Smok odrodzonyTekst

Z serii: Koło czasu #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Prolog

2  Rozdział 1

3  Rozdział 2

4  Rozdział 3

5  Rozdział 4

6  Rozdział 5

7  Rozdział 6

8  Rozdział 7

9  Rozdział 8

10  Rozdział 9

11  Rozdział 10

12  Rozdział 11

13  Rozdział 12

14  Rozdział 13

15  Rozdział 14

16  Rozdział 15

17  Rozdział 16

18  Rozdział 17

19  Rozdział 18

20  Rozdział 19

21  Rozdział 20

22  Rozdział 21

23  Rozdział 22

24  Rozdział 23

25  Rozdział 24

26  Rozdział 25

27  Rozdział 26

28  Rozdział 27

29  Rozdział 28

30  Rozdział 29

31  Rozdział 30

32  Rozdział 31

33  Rozdział 32

34  Rozdział 33

35  Rozdział 34

36  Rozdział 35

37  Rozdział 36

38  Rozdział 37

39  Rozdział 38

40  Rozdział 39

41  Rozdział 40

42  Rozdział 41

43  Rozdział 42

44  Rozdział 43

45  Rozdział 44

46  Rozdział 45

47  Rozdział 46

48  Rozdział 47

49  Rozdział 48

50  Rozdział 49

51  Rozdział 50

52  Rozdział 51

53  Rozdział 52

54  Rozdział 53

55  Rozdział 54

56  Rozdział 55

57  Rozdział 56

58  Glosariusz

Cykl powieściowy KOŁO CZASU

składa się z następujących tomów:

TOM I OKO ŚWIATA

TOM II WIELKIE POLOWANIE

TOM III SMOK ODRODZONY

TOM IV WSCHODZĄCY CIEŃ

TOM V OGNIE NIEBIOS

TOM VI TRIUMF CHAOSU

TOM VII KORONA MIECZY

TOM VIII ŚCIEŻKA SZTYLETÓW

TOM IX DECH ZIMY

TOM X ROZSTAJE ZMIERZCHU

TOM XI GILOTYNA MARZEŃ

TOM XII POMRUKI BURZY

TOM XIII BASTIONY MROKU

TOM XIV PAMIĘĆ ŚWIATŁOŚCI

Tytuł oryginału

THE DRAGON REBORN

Copyright © 1991 by The Bandersnatch Group, Inc

All rights reserved

Copyright © 2012, 2020 for the Polish translation

by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań

Ilustracja na okładce

Lee Gibbons

Redaktor prowadzący

Dariusz Wojtczak

Wydanie I w tej edycji

ISBN 978-83-8116-956-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Książka dedykowana Jamesowi Oliverowi Rigneyowi, Sr. (1920–1988)

Nauczył mnie, że trzeba zawsze dążyć za marzeniem i żyć w zgodzie z nim, kiedy już się je pochwyci.

„A jego ścieżki liczne będą i nikt nie rozpozna go z imienia, zrodzi się bowiem wśród nas wiele razy, pod wieloma postaciami, jak było przedtem i będzie znowuż, i tak bez końca. Nadejście jego będzie ostre niczym lemiesz pługa i odwróci skiby naszych żywotów, tam, gdzie cisi leżymy odłogiem. Zniszczy wszelkie więzi i wykuje łańcuchy. Stworzy przyszłość i odmieni przeznaczenie”.

z Komentarzy do Proroctw Smoka autorstwa Jurith Dorine, Prawej Ręki Królowej Almoren 742 OP, Trzeci Wiek


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Forteca światłości

Wiekowe spojrzenie Pedrona Nialla wędrowało po całej przestrzeni prywatnej komnaty przyjęć, ale ciemne oczy zasnute mgłą myśli nie widziały niczego. Poszarpane ozdoby wiszące na ścianach były kiedyś sztandarami bitewnymi wrogów jego młodości, teraz wtopiły się w ciemne drewno boazerii, którą wyłożono kamienne mury, grube nawet tutaj, w samym sercu Fortecy Światłości. Jedyny fotel, jaki znajdował się w komnacie — ciężki, z wysokim oparciem, przypominający niemalże tron — umykał jego niewidzącemu spojrzeniu, podobnie jak kilka rozproszonych w jej przestrzeni stolików, dopełniających umeblowania. Nawet mężczyzna w białym płaszczu — z widoczną na twarzy, ledwie powstrzymywaną gorliwością — klęczący na promiennym słońcu osadzonym w szerokich deskach podłogi przestał na chwilę przykuwać uwagę Nialla, choć wszak niewielu potrafiłoby zbyć go tak lekko.

