u nas mieszkał, kapitan chodził w tym samym przyodziewku. Raz tylko kupił kilka par pończoch u wędrownego kramarza. Pewnego dnia jeden róg kapelusza złamał mu się i zwisł smętnie, ale on nie przejął się tym ani trochę, choć musiało to bardzo przeszkadzać, gdy wiatr wiał mu w twarz. Dobrze pamiętam jego kubrak, który tak często łatał w swojej izdebce na górze, że w końcu łatę naszywał na łacie. Nigdy ani nie pisał, ani nie dostawał listów, nie rozmawiał też z nikim prócz miejscowych ludzi, i to przeważnie tylko wtedy, gdy wypił sporo rumu. I nikt nigdy nie widział, żeby otwierał swój wielki marynarski kufer.

Tylko raz ktoś mu się sprzeciwił, a zdarzyło się to, kiedy mój ojciec, złożony niemocą, już dogorywał. Pewnego dnia, tuż przed wieczorem, przybył do nas doktor Livesey, żeby go zbadać. Po oględzinach zjadł co nieco z kolacji podanej mu przez moją matkę, po czym zasiadł w saloniku, by ćmiąc fajkę, zaczekać, aż z wioski przyprowadzą mu konia, bo przy naszej gospodzie nie było stajni. Wszedłem tam za nim i pamiętam, że uderzył mnie kontrast między tym schludnym, pogodnym doktorem w śnieżnobiałej peruce, o bystrych czarnych oczach i miłym obejściu, a nieokrzesanymi wieśniakami, a już szczególnie między nim a tym brudnym, ociężałym, kaprawym piratem przypominającym stracha na wróble, który, zamroczony już rumem, siedział, wsparty łokciami na stole. Nagle zaczął śpiewać — kapitan, rzecz jasna — swoją odwieczną piosenkę:

Piętnastu chłopa na truposza skrzyni —

Ju-hu-hu, i butelka rumu!

Trunek i diabli resztę wykończyli —

Ju-hu-hu, i butelka rumu!

Z początku sądziłem, że ta „truposza skrzynia” to jego wielki kufer, co stał we frontowym pokoju na piętrze, więc nie dziw, że natychmiast przychodził mi na myśl ów żeglarz o jednej nodze, który nawiedzał mnie w nocnych koszmarach. Lecz w tym czasie już dawno wszyscy przestaliśmy zwracać uwagę na słowa tej pieśni, za to były one całkiem nowe dla doktora Lindsaya. Spostrzegłem, że nie wywarły na nim dobrego wrażenia, bo poderwał głowę i spojrzał z oburzeniem na kapitana, po czym znów powrócił do rozmowy ze starym ogrodnikiem Taylorem na temat jakiejś nowej kuracji na reumatyzm. Tymczasem kapitana stopniowo ożywiało własne śpiewanie, aż w końcu rąbnął dłonią w stół, co dla każdego z obecnych znaczyło jedno — mają zamilknąć. Natychmiast wszyscy ucichli, wszyscy prócz doktora, bo ten mówił nadal, wyraźnie i uprzejmie, raz po raz pykając energicznie z fajki. Kapitan rzucił mu gniewne spojrzenie, znowu uderzył dłonią w stół, spojrzał ponownie, tym razem już z wściekłością, aż w końcu bluznął plugawym, ordynarnym przekleństwem i ryknął:

— Morda w kubeł, tam, na międzypokładzie!

— Szanowny pan zwraca się do mnie? — zapytał doktor, a kiedy ten gbur to potwierdził, opatrując swoje słowa nowym przekleństwem, dodał: — Mam panu tylko jedno do powiedzenia, łaskawy panie: jeśli będziesz pan nadal tyle pił, to wkrótce świat pozbędzie się pewnego obmierzłego łotra!

Kapitan wpadł w furię. Zerwał się od stołu, wyciągnął z kieszeni składany żeglarski nóż, otworzył go i kołysząc nim w dłoni, najwyraźniej szykował się do przygwożdżenia doktora do ściany.

