Wschodzący cieńTekst

Z serii: Koło czasu #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Robert Jordan

Wschodzący cień


Tytuł oryginału

THE SHADOW RISING ISBN 978-83-8202-207-0 Copyright © 1992 by The Bandersnatch Group, Inc. All rights reserved Copyright © 2011, 2021 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań Ilustracja na okładce Lee Gibbons Redaktor prowadzący Dariusz Wojtczak Opracowanie techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie I w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dla Roberta Marksa,

pisarza, nauczyciela, naukowca, przyjaciela

i źródła natchnienia


Cień powstanie nad światem i okryje mrokiem wszystkie krainy, aż po najdalsze zakątki; nie będzie już ani Światłości, ani bezpieczeństwa. A ten, który zgodnie z Proroctwem przyjdzie na świat o Świcie i zrodzony będzie z Panny, wyciągnie ręce, by pojmać Cień i świat zakrzyknie wtedy w bólu zbawienia. Chwała Stwórcy, chwała Światłości i chwała temu, który urodzi się na nowo. Oby Światłość zbawiła nas przed nim.

Z Komentarzy do Cyklu Karaethońskiego

autorstwa Sereine dar Shamelle Motara,

Siostry-Doradczyni Comaelle, Wysokiej Królowej Jaramide

(około 325 OP, Trzeci Wiek)

1. ZIARNA CIENIA

Koło Czasu obraca się, a Wieki nadchodzą i mijają, pozostawiając wspomnienia, które stają się legendą. Legenda staje się mitem, a potem nawet mit jest już dawno zapomniany, kiedy nadchodzi Wiek, który go zrodził. W jednym z Wieków, zwanym przez niektórych Trzecim Wiekiem, Wiekiem, który dopiero nadejdzie, Wiekiem dawno już minionym, na wielkiej równinie, zwanej Stepami Caralain, podniósł się wiatr. Wiatr ten nie był prawdziwym początkiem. Nie istnieją początki ani zakończenia w obrotach Koła Czasu. Niemniej był to jakiś początek.

Na północ i na zachód wiał ten wiatr, pod słońcem wczesnego poranka, przez bezkresne mile falujących traw i rzadko rozsianych zarośli, ponad bystrą rzeką Luan, obok kła ułamanego wierzchołka Góry Smoka, wznoszącej się nad łagodnymi wzniesieniami pofałdowanej równiny, góry tak niebotycznej, iż chmury spowijały ją swym wieńcem już w pół drogi do dymiącego szczytu. Legendarna Góra Smoka, na stokach której poległ Smok — a wraz z nim, jak mawiali niektórzy, skończył się Wiek Legend — i gdzie zgodnie z proroctwem miał się narodzić na nowo. Albo już się narodził. Na północ i na zachód, przez wioski Jualdhe, Darein i Alindaer, od których mosty, podobne kamiennym koronkom, sięgały łukiem do Lśniących Murów, tych wielkich, białych murów, przez wielu nazywanych największym miastem świata. Tar Valon. Miasto, które zachłanny cień Góry Smoka ledwie muskał każdego wieczoru.

Skryte za tymi murami budowle, skonstruowane przez ogirów przed dobrymi dwoma tysiącami lat, zdawały się wyrastać z ziemi, podobne bardziej do dzieł wiatru i wody niźli do tworów rąk mularzy z ludu ogirów, rąk osławionych przez baśnie. Niektóre przywodziły na myśl ptaki zrywające się do lotu albo ogromne muszle z odległych mórz. Strzeliste wieże, wybrzuszone, żłobkowane lub spiralne, złączone były mostami na wysokości setek stóp ponad ziemią, częstokroć pozbawionymi poręczy. Jedynie ci, którzy od dawna przebywali w Tar Valon, potrafili nie wytrzeszczać w podziwie oczu niczym wieśniacy, którzy po raz pierwszy w życiu znaleźli się z dala od swej farmy.

Nad miastem dominowała najwyższa z wież, Biała Wieża, lśniąc w słońcu jak wypolerowana kość. „Koło Czasu obraca się wokół Tar Valon — tak mawiali ludzie w mieście — a Tar Valon obraca się wokół Wieży”. Pierwszą rzeczą, jaka jawiła się oczom podróżników przybywających do Tar Valon — zanim ich konie dotarły do miejsca, z którego rozciągał się widok na mosty, zanim kapitanowie rzecznych statków, na których tu przypłynęli, dostrzegli wyspę — była Wieża, która odbijała promienie słoneczne niczym latarnia morska. Nic dziwnego zatem, że wielki plac, otaczający warowne tereny Wieży, przytłoczony jej ogromem wydawał się mniejszy niż w rzeczywistości, a ludzie na nim karłowacieli do owadzich rozmiarów. Biała Wieża mogła być zresztą najmniejsza w całym Tar Valon, jednak jako serce potęgi Aes Sedai i tak zawsze przejmowałaby grozą całe wyspiarskie miasto.

