RieseTekst

Z serii: Nowa Polska #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Dmitry Glukhovsky, 2019

Copyright © Robert J. Szmidt, 2019

All rights reserved. The moral law of the authors has been asserted

Pomysł serii

Dmitry Glukhovsky, 2018–2019

Projekt okładki

Paweł Bondarenko

Plan Gór Sowich

Leonid Dobkacz

Projekt polskiego logotypu serii

Tomasz Brzozowski

Redakcja

Urszula Gardner

Korekta

Pracownia 12A

Skład

Tomasz Brzozowski

Konwersja do wersji elektronicznej

Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-66360-03-7


Insignis Media

ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków

tel. +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Snapchat: insignis_media

Świat zniewolony do samego dobra

jest takim samym przybytkiem niewoli

jak świat zniewolony do samego zła.

Stanisław Lem, 1921–2006

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Nie zwolniła na widok zakrwawionej Aurory, choć dostrzegła w jej oczach najpierw rodzącą się nadzieję, a potem, gdy stado bestii wypadło zza narożnika korytarza, strach, bezgraniczny strach, który wyzierał z wielkich jak spodki źrenic.

Przeskoczyła nad konającą przyjaciółką, trącając krawędzią buta wyciągniętą w rozpaczliwym geście dłoń. Ten trwający zaledwie ułamek sekundy kontakt zabolał, jakby ktoś smagnął ją biczem przez plecy. Jednakże nie uległa panice, gdy zduszony krzyk za jej plecami urwał się jak nożem ucięty. Nie mogła sobie na to pozwolić. Wiedziała, że jedyną szansą na ocalenie życia jest ucieczka, gnała więc przed siebie, nie bacząc na nikogo i na nic. Przebierała nogami tak szybko, że momentami traciła nad nimi kontrolę, jakby układ nerwowy nie był w stanie nadążyć za frenetycznymi ruchami mięśni, lecz – ku jej bezgranicznemu zdumieniu i nie mniejszemu przerażeniu – to nadal nie wystarczało!

Bestie nie odpuszczały, były tuż za nią. Wyprzedzała je już tylko o kilka kroków, ale i ta, jakże niewielka, odległość malała z każdą chwilą, z każdym krokiem, z każdym oddechem – może nie w zastraszającym tempie, lecz systematycznie.

Na szczęście miała nad potworami przewagę; jedną tylko, ale za to naprawdę znaczną. Urodziła się w tym mrocznym miejscu, tutaj się też wychowała, krótko mówiąc: znała plątaninę tuneli jak własną kieszeń. Wiedziała, jaką drogę wybrać, by do maksimum wykorzystać ten cenny atut.

Zaślepione żądzą krwi bestie z powierzchni, niewątpliwie szybsze i zwinniejsze, gnały przez labirynt na ślepo, nie mając bladego pojęcia, co kryje się za kolejnym załomem betonowej ściany. Nie wiedziały też, jak brać zakręty, by nie wpaść na niewidoczne wcześniej przeszkody, tak więc już kilkakrotnie dały się zaskoczyć i ugrzęzły na przewężeniach, między przeciwpożarowymi skrzyniami z piaskiem albo innymi rupieciami, dzięki czemu mogła odzyskać choć część dystansu traconego na długich prostych.

Tylko dzięki posiadanej wiedzy nie została jeszcze pochwycona i zabita, jak dziesiątki jej sąsiadów i współtowarzyszy, niemniej zdawała sobie sprawę, że fortuna nie może i nie będzie sprzyjać jej w nieskończoność. Wystarczy przecież jedno potknięcie, chwilowa utrata równowagi, poślizgnięcie na kałuży wciąż świeżej krwi, a te wyjące potępieńczo ścierwa opadną ją jak przysłowiowa szarańcza – czymkolwiek była szarańcza – i… rozerwą na strzępy, jak przed momentem Aurorę.

Skręciła, nie zwalniając, w kolejną odnogę przelotowego korytarza. Wybiła się natychmiast z lewej nogi, by bez zmiany tempa przeskoczyć nad blokującymi przejście beczkami, które tego dnia miały posłużyć konserwatorom do spuszczenia wody z ukrytych za betonową ścianą zbiorników. Przeleciała nad wysokimi prawie na metr plastikowymi pojemnikami jak rasowa płotkarka, modląc się w myślach, by nie zaczepić stopą o trudną do pokonania, nierówną przeszkodę.

