Ostatnia misja AsgardaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Ostatnia misja Asgarda
Ostatnia misja Asgarda
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

O poprzednich tomach napisano:

„Autor kreuje łatwo przyswajalną wizję przyszłości, zbudowaną z klasycznych i dobrze znanych elementów, doprawioną odrobiną humoru, wartką akcją i zakamuflowanym nieco głębszym przesłaniem. (…) Szmidt serwuje bardzo popową, lekką lekturę z atrakcyjnym zakończeniem będącą jednocześnie obietnicą znacznie większego rozmachu i rozwinięcia zaprezentowanego świata w dalszych częściach. Warto czekać”.

www.dzikabanda.pl

„Zimny i brutalny jest wszechświat kosmicznych żołnierzy przyszłości z prozy Roberta J. Szmidta. (…) Jest misja, przymus, odpowiedzialność i smutek. I jeszcze wola przetrwania”.

Republika kobiet – Sylwia Skorstad

„Robert J. Szmidt – człowiek, od którego zaczęło się odrodzenie polskiej fantastyki w XXI wieku, który wymyślił i prowadził magazyn »Science Fiction«, kiedy wszyscy pukali się w głowę, że to totalny bezsens, wydał właśnie nową książkę. (…) To bardzo dobra, rozrywkowa space opera z ciekawymi bohaterami, wartką akcją i niepokojącymi pytaniami”.

Aleksander Kusz, szortal.com

„Z taką książką nawet najbardziej ponury dzień człowiekowi nie przeszkadza. Żeby nie rozwlekać: Łatwo być Bogiem to stara dobra fantastyka, ale napisana po filmowemu. Chwilami miałem wrażenie, że oglądam rasowe SF w kinie”.

Wojtek Grabowski

„Ta powieść zupełnie mnie nie zaskoczyła. Czemu? Bowiem po tym autorze spodziewałem się dokładnie takiej prozy: ciekawej, dynamicznej fantastyki ze znakiem wysokiej jakości, która pod wierzchnią, rozrywkową warstwą stara się pytać o rzeczy ważne i znaczące. I to właśnie w najnowszej książce Szmidta dostałem”.

Konrad

„Moim zdaniem dzięki powieści Łatwo być Bogiem Robert Szmidt staje w szeregu wielkich mistrzów fantastyki, takich jak Asimov, Clarke czy Aldiss. Autor serwuje nam klasyczną, twardą kosmiczną fantastykę. I okazuje się, że z takiej fantastyki się nie wyrasta. Książka jest napisana świetnym językiem – żywym, autentycznym. I naprawdę trudno odrywać się od czytania”.

McRap1972

„(…) wprowadza powiew świeżości do tego gatunku. Świetni bohaterowie, dynamiczna walka, plastyczne opisy. Czego chcieć więcej? Moja ocena to 9/10”.

Ksiazkinawieczor.blogspot.com

„Powiedzieć, że druga część cyklu »Pola dawno zapomnianych bitew« Roberta J. Szmidta okazała się równie dobra, jak otwierająca serię powieść Łatwo być Bogiem, to jawne kłamstwo. Ucieczka z raju okazuje się książką jeszcze lepszą, świetnie rozwijającą niektóre wątło naszkicowane wątki swojej poprzedniczki (…). Z najnowszej książki Roberta J. Szmidta jestem zadowolony jak diabli!”

Gloskultury.pl

„Szmidt w najlepszej formie – to chyba wystarczająca rekomendacja tej książki zawarta w jednym zdaniu. Każdy fan Roberta po tej kwestii powinien sięgnąć po tę pozycję, a ci, którzy z prozą Szmidta się dotychczas nie spotkali (są tacy?), powinni nadrobić braki”.

polacyniegesi.qs.pl

„Lektura kolejnych rozdziałów jest jak zjadanie pączka: przyjemna, z każdym kęsem coraz lepsza i z czekającą wewnątrz niespodzianką. Drugi tom cyklu »Pola dawno zapomnianych bitew« potwierdza, że Robert Szmidt ma świetne pomysły i potrafi doskonale prowadzić czytelnika… na manowce”.

geek-woman.blogspot.com

„Sprawnie skonstruowana akcja zaskakuje i trzyma w napięciu”.

„Nowa Fantastyka”

„Fantastyczne rozwinięcie wątków zasygnalizowanych w pierwszym tomie, do tego szczypta zagadek i niesłabnąca akcja. Bohaterowie, z którymi można się zżyć i za których trzyma się kciuki, wydarzenia, które nie pozostawiają obojętnym. A to wszystko rozgrywa się w kosmosie, którego wizja nadzwyczajnie do mnie przemawia. Może dlatego, że wychowałam się na filmach space operowych, które ta książka mi przypomina? Stare dobre SF w najlepszym wydaniu! Polecam gorąco”.