Mimo swej liczebności tłumy nigdy nie zapełniały całej przestrzeni placu. Zbici we wrącą masę na jego skrajach ludzie przepychali się w gonitwie za swymi codziennymi sprawami, im bliżej jednak terenów Wieży, tym więcej ludzi ubywało, aż do pasma nagich kamieni brukowych, szerokości co najmniej pięćdziesięciu kroków, który graniczył z wysokimi, białymi murami. Rzecz jasna, Aes Sedai w Tar Valon szanowano, a nawet więcej niż szanowano, i Zasiadająca na Tronie Amyrlin władała miastem tak samo, jak władała Aes Sedai, niewielu jednak pragnęło znaleźć się bliżej potęgi Aes Sedai, niż nakazywała konieczność. Czym innym jest duma z posiadania okazałego kominka we własnej izbie, czym innym wejście w płonący w nim ogień.

Niektórzy jednak podchodzili bliżej, do szerokich stopni, które wiodły do samej Wieży, do zawile rzeźbionych drzwi, tak szerokich, iż mogły pomieścić szereg złożony z dwunastu ludzi. Te drzwi zawsze stały otworem, zawsze zapraszały. Zawsze jacyś ludzie potrzebowali wsparcia albo wyjaśnienia, którego, jak im się zdawało, udzielić mogły tylko Aes Sedai, a przybywali tak z daleka, jak i z bliska, z Arafel i Ghealdan, z Saldaei i Illian. Wielu znajdowało pomoc albo poradę w Białej Wieży, aczkolwiek często wcale nie taką, na jaką czekali lub liczyli.

Min nasunęła na głowę obszerny kaptur swego płaszcza, kryjąc twarz w jego cieniu. Mimo ciepłego dnia ten ubiór był na tyle lekki, by nie wywołać komentarzy, zwłaszcza w stosunku do kobiety z pozoru nieśmiałej. Zresztą niewielu ludziom udawało się nie stracić śmiałości po wejściu do Wieży. Nic w wyglądzie Min nie mogło przyciągać uwagi. Ciemne włosy miała dłuższe niż podczas ostatniego pobytu w Tar Valon, mimo że jeszcze nie sięgały do ramion, natomiast suknia, niebieska i prosta, z wyjątkiem wąskich pasemek białej koronki z Jaerecuz przy karku i nadgarstkach, pasowałaby na córkę zamożnego farmera, która na wizytę w Wieży wdziała najlepszy, świąteczny przyodziewek, aby nie różnić się od innych kobiet wchodzących na te szerokie stopnie. Przynajmniej taką miała nadzieję. Musiała powstrzymywać się od gapienia na nie, by stwierdzić, czy ich sposób chodzenia lub ubierania się nie jest przypadkiem odmienny.

„Stać mnie na to” — powtarzała sobie.

Z pewnością nie pokonała całej tej drogi po to tylko, by teraz zawrócić. Suknia stanowiła dobre przebranie. Ci, którzy już ją kiedyś widzieli w Wieży, pamiętali młodą kobietę z krótko przystrzyżonymi włosami, zawsze ubraną w chłopięcy kaftan i spodnie, nigdy w suknię. To musiało być dobre przebranie. Nie miała wyboru. Naprawdę nie miała.

W miarę jak zbliżała się do Wieży, zaczęło ją coraz mocniej ściskać w żołądku, silniej przycisnęła tobołek do piersi. Miała w nim ukryte swe zwykłe ubranie, a także mocne, wysokie buty oraz cały dobytek. Konia zostawiła przy gospodzie niedaleko placu. Jeżeli szczęście dopisze, za kilka godzin znowu dosiądzie swego wałacha, by ruszyć w stronę mostu Ostrein, a stamtąd drogą wiodącą na południe.

Tak naprawdę wcale się nie paliła, by znowu dosiąść konia, po tylu tygodniach spędzonych w siodle bez dnia odpoczynku, bardzo jednak pragnęła opuścić już to miejsce. Nigdy nie uważała Białej Wieży za gościnną, a teraz wydawała jej się równie okropna jak więzienie Czarnego w Shayol Ghul. Cała drżąc, pożałowała myśli o Czarnym.

„Ciekawe, czy Moiraine sądzi, że przyjechałam tu tylko dlatego, bo mnie o to poprosiła? Światłości, dopomóż, zachowuję się jak pierwsza lepsza głupia dziewczyna. Robię głupstwa z powodu jakiegoś głupiego mężczyzny!”