Udało się! Wylądowała twardo, może ciut za sztywno, lecz nie wypadła z rytmu, dzięki czemu niemal natychmiast udało się jej ponownie przyśpieszyć. Zdążyła pokonać połowę krótkiej prostej, zanim zza narożnika wypadło czoło tabunu charczących głośno bestii.

Nie obejrzała się, ponieważ to groziło zmyleniem kroku, nadstawiła za to ucha. Spodziewała się łoskotu, z którym prześladowcy wpadną na niespodziewaną przeszkodę, i usłyszała go, lecz nie wszystko poszło zgodnie z jej życzeniem. Pierwsze potwory lądowały właśnie z metalicznym stukotem na betonowej wylewce za beczkami. Dopiero po ciągnącej się w nieskończoność sekundzie z głębi korytarza dobiegł pełen wściekłości skowyt tych ścierw, które gnały pośrodku stawki i mając przesłonięty widok, nie zdołały w porę dostrzec zagradzających im drogę beczek.

Tak czy owak zdołała podzielić ścigające ją stado, ale choć bestii za nią było teraz o wiele mniej, te najzwinniejsze i najbardziej zacięte nadal siedziały jej na karku – a co gorsza, dzięki chwilowemu przetrzebieniu paradoksalnie zyskały większą swobodę ruchu, mogły więc sprawniej pokonywać kolejne zakręty klaustrofobicznie niskich, wąskich korytarzy i znów z każdą chwilą skracały dystans dzielący je od przerażonej ofiary.

Strach dodał jej skrzydeł. Nigdy wcześniej nie stanęła oko w oko ze śmiercią. Nigdy wcześniej te straszne potwory, o których tyle się nasłuchała, nie znalazły drogi do tuneli będących jej domem. Teraz jednak szalały wszędzie wokół. W morderczym szale zabijały każdego, kogo napotkały na swojej drodze. Widziała to na własne oczy, słyszała na własne uszy, nawet teraz, w tych odludnych zaułkach, przez które fala okrutnych drapieżców przetoczyła się kilka minut temu. Krzyki mordowanych zdawały się dobiegać zewsząd: z głębi łączników prowadzących do sąsiednich sektorów, zza grubych ścian i uchylonych włazów mijanych w szaleńczym pędzie pomieszczeń.

Bestie zaatakowały przed chwilą, wpadając do kompleksu ze wszystkich stron równocześnie, a te, które obrały za cel sektor mieszkalny, wdarły się do niezabezpieczonych w żaden sposób kwater, tak więc okoliczne korytarze – na jej szczęście – świeciły już pustkami, jeśli nie liczyć leżących tu i ówdzie zmasakrowanych potwornie ciał pechowców – czy też może szczęściarzy – zabitych szybko i w miarę bezboleśnie podczas pierwszej fazy zaskakującego szturmu.

Wrzaski i skowyty odbijające się setnym echem od otaczających ją ścian świadczyły o ogromie okrucieństwa, jakiego musieli doświadczać ludzie zamieszkujący te tunele. Ci sami, którzy jeszcze wczoraj zapewniali ją, uśmiechając się lekceważąco, że nic takiego nie może się wydarzyć, że nic jej nie grozi, dopóki nie spróbuje wyjść na wypaloną atomowym ogniem powierzchnię. To ich lamenty słyszała teraz, to ich głosy milkły kolejno, urywając się gwałtownie, raz na zawsze.

Nie mogła podzielić ich losu!

Nie tutaj i nie teraz!

Potrzebowała jeszcze tylko chwili, pół minuty, nie więcej, by zyskać szansę na umknięcie pogoni. Od ocalenia dzieliły ją dwa zakręty, za którymi – jeśli tylko dopisze jej szczęście – znajdzie upragnione schronienie.

Na najbliższym rozwidleniu skręciła w prawo i tylko cudem zdołała ominąć otwarty na oścież właz, który blokował trzy czwarte wąskiego podrzędnego korytarza. Nie zerknęła nawet w kierunku wnętrza mijanej kwatery, nie musiała tego robić, by wiedzieć, jaki los spotkał jej lokatorów. Chwilę wcześniej, jeszcze przed zakrętem, przeskoczyła nad zwłokami mężczyzny, który tu mieszkał. Krew z licznych ran na jego ciele nie zdążyła się jeszcze rozlać w szeroką kałużę, mogła więc pokonać tę makabryczną przeszkodę, nie zwalniając z obawy przed fatalnym w skutkach poślizgiem. Nieludzkie wycie dobiegające zza otwartego wejścia uzmysłowiło jej, jaki koniec spotka żonę i obie córki zmasakrowanego sąsiada.