Jadche

„Pełnokrwiści bohaterowie, a do tego akcja, akcja i jeszcze raz akcja. Działo się tyle, że starczyłoby na kilka książek. Intrygi, podejścia, ratowanie całych planet, wojsko, flota kosmiczna, wojna, Obcy – miodzio”.

Jacek Wesołowski


JEDEN

Kraniec Ramienia Oriona,

14.06.2563

Wiszący nad stożkiem projektora hologram obracał się bardzo wolno, aby najwyższy admirał mógł dostrzec każdy szczegół rekonstruowanej przez systemy stacji. Pracujące z maksymalną wydajnością rezerwowe komputery Asgarda potrzebowały aż trzech dni, by przeliczyć wektory ruchu trylionów drobin, jakie pozostały po tym niegdyś dumnym dziele ludzkich rąk. Sensory eskadrowca przeskanowały w tym czasie wszystkie nadające się do identyfikacji szczątki, zespalając je potem – dzięki inżynierii wstecznej – w większe fragmenty, które następnie wpasowywano w powstający mozolnie wirtualny szkielet zniszczonego przez Obcych obiektu. Cały ten trud poszedł jednak na marne – a przynajmniej takie wrażenie odniósł Rutta, patrząc na lśniący błękitem, półprzezroczysty obraz przedstawiający zarysy czegoś, w czym z trudem rozpoznawał korpus walcowatej stacji.

– To wszystko, co może mi pan pokazać? – zapytał z niedowierzaniem, kierując te słowa do uśmiechającego się dumnie profesora.

Znacznie bardziej rozbudowany hologram miał przed oczami podczas pierwszej odprawy, zwołanej zaledwie kilka godzin po przylocie do tego systemu. Ten zawierał wprawdzie więcej detali, lecz przedstawiał wyłącznie zarysy gargantuicznej konstrukcji. Zamiast odtworzonych elementów – dziura na dziurze, co zgrabnie podsumowywały krwistoczerwone liczby umieszczone w sąsiednim wirtualnym okienku. „Stan rekonstrukcji obiektu: 36,73724%”.

– Obawiam się, że tak… – Naukowcowi zrzedła mina, jakby spodziewał się pochwał, nie reprymendy.

Rutta wezwał go do siebie przed kolejną odprawą, by mieć zajęcie i choć przez chwilę nie myśleć o czekającym go wyzwaniu. Ludziom puszczały nerwy, co go specjalnie nie dziwiło, ponieważ sam miał spore problemy z zaakceptowaniem faktu, że zarówno Ziemia, jak i reszta Federacji przypominają teraz wrakowiska Krańca Ramienia Oriona.

– To efekt kompilacji wszystkich dziewięciu badanych obiektów? – zapytał, zły sam na siebie, że pomimo usilnych starań nie udało mu się odgonić niewesołych myśli.

– Tak. Nałożyliśmy na siebie wszystkie zespolenia, dzięki czemu wynik całościowy poprawił się o ponad dziewiętnaście punktów procentowych, a jeszcze…

– Wystarczy. – Najwyższy admirał uciszył rozmówcę uniesieniem dłoni. – Potrzebuje pan więcej czasu? Większej mocy obliczeniowej?

– Nie – zaprzeczył Rawlings stanowczym tonem.

– Zatem w czym problem?

Naukowiec oblizał czubkiem języka górną wargę. Zawsze tak robił, gdy zaczynał się denerwować.

– Od zniszczenia tych stacji minęło sto pięćdziesiąt lat, może więcej. Część szczątków, powiedziałbym nawet, że znaczna, została w tym czasie przechwycona przez obie karłowate planety i ich księżyce. Sporo zdążyło też trafić do atmosfery tutejszej gwiazdy centralnej. No i… – zawahał się.

– Tak? – szczeknął Rutta, ponownie skupiając wzrok na hologramie.

Ogrom konstrukcji przodków budził szacunek nawet teraz, gdy miało się przed oczami zaledwie cień jej dawnej świetności.

– W badanych obszarach znajduje się sporo minerałów…

– Czego? – Najwyższy admirał spojrzał groźnie na zmieszanego naukowca.

– Krótko mówiąc, skał – profesor natychmiast się poprawił.

– To je odfiltrujcie.

– Ale one…

– Wykrztuś to z siebie wreszcie, człowieku!

– One wydają się mieć ścisły związek z tymi stacjami – wymamrotał Rawlings.

– Nie rozumiem.