Jaretowi Byarowi dano trochę czasu, aby się umył, zanim doprowadzono go przed oblicze Nialla, jednak zarówno jego hełm jak i napierśnik były zmatowiałe od kurzu dróg i pogięte od częstego użycia. Ciemne, głęboko osadzone oczy lśniły gorączkowym, naglącym światłem w twarzy, z której zniknęły wszystkie zbędne skrawki mięśni. Nie miał przy sobie miecza — nie zezwalano na posiadanie broni w obecności Nialla — zdawał się jednak trwać nieprzerwanie na skraju gwałtu, niczym pies szarpiący się na smyczy.

 

Niewielkie ognie w długich kominkach po obu stronach pomieszczenia rozpraszały nieco chłód późnej zimy. Na pierwszy rzut oka widać było, że jest to prosty, żołnierski pokój, wszystko dobrze odrobione, ale bez ekstrawagancji — wyjąwszy słońce zdobiące posadzkę. Umeblowanie pojawiło się w komnacie przyjęć Lorda Kapitana Komandora Synów Światłości razem z człowiekiem, którego wyniesiono na ten urząd. Rozbłyskujące słońce z czystego złota ścierały do gołego drewna pokolenia petentów, a wtedy zastępowano je i kolejne rzesze ścierały je na nowo. Złota było w nim tak dużo, że dałoby się za nie kupić dowolną posiadłość w Amadicii, razem z przypisanym do niej tytułem szlacheckim. Przez dziesięć lat Pedron Niall kroczył po tym złocie i nigdy nie pomyślał o nim po raz drugi, podobnie zresztą jak o wizerunku słońca wyszytym na piersiach jego białej tuniki. Złoto nie miało wiele powabu dla Pedrona Nialla.

Ostatecznie jego oczy spoczęły na stole stojącym w pobliżu fotela, zasłanym planami, rozrzuconymi listami i raportami. W tym rozgardiaszu znajdowały się trzy luźno zwinięte rysunki. Niechętnie podniósł jeden z nich. Nieważne który, wszystkie przedstawiały tę samą scenę, choć wykonały je różne dłonie.

Skóra Nialla była cienka jak przezroczysty pergamin, wiek opinał ją ściśle na ciele złożonym z samych kości i ścięgien, jednak słabość wydawała się nie mieć doń dostępu. Żaden mężczyzna nie piastował urzędu Nialla, zanim jego włosy nie stały się białe, żadnemu się to nie udało, jeśli nie był równie twardy jak kamienie, z których zbudowano Kopułę Prawdy. Nagle dojrzał z całą jasnością poznaczony ścięgnami grzbiet dłoni ściskającej rysunek, uświadomił sobie potrzebę pośpiechu. Było coraz mniej czasu. Jego czas się kurczył. Ale musi go wystarczyć. Musi działać tak, by wystarczyło czasu.

Rozwinął do połowy pergamin, tylko tyle, by zobaczyć interesującą go twarz. Kredka rozmazała się trochę w podróżnych jukach, ale twarz była wyraźnie widoczna. Szarooki młodzieniec z rudawymi włosami. Wyglądał na wysokiego, nie można jednak było mieć ostatecznej pewności. Pominąwszy włosy i oczy, mógłby mieszkać w dowolnym miasteczku, nie wzbudzając żadnych komentarzy.

— Ten… ten chłopiec ogłosił się Smokiem Odrodzonym? — wymruczał Niall.

Smok. Brzmienie tego imienia spowodowało, że poczuł dreszcz od przeszywającego chłodu zimy, przypomniał sobie, jaki jest stary. Imię wsławione przez Lewsa Therina Telamona, kiedy jednym aktem skazał na potępienie każdego mężczyznę, który potrafiłby przenosić Jedyną Moc, wówczas i na zawsze, na szaleństwo i śmierć, włączając w to samego siebie. Minęło ponad tysiąc lat od czasu, gdy duma Aes Sedai i Wojna z Cieniem położyły kres Wiekowi Legend. Trzy tysiące lat, ale dzięki proroctwom i legendom ludzie pamiętali… przynajmniej samą istotę opowieści, choć szczegóły pochłonął czas. Lews Therin Zabójca Rodu. Człowiek, który zapoczątkował Pęknięcie Świata, kiedy to szaleńcy zdolni do drenażu mocy, która kieruje wszechświatem, zrównywali z ziemią góry i zatapiali starożytne lądy pod wodami mórz, kiedy to całe oblicze ziemi odmieniło się, a ci, którzy przeżyli, niczym dzikie zwierzęta umykali przed światłem ognisk. Niekończąca się tortura, dopóki ostatni mężczyzna Aes Sedai nie padł martwy, a rozproszona rasa ludzka mogła rozpocząć odbudowę wszystkiego z gruzów, przynajmniej tam, gdzie chociaż gruzy pozostały. Opowieść o tym wpajały w pamięć historie, które matki opowiadały dzieciom. A proroctwa mówiły, że Smok odrodzi się ponownie.