Mozolnie wspięła się po stopniach tak głębokich, że trzeba było robić dwa kroki, by stanąć na następnym. Jednak w przeciwieństwie do innych nie zatrzymała się, by objąć przepełnionym zgrozą spojrzeniem blady wierzchołek Wieży. Chciała mieć już wszystko za sobą.

Wielką, owalną salę przyjęć niemal z wszystkich stron otaczały zwieńczone łukami otwory wejściowe, jednakże petenci tłoczyli się na samym środku, pod spłaszczoną kopułą sklepienia, niespokojnie przestępując z nogi na nogę. Jasny kamień posadzek przez całe stulecia wycierały i polerowały niezliczone, niepewne stopy. Nikt nie myślał o niczym innym, jak tylko gdzie jest i dlaczego. Jakiś farmer i jego żona, w ubraniach z grubej wełny, złączeni uściskiem pokrytych odciskami dłoni, otarli się w przejściu o kobietę kupca w jedwabiach z aksamitnymi wstawkami ze służącą w zdartych butach, która ściskała małą, inkrustowaną srebrem kasetkę, bez wątpienia dar jej pani dla Wieży. Gdzie indziej handlarka zgromiłaby wzrokiem wieśniaków, którzy ośmielili się ją potrącić, a oni cofnęliby się, gwałtownie przepraszając. Nie teraz jednak. Nie tutaj.

 

Wśród petentów niewielu było mężczyzn, co wcale Min nie zaskoczyło. Mężczyźni na ogół robili się nerwowi w obecności Aes Sedai. Wszyscy wiedzieli, że to mężczyźni Aes Sedai, w czasach gdy wciąż jeszcze istnieli takowi, spowodowali Pęknięcie Świata. Trzy tysiące lat nie wymazało tego wspomnienia, nawet jeśli czas zatarł i zniekształcił wiele szczegółów. Dzieci nadal straszyło się opowieściami o mężczyznach, którzy potrafili przenosić Jedyną Moc, o skazanych na obłęd z powodu skazy, którą Czarny pozostawił na saidinie, o męskiej połowie Prawdziwego Źródła. Najbardziej potworna była opowieść o Lewsie Therinie Telamonie, Smoku, Lewsie Therinie Zabójcy Rodu, który zapoczątkował Pęknięcie. Zresztą historie te przejmowały zgrozą również dorosłych. Proroctwo głosiło, że Smok narodzi się powtórnie w godzinie największej potrzeby ludzkości, by walczyć z Czarnym w Tarmon Gai’don, Ostatniej Bitwie. Nie zmieniało to jednak sposobu, w jaki większość ludzi postrzegała związki mężczyzn z Mocą. Jednym z celów, które stawiały sobie Aes Sedai, było poszukiwanie mężczyzn, którzy potrafią przenosić Moc, a wśród wszystkich siedmiu Ajah Czerwone zajmowały się prawie wyłącznie tym.

Rzecz jasna nie miało to nic wspólnego z szukaniem pomocy u Aes Sedai, niemniej jednak niewielu mężczyzn czułoby się swobodnie w sytuacji, w którą zaangażowane były Aes Sedai oraz Moc. Wyjąwszy oczywiście Strażników, ale każdego Strażnika łączyła więź z Aes Sedai, a zresztą Strażników raczej trudno było traktować jak przeciętnych mężczyzn. Istniało takie powiedzenie: „Chcąc pozbyć się drzazgi, mężczyzna raczej rękę sobie odetnie, niż poprosi o pomoc Aes Sedai”. Kobiety uważały to za komentarz do uporu i głupoty mężczyzn, jednak Min zdarzało się naprawdę słyszeć mężczyzn, którzy twierdzili, że w istocie utrata ręki może stanowić lepsze wyjście.

Ciekawiło ją, co ci wszyscy ludzie by zrobili, gdyby wiedzieli to, co ona. Być może z krzykiem poderwaliby się do ucieczki. Gdyby zaś znali powód, dla którego ona się tutaj znalazła, być może nie uchroniłaby się przed strażami Wieży, które pojmałyby ją i wtrąciły do jakiejś celi. Miała wprawdzie w Wieży przyjaciółki, ale żadna nie dysponowała ani władzą, ani wpływami. Gdyby poznano cel jej wizyty, to raczej zamiast jej pomóc, trafiłyby na szubienicę. Albo ona sama wpadłaby w ręce kata, o ile, rzecz jasna, dożyłaby procesu. Najpewniej zamknięto by jej usta na zawsze, na długo przed procesem.

Powiedziała sobie, że musi przestać tak myśleć.