– Ich obecne wektory wskazują jednoznacznie, że w chwili ataku znajdowały się wewnątrz albo w bezpośrednim otoczeniu zniszczonych obiektów.

Rutta pokręcił głową, jakby ta wizja nie przemawiała do niego. Nie zadał jednak naukowcowi kolejnego pytania, ponieważ odpowiedzi na nie mógł udzielić system. Wystarczyło wcisnąć kilka wirtualnych klawiszy. Zrobił to więc, nie zwracając uwagi na mamroczącego coś profesora.

Hm, ciekawe…

Mineralne szczątki znajdowały się w każdym z dziewięciu wrakowisk. Stanowiły od sześciu do nawet jedenastu procent przebadanej masy. Czyżby niedobitki ludzkości budowały te gigantyczne stacje wokół przechwyconych asteroid? Nie, na pewno nie. Nawet tak niekompletne wyniki rekonstrukcji zdają się przeczyć tej tezie…

Rutta raz jeszcze skupił wzrok na hologramie. Trzydzieści sześć procent to niby niewiele, lecz nawet przy tak wielkich ubytkach dało się zauważyć, i to na pierwszy rzut oka, że helonowe konstrukcje stanowią zwartą całość. Trójwymiarowe, koronkowe elementy ciągnęły się nieprzerwanie od dolnego kołnierza, oddzielającego zespoły reaktorów, przez walcowaty korpus stacji, aż po znajdujące się dwadzieścia sześć i pół kilometra wyżej kopulaste zwieńczenie.

Gdyby ujarzmione przez uciekinierów asteroidy były integralnymi częściami tych kolosów, hologram powinien wyglądać inaczej. Rutta pokręcił głową do własnych myśli. Oto kolejna zagadka, której – być może – nigdy nie uda się rozwiązać.

– I co ja mam powiedzieć ludziom? – Najwyższy admirał zadał sobie to pytanie, nieświadom, że wypowiada je na głos.

 

– Prawdę – wypalił bez zastanowienia profesor. – Zasługują na to, by wiedzieć o wszystkim.

– Prawdę? – Rutta się zaśmiał. – Całą prawdę? Jest pan pewien, że są na nią gotowi?

– Chyba gorzej będzie, jeśli ją sami odkryją… – Rawlings zawiesił znacząco głos.

Nowy przywódca resztek dumnej niegdyś floty – co tam floty, ludzkości! – spuścił wzrok. Z dziesiątek miliardów inteligentnych istot zamieszkujących to ramię Galaktyki pozostało zaledwie szesnaście tysięcy straceńców, którzy cudowne ocalenie zawdzięczali wyłącznie przypadkowi.

Gdyby Rawlingsa nie zaciekawiła niespotykana, zielona barwa wybranego na chybił trafił wektora kursu, Asgard wyparowałby w Układzie Słonecznym razem z resztą flot Federacji, ewentualnie wykonałby skok do innego, przypadkowego systemu, nie naruszając przy tym horyzontu zdarzeń i nie przenosząc się do odległej o dwa wieki przyszłości, w której wojna z Obcymi już dawno dobiegła końca.

Sądząc po stanie ostatniej reduty ludzkości, Oumuamua oraz przenoszony przez niego rdzeniowiec albo zostałyby zniszczone w trakcie kolejnych ataków Obcych na Rubieże Zewnętrzne, albo trafiłyby tutaj, tyle że sto kilkadziesiąt lat wcześniej, co także doprowadziłoby do ich zagłady.

Jak mógłbym wyznać załogom całą prawdę? obruszył się w duchu Rutta. Jak mógłbym rzucić ją w twarz szesnastu tysiącom kobiet i mężczyzn, którzy dopiero co przyjęli do wiadomości, że rozciągające się na przestrzeni kilku tysięcy lat świetlnych imperium człowieka zostało unicestwione, że nie pozostał po nim kamień na kamieniu?

Ujawniając prawdę, doprowadziłby do jeszcze większego rozprzężenia wśród członków załóg, a co za tym idzie, do katastrofy. Ocalonym należało dać nadzieję, a nie dobijać ich informacjami, że dumna niegdyś cywilizacja – mająca aspiracje podbicia, jeśli nie całej Galaktyki, to chociaż jej ramienia – została unicestwiona przez…No właśnie, przez kogo? Wojnę rozpoczęli ma’lahn i to oni odpowiadali za zdziesiątkowanie floty i likwidację setek kolonii, jednakże…

Mam powiedzieć ludziom, którzy stracili wszystkich i wszystko, że winę za tę hekatombę ponosi – jeśli trzymać się zrozumiałej dla nas nomenklatury – rodzina hodowców kosmicznego bydła, jakim byliśmy dla Obcych?