Niall jedynie głośno myślał, ale Byar postanowił mu odpowiedzieć.

— Tak, mój Lordzie Kapitanie Komandorze, tak uczynił. Wynikło z tego większe szaleństwo, niźli z winy któregokolwiek z fałszywych Smoków, o jakich słyszałem. Tysiące już zadeklarowały swoje dla niego poparcie. Tarabon i Arad Doman pogrążyły się w stanie wojny domowej, a także wszczęły wzajemną waśń. Walki toczą się na całej Równinie Almoth i na Głowie Tomana, Tarabonianie przeciw Domani, przeciw Sprzymierzeńcom Ciemności domagającym się Smoka… trwały w każdym razie, dopóki zimowe chłody nie położyły im kresu. Nigdy dotąd nie słyszałem, by szerzyło się to tak szybko, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Jakby wrzucił zapaloną latarnię do stodoły pełnej siana. Śniegi mogły na jakiś czas zdusić zarzewie wojny, ale wraz z nadejściem wiosny płomienie wybuchną z nową siłą, potężniejsze zapewne niż w zeszłym roku.

Niall przerwał mu, unosząc palec do góry. Już dwukrotnie słyszał tę opowieść z ust Byara, głos tamtego za każdym razem pobrzmiewał gniewem i nienawiścią. Jej fragmenty poznał zresztą wcześniej z innych źródeł i o niektórych wydarzeniach wiedział więcej niż Byar, niemniej za każdym razem, kiedy ją słyszał, na nowo rozpalała w nim namiętności.

— Geofram Bornhald zginął, a wraz z nim tysiąc Synów. I odpowiedzialne są za to Aes Sedai. Nie masz żadnych wątpliwości, Synu Byar?

— Żadnych, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Po potyczce na drodze do Falme wypatrzyłem dwie wiedźmy z Tar Valon. Kosztowały nas pięćdziesięciu zabitych, zanim wreszcie naszpikowaliśmy je strzałami.

— Jesteś pewien… całkowicie pewien, że były to Aes Sedai?

— Ziemia eksplodowała nam pod stopami. — Głos Byara był zdecydowany i pełen wiary w wypowiadane słowa. Jaret Byar doprawdy nie miał zbyt wybujałej wyobraźni, śmierć stanowiła część żołnierskiego życia, niezależnie od tego, w jaki sposób się ją spotykało. — W nasze szeregi uderzały błyskawice, walące się wprost z jasnego nieba. Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, kim innym mogłyby one być?

Niall pokiwał ponuro głową. Od czasu Pęknięcia Świata nie było już mężczyzn Aes Sedai, jednak te kobiety, które rościły sobie prawo do tego tytułu, nadal potrafiły wystarczająco napsuć krwi. Bez przerwy paplały o swych Trzech Przysięgach: nie wypowiadać żadnych słów, które nie są prawdą; nie wytwarzać żadnej broni, dzięki której człowiek mógłby zabić człowieka; używać Jedynej Mocy jako broni wyłącznie przeciwko Sprzymierzeńcom Ciemności i Pomiotowi Cienia. Teraz wszak okazało się, ile warte są te przysięgi, odsłoniło się zawarte w nich kłamstwo. Zawsze uważał, że nikt nie może pragnąć mocy, którą władały, nie rzucając jednocześnie wyzwania Stwórcy, a to równało się służbie dla Czarnego.

— Ale nie wiesz niczego o tych, którzy zdobyli Falme i wybili połowę jednego z mych legionów?

— Lord Kapitan Bornhald mówił, że nazywają się Seanchanami, mój Lordzie Kapitanie Komandorze — odrzekł niewzruszenie Byar. — Twierdził, że są Sprzymierzeńcami Ciemności. A jego szarża pokonała ich, nawet jeśli podczas niej zginął. — Jego głos stał się nieco bardziej napięty. — Spotkałem wielu uchodźców z miasta. Wszyscy zgodnie opowiadali, że obcy zostali pokonani i uciekli. Całą zasługę należy przypisać Lordowi Kapitanowi Bornhaldowi.