Zaczerpnęła głębiej tchu, drżąc na myśl, że jeśli tylko pozwoli się złapać, czeka ją taki sam, a może nawet gorszy koszmar. Zapanowała nad falą paniki, zmuszając ciało do jeszcze większego wysiłku, choć pulsująca w uszach krew zaczynała zagłuszać wszelkie inne dźwięki, nawet skowyty zbliżających się znów prześladowców.

Nagle poczuła ulgę, gdyż dotarło do niej, że otwarty na oścież właz może być zesłaną przez los upragnioną szansą. Skoro ona minęła go z takim trudem, bestie z pewnością stracą tam kolejne sekundy, co pozwoli jej na zwiększenie dystansu o kilka jakże cennych kroków, a to powinno wystarczyć do realizacji śmiałego planu.

Tak.

Tak!

Dobiegający zza jej pleców metaliczny klang, po którym nastąpił wściekły ryk zawodu, zabrzmiał w jej uszach milej od akordów najpiękniejszej muzyki. Szczęście nadal jej dopisywało. Widziała już miejsce, w którym musi skręcić po raz ostatni. Gnała co sił w nogach ku rozwidleniu korytarzy, nie zwalniając ani na moment, choć powinna była to zrobić. Jeszcze krok i zniknie prześladowcom z oczu…

 

Weszła w zakręt ze zbyt wielką prędkością, uderzając ramieniem o ścianę i tracąc równowagę – tak to przynajmniej musiało wyglądać z perspektywy ścigających ją potworów – jednakże zignorowała przeszywający szczupłe ciało ból, ponieważ… na tym właśnie zasadzał się jej plan!

Teraz musi tylko dokładnie wymierzyć…

Zniknąwszy prześladowcom z oczu, rzuciła się szczupakiem na szorstką betonową wylewkę, mając gdzieś, że ubrudzi i porozrywa znoszone ubranie. Sunęła na brzuchu w kierunku znajdującej się tuż nad posadzką wąskiej kratki, jednej z setek podobnych, które prowadziły do klaustrofobicznie wąskich szybów technicznych. Zdecydowana większość z nich została przyśrubowana na stałe, ale nie ta. Za plecionką z pordzewiałego metalu znajdowała się bowiem jej ulubiona kryjówka, odkryta jeszcze w czasach radosnego dzieciństwa. To tutaj przesiadywała za każdym razem, gdy chciała być sama, nie niepokojona przez dorosłych i rówieśników.

Sektor mieszkalny, leżący w peryferyjnej części kompleksu, świecił zazwyczaj pustkami. Dosłownie jedno rozwidlenie stąd kończyły się wybetonowane korytarze. A dalej… Dalej znajdowały się cele – taką przynajmniej nazwę nadała tym mikroskopijnym pomieszczeniom, gdy po raz pierwszy trafiła w to miejsce. Dlaczego? Każda została zabezpieczona włazem, który miał nietypowy okrągły wizjer zrobiony z niemal niezniszczalnego, grubego na centymetr pleksiglasu.

Nie miała pojęcia, jakie mogło być pierwotne przeznaczenie ciągu dziwacznych komór, wiedziała jedynie, że od lat, z rzadka, bo z rzadka, przetrzymywano w nich schwytane na powierzchni bestie, potrzebne do jakichś badań czy eksperymentów. Od roku jednak, albo nawet od dwóch lat, nie widziała w tym korytarzu żywej duszy.

Poczuła niewysłowioną ulgę, gdy metalowa kratownica ustąpiła pod naporem wysuniętych dłoni. Przegroda uchyliła się niemal do końca, wydając przy tym ciche skrzypnięcie. To wystarczyło.

Pomimo osiągnięcia wieku dwunastu lat uciekinierka wciąż była bardzo szczupła i niewysoka – jak zdecydowana większość jej rówieśników, pozbawionych od urodzenia zbawczego wpływu słońca i wielu witamin – nie miała więc najmniejszych problemów z wsunięciem się do niewiele szerszego od jej ramion otworu. Dalej też poszło gładko. Kratka opadła na miejsce dwie, może trzy sekundy przed pojawieniem się bestii.

Nie miała czasu na odpoczynek, przetoczyła się więc natychmiast, by sięgnąć do zamontowanych przez nią samą rygielków, dzięki którym mogła zablokować od wewnątrz wejście do ciasnej kryjówki. Potem odczołgała się pośpiesznie w głąb szybu, wstrzymując oddech, choć umęczone płuca błagały o tlen, paląc ją żywym ogniem. Tam, z twarzą omotaną grubymi jak tiul pajęczynami, zamarła w bezruchu, tuląc się do plątaniny grubych jak jej przeguby kabli i ciepłych skorodowanych rur. Znieruchomiała, nasłuchując odgłosów dobiegających z korytarza.