Rutta doskonale pamiętał własną niewiarę. Dwa wieki temu, gdy przedstawiano mu fakty, nie wybuchnął kpiącym śmiechem tylko dlatego, że bardzo szanował człowieka, który poinformował go o Obcych. Wiedział, że Farland nie jest żartownisiem, a mimo to do samego końca odprawy czekał na jakiś znak. Na mrugnięcie okiem czy znaczący uśmiech, którym przełożony dałby mu znać, że padł ofiarą niezbyt wyszukanego żartu.

Pamiętał także, co było później, gdy już dopuścił do siebie myśl o wojnie toczonej z jakimiś galaktycznymi wsiokami. Nie, to porównanie nie jest właściwe. Nie sposób nazwać ma’lahn durniami ani tym bardziej prymitywami. Zresztą sytuacja nie była aż tak prosta. Wkrótce bowiem na scenie pojawił się kolejny gracz, znacznie potężniejszy od klanu niemal nieśmiertelnych „aniołów”.

Rutta odwrócił się do czekającego na odpowiedź naukowca.

– Rzecz w tym, profesorze, że ani pan, ani ja nie znamy prawdy.

– Jak to: nie znamy? – zdziwił się Rawlings.

– Całej prawdy – poprawił się szybko najwyższy admirał. – Wiemy co nieco o ma’lahn, ale oni odpowiadają wyłącznie za rozpętanie ostatniej wojny. To – wskazał hologram – i zniszczenie Ziemi jest natomiast dziełem innej cywilizacji, o której nie wiemy nic. Kompletnie nic.

Godzinami gapił się na nagrania z Układu Słonecznego, na maleńki okręt, mniejszy nawet od niektórych kapsuł ratunkowych, który jednym strzałem doprowadził do zniszczenia planety chronionej najpotężniejszym polem siłowym, jakie zdołała stworzyć ludzkość.

Ludzkość, ha!

W skali Galaktyki ludzie nie byli niczym więcej jak pyłkiem na wietrze, nawet wtedy, gdy ich imperium osiągało szczyt rozwoju. Podporządkowali sobie dwa tysiące osiemset planet, zbadali sto tysięcy systemów, ale czym były te śmieszne liczby w obliczu nieskończoności przestrzeni oraz niemal pół biliona gwiazd, z których składa się Droga Mleczna? Niczym, błędem statystycznym, ułamkiem ułamka promila, odpowiedział sobie w myślach. Zwłaszcza teraz, gdy populacja została zredukowana milionkrotnie, jeśli nie bardziej.

– Możemy założyć, że Obcy, którzy pojawili się na orbicie Marsa… – zaczął niepewnie profesor.

– Zakładanie czegokolwiek przy tylu niewiadomych może być mylące, przyzna pan? – skontrował natychmiast Rutta.

– Owszem, ale… – nie poddawał się naukowiec.

– Ale co? Chce pan doprowadzić do załamania morale naszych załóg? Do samozagłady ostatniej nadziei ludzkości? – Rutta gromił go nie tylko słowami, ale też wzrokiem. – Ja nie zamierzam do tego dopuścić.

Rawlings skulił ramiona, wbił wzrok w pokład.

– Ja tylko…

– Wiem. Musimy coś z tym fantem zrobić, jednakże moim skromnym zdaniem za wcześnie na to, by wyjawić wszystko, co wiemy o Obcych, naszym załogom. Dajmy im okrzepnąć. Niech oswoją się z faktami… mówię oczywiście o zagładzie znanej im cywilizacji. – Najwyższy admirał wpadł w pompatyczne tony. – Teraz musimy dać im nadzieję, nowy cel. Potem przyjdzie czas na ujawnienie prawdy, jakakolwiek ona będzie.

– To… rozsądne rozwiązanie – zgodził się profesor.

Nie wyglądał na w pełni przekonanego, niemniej propozycja dowódcy była dla niego do przyjęcia, szczególnie teraz, po krótkim, lecz rzeczowym wyjaśnieniu.

– Daję panu słowo, że nie będę długo trzymał podwładnych w niewiedzy – obiecał Rutta, definitywnie kończąc ten temat. – Usłyszą o wszystkim w stosownym czasie, kiedy prawda przestanie być dla nich tak wielkim zagrożeniem.

– Dziękuję, admirale. – Rawlings znów oblizał czubkiem języka górną wargę.

Ilekroć to robi, pomyślał Rutta, przypomina… węża? Tak chyba nazywało się to dawno wymarłe, znane wyłącznie z holo ziemskie zwierzę?

Najwyższy admirał spojrzał naukowcowi prosto w oczy.