Niall westchnął cicho. Niemalże tych samych słów Byar użył wcześniej, gdy zapytał go o armię, która pojawiła się na pozór znikąd, by zdobyć Falme.

„Dobry żołnierz — pomyślał Niall — Geofram Bornhald zawsze tak o nim mówił, ale zupełnie nie potrafi myśleć”.

— Mój Lordzie Kapitanie Komandorze — odezwał się nagle Byar — Lord Kapitan Bornhald rzeczywiście rozkazał mi, abym trzymał się z dala od bitwy, miałem obserwować wszystko i złożyć ci raport z pola walki. I opowiedzieć jego synowi, Lordowi Dainowi, jak zginął jego ojciec.

— Tak, tak — niecierpliwie przerwał mu Niall. Przez chwilę obserwował twarz tamtego, jego zapadłe policzki, potem dodał: — Nikt nie wątpi w twą uczciwość i odwagę. To jest właśnie dokładnie to, co zrobiłby Geofram Bornhald, stając w obliczu bitwy, w której mógł zginąć cały jego oddział.

„A nie coś, co tobie kiedykolwiek przyszłoby do głowy”.

Niczego więcej nie mógł się już od tego człowieka dowiedzieć.

— Dobrze się spisałeś, Synu Byar. Masz moje pozwolenie na wyjazd, abyś mógł zawieźć słowo o śmierci Geoframa Bornhalda jego synowi. Dain Bornhald przebywa obecnie gdzieś w okolicach Tar Valon, razem z Eamonem Valdą; tak przynajmniej stwierdzają ostatnie raporty. Możesz się do nich przyłączyć.

— Dziękuję, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Dziękuję. — Byar podniósł się i ukłonił głęboko. Jednak kiedy wyprostował się ponownie, jego twarz zdradzała wewnętrzne wahanie. — Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, zostaliśmy zdradzeni.

Nienawiść nadała tonowi jego głosu zgrzytliwe echo.

— Przez jednego z tych Sprzymierzeńców Ciemności, o których mi mówiłeś, Synu Byar? — Nie potrafił nadać swemu głosowi łagodniejszych tonów. Wieloletnie plany leżały w gruzach pośród zwłok tysiąca Synów, a Byar nie umiał rozmawiać o niczym innym jak tylko o tym jednym człowieku. — Przez tego młodego kowala, którego dwukrotnie widziałeś, owego Perrina z Dwu Rzek?

— Tak, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Nie wiem, w jaki sposób to się stało, wiem jednak, że to jego należy obwiniać. Wiem to.

— Zastanowię się, co należy zrobić w tej sprawie, Synu Byar. — Byar otworzył usta, chcąc jeszcze coś powiedzieć, ale Niall podniósł szczupłą dłoń, aby go powstrzymać. — Możesz już odejść.

Mężczyzna o wychudzonej, posępnej twarzy nie miał innego wyjścia, jak ukłonić się ponownie i wyjść.

Kiedy tylko drzwi zamknęły się za nim, Niall zagłębił się w wysokie oparcie swego fotela. Co spowodowało, że Byar tak nienawidził tego Perrina? Sprzymierzeńców Ciemności było wszędzie zbyt wielu, żeby marnować energię na nienawiść do konkretnej jednostki. Zbyt wielu Sprzymierzeńców Ciemności, wysokiego i niskiego stanu, ukrywających się za gładkimi językami i otwartymi uśmiechami, służących Czarnemu. Jeszcze jedno imię dodane do długich list nie zrobi żadnej różnicy.

Poprawił się na twardym fotelu, usiłując wygodnie umieścić swoje stare kości. Nie po raz pierwszy pomyślał mgliście, że być może miękkie obicie to wcale nie taki zbytek. I nie po raz pierwszy odsunął od siebie tę myśl. Świat pogrążał się w chaosie, nie było czasu na przejmowanie się starością.

Pozwolił, by w jego myślach zakłębiły się wszystkie te znaki, które przepowiadały katastrofę. Wojna objęła Tarabon i Arad Doman, wojna domowa rozszarpywała Cairhien, bojowa gorączka narastała we Łzie i w Illian, które tradycyjnie żywiły wobec siebie wrogość. Być może same w sobie te wojny niczego nie oznaczały — ludzie zawsze toczyli wojny — ale zazwyczaj po jednej naraz. A oprócz tego ten fałszywy Smok gdzieś na Równinie Almoth, jeszcze jeden, przez którego rozpadała się Saldaea, i ten trzeci, co nękał Łzę. Aż trzech jednocześnie.

