Na krawędzi zagładyTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Na krawędzi zagłady
Na krawędzi zagłady
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Na krawędzi zagłady
Na krawędzi zagłady
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
29,95  22,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

O tomie pierwszym napisano:

„Autor kreuje łatwo przyswajalną wizję przyszłości, zbudowaną z klasycznych i dobrze znanych elementów, doprawioną odrobiną humoru, wartką akcją i zakamuflowanym nieco głębszym przesłaniem. (…) Szmidt serwuje bardzo popową, lekką lekturę z atrakcyjnym zakończeniem będącą jednocześnie obietnicą znacznie większego rozmachu i rozwinięcia zaprezentowanego świata w dalszych częściach. Warto czekać”.

www.dzikabanda.pl

„Zimny i brutalny jest wszechświat kosmicznych żołnierzy przyszłości z prozy Roberta J. Szmidta. (…) Jest misja, przymus, odpowiedzialność i smutek. I jeszcze wola przetrwania”.

Republika kobiet – Sylwia Skorstad

„Robert J. Szmidt – człowiek, od którego zaczęło się odrodzenie polskiej fantastyki w XXI wieku, który wymyślił i prowadził magazyn »Science Fiction«, kiedy wszyscy pukali się w głowę, że to totalny bezsens, wydał właśnie nową książkę. (…) To bardzo dobra, rozrywkowa space opera z ciekawymi bohaterami, wartką akcją i niepokojącymi pytaniami”.

Aleksander Kusz, szortal.com

Opinie z portalu LubimyCzytać (362 oceny, średnia ocena: 7,38/10)

„Z taką książką nawet najbardziej ponury dzień człowiekowi nie przeszkadza. Żeby nie rozwlekać: Łatwo być Bogiem to stara dobra fantastyka, ale napisana po filmowemu. Chwilami miałem wrażenie, że oglądam rasowe SF w kinie”.

Wojtek Grabowski

„Ta powieść zupełnie mnie nie zaskoczyła. Czemu? Bowiem po tym autorze spodziewałem się dokładnie takiej prozy: ciekawej, dynamicznej fantastyki ze znakiem wysokiej jakości, która pod wierzchnią, rozrywkową warstwą stara się pytać o rzeczy ważne i znaczące. I to właśnie w najnowszej książce Szmidta dostałem”.

Konrad

„Moim zdaniem dzięki powieści Łatwo być Bogiem Robert Szmidt staje w szeregu wielkich mistrzów fantastyki, takich jak Asimov, Clarke czy Aldiss. Autor serwuje nam klasyczną, twardą kosmiczną fantastykę. I okazuje się, że z takiej fantastyki się nie wyrasta. Książka jest napisana świetnym językiem – żywym, autentycznym. I naprawdę trudno odrywać się od czytania”.

McRap1972

O tomie drugim napisano:

„(…) wprowadza powiew świeżości do tego gatunku. Świetni bohaterowie, dynamiczna walka, plastyczne opisy. Czego chcieć więcej? Moja ocena to 9/10”.

Ksiazkinawieczor.blogspot.com

„Powiedzieć, że druga część cyklu »Pola dawno zapomnianych bitew« Roberta J. Szmidta okazała się równie dobra, jak otwierająca serię powieść Łatwo być Bogiem, to jawne kłamstwo. Ucieczka z raju okazuje się książką jeszcze lepszą, świetnie rozwijającą niektóre wątło naszkicowane wątki swojej poprzedniczki (…). Z najnowszej książki Roberta J. Szmidta jestem zadowolony jak diabli!”

Gloskultury.pl

„Szmidt w najlepszej formie – to chyba wystarczająca rekomendacja tej książki zawarta w jednym zdaniu. Każdy fan Roberta po tej kwestii powinien sięgnąć po tę pozycję, a ci, którzy z prozą Szmidta się dotychczas nie spotkali (są tacy?), powinni nadrobić braki”.

polacyniegesi.qs.pl

„Lektura kolejnych rozdziałów jest jak zjadanie pączka: przyjemna, z każdym kęsem coraz lepsza i z czekającą wewnątrz niespodzianką. Drugi tom cyklu »Pola dawno zapomnianych bitew« potwierdza, że Robert Szmidt ma świetne pomysły i potrafi doskonale prowadzić czytelnika… na manowce”.

geek-woman.blogspot.com

Opinie z portalu LubimyCzytać (179 ocen, średnia ocena: 7,85/10)

„Polecam każdemu miłośnikowi fantastyki i science fiction! Nie zawiedziecie się, słowo harcerza!”