Była pewna, że ostatnim manewrem zdoła w końcu zgubić pogoń. Miała też nadzieję, że zanim rozjuszone potwory dotrą do końca ślepego zaułka za celami i zrozumieją, iż nie zniknęła za kolejnym zakrętem, ona sama zdąży się cofnąć szybem technicznym aż do pomieszczenia rozdzielni, w którym będzie mogła skorzystać niezauważenie ze studzienki prowadzącej do rozległego systemu międzypoziomowej kanalizacji. Tam zniknie bestiom z oczu na dobre, jakby rozpłynęła się w powietrzu. Uśmiechnęła się pod nosem na tę myśl i ruszyła ostrożnie przed siebie.

Zamarła, gdy zza mijanej właśnie kratki dobiegł tupot licznych stóp. Kilka sekund wcześniej awangarda przerzedzonej hordy minęła załom korytarza i zgodnie z jej przewidywaniami popędziła w kierunku znajdującego się dwadzieścia metrów dalej rozwidlenia, dzieląc się tam na jeszcze mniejsze grupki. Potwory nie były aż tak głupie, jak o nich mówiono. W tym samym czasie spenetrowały obie odnogi tunelu mieszczącego rząd cel. Reszta stada, nie zwalniając, pognała za przewodnikami.

Upewniwszy się, że bestie nie odkryły jej fortelu, ruszyła ponownie, lecz zaraz przystanęła, gdyż z zewnątrz, od strony załomu korytarza, dobiegły kolejne, znacznie bardziej niepokojące hałasy. To te ścierwa, które nie zdołały przeskoczyć beczek, uświadomiła sobie, nasłuchując uważnie przez wciąż dokuczliwy łomot krwi w uszach.

Ku jej przerażeniu całkiem niemała grupa ścigających ją bestii najpierw zwolniła, a potem zatrzymała się całkowicie. Z zewnątrz dobiegało teraz wyłącznie głośne dyszenie oraz ciche szuranie, w pewnym momencie rozległy się także jakieś stukoty i zgrzyty, jakby potwory z powierzchni, które dotarły aż do cel, nie tylko zaglądały przez wizjery, lecz także próbowały poruszyć pokrętłami rygli, by dostać się do któregoś z zamkniętych na głucho pomieszczeń.

Może to i dobrze, pomyślała, gdy dotarło do niej, że zajęci badaniem nietypowego odcinka tunelu prześladowcy zapomną na chwilę o jej istnieniu, co powinno wystarczyć…

– Hej!

Skuliła się w kryjówce, jakby ten dobiegający z oddali okrzyk oznaczał, że została zauważona, co było przecież niemożliwe.

– Co jest? – Sekundę później usłyszała charakterystyczny chropawy, ale bez wątpienia damski głos.

– Sama zobacz! – rzucił jeden z podludzi, chyba ten, który przed chwilą się wydarł.

– O ja pierdolę, to przecież… – Zaskoczona kobieta zamilkła w pół słowa, lecz gdy znów się odezwała, mówiła szybciej, podniesionym tonem, jakby to, co zobaczyła w celi, wstrząsnęło nią do głębi. – Kolec, gnaj do windy i ściągnij mi tu Karbalę!

– No weź, Kosa! Dajże odetchnąć! – w nosowym, męskim głosie dało się wyczuć niemal ludzką skargę.

Nie dziwiła się tamtemu, sama z trudem łapała oddech. Jeszcze minuta biegu i po prostu stanęłaby za kolejnym załomem korytarza, nie mając sił na dalszą ucieczkę. Bez względu na to, co miałoby się z nią stać. Wzdrygnęła się na tę myśl.

– Natychmiast! – Kosa nie ustąpiła.

– Tajest – odmruknął zrezygnowanym tonem mężczyzna.

Głośne tupanie zbliżyło się do kryjówki, po czym ucichło stopniowo w oddali, jednakże do końca wymiany zdań w korytarzu było jeszcze daleko.

– Dopadliście ją? – zapytała ta sama kobieta, która odesłała przed momentem Kolca, kierując te słowa do podwładnych wracających ze ślepo zakończonych korytarzy.