„To są na pewno fałszywe Smoki. Na pewno!”.

I kilkanaście pomniejszych rzeczy, być może wynikłych niekiedy z bezpodstawnych pogłosek, ale biorąc wszystko razem… Poszeptywania na temat Aielów zauważonych w krainach położonych tak daleko na zachodzie jak Murandy i Kandor. Tylko jeden lub dwóch w każdym z tych miejsc, ale jeden Aiel czy tysiąc, nie czyniło to różnicy. W ciągu całego tego czasu, jaki minął od Pęknięcia, Aielowie raz tylko wyszli z Pustkowia. Tylko podczas Wojen z Aielami opuścili tę swoją jałową krainę. O Atha’an Miere, Ludzie Morza, powiadano, że porzucił całkowicie handel, aby szukać zapowiedzi i znaków — czego dokładnie, nikt nie wiedział — żeglując na statkach wypełnionych jedynie do połowy, lub wręcz całkiem pustych. Illian zwołało Wielkie Polowanie na Róg, pierwszy raz od niemalże czterystu lat, i rozesłało Myśliwych w poszukiwaniu legendarnego Rogu Valere, o którym proroctwa powiadały, że wezwie z grobu martwych bohaterów, aby walczyli w Tarmon Gai’don, Ostatniej Bitwie przeciwko Cieniowi. Plotki głosiły również, iż ogirowie, zawsze trzymający się na uboczu, do tego stopnia, że niektórzy traktowali ich jak legendę, zwoływali spotkania pomiędzy odległymi stedding.

Najbardziej jednak znaczące, dla Nialla przynajmniej, było to, że Aes Sedai otwarcie włączyły się we wszystkie te sprawy. Powiadano, że wysłały część swych sióstr do Saldaei, aby przeciwstawiły się fałszywemu Smokowi Mazrimowi Taimowi. Mazrim dysponował rzadką wśród mężczyzn cechą, potrafił przenosić Jedyną Moc. Już sama ta rzecz musiała rodzić lęk i pogardę, mało kto więc wierzył, że człowieka takiego da się pokonać inaczej, bez pomocy Aes Sedai. Dlatego lepiej zgodzić się na ich pomoc, niźli potem stanąć twarzą w twarz z nieuniknioną potwornością tego, co stanie się, gdy tamten oszaleje, czego również nie można było uniknąć. Ale Tar Valon najwyraźniej wysłało inne Aes Sedai, by wspierały tego drugiego fałszywego Smoka w Falme. Żadna inna koncepcja nie tłumaczyła równie dobrze faktów.

Obraz, jaki roztaczał się przed jego oczyma, przejmował go mrozem do szpiku kości. Chaos rozszerzał się jak nigdy dotąd, połykając coraz to nowe obszary. Cały świat zdawał się kłębić i kipieć, zbliżając nieomal do wrzenia. Nie miał wątpliwości. Naprawdę nadchodziła Ostatnia Bitwa.

 

Wszystkie jego plany uległy zniszczeniu, plany, które miały uwiecznić jego imię pośród setki pokoleń Synów Światłości. Ale ponieważ zamieszanie stwarza okazję, obmyślił więc nowe plany wiodące ku nowym celom. Oby tylko siły i woli starczyło, aby je urzeczywistnić.

„Światłości, pozwól mi żyć dostatecznie długo”.

Pełne szacunku pukanie do drzwi wyrwało go z otchłani mrocznych myśli.

— Wejść! — warknął.

Do środka wszedł służący w kaftanie i spodniach barwy bieli i złota, cały czas gnąc się w ukłonach. Ze spojrzeniem wbitym w posadzkę oznajmił, że Jaichim Carridin, Pomazaniec Światłości, Inkwizytor Ręki Światłości, zjawia się na rozkaz Lorda Kapitana Komandora. Carridin wszedł, następując niemalże służącemu na pięty, nie czekając, aż Niall wezwie go do środka. Niall gestem odprawił służącego.

Zanim drzwi zdążyły się zamknąć, Carridin opadł na jedno kolano, jego śnieżny płaszcz zaszeleścił. Na tle promiennego słońca naszytego na piersiach wyhaftowano szkarłatny pastorał oznaczający przynależność do Ręki Światłości, formacji przez wielu zwanej Śledczymi, chociaż mało kto ważył się powiedzieć im to w twarz.