– Zamiast dziękować, niech mi pan lepiej powie, czy odkryliście dzisiaj coś, cokolwiek, na czym moi ludzie mogliby się skoncentrować?

Naukowiec, który od dłuższej chwili także czuł potrzebę zmiany tematu, wyraźnie się rozluźnił.

– Od dwóch dni nie notujemy prawie żadnych postępów. Przeskanowaliśmy ponad dziewięćdziesiąt osiem procent pozostałości po stacjach i otaczających je zgrupowaniach okrętów. A reszta szczątków jest po prostu zbyt rozdrobniona, aby… Z dalszych prób rekonstrukcji nie wyciągniemy dużo więcej – zakończył markotnie.

– Skupmy się na pozytywach.

– Oczywiście. – Rawlings wpisał krótką komendę do naręcznego komputera. – Zawsze możemy wrócić do tej metody rekonstrukcji, którą zaprezentowałem panu pierwszego dnia.

– I co to da? – zapytał Rutta.

Lśniący upiornym błękitem szkielet stacji zaczął się szybko wypełniać. Tam gdzie jeszcze przed momentem ziały ogromne dziury, pojawiały się kolejne elementy – najpierw ażurowej konstrukcji, później poszycia. Stacja wyglądała bardzo podobnie do tej, którą profesor zaprezentował podczas pamiętnej odprawy, tyle że ten model zdawał się o wiele bardziej dopracowany niż jego poprzednik.

Najwyższy admirał już otwierał usta, by zrugać rozmówcę, jednakże w ostatniej chwili zmienił zdanie i ponownie skupił całą uwagę na holoprojektorze. Miał przed oczami kompletną stację, a raczej jej uproszczony schemat. Program Rawlingsa uzupełnił braki, wykorzystując nie tylko dane uzyskane ze zidentyfikowanych szczątków, ale też posługując się planami wcześniej budowanych obiektów przestrzennych. Tak właśnie „odtwarzał” brakujące sektory i poziomy.

Jeszcze przed pierwszą odprawą profesor skupił się na licznych podobieństwach tej konstrukcji do znanych im obu rozwiązań inżynieryjnych z dwudziestego czwartego stulecia. Oprogramowanie poszło tym właśnie tropem, porównując kolejne elementy zniszczonych stacji i rozbudowując je o identyczne moduły, względnie bardzo podobne, znane z archiwalnych planów. Pozostałe kilka czy kilkanaście procent masy sztuczna inteligencja dorobiła we własnym zakresie, co jednak nie przeszkadzało, by efekt finalny był zbliżony do rzeczywistości.

Niestety nigdy nie będziemy mieli stuprocentowej pewności, pomyślał Rawlings, na głos zaś oznajmił:

– Tak najprawdopodobniej wyglądała każda z tych dziewięciu stacji.

– Były identyczne? – zdziwił się Rutta.

Wystarczyła jedna komenda, by wszystkie nadpisane elementy hologramu zniknęły. To, co pozostało, zaczęło się mienić różnymi kolorami. Zestawy odtworzonych elementów konstrukcyjnych nakładały się na siebie, w niektórych miejscach nawet sześciokrotnie.

– Można założyć, że tak – odparł naukowiec. – Już wyjaśniam dlaczego. Dzięki inżynierii wstecznej odtworzyliśmy od dziewięciu do siedemnastu procent każdej stacji, a następnie nałożyliśmy uzyskane wyniki na jeden model, uzyskując zgodność sięgającą dziewięćdziesięciu ośmiu procent z kawałkiem. Jak pan widzi, rozbieżności mieszczą się w granicach błędu statystycznego, co oznacza, że albo nasze systemy mylnie zidentyfikowały pewien odsetek szczątków, albo budowniczowie kolejnych stacji, nauczeni doświadczeniem, dokonywali w planach tylko drobnych zmian.

– Twierdzi pan, że nie powstały w tym samym czasie? – Najwyższy admirał zdawał się nawet bardziej zdziwiony niż przedtem.

– Tego akurat jestem całkowicie pewien! – rzekł profesor z mocą. – Najnowsza stacja powstała około trzydziestu lat po pierwszej.

– Jak udało się to ustalić? – zapytał szczerze zaciekawiony Rutta.

– Banalnie łatwo. Sprawdziliśmy tabliczki znamionowe elementów znajdujących się w większych fragmentach wraków. Jak pan się domyśla, były na nich także daty produkcji.

Najwyższy admirał uśmiechnął się pod nosem. Spodziewał się długiej wypowiedzi naszpikowanej trudno zrozumiałą, naukową terminologią, a tu proszę…

– Wyciągnęliście jeszcze jakieś wnioski? – nacisnął lekko, mając nadzieję, że początkowe zadowolenie Rawlingsa nie wynikało z przerośniętego ego.