Doktor nawet nie drgnął, tylko przemówił do niego jak za pierwszym razem, przez ramię, tym samym co uprzednio tonem, dość głośno, żeby wszyscy w izbie usłyszeli, ale ze spokojem i opanowaniem:

— Jeśli natychmiast nie schowa pan tego kozika do kieszeni, to przysięgam na honor, że po najbliższym posiedzeniu miejscowego sądu zawiśnie pan na szubienicy.

I zaczęli mierzyć się wzrokiem, lecz kapitan wkrótce dał za wygraną, schował nóż i usiadł przy stole, warcząc jak obity pies.

— A teraz, drogi panie — ciągnął doktor — skoro już wiem, że mam kogoś takiego w moim okręgu, możesz być pewny, że będę miał pana na oku we dnie i w nocy. Nie jestem tylko lekarzem, jestem też sędzią pokoju, i wystarczy, że usłyszę jedną skargę na pana, choćby chodziło o takie grubiaństwo jak przed chwilą, a podejmę skuteczne kroki, by pana pojmano i przepędzono z tej okolicy. Niech to panu wystarczy.

Wkrótce potem przyprowadzono przed gospodę konia i doktor Livesey odjechał. Tego wieczoru, a i przez wiele następnych, kapitan zachowywał się przyzwoicie.


ROZDZIAŁ II Czarny Pies pojawia się i znika

ROZDZIAŁ II

Czarny Pies pojawia się i znika

W jakiś czas po tym doszło do pierwszego z tajemniczych wydarzeń, dzięki którym pozbyliśmy się wreszcie kapitana, choć, jak sami zobaczycie, nie uwolniliśmy się od związanych z nim kłopotów. Nastała wyjątkowo ostra zima, z długotrwałymi silnymi mrozami i zawiejami śnieżnymi, i od samego początku było jasne, że mój biedny ojciec nie doczeka wiosny. Z dnia na dzień tracił siły, więc cały ciężar prowadzenia gospody spadł na mnie i na matkę. Roboty mieliśmy tyle, że przestaliśmy zwracać uwagę na naszego niemiłego gościa.

Stało się to pewnego styczniowego wczesnego poranka. Mróz był siarczysty, szary szron pokrył zatokę, drobne, leniwe fale obmywały przybrzeżne skały, słońce stało jeszcze nisko, ledwo muskając szczyty wzgórz, a rozświetlając swym blaskiem daleki przestwór morza. Kapitan wstał wcześniej niż zazwyczaj i od razu wyszedł na brzeg zatoki. Pod szeroką połą jego starej granatowej kurtki dyndał kordelas, spod pachy wyzierała mu mosiężna luneta, kapelusz zsunął się na tył głowy. Pamiętam, że gdy odchodził, snuł się za nim jego oddech zamieniony na mrozie w parę, a ostatnim odgłosem, jaki dobiegł mnie od niego, zanim znikł za wielką skałą, było głośne, pełne oburzenia prychnięcie, jakby wciąż rozpamiętywał swoją utarczkę z doktorem Liveseyem.

Matka była na górze u ojca, a ja nakrywałem do śniadania dla kapitana, kiedy otworzyły się drzwi i do izby gościnnej wkroczył mężczyzna, którego nigdy przedtem nie widziałem. Twarz miał bladą, cerę tłustą, jakby powleczoną łojem, u lewej dłoni brakowało mu dwóch palców, a choć miał kordelas u pasa, nie wyglądał na skorego do walki. Od dawna pilnie przyglądałem się ludziom morza i pamiętam, że w tym człowieku coś mnie uderzyło. Nie miał w sobie nic z marynarza, a jednak czuć go było morzem.

 

Zapytałem, czym można mu służyć, a on odrzekł, że napiłby się rumu, ale kiedy już wychodziłem po trunek, siadł przy stole i gestem przywołał mnie do siebie. Zatrzymałem się z serwetką w ręku.

— Chodź no tu, synku — rzekł. — Podejdź bliżej.

Zrobiłem krok ku niemu.

— Pewnie to stół nakryty dla mojego starego kompana Billa, co? — zapytał z chytrym uśmieszkiem.