– Nie… – odpowiedział jej inny zdyszany mężczyzna, z trudem łapiąc oddech. Pewnie jeden z tych, którzy cały czas biegli na czele watahy. – Zniknęła… Przepadła jak ślepy stalker… po wpadnięciu do Odry… Te tunele kończą się ślepo… Sprawdziliśmy dokładnie… wszystkie pomieszczenia po drodze… prócz tych zamkniętych od zewnątrz na kłódki… – Z każdą upływającą sekundą prymityw odzyskiwał oddech.

To prawda, co o nich mówią, pomyślała. To już nie ludzie, tylko zwierzęta. Mówiące, krwiożercze potwory.

W tej części Otchłani znajdowało się wiele starych magazynów, od dawna pustych i nieużywanych, czego te bestie nie mogły wiedzieć, w przeciwieństwie do kryjącej się przed nimi uciekinierki.

– Szlag by trafił tę małą dziwkę… – Na zewnątrz rozległy się głośne szmery zawodu, uciszone kolejną wypowiedzią dowodzącej hordą kobiety. – Gdzie widzieliście ją po raz ostatni?

– Przed tym zakrętem. – Sapiący musiał wskazać oddalony o dziesięć metrów narożnik.

– Tu nie miała gdzie się schować – ocenił ktoś inny, też bardzo mocno zdyszany. – Zero drzwi, tylko te dziury.

Moment później któraś z bestii kopnęła z całych sił w pobliską kratkę. Na szczęście nie w tę co trzeba – lecz nawet gdyby trafiła na właściwą, grube jak palec bolce powinny wytrzymać impet uderzenia.

Powinny, choć po tylu latach zaniedbań były równie pordzewiałe jak większość niekonserwowanych mechanizmów, zatem…

– Dobra, dość tego dobrego – zadecydowała tymczasem przywódczyni hordy. – To tylko jedna gówniara. Nie mamy czasu na pierdoły. Prędzej czy później wylezie, wtedy ją dopadniemy. Szczerba, zaprowadź swoich ludzi do sektora C, jak było ustalone. Reszta wraca na główny korytarz, tam się przegrupujemy i poczekamy na nowe rozkazy! Ruchy, ruchy na sprzęcie!

Zawiedzeni prześladowcy potruchtali w stronę najbliższego rozwidlenia, na którym rozdzielili się na mniej więcej równe grupy. Skulona w mroku uciekinierka widziała za jedną z kratek ich nogi, a potem, gdy oddalili się bardziej, całe zgarbione, odziane w łachmany sylwetki. Żaden nie zwolnił ani się nie obejrzał. Zachowywali się jak zwierzęta albo maszyny. Otrzymali nowe zadania, więc ruszyli, by je wykonać.

Przy celach ponownie zapanowała względna cisza, zakłócana sporadycznymi odgłosami stłumionych odległością strzałów i znacznie cichszymi, choć o wiele częstszymi wrzaskami. Kraniec kompleksu znajdował się naprawdę daleko od głównego tunelu – zanim goniec dotrze pod windę i wróci tutaj z tą całą Karbalą, minie pięć, może nawet dziesięć minut.

W tym czasie nie tylko zdążę zniknąć w studzience, ale też zdołam sprawdzić, co tak zainteresowało tych podludzi, uznała uciekinierka po dłuższym zastanowieniu.

Bała się powrotu na korytarz, lecz była też ciekawa, co takiego bestie znalazły w jednej z cel. Tak ciekawa, że postanowiła zaryzykować. Podczołgała się bardzo ostrożnie do wyjścia z kryjówki, tam zamarła na prawie pół minuty, nasłuchując uważnie, a potem – przysunąwszy twarz do zimnej jak sama śmierć plecionki ze stali – zlustrowała korytarz. Po ścigających nie było śladu, z zewnątrz nie dobiegał też żaden dźwięk, jeśli nie liczyć ech toczonych w oddali walk, odczekała więc jeszcze chwilę, próbując po raz ostatni zwalczyć pokusę, ale i tym razem okazała się słabsza. Wstrzymując oddech, bardzo wolno odsunęła oba rygielki. Podniosła odblokowaną kratkę, zachowując najwyższą ostrożność, aby zawiasy nie skrzypnęły jak przy otwieraniu, po czym położyła się na plecach i bardzo powoli wysunęła głowę na zewnątrz.

Zamarła, ledwie jej oczy znalazły się po drugiej stronie betonowego muru. Warująca przy samej ścianie, dokładnie pomiędzy kratkami, kobieta o mocno przerzedzonych włosach i pokrytej paskudnymi liszajami twarzy z dziwacznym znamieniem w kształcie krzyża pośrodku czoła wyszczerzyła nieliczne, niemal brązowe zęby, jednakże to nie ten drapieżny uśmiech zmroził serce dziewczyny, tylko czarny jak szata śmierci wylot lufy skierowanej prosto w jej czoło.