— Ponieważ zażądałeś mojej obecności, mój Lordzie Komandorze — oznajmił silnym głosem — takoż powróciłem z Tarabonu.

Niall przez chwilę przyglądał mu się badawczo. Carridin był wysoki, dobrze już posunięty w średni wiek, ze śladem siwizny we włosach, wciąż jednak sprawny i silny. Jego ciemne, głęboko osadzone oczy, jak zwykle patrzyły przenikliwie, pełne jakby niedostępnej innym wiedzy. Nie mrugnął nawet pod mierzącym go w całkowitej ciszy, badawczym spojrzeniem Lorda Kapitana Komandora. Niewielu ludzi miało sumienia tak czyste albo nerwy tak mocne. Carridin klęczał, cierpliwie czekając, jakby otrzymanie lakonicznego rozkazu opuszczenia posterunku i niezwłocznego powrotu do Amadoru, bez podania jakichkolwiek powodów, było dlań rzeczą na porządku dziennym. Ale przecież niebezpodstawnie powiadano, że Jaichim Carridin zdolny był przeczekać kamień.

— Wstań, Synu Carridin. — Kiedy mężczyzna wyprostował się, Niall dodał: — Otrzymałem niepokojące wieści z Falme.

Carridin odpowiadając, wygładzał fałdy swego płaszcza. Ton jego głosu zachowywał jedynie cień należnego szacunku, jakby mówił do równego sobie, nie zaś do człowieka, któremu przysięgał służyć aż do śmierci.

— Mój Lord Kapitan Komandor nawiązuje do wieści przywiezionych przez Syna Jareta Byara, ostatnimi czasy zastępcy Lorda Kapitana Bornhalda.

Kącik lewego oka Nialla zadrgał, od dawna znana oznaka gniewu. Zasadniczo trzech tylko ludzi mogło zdawać sobie sprawę, że Byar jest w Amadorze, nikt zaś poza Niallem nie miał prawa wiedzieć, skąd on przybył.

— Nie bądź taki bystry, Carridin. Twoje pragnienie, aby wiedzieć wszystko, może cię pewnego dnia zaprowadzić w ręce własnych Śledczych.

Na twarzy Carridina nie można było dostrzec żadnej reakcji, poza lekkim zaciśnięciem ust, kiedy usłyszał pogardliwą nazwę.

— Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, Ręka Światłości szuka wszędzie prawdy, tym samym służąc Światłości.

Służąc Światłości. Nie służąc Synom Światłości. Wszyscy Synowie służyli Światłości, ale Niall wielokrotnie się zastanawiał, czy Śledczy rzeczywiście uważają, że należą do Synów.

— A jaką prawdę chcesz powiedzieć mi o tym, co zdarzyło się w Falme?

— Sprzymierzeńcy Ciemności, mój Lordzie Kapitanie Komandorze.

— Sprzymierzeńcy Ciemności? — Niall zaśmiał się, ale w głosie jego nie było śladu wesołości. — Minęło kilka tygodni, od czasu jak otrzymałem od ciebie raporty stwierdzające, że Geofram Bornhald to sługa Czarnego, ponieważ poprowadził swe oddziały na Głowę Tomana, wbrew twoim wyraźnym rozkazom. — Jego głos stał się zwodniczo łagodny. — Czy teraz masz zamiar przekonać mnie, że Bornhald jako Sprzymierzeniec Ciemności poprowadził tysiąc Synów na śmierć w walce z innymi Sprzymierzeńcami Ciemności?

— To, czy był, czy nie był Sprzymierzeńcem Ciemności, pozostanie na zawsze tajemnicą — odrzekł szyderczo Carridin — albowiem zginął, zanim mogliśmy poddać go przesłuchaniu. Mroczne są knowania Cienia i często zdają się szaleństwem dla tych, którzy żyją w Światłości. Ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że ci, którzy zajęli Falme, musieli być Sprzymierzeńcami Ciemności. Sprzymierzeńcy Ciemności i Aes Sedai popierające fałszywego Smoka. To Jedyna Moc zniszczyła Bornhalda i jego ludzi, tego jestem najzupełniej pewien, mój Lordzie Kapitanie Komandorze, podobnie jak zniszczyła armie, które Tarabon i Arad Doman wysłały przeciwko Sprzymierzeńcom Ciemności w Falme.

— A co sądzisz na temat opowieści, jakoby ci, którzy dokonali inwazji na Falme, przypłynęli zza Oceanu Aryth?