„Uda mi się wejść i tak samo wyjść. Oby Rand al’Thor sczezł w Światłości za to, że mnie w to wpakował!”

Trzy, może cztery Przyjęte, kobiety w wieku Min albo trochę starsze, krążyły po owalnej izbie, przemawiając cichymi głosami do petentów. Ich białe suknie były pozbawione wszelkich ozdób, z wyjątkiem siedmiu kolorowych pasków przy kraju spódnic, pasków symbolizujących poszczególne Ajah. Od czasu do czasu zjawiała się nowicjuszka, jeszcze młodsza kobieta lub dziewczyna, cała w bieli, by poprowadzić kogoś w głąb Wieży. Petenci szli za nowicjuszkami, przepełnieni dziwaczną mieszanką zapału i niechęci, która kazała im powłóczyć nogami.

Min ścisnęła tobołek jeszcze mocniej, gdy zatrzymała się przed nią jedna z Przyjętych.

— Niechaj cię Światłość oświeci — rzuciła niedbale kobieta o kręconych włosach. — Zwą mnie Faolain. W jaki sposób Wieża może ci dopomóc?

Ciemna, okrągła twarz Faolain wyrażała cierpliwość kogoś, kto wykonuje jakieś żmudne zajęcie, pragnąc jednocześnie robić coś całkiem innego. Zapewne zdobywać wiedzę, osądziła Min na podstawie tego, co wiedziała o Przyjętych. Uczyć się, by zostać Aes Sedai. Najważniejsze jednak, że we wzroku Przyjętej nie dostrzegła śladu rozpoznania, mimo że przecież obydwie poznały się przelotnie podczas ostatniego pobytu Min w Wieży.

Min odpowiedziała jej dokładnie takim samym spojrzeniem, po czym z udawaną nieśmiałością opuściła głowę. Nie było to nienaturalne, niewielu bowiem wieśniaków rozumiało do końca wielką przepaść dzielącą Przyjęte od pełnych Aes Sedai. Kryjąc rysy twarzy w głębinach kaptura, odwróciła wzrok od Faolain.

— Mam pytanie, które muszę zadać Zasiadającej na Tronie Amyrlin — zaczęła, po czym nagle urwała, kiedy trzy Aes Sedai przystanęły, by zajrzeć do sali przyjęć, dwie w jednym wejściu, trzecia w innym.

Przyjęte i nowicjuszki kłaniały się, gdy trasa ich obchodu zawiodła je akurat w pobliże którejś Aes Sedai, ale poza tym kontynuowały wypełnianie swych obowiązków, może tylko odrobinę gorliwiej niż przedtem. I na tym koniec. Inaczej petenci. Ci zamarli bez ruchu, jakby wszystkim naraz zaparło dech. Z dala od Białej Wieży, z dala od Tar Valon, mogliby te Aes Sedai uznać zwyczajnie za trzy kobiety, których wiek trudno ocenić, za trzy kobiety w pełnym rozkwicie młodości, a przy tym bardziej dojrzałe, niż sugerowały ich gładkie policzki. W Wieży było jednak inaczej. Kobietę, która od dawna parała się Jedyną Mocą, czas traktował w odmienny sposób. Tutaj nikt nie musiał widzieć złotego pierścienia z Wielkim Wężem, aby rozpoznać Aes Sedai.

Ludzka ciżba zafalowała dygnięciami i nerwowymi ukłonami. Dwoje, może troje, padło nawet na kolana. Bogata handlarka wyglądała na przestraszoną, para farmerów u jej boku wpatrywała się z rozdziawionymi ustami w ożywające legendy. Większość znała sposoby postępowania z Aes Sedai z pogłosek; nieprawdopodobne, by ktoś z tutaj zebranych, wyjąwszy tych, którzy żyli w Tar Valon, widział wcześniej jakąś Aes Sedai, a zapewne nawet mieszkańcy Tar Valon nigdy nie znajdowali się równie blisko którejś z nich.

Jednak to nie widok Aes Sedai spowodował, że Min słowa zamarły na ustach. Czasami, niezbyt często, zdarzało jej się widzieć różne rzeczy, kiedy patrzyła na ludzi: wizje i poświaty, które na ogół rozbłyskiwały, by po kilku chwilach zniknąć. Sporadycznie wiedziała nawet, co one oznaczają. To przytrafiało się rzadko — jeszcze rzadziej niż wizje — ale kiedy już coś wiedziała, możliwość pomyłki nie wchodziła w grę.