Ni…

Tyle zdążyła pomyśleć, zanim dziewięciomilimetrowy pocisk zakończył jej krótkie życie.

ROZDZIAŁ 1

Tory

– Zabiję cię! – wysyczała mu w ucho Iskra, gdy tylko wdrapała się do wnętrza stalowego wagonu, jednego z trzech podobnych, umieszczonych między pancernymi lokomotywami.

– Tak, wiem – odmruknął Pamiętający, sadowiąc się wygodnie pod ścianą, najdalej jak się dało od zbitych w gromadkę ślepców.

Wybrał to miejsce na moment przed zatrzaśnięciem masywnych stalowych drzwi, które odcięły jedyne źródło światła, pogrążając wnętrze w egipskich ciemnościach, co nie przeszkadzało jednak w żaden sposób pozbawionym wzroku niewolnikom.

– Serio, dziadzia – wymamrotała, pochylając się nad nim, by nie podnosić głosu. Wolała nie zwracać na siebie uwagi, a dopóki porozumiewali się pomrukami i szeptem, wydawane przez nich dźwięki tonęły w istnej kakofonii, z jaką bestia zwana pociągiem pancernym szykowała się do opuszczenia przedmieść Wrocławia. – Jeśli oni cię tam nie kropną, ja to zrobię, słowo daję.

– Siadaj – burknął, nie zwracając uwagi na kolejną zaczepkę.

– Bo co? – prychnęła buńczucznie, niemal równocześnie z dobiegającym z zewnątrz gwizdem.

– Bo to.

Wagonem szarpnęło tak mocno, że wszyscy niewolnicy, którzy wciąż stali, zostali dosłownie ścięci z nóg. Łomotom, z jakimi padali na metalową podłogę, towarzyszyły zduszone sapnięcia i jeden jedyny, ale zdaniem Pamiętającego stanowczo zbyt głośny pisk. Zaskoczona dziewczyna wyrżnęła boleśnie czołem o zimną ścianę, lecz co trzeba jej oddać, natychmiast wzięła się w garść. Moment później, sapiąc jak pozostałe ofiary, opadła ciężko na chropowate płyty, by zająć miejsce obok z trudem powstrzymującego śmiech Remera.

– Wiedziałeś, że tak będzie – szepnęła z czytelnym wyrzutem w głosie.

– Radziłem przecież, żebyś usiadła – odparł, nie kryjąc rozbawienia.

– Zabiję cię, ty rozpaćkany przez stąpacza oblechu. Oj, żebyś ty wiedział, jak ja cię zabiję.

– Powtarzasz się – zbył ją oschle, wsłuchując się w przyśpieszający turkot kół.

Zagnano ich do środkowego wagonu, tak samo grubo opancerzonego jak reszta składu, przez co wszystkie dobiegające z zewnątrz dźwięki były teraz mocno stłumione, oczywiście z wyjątkiem charakterystycznego stukotu, z jakim umieszczone pod nogami niewolników stalowe koła pokonywały łączniki szyn. Podobnie jak monotonne kołysanie towarzyszące jeździe, odgłosy te przerażały Iskrę i ślepców otaczających Remera, ale jemu niosły wyłącznie ukojenie: doświadczał właśnie wrażeń znanych mu ze starego świata – odczuć, których nie spodziewał się przeżyć ponownie. Nie w tym świecie, nie w tym życiu, bynajmniej.

 

W głowie rozbrzmiewały mu wciąż słowa wypowiedziane nie tak dawno przez konającą Bondarczuk, lecz tylko jedno odbijało się wielokrotnym echem od najmroczniejszych zakamarków umysłu: Riese…

Riese.

– Czym jest to całe… Ryże? – zagadnęła Iskra, jakby czytała mu w myślach.

– Nie Ryże, tylko… – zaczął ją odruchowo poprawiać, jak przystało na Nauczyciela, lecz zamilkł w pół zdania, ponieważ ten etap jego bogatego życiorysu należał już do przeszłości.

– Wiesz, gdzie nas wiozą? – zagadnęła znowu, gdy milczenie z jego strony za bardzo się przedłużyło.

– I tak, i nie – odparł enigmatycznie.