– To tylko teoria, admirale, niemniej uważamy, że pierwsza z tych stacji powstała tutaj, w tym systemie, jakieś dziesięć lat po ataku na Ziemię.

Rutta potrzebował paru sekund, by zrozumieć ostatni przekaz.

– Słucham?

– Wiem, to brzmi niedorzecznie… – Profesor postukał palcem w zdobiącą jego przedramię konsolkę naręcznego komputera. – Tymczasem naprawdę wiele wskazuje, że tak właśnie było.

– To wcale nie brzmi niedorzecznie! – rzucił najwyższy admirał. – To jest niemożliwe. Kraniec Ramienia Oriona znajduje się czterdzieści cztery tysiące lat świetlnych od granic Rubieży Zewnętrznych… – Zamilkł, by dokonać kilku obliczeń. – Ktoś musiałby podjąć decyzję o wysłaniu stoczni na to zadupie w parę dni po zniszczeniu Ziemi… – urwał i pokręcił z niedowierzaniem głową. – Obaj doskonale wiemy, że zastępca gubernatora piątego metasektora do najbardziej rzutkich nie należał.

– Zdaję sobie sprawę, admirale, że dziesięć lat to bardzo krótki okres, zważywszy na odległości, z jakimi mamy do czynienia, ale gwarantuję panu, że twórcy tych stacji zdołaliby dotrzeć na Kraniec Ramienia Oriona w ciągu ośmiu lat, jedenastu miesięcy i sześciu dni. Tyle trwałby przerzut doków z Amberu VII. Wyliczyliśmy to z dokładnością do sześciu godzin, uwzględniając wszystkie transfery wewnątrzsystemowe – podkreślił.

– Dlaczego użył pan tej właśnie nazwy systemu? – zainteresował się najwyższy admirał.

– Dlatego, że tylko tamtejsze instalacje mogły posłużyć do budowy tak wielkich stacji. To nie gdybanie, proszę zobaczyć… – Wprowadził nieco dłuższe polecenie i hologram nad stołem znów uległ zmianie.

Teraz widmowy obraz pokazywał skraj formacji składającej się z kilkunastu tysięcy okrętów i frachtowców. Było to jedno z dziewięciu podobnych zgrupowań orbitujących wokół macierzystych stacji. Kolejne trzy powiększenia wyłowiły z tej masy pojedynczy obiekt.

– A niech mnie… – Rutta pochylił się tak bardzo, że nieomal włożył głowę w emitowany obraz.

– To oczywiście pełna rekonstrukcja programowa – zastrzegł się naukowiec.

Mgnienie oka później z wizerunku orbitalnego doku zostały tylko fragmenty, niemniej każdy z nich pasował idealnie do wyświetlanej wcześniej całości. O żadnej pomyłce nie mogło być mowy. To były szczątki najnowocześniejszej stoczni przestrzennej dwudziestego czwartego stulecia.

Najwyższy admirał wyprostował plecy i w zamyśleniu pogładził palcami gładko ogoloną brodę.

– Niesamowite – przyznał.

 

Któryś z decydentów piątego metasektora wykazał się niespotykanym rozsądkiem i zamiast wykorzystać wszystkie dostępne zasoby oraz środki na odbudowę zniszczonych flot, wysłał orbitalne doki w liczącą wiele lat podróż, aż na Kraniec Ramienia Oriona, by tam z ich pomocą skonstruowano gargantuiczne stacje, stanowiące ostatnie schronienie niedobitków ludzkości.

Rutta potaknął własnym myślom. To ma sens. Na każdym z tych kolosów można by pomieścić kilka milionów osób, a ukrycie ich wiele tysięcy lat świetlnych od podbitej przez człowieka przestrzeni gwarantowało tajnej kolonii całkowitą nietykalność. Nawet zniknięcie promila populacji najdalszego metasektora Federacji mogło się odbyć niezauważenie, o ile ewakuację przeprowadzono w sposób planowy. Jednakże Obcy najwyraźniej okazali się sprytniejsi od twórców tego planu bądź – co chyba bardziej prawdopodobne – ktoś niefrasobliwie naprowadził wroga na najpilniej strzeżoną tajemnicę ludzkości.

– …żyły im do konstrukcji, to pewne. – Profesor zakończył dłuższą wypowiedź.

– Przepraszam, mógłby pan powtórzyć? – poprosił go Rutta.

– Ale co?

– Ostatnie zdanie.