Wojtek Grabowski

„Fantastyczne rozwinięcie wątków zasygnalizowanych w pierwszym tomie, do tego szczypta zagadek i niesłabnąca akcja. Bohaterowie, z którymi można się zżyć i za których trzyma się kciuki, wydarzenia, które nie pozostawiają obojętnym. A to wszystko rozgrywa się w kosmosie, którego wizja nadzwyczajnie do mnie przemawia. Może dlatego, że wychowałam się na filmach space operowych, które ta książka mi przypomina? Stare dobre SF w najlepszym wydaniu! Polecam gorąco”.

Jadche

„Pełnokrwiści bohaterowie, a do tego akcja, akcja i jeszcze raz akcja. Działo się tyle, że starczyłoby na kilka książek. Intrygi, podejścia, ratowanie całych planet, wojsko, flota kosmiczna, wojna, Obcy – miodzio”.

Jacek Wesołowski


PROLOG

System Ulietta, Sektor Zebra,

28.10.2354

– Uwierzyłeś w to, że po nas wrócą?

Zabytkowa lornetka – prymitywny, w pełni mechaniczny przyrząd, którym ludzie posługiwali się w epoce, gdy przestrzeń wokół Ziemi wydawała im się ostateczną, nieprzekraczalną granicą – nie dotarła do oczu Fitza. Choć jej optyka była bardzo prosta, a powiększenie żałośnie małe, to tutaj, tak blisko jaskiń, dawny szef pionu badawczego kolonii nie pozwoliłby sobie na użycie jakiegokolwiek elektronicznego sprzętu.

Od rozpoczęcia ataku minęły już niemal cztery pełne doby, lecz Oliwerner nadal nie miał całkowitej pewności, czy Obcy dokończyli dzieła zniszczenia i natychmiast opuścili system, jak to mieli w zwyczaju. Wprawdzie agresorzy zachowywali się w taki właśnie sposób podczas wszystkich zarejestrowanych ataków, ale obaj – kapitan Święcki i on – zdawali sobie sprawę z jednego: Delta Ulietty mogła stanowić wyjątek od tej reguły.

Liniowce ma’lahn nigdy wcześniej nie uderzyły na tętniący życiem tlenowy świat, na którym nie wystarczyło zniszczyć infrastrukturę, by pozbawić człowieka możliwości przeżycia. Nikt więc nie mógł zaręczyć ukrywającym się w jaskiniach kolonistom, że tym razem sprawy nie potoczą się inaczej; że Obcy nie pozostaną w systemie dłużej albo że nie zejdą na powierzchnię czy też że nie będą monitorować sytuacji na planecie, pozostawiwszy na jej orbicie sieć uzbrojonych satelitów i sond.

Z tego właśnie powodu Fitz ustalił z Henryanem ścisły harmonogram działań. Jednym z jego kluczowych elementów było wyzbycie się przez ocalałych wszelkich urządzeń, których promieniowanie widma mogło zdradzić pozycje ukrywających się ludzi, a tych pozostało na Delcie ponad osiem tysięcy, licząc obsadę podwodnego reaktora.

– Dał mi słowo – odpowiedział wolno Oliwerner, zerkając na dawnego zastępcę, Paulissesa Brina, sześćdziesięciopięcioletniego ciemnoskórego, skośnookiego geologa, który przed atakiem był jednym z jego najbliższych współpracowników i zarazem współautorem ryzykownego planu przeniesienia reszty kolonistów do jaskiń. – Przyleci po nas.

Tak, wierzył Święckiemu. Nie miał wątpliwości, że dowodzący operacją ewakuacji Ulietty kapitan stanie na głowie, by ich stąd wyciągnąć. Zdawał sobie jednak sprawę, że człowiek, który obiecywał mu jak najszybszy powrót na Deltę, jest tylko niewielkim trybikiem w bezdusznej gargantuicznej machinie floty, zatem ostateczna decyzja o wysłaniu konwoju na terytoria zajmowane przez Obcych niekoniecznie musi należeć do niego. Skrzywił się na tę myśl, jakby jej kwaśna wymowa dotarła jakimś cudem do jego kubków smakowych.