Powiedziałem, że nie znam jego kompana Billa, a stół nakryłem dla osoby, która tutaj mieszka, zwanej przez nas kapitanem.

— No cóż — on na to — mojego kompana Billa można nazwać i kapitanem, czemu nie? No więc ten mój kompan Bill ma szramę na policzku, a w obejściu jest nadzwyczaj miły, zwłaszcza gdy sobie podpije. Załóżmy, że wasz kapitan ma szramę na policzku… no i załóżmy, na ten przykład, że to prawy policzek. Aha! A nie mówiłem? No to jak, jest w tym domu mój kompan Bill?

Odpowiedziałem, że go nie ma, wyszedł na przechadzkę.

— A w którą stronę, synku? Dokąd poszedł?

Wskazałem mu skałę i wyjaśniłem, którędy kapitan najprawdopodobniej będzie wracał i kiedy można się go spodziewać, a potem odpowiedziałem jeszcze na parę innych pytań.

— Ach, to ci dopiero będzie niespodzianka dla mojego kompana Billa! Miła jak szklaneczka rumu.

Wyraz jego twarzy wcale nie był miły i miałem powody, by mniemać, że się myli, nawet jeśli nie kpił, lecz mówił na serio. Pomyślałem jednak, że to nie moja sprawa, a zresztą nie bardzo wiedziałem, co mógłbym zrobić. Nieznajomy wciąż stał tuż przy drzwiach, wyglądając za nie jak kot czyhający na mysz. W pewnej chwili wyszedłem na drogę, ale on natychmiast zawołał, abym wracał, a kiedy nie uczyniłem tego tak szybko, jak sobie życzył, jego ziemistą gębę wykrzywił straszny grymas i zaklął tak siarczyście, że aż podskoczyłem. Zaledwie wróciłem, jego twarz przybrała dawny wyraz, na wpół przymilny, na wpół kpiący, poklepał mnie po ramieniu i powiedział, że dobry ze mnie chłopak i że już mnie polubił.

— Mam syna — rzekł — kubek w kubek takiego jak ty i bardzo jestem z niego dumny. Ale z chłopcami nie można się cackać, grunt to dyscyplina, tak, synku, dyscyplina. Bo, na ten przykład, gdybyś pływał po morzach z Billem, nie stałbyś tutaj jak kołek, czekając, aż ci się coś dwa razy powtórzy, co to, to nie. To nie było w zwyczaju Billa ani tych, którzy z nim żeglowali. Ale oto ani chybi mój stary kompan Bill, z lunetą pod pachą, niech mu Pan Bóg da zdrowie! Teraz razem wrócimy do izby gościnnej, ty i ja, synku, staniemy sobie za drzwiami i zrobimy Billowi małą niespodziankę, niech mu Pan Bóg da zdrowie, powtórzę jeszcze raz.

Po tych słowach nieznajomy wrócił ze mną do izby gościnnej i pociągnął mnie do kąta, tak że nie było nas widać przez otwarte drzwi. Możecie sobie wyobrazić, jak byłem zakłopotany i wystraszony, a mój lęk jeszcze bardziej wzrósł, gdy spostrzegłem, że nieznajomy sam wyraźnie się boi. Chwycił za rękojeść kordelasa i wysunął go trochę z pochwy, a kiedyśmy tak czekali, przez cały czas przełykał głośno ślinę, jakby miał, jak to się mówi, gulę w gardle.

W końcu kapitan wkroczył do izby, zatrzasnął za sobą drzwi i nie rozglądając się na prawo i lewo, pomaszerował do stołu, na którym czekało przygotowane dla niego śniadanie.

— Bill — odezwał się nieznajomy głosem, któremu, jak pomyślałem, starał się nadać ton stanowczy i pewny siebie.

Kapitan obrócił się na pięcie i stanął przodem do nas; twarz mu pobladła i nawet nos posiniał, a minę zrobił taką, jakby zobaczył ducha albo samego diabła, albo coś jeszcze gorszego, jeśli to w ogóle możliwe, i daję słowo, żal mi się go zrobiło, tak się nagle postarzał i załamał.