– Cały ty, dziadzia. Popieprzona zgrzybiała Pytka z wyliniałą brodą. Słuchajta głupki, co wyrocznia prawi. Godzina pleplania, a człowiek jak był głupi, tak nadal gówno wie – warczała pogardliwie. Zirytowana dobiegającym z mroku chichotem spróbowała skarcić Remera innym sposobem, szturchając go w bok, lecz znał ją już na tyle dobrze, by to przewidzieć i uchylić się, przez co wyrżnęła łokciem w stalowy teownik wzmacniający konstrukcję ściany, o którą oboje się opierali. Na własne szczęście nie włożyła w ten zamach zbyt wiele siły. – Ja poważnie pytam – dodała jeszcze bardziej urażonym tonem, gdy już przestała masować obolałą rękę.

– Przed atakiem Riese było dla nas, to znaczy dla Pamiętających, taką samą legendą jak Otchłań dla mieszkańców Wolnych Enklaw – wyjaśnił po chwili zastanowienia tonącym w turkocie kół półgłosem. – Zwykłym miejskim mitem obudowanym masą niesprawdzonych pogłosek i sensacyjnych, ocierających się o absurd plotek. Podobno Niemcy w czasie wojny, a nawet jeszcze przed jej rozpoczęciem…

– Co znaczy: w czasie wojny? – wpadła mu w słowo.

– Nie tej ostatniej, tylko poprzedniej – doprecyzował. – Mówię o drugiej, nie o trzeciej wojnie światowej. O tej sprzed prawie stu lat.

– Jasne, kumam, jak zwykle zahaczamy o antyk. Dobra, nieważne, nawijaj dalej, dziadzia.

Zastanawiał się przez chwilę, czy warto kontynuować, ale uznał, że dokończy tę opowieść choćby dlatego, żeby zrekapitulować w pamięci co ważniejsze fakty. Jemu też się to przyda.

– Legenda głosiła, że na początku lat czterdziestych, a nawet pod koniec lat trzydziestych ubiegłego stulecia Niemcy rozpoczęli w rejonie Gór Sowich budowę gigantycznego podziemnego miasta mającego pomieścić kwaterę główną Hitlera, to znaczy takiego ich odpowiednika Bondarczuk, oraz co chyba istotniejsze, laboratoria pracujące na rzecz wojska i… najważniejsze ze strategicznego punktu widzenia… zakłady zbrojeniowe. To miał być największy tajny, samowystarczalny kompleks bunkrów w Europie, wielopoziomowy, wykuty w litej skale, ciągnący się na przestrzeni wielu kilometrów. Jeńcy z pobliskich obozów koncentracyjnych ginęli tam tysiącami, wykuwając kolejne sektory tej niewyobrażalnej na owe czasy inwestycji, a gdy wreszcie kończyli mozolne drążenie tuneli na danym odcinku, wysadzano wszystkie wjazdy i wejścia do nich, odcinając tę część podziemi od świata zewnętrznego.

– Ty, dziadzia, ale to przecież żadnego sensu nie ma. Co im po takim mieście pod ziemią, do którego nie można się nijak dostać?

– To przecież tylko zwykłe ludzkie bajania – odburknął poirytowany nieustannym przerywaniem. – Chcesz wiedzieć to co ja?

– No chcę.

– To zamknij się i słuchaj. – Zaczerpnął głębiej tchu, po czym podjął opowieść. – Tak między nami, to wydaje się głupie tylko z pozoru. Likwidowano dające się namierzyć drogi dojścia do kolejnych sektorów, po czym przekuwano się do nich od strony już wykończonych bunkrów, dzięki czemu wszystkie prace mogły być prowadzone nadal, tyle że w całkowitej izolacji i tajemnicy.

– Czyli jakieś wejścia jednak były – oświadczyła tryumfalnie, jakby potwierdził tymi słowami jej teorię, co po części, i tylko po części, było zgodne z prawdą.

– Legenda mówi, że pozostawiono jedno, góra dwa czynne wejścia – przyznał – ale były one doskonale zamaskowane, a znajdowały się w odległości kilku albo nawet parunastu kilometrów od kompleksu, najprawdopodobniej na terenie którejś z okolicznych kopalń.

– Sprytne… – mruknęła po chwili.

– Owszem. Niemcy byli niezrównanymi mistrzami inżynierii i kamuflażu. Wiesz doskonale, jak to wyglądało w przypadku Otchłani.

– No fakt – zgodziła się z nim. – Choć akurat tam pozostawiono sporo wejść, tylko że wszystkie zostały tak idealnie zamaskowane, że nie zdołaliście ich znaleźć. I to przez dwadzieścia lat.