Aes Sedai tym właśnie różniły się od większości ludzi, że wizje i aury towarzyszyły im zawsze. Dotyczyło to również Strażników. Czasami od ich zmiennego, roztańczonego natłoku Min aż kręciło się w głowie. Niemniej wielość nie miała znaczenia dla interpretacji — wizje towarzyszące Aes Sedai rozumiała równie rzadko jak w przypadku innych osób. Tym razem jednak wstrząsnęły nią dreszcze, bo zobaczyła więcej niż trzeba.

Wśród tych trzech Aes Sedai Min rozpoznała jedną, szczupłą kobietę z czarnymi włosami opadającymi do pasa; miała na imię Ananda i należała do Żółtych Ajah. Otaczała ją poświata niezdrowej, brunatnej barwy, pomarszczona i porozdzierana od gnijących pęknięć, które w miarę rozkładu zapadały się do środka i rozstępowały. Sądząc po szalu z zielonymi frędzlami, niska, jasnowłosa Aes Sedai towarzysząca Anandzie musiała należeć do Zielonych Ajah. Kiedy odwróciła się tyłem, na szalu przez chwilę mignął Biały Płomień Tar Valon. Na ramieniu natomiast, jakby gnieżdżąc się pośród winorośli i gałązek kwitnącej jabłoni wyhaftowanych na szalu, przycupnęła ludzka czaszka — niewielka, kobieca czaszka, oczyszczona i wytrawiona do czysta promieniami słońca. Trzecia kobieta, pulchna i urodziwa, stojąca w drugiej części izby, nie miała na sobie szala, większość bowiem Aes Sedai nosiła je tylko podczas ceremonii. Uniesiony podbródek i układ ramion znamionowały siłę i dumę. Zdawało się, że spojrzenie zimnych, niebieskich oczu rzuca na petentów zza postrzępionej zasłony z krwi, zza purpurowych serpentyn spływających na twarz.

Krew, czaszka i poświata zgasły w tańcu obrazów wokół całej trójki, pojawiły się znowu i znowu zniknęły. Petenci przypatrywali się z lękiem, widząc jedynie trzy kobiety, które potrafią dotykać Prawdziwego Źródła i przenosić Jedyną Moc. Nikt oprócz Min nie widział reszty. Nikt oprócz Min nie wiedział, że te kobiety umrą. Wszystkie tego samego dnia.

— Amyrlin nie może przyjąć każdego — odparła Faolain ze źle skrywanym zniecierpliwieniem. — Jej następna publiczna audiencja nie odbędzie się wcześniej jak za dziesięć dni. Powiedz mi, czego chcesz, to załatwię ci spotkanie z siostrą, która będzie mogła najlepiej ci pomóc.

Spojrzenie Min uciekło do tobołka tulonego w ramionach i tam już zostało, po części dlatego, że nie chciała być zmuszona do oglądania raz jeszcze tego, co zobaczyła.

„Wszystkie trzy! Światłości!”

Jaki przypadek miałby zrządzić, że te trzy Aes Sedai umrą tego samego dnia? A jednak wiedziała, że tak się stanie. Wiedziała.

— Mam prawo spotkać się z Zasiadającą na Tronie Amyrlin. We własnej osobie. — Było to prawo, na które rzadko kto się powoływał — któż by się odważył? — a mimo to obowiązywało. — Każda kobieta ma do tego prawo i ja się go dopraszam.

— Sądzisz, że Zasiadająca na Tronie Amyrlin jest w stanie przyjąć osobiście każdego, kto przybywa do Białej Wieży? Z pewnością jakaś inna Aes Sedai może ci pomóc. — Faolain mocno akcentowała tytuły, jakby chciała ją onieśmielić. — Teraz powiedz mi, czego dotyczy pytanie. I podaj mi swoje imię, żeby nowicjuszka wiedziała, po kogo przyjść.

— Na imię mam… Elmindreda. — Min skrzywiła się mimowolnie. Nienawidziła swego imienia, ale Amyrlin była jedną z nielicznych żyjących osób, które kiedykolwiek je poznały. Żeby tylko pamiętała. — Mam prawo do rozmowy z Amyrlin. I moje pytanie jest przeznaczone wyłącznie dla niej. Mam takie prawo.

Przyjęta wygięła brew w łuk.

— Elmindreda? — Usta jej zadrgały, jakby chciały się uśmiechnąć z rozbawieniem. — I domagasz się swoich praw. Bardzo dobrze. Przekażę Opiekunce Kronik, że życzysz sobie widzieć Zasiadającą na Tronie Amyrlin osobiście, Elmindredo.

Min miała ochotę spoliczkować tę kobietę za sposób, w jaki podkreśliła „Elmindredę”, ale zamiast tego wydusiła z siebie tylko:

— Dziękuję.