— No co ty, Bill, nie poznajesz starego druha? — zapytał nieznajomy.

Kapitanowi jakby dech zaparło.

— Czarny Pies! — powiedział w końcu.

— A któż by inny? — odrzekł tamten, odzyskując rezon. — Czarny Pies, ten sam, co zawsze, przybył odwiedzić swojego starego kompana ze statku, Billa, w gospodzie „Admirał Benbow”. Ach, Bill, Bill, kopa lat! Szmat czasu już przeżyliśmy, ty i ja, odkąd straciłem te dwa szpony. — I uniósł okaleczoną dłoń.

— Słuchaj no — odparł kapitan — wreszcie mnie dopadłeś, stoję tu przed tobą, więc, dalej, gadaj, o co ci chodzi!

— O ciebie, Bill, o ciebie, i dobrze o tym wiesz. Ten miły chłopak zaraz mi przyniesie szklaneczkę rumu, bo trochę mnie suszy, a my sobie usiądziemy, jeśli łaska, i szczerze pogadamy, jak starzy przyjaciele z okrętu.

Kiedy wróciłem z rumem, już siedzieli po obu stronach stołu — Czarny Pies bliżej drzwi, nieco ku nim zwrócony, jakby chciał jednym okiem spoglądać na swojego starego kompana, a drugim, jak pomyślałem, widzieć drogę ucieczki.

Kazał mi odejść i zostawić drzwi szeroko otwarte.

— Tylko bez podglądania, synku — rzekł, a ja wycofałem się do szynkwasu.

Przez dłuższy czas wytężałem słuch, ale mamrotali tak cicho, że niczego nie zrozumiałem. W końcu obaj podnieśli głosy i zdołałem uchwycić parę słów, głównie przekleństw, z ust kapitana:

— Nie, nie, nie, i jeszcze raz nie! Dość tego! Jak mamy wisieć, to wszyscy. Takie jest moje zdanie.

Potem nastąpił straszliwy wybuch przekleństw i innych hałasów — krzesło i stół runęły z łoskotem, stal szczęknęła o stal, ktoś krzyknął z bólu i po chwili ujrzałem Czarnego Psa uciekającego ile sił w nogach, a za nim ścigającego go kapitana. Obaj mieli w rękach kordelasy, a Czarny Pies broczył krwią z lewego ramienia. Już w drzwiach kapitan po raz ostatni zamachnął się na niego kordelasem i byłby mu rozpłatał szyję, gdyby klinga nie zawadziła o nasz wielki szyld. Szczerbę na dolnym brzegu ramy można oglądać po dziś dzień.

Był to ostatni cios w tej walce. Dopadłszy drogi, Czarny Pies, mimo rany, okazał się zadziwiająco szybki w nogach i nie minęła minuta, gdy zniknął za zboczem wzgórza. Kapitan zaś przez chwilę stał oniemiały, gapiąc się na szyld, po czym parę razy przetarł oczy i w końcu wszedł z powrotem do środka.

— Jim… — wystękał — daj mi rumu… — A potem zachwiał się i oparł jedną ręką o ścianę.

— Jest pan ranny?!

— Rumu — powtórzył. — Muszę się stąd wynosić. Rumu! Rumu!

Pobiegłem po trunek, ale to, czego dopiero co byłem świadkiem, tak mnie wytrąciło z równowagi, że stłukłem szklankę i źle wetknąłem szpunt do beczułki, a kiedy próbowałem sobie jakoś z tym poradzić, z izby gościnnej dobiegł mnie głuchy łoskot. Wpadłem tam i ujrzałem kapitana leżącego na podłodze. W tej samej chwili moja matka, zatrwożona krzykami i odgłosami walki, zbiegła po schodach, żeby mi pomóc. We dwoje unieśliśmy mu głowę. Oddychał z trudem, rzężąc, oczy miał zamknięte, a twarz straszliwie bladą.

— Och, mój Boże, o mój Boże — zawołała moja matka. — Co za hańba dla naszego domu! A twój biedny ojciec taki chory!