– Otóż to. Aczkolwiek, powiedzmy to sobie wprost, niespecjalnie szukaliśmy.

– Akurat.

– Mam mówić dalej?

– Aleś się zrobił drażliwy, jak wygłodniały cieniak, któremu szariki chcą odebrać zwłoki świeżo zabitego stalkera.

– Nie przeginaj – poprosił tonem wskazującym, że na tym ich rozmowa może się skończyć.

– Dobra, dziadzia, już się zamykam.

– Reasumując, możemy spokojnie założyć, że hitlerowcy przyjęli podobną taktykę w przypadku tak tajnego i ważnego projektu, jakim było dla nich Riese. Zostawili jedno albo dwa ukryte wejścia, najprawdopodobniej w kopalnianych sztolniach, i tylko z nich korzystali przy pracach wykończeniowych.

– Cwaniaki.

– Owszem, głupcami nie byli, ale nie zapominaj, że to wszystko tylko domysły. Po wojnie odkryto w okolicach Walimia kilka wykutych w skale sal, sztolni i sieci przecinających się korytarzy, jednakże były to wyłącznie obiekty w stanie surowym, ewidentnie nie ukończone. I tu znowu wkraczamy w sferę domysłów. Ponoć istniały też inne, większe części kompleksu, ale zostały rozgrabione, a potem zniszczone przez okupujących te tereny Rosjan. Pozostałe zdewastowano już na polecenie naszych władz. Prawda wydaje się bardziej prozaiczna. Albo Riese było jedną wielką ściemą, albo faktycznie rozpoczęto jego budowę zbyt późno i do końca wojny nie zdążono wiele zrobić, co oznacza, że te nieliczne podziemia, które odkryto po czterdziestym piątym, były wszystkim, co Niemcy zdołali wykuć. Niczego nie ukryto, niczego nie wysadzono, po prostu my, ludzie, mamy to do siebie, że lubimy fantazjować. Kochamy tajemnice i teorie spiskowe, więc dorabiamy legendę do wszystkiego. Nie chciałabyś wiedzieć, jakie niestworzone rzeczy wygadywano o Riese w latach osiemdziesiątych.

– Ja w sumie lubię, jak ktoś opowiada mi bajki – wysapała mu w ucho, zachęcając, by kontynuował.

– Ponoć z tych wysadzonych sztolni wychodzili ludzie o głowach psów czy tam wilków. Coś pojawiało się w spenetrowanych chwilę wcześniej ślepych i oczywiście całkowicie pustych korytarzach. Nie ludzie, tylko jakieś bestie albo duchy. Cuda-wianki, dzidzia. Cuda-wianki.

– Wiesz, dziadzia, jakby się dobrze zastanowić, może to wcale nie takie cuda ani wianki. Pamiętasz nasze przejścia do kanałów? Mogłeś się na nie gapić godzinę, a i tak byś niczego nie zauważył.

– Fakt. – Pamiętający przypomniał sobie, jak przemyślnie zamaskowano liczne wejścia do tuneli wykorzystywanych przez Czystych, tyle że ci ostatni, choć przez długi czas nieuchwytni, okazali się w końcu najzwyklejszymi ludźmi, nie hybrydami ani duchami. – Wracając do tematu. Odkryte po wojnie podziemia służyły przez lata jako lokalne atrakcje turystyczne. Z czasem Riese przestało być sensacją historyczną. Dokopywano się do kolejnych dokumentów, które odzierały legendę z mitologicznej otoczki. Ludzie z coraz większym przymrużeniem oka traktowali też opowieści dotyczące tajemnic ogromnego podziemnego miasta. Nawet pasjonaci zaczęli się z wolna wykruszać, ponieważ mimo dekad intensywnej eksploracji nikt nigdy nie natrafił choćby na ślad tego, co rzekomo zostało ukryte przed niewtajemniczonymi.

– Tak jak wy nie trafiliście na choćby jedno wejście do Otchłani – wpadła mu znów w słowo.

– Tak jak my nie trafiliśmy na choćby jedno wejście do Otchłani – potwierdził nieobecnym tonem Remer, po czym dodał: – Z tego, co usłyszałem, zanim pojawiłaś się w kwaterze Bondarczuk, wynika niezbicie, że te góry naprawdę kryją coś więcej niż kilka odkrytych po wojnie, oddalonych od siebie o wiele kilometrów i pozornie ze sobą nie związanych podziemnych obiektów. To Riese, o którym ja wiem, nie było kryjówką lepszą od Otchłani.