– Powiedziałem, że przyjęliśmy robocze założenie, iż stacje zbudowano z materiałów pozyskanych z tych dwustu tysięcy jednostek przestrzennych, których szczątki wykryliśmy. To by tłumaczyło, dlaczego systemom udało się odtworzyć zaledwie siedem koma trzy procent ich tonażu. To znacznie mniej niż w przypadku stacji, a mówimy przecież o okrętach, które nie były celem ataku i oberwały niejako rykoszetem.

Najwyższy admirał znów się zamyślił. Ta teoria wiele tłumaczyła, lecz zarazem rodziła kolejne pytania.

– Wszystko pięknie, ale coś mi tutaj nie pasuje. Jeśli… – Rutta sięgnął pamięcią do chwili ataku – …Nolanthony Kereselidze, ówczesny zastępca gubernatora Rubieży Zewnętrznych, wysłał tutaj orbitalne stocznie oraz dwieście tysięcy jednostek wypełnionych uchodźcami, powinniśmy trafić na sprzęt i kodowanie typowe dla naszych czasów, a tymczasem… – Nie musiał kończyć.

– Ja też nie rozumiem, dlaczego zdecydowano się na tak daleko idące zmiany w kodowaniu, aczkolwiek mam pewne podejrzenia. – Ostatnie słowa Rawlings wypowiedział z wyczuwalnym wahaniem.

– Śmiało, profesorze.

– Może chodziło o to, by Obcy, ci drudzy, nawet po namierzeniu jakiegoś przekazu odnieśli wrażenie, że nie mają do czynienia z ludźmi.

– Strasznie naciągana teoria.

– Ja bym tak zrobił, gdyby to ode mnie zależało.

– Zmiany nie były aż tak daleko idące. Nawet nasze systemy nie do końca się na nie nabrały – przypomniał mu Rutta.

– Też fakt – zgodził się naukowiec, pochmurniejąc.

– Wciąż błądzimy jak dzieci we mgle… – Najwyższy admirał westchnął ciężko.

Za niespełna godzinę miał poprowadzić kolejną odprawę dowódców wszystkich okrętów – powinna na niej zapaść decyzja co dalej. Na razie Asgard dryfował ukryty za jedną z karłowatych planet tego systemu, lecz było to tylko chwilowe rozwiązanie, na pewno niegwarantujące mu bezpieczeństwa. Obcy zniszczyli przecież stację orbitalną znajdującą się po drugiej stronie Marsa, który był dziesięć razy większy od tej martwej bryły dawno wystygłej lawy. Tutaj także mogli się pojawić znienacka, w dowolnym punkcie systemu, a nie zapowiedzą tego żadne drgania przestrzeni ani inne znaki. Jeśli więc zechcą dokończyć robotę, zrobią to bez najmniejszego problemu. O tym wiedzieli wszyscy – od najwyższego admirała, przez oficerów, po ostatniego z prostych żołnierzy i marynarzy. Zatem nic dziwnego, że na eskadrowcu panował minorowy nastrój, który ulegnie dalszemu pogorszeniu, jeżeli dowództwo nie zaproponuje zdecydowanych, niepozorowanych działań.

– Z tego złomu nie wyciśniemy wiele więcej. – Rawlings wskazał prawą ręką hologram, który znów ukazywał rozprzestrzeniające się bardzo wolno wrakowisko.

– Właśnie widzę.

– A gdyby tak… – zaczął profesor, ale zaraz ugryzł się w język.

– Śmiało – zachęcił go ponownie najwyższy admirał.

– Co by pan powiedział na wykonanie skoku do jednego z sąsiednich ramion albo i dalej?

– Taki jest plan. Jak tylko skończymy badanie tego systemu…

Naukowiec wpadł mu w słowo.

– Ale ja nie mówię, że jutro czy za tydzień, tylko teraz.

– Teraz?

– Tak, teraz. Natychmiast. Galaktyka jest wielka, możemy w niej zniknąć bez śladu. Przepaść jak kamień w wodę. Obcy potrzebowali prawie pięćdziesięciu lat, aby przeczesać fragment jednego ramienia, a my możemy znaleźć nowy dom po przeciwnej stronie dysku, dwieście miliardów gwiazd stąd! – Rozemocjonowany Rawlings zmienił ustawienia projektora. Widmowe okręty zmniejszyły się w okamgnieniu, ich miejsce zajął układ planetarny, potem gromada kulista, wycinek ramienia, a na koniec lekko wypukły wizerunek Drogi Mlecznej.