— Jeszcze mi nie dziękuj. Bez wątpienia upłynie wiele godzin, zanim Opiekunka znajdzie czas na odpowiedź, a i wówczas z pewnością poinformuje cię, że będziesz mogła zadać swe pytanie Matce podczas następnej audiencji publicznej. Czekaj cierpliwie, Elmindredo. — Odwracając się, obdarzyła Min skąpym, niemal drwiącym uśmiechem.

Min zgrzytając zębami, podniosła swój tobołek i przystanęła pod ścianą dzielącą dwa łuki wejściowe, jakby chciała wtopić swą niepozorną sylwetkę w tło jasnego kamienia.

„Nie ufaj nikomu i unikaj niepotrzebnej uwagi, dopóki nie dotrzesz do Amyrlin” — przykazała jej Moiraine. Moiraine była jedyną Aes Sedai, której Min rzeczywiście ufała. Na ogół. W każdym razie była to dobra rada. Wystarczy tylko dotrzeć do Amyrlin i będzie po wszystkim. Będzie mogła wdziać swoje rzeczy, zobaczyć się z przyjaciółkami i wyjechać. Nareszcie skończy z tą maskaradą.

Z ulgą spostrzegła, że Aes Sedai zniknęły. Trzy Aes Sedai, które umrą jednego dnia. Niemożliwe, tylko tym jednym słowem dało się to określić. A jednak tak miało się stać. Nic, co powie lub zrobi, tego nie zmieni — kiedy wiedziała, co znaczy dany obraz, zapowiedziane zdarzenie następowało nieodwołalnie — ale musiała o tym powiedzieć Amyrlin. To mogło być nawet równie ważne jak wieści, które przywiozła od Moiraine, choć trudno było dać temu wiarę.

Pojawiła się jeszcze jedna Przyjęta, by zastąpić którąś z już obecnych, i Min przez krótką chwilę widziała pręty przesłaniające rumiane policzki tamtej, pręty podobne do ściany klatki. Do sali zajrzała Sheriam, Mistrzyni Nowicjuszek, która znała Min aż za dobrze. Wystarczył jeden rzut oka, by Min nie potrafiła już oderwać wzroku od kamienia pod swymi stopami, albowiem twarz rudowłosej Aes Sedai wyglądała na pobitą i posiniaczoną. Była to tylko wizja, rzecz jasna, ale Min i tak musiała zagryźć wargi, żeby stłumić okrzyk. Sheriam, z jej pełnym rozwagi autorytetem i wewnętrzną pewnością, sprawiała wrażenie równie niezniszczalnej jak Wieża. A jednak coś miało zaszkodzić Sheriam, mimo że wydawało się to nie do pomyślenia.

Jakiejś krępej kobiecie w najprzedniejszej, czerwonej wełnie towarzyszyła Aes Sedai w szalu Brązowych Ajah, której Min nie znała. Krępa kobieta szła krokiem tak lekkim jak młoda dziewczyna, twarz jej promieniała, niemal śmiała się z zadowolenia. Brązowa siostra także się uśmiechała, ale otaczająca ją wizja gasła niczym płomyk stopionej świecy.

Śmierć. Rany, niewola i śmierć. Min równie dobrze mogła mieć to wszystko spisane na kartce papieru.

Utkwiła wzrok w swoich stopach. Nie chciała widzieć już nic więcej.

„Żeby tylko pamiętała”.

W żadnym momencie swej długiej jazdy przez Góry Mgły nie czuła rozpaczy, nawet wtedy, gdy ktoś dwukrotnie usiłował ukraść jej konia; teraz zalewały ją fale najczarniejszych myśli.

 

„Światłości, żeby ona tylko pamiętała moje cholerne imię”.

— Pani Elmindreda?

Min wzdrygnęła się. Czarnowłosa nowicjuszka, która stanęła przed nią, była tak młoda, że zapewne zupełnie niedawno opuściła swój dom rodzinny. Jednak mimo swych zaledwie piętnastu czy szesnastu lat jej postać promieniowała wystudiowaną godnością.

— Tak? To ja… To moje imię.

— Jestem Sahra. Zechciej, proszę, pójść ze mną. — W piskliwym głosie zabrzmiała nuta zadziwienia. — Zasiadająca na Tronie Amyrlin przyjmie cię teraz w swoim gabinecie.

Min westchnęła z ulgą i ochoczo ruszyła w ślad za Sahrą.