Carridin potrząsnął przecząco głową.

— Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, ludzie nigdy nie przestają zmyślać różnych plotek. Niektórzy utrzymują, iż to armie, które tysiąc lat temu Artur Jastrzębie Skrzydło wysłał na drugą stronę Oceanu Aryth, powróciły, roszcząc sobie prawo do tych ziem. Cóż, byli tacy, którzy ponoć widzieli w Falme samego Artura Jastrzębie Skrzydło. A prócz tego połowę bohaterów opowieści bardów. Zachód wrze, od Tarbonu po Saldaeę, każdego dnia powstają setki nowych plotek, każda bardziej przesadna od poprzedniej. Ci tak zwani Seanchanie to po prostu kolejna hałastra Sprzymierzeńców Ciemności, która zebrała się, aby udzielić poparcia fałszywemu Smokowi, z tym, że teraz doczekali się udzielonej najzupełniej jawnie pomocy Aes Sedai.

— Jakie masz na to dowody? — Niall powiedział to takim tonem, jakby wątpił w całość wywodu. — Czy pojmałeś jakichś jeńców?

— Nie, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Jak bez wątpienia opowiedział ci Syn Byar, Bornhaldowi udało się zadać im takie straty, że musieli się rozproszyć. A z pewnością żaden z tych, których poddajemy badaniom, nie przyzna się do popierania fałszywego Smoka. Jeśli zaś idzie o dowody… dowód składa się z dwóch części. Czy mój Lord Kapitan Komandor pozwoli mi go przedstawić?

Niall wykonał niecierpliwy gest.

— Pierwszą część stanowi dowód negatywny. Niewiele statków próbowało przepłynąć Ocean Aryth, a większość z nich nigdy nie powróciła. Te, którym się udało, zawróciły, zanim skończyły im się zapasy pożywienia i wody. Nawet Lud Morza nie żegluje do drugiego brzegu Aryth, a oni wszak podróżują wszędzie tam, gdzie można zarobić na handlu, nawet do krain położonych za Pustkowiem Aiel. Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, jeżeli za Oceanem Aryth znajdują się w ogóle jakiekolwiek ziemie, to są zbyt daleko, by dało się do nich dotrzeć, ocean jest nazbyt rozległy. Przerzucenie przez niego armii byłoby równie niemożliwe jak latanie w powietrzu.

— Być może — powiedział wolno Niall. — Oczywiście twoje uwagi są znaczące. Jaka jest pozostała część dowodu?

— Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, wielu z tych, których przesłuchaliśmy, mówiło o potworach walczących w służbie Sprzymierzeńców Ciemności i nie odstępowało od swoich zeznań nawet po zastosowaniu ostatniego stopnia przesłuchania. Cóż innego mogłoby to być jak nie trolloki oraz inny Pomiot Cienia, sprowadzony niewiadomym sposobem z Ugoru? — Carridin rozłożył ręce, jakby rzeczywiście jego dowód był konkluzją. — Większość ludzi sądzi, że trolloki stanowią tylko przedmiot kłamstw i opowieści podróżników, a przeważająca część pozostałych uważa, iż wybito je wszystkie podczas Wojen z Trollokami. Jakim więc innym mianem obdarzyliby trolloka jak nie „potwór”?

— Tak. Tak, być może masz rację, Synu Carridin. Być może, zaznaczam. — Nie miał zamiaru dać tamtemu powodu do satysfakcji, oznajmiając, że dał się przekonać.

„Niech na to jeszcze trochę zapracuje”.

— A co z nim? — Wskazał na zwinięte rysunki. Carridin mu- siał mieć ich kopie w swych komnatach, jeśli go znał. — Do jakie- go stopnia jest niebezpieczny? Czy potrafi przenosić Jedyną Moc?

Śledczy zwyczajnie wzruszył ramionami.

— Może potrafi, a może nie. Aes Sedai bez najmniejszej wątpliwości potrafiłyby skłonić ludzi do wiary, iż kot potrafi ją przenosić, jeśli miałyby na to ochotę. A co zaś do stopnia, do jakiego jest niebezpieczny… Każdy fałszywy Smok jest groźny, dopóki nie zostanie pokonany, a taki, za którym stoi Tar Valon, jest dziesięciokroć groźniejszy. Teraz jest jednak znacznie mniej niebezpieczny, niźli będzie za pół roku, jeżeli się go nie powstrzyma. Jeńcy, których przesłuchiwałem, nigdy go nie widzieli i nie mają pojęcia, gdzie może teraz przebywać. Jego siły są rozproszone. Wątpię, czy ma więcej niż dwustu ludzi zgromadzonych w jednym miejscu. Tarabonianie oraz Domani, jedni albo drudzy, mogliby pojedynczo się z nimi uporać, gdyby nie byli tak zajęci, walcząc z sobą.