Rutta przyjrzał się wirowi Galaktyki, warkoczom jego zakrzywionych ramion. Ten mały skrzący się hologram zawierał setki miliardów gwiazd tworzących dysk o średnicy stu piętnastu tysięcy i grubości tysiąca lat świetlnych. Zniknięcie w takiej masie materii powinno być proste, a oni w dodatku dysponowali technologią pozwalającą im na bardzo szybkie, niemal natychmiastowe dotarcie do dowolnego miejsca Drogi Mlecznej. Pozostawało tylko pytanie, czy Obcy nie mają sprzętu pozwalającego śledzić ruchy Oumuamua?

– Kusząca propozycja – przyznał Rutta mimo obiekcji, ponieważ szukał pozytywów, którymi mógłby się podzielić z podwładnymi. – Moglibyśmy zacząć nowe życie. Już za kilka minut.

– Albo… dla większego bezpieczeństwa… za milion lat – skorygował Rawlings, uśmiechając się szeroko.

Najwyższy admirał nie musiał otwierać ust, by zadać kolejne pytanie, jego spojrzenie mówiło wszystko. Profesor odpowiedział także bez słów. Wprowadził jeszcze jedną komendę, po której na hologramie pojawiło się wyobrażenie czarnej dziury.

– To przez ten system…

– Tak. Na własne potrzeby nazwaliśmy go Midway.

– Faktycznie leży mniej więcej w połowie drogi między Ziemią a Krańcem Ramienia – potwierdził Rutta. – Ucieczka w przyszłość… Hm. To mogłoby się udać. Ale milion lat? Czy to nie za dużo?

– W skali wszechświata zaledwie mgnienie oka. W sam raz tyle, ile trzeba, by zniechęcić nawet najbardziej zaciętego prześladowcę. – Naukowiec wybuchnął śmiechem.

Rutta także się rozpogodził. Zniknęlibyśmy nie tylko z tego ramienia, ale też z teraźniejszości. Nie na wiek, nie na milenium, lecz na czas tak długi, że nawet Obcy powinni odpuścić…

– Jak pan chce tego dokonać? – zapytał Rawlingsa z nadzieją w głosie.

– Za pomocą całej serii zielonych skoków – odparł po chwili zastanowienia profesor. Widząc brak zrozumienia na twarzy dowódcy, zaraz dodał: – Zielonych w sensie koloru wektora.

– Chce pan wykonać… – najwyższy admirał przeliczył szybko w pamięci – pięć tysięcy skoków?

– Nie. Myślę, że wystarczy kilka.

– Lecąc tutaj z Układu Słonecznego, przenieśliśmy się o dwieście lat – przypomniał mu Rutta.

– Owszem, ale tylko dlatego, że ledwie musnęliśmy horyzont zdarzeń, ja natomiast proponuję dokonanie głębszej penetracji.

– To zbyt niebezpieczne. Nie wiemy nawet, czy…

Profesor uciszył protest jednym gestem.

– Mówię o zielonym skoku, tyle że nieco głębszym. Jeśli nasze wyliczenia są poprawne, przesunięcie w czasie powinno rosnąć wykładniczo w stosunku do głębokości naruszenia horyzontu zdarzeń. Dwa kolejne skoki pozwolą nam sprawdzić tę teorię. Jeśli mam rację, a jestem o tym przekonany, każdy następny lot przeniesie nas o dziesiątki, a nawet setki tysięcy lat. To podstawowa fizyka, admirale.

– Tego mi było trzeba. – Rutta poklepał naukowca po ramieniu, po czym sam zmienił ogniskową projektora, by znów uzyskać widok dysku Galaktyki. – Powiedzmy, że udamy się… tutaj. – Wskazał końcowy odcinek Ramienia Krzyża.

– Dobry wybór. Tam nie będą nas szukać żadne anioły ani ich mocodawcy.

– Zwłaszcza za milion lat! – podchwycił admirał, oddychając z ulgą.

Takiego planu potrzebował. Dającego nadzieję, która oddali widmo zagłady wiszące nad popadającymi w coraz głębszą depresję członkami załóg.

– Proszę obliczyć wektory skoków testowych – wydał polecenie. – Tylko bez zbędnego ryzyka.

– Przesuniemy wektor dosłownie o włos, obiecuję. – Rawlings położył dłoń na sercu. – To wystarczy do zweryfikowania wyliczeń.

– Świetnie. Ja w tym czasie powiadomię dowódców eskadr.

Uśmiechnięty Rutta obrzucił wzrokiem wirtualną Galaktykę, lecz zanim zdążył sięgnąć do klawiatury, hologram zniknął i zastąpiło go popiersie oficera dyżurnego. Takie wymuszenie połączenia oznaczało sytuację alarmową. Coś musiało się wydarzyć. Coś, co wyprowadziło komandora Kreuza z równowagi.