Głęboki kaptur kaftana nadal skrywał jej twarz, ale nie zasłaniał pola widzenia, a im więcej widziała, tym mocniej pragnęła dotrzeć do Amyrlin. Niewielu ludzi szło przez szerokie korytarze, które pięły się spiralnie w górę, po wielobarwnych kafelkach podłóg, wśród gobelinów i złotych lamp wiszących na ścianach — Wieża została zbudowana tak, by pomieścić więcej mieszkańców, niż obecnie liczyła — ale niemal każdemu, kogo spotkała podczas tej wspinaczki, towarzyszył obraz albo aura, które opowiadały o przemocy i niebezpieczeństwie.

Strażnicy, mężczyźni, poruszający się niczym polujące wilki, z mieczami kryjącymi w sobie śmiercionośną siłę, mijali je pośpiesznie, ledwie muskając spojrzeniem. Ich twarze zdawały się zalane krwią, ciała pokrywały ziejące rany. Wokół ich głów pląsały w przerażającym tańcu miecze i włócznie. Otaczające ich aury błyskały dziko, migotały na krawędzi noża śmierci. Widziała maszerujące trupy, wiedziała, że oni umrą tego samego dnia co Aes Sedai z sali przyjęć, w najlepszym przypadku dzień później. Nawet niektórzy z ich służących, mężczyźni i kobiety z Płomieniem Tar Valon na piersiach, uwijający się wokół swych obowiązków, nosili na sobie piętno przemocy. Jakaś Aes Sedai, dostrzeżona przelotnie w bocznym korytarzu, wydawała się skrępowana łańcuchami, inna zaś, która właśnie przeszła przez korytarz, nosiła srebrną obrożę na szyi. W tym momencie Min zaparło dech, miała ochotę krzyczeć.

— To otoczenie potrafi przytłoczyć kogoś, kto nigdy go wcześniej nie widział — zagaiła Sahra, bezskutecznie starając się mówić takim tonem, jakby obecnie Wieża była dla niej czymś równie zwyczajnym jak rodzinna wioska. — Ale jesteś tu bezpieczna. Zasiadająca na Tronie Amyrlin ma oko na wszystko. — Jej głos nabrał piskliwego brzmienia, kiedy wspomniała Amyrlin.

— Światłości, oby tak było — mruknęła Min.

Nowicjuszka obdarzyła ją uśmiechem, który miał dodać otuchy.

Zanim dotarły do sieni przed gabinetem Amyrlin, Min czuła, jak piecze ją w żołądku, niemal deptała nowicjuszce po piętach. Jedynie konieczność udawania, że jest tu obca, powstrzymywała ją, by nie pobiec naprzód.

Jedne z drzwi wiodących do komnat Amyrlin otworzyły się i majestatycznym krokiem wyszedł z nich młodzieniec o rudozłotych włosach, omal nie zderzając się z Min i jej eskortą. Gawyn, starszy syn Morgase, królowej Andoru z dynastii Trakand, wysoki, wyprostowany i silny, w niebieskim kaftanie gęsto haftowanym złotem na rękawach i kołnierzu, w każdym calu wyglądał na dumnego, młodego lorda. Na młodego lorda doprowadzonego do pasji. Nie starczyło czasu na opuszczenie głowy, spojrzał do wnętrza kaptura, prosto w jej twarz.

Wytrzeszczył oczy ze zdumienia, po czym zmrużył je tak, iż upodobniły się do szczelin błękitnego lodu.

— A więc wróciłaś. Czy wiesz może, dokąd się udały moja siostra i Egwene?

— To ich tu nie ma? — W rosnącym przypływie paniki Min zapomniała o wszystkim. Nim się połapała, co robi, schwyciła go za rękaw i wpiła weń natarczywy wzrok, zmuszając, by cofnął się o krok. — Gawyn, one wyruszyły do Wieży wiele miesięcy temu! Elayne, Egwene, również Nynaeve. Razem z Verin Sedai i… Gawyn, ja… ja…

— Uspokój się — powiedział, delikatnie rozprostowując jej palce zaciśnięte na materii kaftana. — Światłości! Nie chciałem tak cię przestraszyć. Dotarły bezpiecznie. I nie powiedziały ani słowa o tym, gdzie były i dlaczego. Nie mnie, w każdym razie. Zapewne nie mam co liczyć, że ty mi to powiesz? — Myślała, że zachowała kamienną twarz, ale on spojrzał tylko raz i dodał: — Wiedziałem, że nie. To miejsce kryje więcej tajemnic niż… Tak czy owak one znowu zniknęły. Nynaeve też.

Imię Nynaeve dorzucił całkiem zdawkowo; mogła być przyjaciółką Min, ale dla niego nic nie znaczyła. Jego głos ponownie zrobił się opryskliwy, z każdą sekundą stając się coraz bardziej obcy.