Nie mieliśmy pojęcia, co począć, by pomóc kapitanowi, i jedna tylko myśl kołatała się nam w głowach — że nieznajomy zadał mu śmiertelny cios. Rum przyniosłem, a jakże, i próbowałem wlać mu do gardła, ale zęby miał mocno zaciśnięte, a szczęki jak z żelaza. Poczuliśmy wielką ulgę, gdy nagle drzwi się otworzyły i wszedł doktor Livesey, by zobaczyć, jak się miewa mój ojciec.

— Och, doktorze — zawołaliśmy — co robić? Jest ranny, ale nie wiemy gdzie!

— Ranny? Akurat! — odrzekł doktor. — Taki on ranny jak wy lub ja. Ten człowiek ma atak apopleksji, przecież go ostrzegałem. Pani Hawkins, niech pani biegnie na górę do męża, ale proszę mu nic nie mówić. Ja zaś zrobię, co w mojej mocy, by uratować nędzne życie tego jegomościa. Jim, przynieś mi miednicę.

Kiedy wróciłem z miednicą, doktor zdążył już rozerwać rękaw kurtki kapitana, obnażając potężne, żylaste ramię, pokryte tatuażami. Na przedramieniu widniały zgrabnie i wyraźnie wykłute napisy: „Na szczęście”, „Pomyślnych wiatrów” i „Billy Bones a jakże!”, a wyżej, blisko barku, rysunek szubienicy z wisielcem, wykonany, na mój gust, z wielkim talentem.

— Prorocze — rzekł doktor, dotykając szubienicy palcem. — A teraz, panie Billy Bones, jeśli tak się nazywasz, zobaczymy, jaki kolor ma twoja krew. Jim, boisz się widoku krwi?

— Nie, proszę pana — odrzekłem.

— No to potrzymaj miednicę. — Po tych słowach wyjął lancet i otworzył żyłę.

Wiele krwi trzeba było upuścić, zanim kapitan otworzył oczy i rozejrzał się dookoła mglistym wzrokiem. Wpierw rozpoznał doktora i zmarszczył brwi, krzywiąc się nieco, potem jego spojrzenie padło na mnie i natychmiast się rozpogodził. Ale nagle poczerwieniał na twarzy i spróbował się podnieść, wołając:

— Gdzie jest Czarny Pies?

— Nie ma tu żadnego czarnego psa — odpowiedział doktor — chyba że chodzi o tego, co siedzi ci na karku. Piłeś pan rum i dostałeś ataku apopleksji, dokładnie tak, jak ci przepowiedziałem. A ja dopiero co, wbrew własnej woli, wyciągnąłem cię z grobu. A teraz, panie Bones…

— Nie nazywam się tak — przerwał mu kapitan.

— Mało mnie to obchodzi. Takie nazwisko nosi pewien znany mi pirat, a ja dla wygody tak pana nazywam. I muszę panu powiedzieć, co następuje: jedna szklanka rumu nikogo nie zabije, ale na jednej pan nie poprzestanie, a stawiam w zakład moją perukę, człowieku, że jeśli nie przerwiesz picia, to umrzesz, rozumiesz? Umrzesz pan i pójdziesz tam, gdzie twoje miejsce, jak ten człowiek w Biblii. No, a teraz zdobądź się pan na wysiłek. Tym razem jeszcze zaprowadzę cię do łóżka.

We dwóch, z wielkim trudem, wciągnęliśmy go po schodach na górę i położyliśmy do łóżka, gdzie natychmiast głowa opadła mu na poduszkę, jakby stracił przytomność.

— A teraz zapamiętaj pan sobie moje słowa — rzekł doktor. — Z czystym sumieniem mogę powiedzieć: rum to dla pana śmierć.

Po tych słowach wziął mnie pod ramię i wyszedł, aby zobaczyć, jak się miewa mój ojciec.

Ledwo zamknął za nami drzwi, powiedział:

— Nie przejmuj się, nic mu nie będzie. Utoczyłem mu dość krwi, by przez jakiś czas był spokojny. Powinien przez tydzień leżeć w łóżku, co i jemu, i wam wyjdzie na dobre, ale następny atak może go zabić.