— Nawet fałszywy Smok — powiedział sucho Niall — to za mało, by zapomnieli o czterystu latach waśni o władzę na Równinie Almoth. Jakby którzykolwiek mieli dosyć sił, aby ową władzę utrzymać.

Wyraz twarzy Carridina nie zmienił się, a Niall po raz kolejny zdumiał się tym spokojem.

„Już niedługo przestaniesz być taki spokojny, Śledczy”.

— To jest nieważne, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Zima zatrzymała ich wszystkich w obozach, wyjąwszy rzadkie potyczki i napaści. Kiedy pogoda ociepli się na tyle, aby oddziały mogły wyjść w pole… Na Głowie Tomana Bornhald tylko połowę swego legionu poprowadził na śmierć. Z drugą połową zdołam zagonić tego fałszywego Smoka na jego śmierć. Trup nikomu nie zagraża.

— A jeśli natkniesz się na to, z czym, jak się wydaje, zmierzył się Bornhald? Aes Sedai używające Mocy do zabijania?

— Czary nie chronią ich przed strzałami albo nożem w ciemnościach. Umierają równie łatwo jak inni ludzie. — Carridin uśmiechnął się. — Obiecuję ci, że sprawę można będzie uznać za zakończoną jeszcze przed nadejściem lata.

Niall pokiwał głową. Ten człowiek był teraz bardzo pewny siebie. Bez wątpienia w jego opinii niebezpieczne pytania, gdyby miały paść w ogóle, już padły.

„Powinieneś pamiętać, Carridin, że zawsze uważano mnie za dobrego taktyka”.

— Dlaczego — zapytał cichym głosem — nie poprowadziłeś swych własnych sił na Falme? Sprzymierzeńcy Ciemności na Głowie Tomana, wroga armia okupująca Falme, a ty próbowałeś zatrzymać Bornhalda. Dlaczego?

Carridin zamrugał, ale jego głos pozostał niewzruszony.

— Pierwotnie były to tylko plotki, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Plotki tak szalone, że nikt w nie nie wierzył. Kiedy wreszcie poznałem prawdę, Bornhald już rzucił się w wir bitwy. Zginął, a Sprzymierzeńcy Ciemności zostali rozgromieni. Poza tym moim zadaniem było nieść Światłość na Równinie Almoth. Nie miałem prawa zlekceważyć rozkazów, kierując się tylko plotką.

— Twoim zadaniem? — powtórzył Niall, jego głos wzniósł się, gdy powstał. Inkwizytor, mimo iż przewyższał go o głowę, cofnął się o krok. — Twoje zadanie? Twoim zadaniem było opanowanie Równiny Almoth! Pusty kosz, do którego nikt nie rości praw, wyjąwszy puste słowa i roszczenia, a wszystko, co do ciebie należało, to napełnić go. Lud Almoth mógłby odżyć na nowo pod rządami Synów Światłości, którzy nie musieliby składać werbalnych choćby przysiąg żadnym głupim królom. Amadicia i Almoth stałyby się imadłem zaciskającym wokół Tarabonu. W ciągu pięciu lat trzęślibyśmy ich tronem równie łatwo, jak dzieje się to tutaj, w Amadicii. A dzięki tobie te plany zdać się mogą psu na budę!

Uśmiech na twarzy tamtego zniknął nareszcie.

— Mój Lordzie Kapitanie Komandorze — zaprotestował Carridin. — Jak mogłem przewidzieć, co się zdarzy? Jeszcze jeden fałszywy Smok. Tarabon i Arad Doman przystąpiły na koniec do prawdziwej wojny, ale po ilu latach zwykłego powarkiwania na siebie. Aes Sedai wreszcie objawiły swoje prawdziwe oblicze po trzech tysiącach lat obłudy! Ale nawet biorąc pod uwagę to, co się zdarzyło, jeszcze nie wszystko stracone. Mogę odnaleźć i zniszczyć tego fałszywego Smoka, zanim jego wyznawcy się zjednoczą. A kiedy Tarabonianie i Domani osłabną we wzajemnych walkach, będzie można ich przepędzić z równiny bez…