— Znowu ani słowa. Ani słowa! Zapewne przebywają na jakiejś farmie w ramach pokuty za swoją ucieczkę, ale ja nie mogę dociec gdzie. Amyrlin nie chce mi udzielić jednoznacznej odpowiedzi.

Min wzdrygnęła się, bo pasma zaschłej krwi na moment przemieniły jego twarz w koszmarną maskę. Przypominało to cios obuchem. Jej przyjaciółki wyjechały — informacja o tym, że tu były, przyniosła jej ulgę — ale Gawyn zostanie ranny tego samego dnia, kiedy zginą tamte Aes Sedai.

Niezależnie od tego, co widziała od momentu wejścia do Wieży i mimo swych obaw, aż do tej chwili nic właściwie nie dotyczyło jej osobiście. Nieszczęście, które dotknie Wieżę, miało sięgnąć daleko poza Tar Valon, ale ona przecież nie należała i nigdy nie mogła należeć do Wieży. Gawyn jednak był kimś, kogo znała, kimś, kogo lubiła, a miało mu się stać coś gorszego niż to, przed czym ostrzegała krew, coś gorszego niż rany zadane ciału. Poraziła ją myśl, że jeśli nieszczęście spadnie na Wieżę, to krzywda stanie się nie tylko jakimś obcym Aes Sedai, kobietom, z którymi nigdy nie miała czuć żadnej więzi, lecz również jej przyjaciółkom. Które należały do Wieży.

W pewien sposób cieszyła się, że Egwene oraz jej przyjaciółek tu nie ma, cieszyła się, że nie może widzieć ich twarzy, a na nich, być może, piętna śmierci. A jednak pragnęła na nie popatrzeć, upewnić się, popatrzeć na przyjaciółki i nie zobaczyć nic, albo zobaczyć, że będą żyły. Gdzie one są, na Światłość? Dokąd one pojechały? Uznała, że Gawyn dlatego nie wie, gdzie one są, bo zapewne one sobie tego nie życzą, na ile je znała. Tak mogło być.

Nagle przypomniała sobie, gdzie jest i dlaczego, i że nie jest sama z Gawynem. Sahra jakby zapomniała, iż prowadzi Min do Amyrlin, jakby zapomniała o wszystkim z wyjątkiem młodego lorda; wlepiła weń cielęce spojrzenie, którego on nie zauważał. Nie było już sensu udawać, że jest obca w Wieży. Stała przed drzwiami Amyrlin, nic już jej nie mogło zatrzymać.

— Gawyn, nie wiem, gdzie one są, ale jeśli odbywają pokutę na jakiejś farmie, to prawdopodobnie całe są zlane potem, zagrzebane po pas w błocie, więc ty jesteś ostatnią osobą, którą chciałyby oglądać. — Prawdę powiedziawszy, zaniepokoiła się ich nieobecnością wcale nie mniej niż Gawyn. Zbyt wiele już się wydarzyło i zbyt wiele wiązało się z nimi i z nią. Ale też niewykluczone, że odesłano je w ramach jakiejś kary. — Nie pomożesz im, jeśli rozzłościsz Amyrlin.

— Nie mam pewności, czy one rzeczywiście są na jakiejś farmie. Czy w ogóle żyją. Po co całe to ukrywanie i uniki, jeśli zwyczajnie wyrywają chwasty? Jeśli cokolwiek się stanie mojej siostrze… Albo Egwene… — Marszcząc czoło, wbił wzrok w swoje buty. — Moim obowiązkiem jest opiekować się Elayne. Jak mogę ją chronić, skoro nie wiem, gdzie ona jest?

Min westchnęła.

— Myślisz, że ona wymaga opieki? Że którakolwiek z nich jej potrzebuje? — Skoro jednak Amyrlin gdzieś je wysłała, to może i tak było. Amyrlin umiałaby wysłać kobietę do jaskini niedźwiedzia z niczym prócz wierzbowej witki, gdyby to odpowiadało jej celom. I spodziewałaby się, że tamta wróci w niedźwiedziej skórze albo z niedźwiedziem na smyczy, w zależności od tego, jak brzmiałoby polecenie. Jednakże powiedzenie czegoś takiego Gawynowi tylko by zaogniło jego nastrój lub pogłębiło strapienie. — Gawyn, one złożyły przysięgę Wieży. Nie podziękują ci za wtrącanie się w ich sprawy.

— Wiem, że Elayne nie jest dzieckiem — odparł cierpliwym tonem — nawet jeśli wiecznie się waha między powrotem do dzieciństwa a udawaniem Aes Sedai. Ale to moja siostra, a poza tym jest Dziedziczką Tronu Andoru. Będzie królową, po matce. Andor potrzebuje jej całej i zdrowej, nie można dopuścić do kolejnej sukcesji.