Paulisses pokręcił głową.

– A ja uwierzę, kiedy zobaczę nad horyzontem nasze wahadłowce – rzucił z niewiele weselszą miną.

W przeciwieństwie do Fitza od samego początku był przekonany, że ostatnich mieszkańców Delty pozostawiono na pastwę losu. Mówił o tym wprost, bez ogródek, ale tylko wtedy, gdy znalazł się sam na sam z przełożonym. Przy reszcie kolonistów zgrywał twardziela, który jest pewien rychłego ratunku i ocalenia. Podczas ostatniej fazy ewakuacji zadbał jednak o to, by do jaskiń trafiło dużo więcej liofilizowanej żywności niż trzeba. To właśnie dzięki jego zapobiegliwości pozostawionym przez Święckiego kolonistom żarcia wystarczy na dwa albo nawet trzy miesiące, jeśli odpowiednio szybko zacznie się je racjonować.

– Nie siej defetyzmu. – Oliwerner zakończył tę wymianę zdań, przykładając okulary antycznej lornetki do oczu.

Wyszli na powierzchnię po czterech dobach, by sprawdzić, czy Obcy wykryli i zniszczyli przynęty rozmieszczone na przeciwległym krańcu szerokiej doliny. Pięćdziesięciokrotne wzmocnienie nie pozwalało dostrzec większej liczby szczegółów, ale było wystarczające, żeby Fitz zobaczył to, co powinien.

W odległości czterech kilometrów od masywu, pod którym ukryto ewakuowanych kolonistów, z morza mgieł wyłaniał się samotny szczyt. To właśnie tam, u jego podstawy, przy górnej granicy rafy – Oliwerner uważał, że nazwa ta pasuje jak ulał do ciągnących się aż po horyzont kolonii strzygorogów, najbardziej rozpowszechnionego gatunku deltańskiej fauny – zlokalizowano pierwszy z dobrze zamaskowanych obiektów: niewielki sterowiec wydrukowany tuż przed ewakuacją z ultralekkich tworzyw organicznych. Fitz potrzebował dłuższej chwili, by go namierzyć. Owalny kadłub przypominający kształtem starożytną piłkę do futbolu amerykańskiego miał tę samą barwę i fakturę co otaczające go zwierzęta, został także pokryty charakterystycznymi zgrubieniami, by oka wymalowanych na poszyciu skrzydeł wyglądały jak najbardziej naturalnie.

Otaczające go koronkowe wachlarze strzygorogów poruszały się chwiejnie na silnym wietrze niczym korony dziwacznych dwuwymiarowych drzew. Różowawe błony otoczone fioletowymi zgrubieniami kostnymi filtrowały bez ustanku przepływające przez mikropory powietrze, wyławiając każde nasiono, każdy ułomek innego osobnika, każdą cząstkę nadającą się do strawienia. Tylko w ten sposób osiadłe na rafie organizmy mogły zdobyć pożywienie. A potrzebowały go sporo, by utrzymać w dobrej kondycji liczące nawet po kilka metrów wachlarzowate skrzydła.

 

– Numer jeden nietknięty – mruknął z satysfakcją Fitz, kierując te słowa do zastępcy.

– Świetnie. To znaczy, że ich sondy nie zwracają uwagi na przedmioty wykonane z tworzyw organicznych, na których nie ma żadnej elektroniki – rzucił w odpowiedzi Brin.

Oliwerner miał już na końcu języka kąśliwą odpowiedź, że Obcy mogą być podobni do ludzi i nie przykładać się do roboty jak trzeba, ale nagle dotarło do niego, że skanowaniem powierzchni planety zajmują się z pewnością roboty i komputery, które trudno podejrzewać o lenistwo.

Druga przynęta znajdowała się w odległości siedmiu kilometrów. Była to maszyna zrobiona z tworzyw sztucznych, wyposażona w dwa staromodne, mało wydajne silniki elektryczne. Jeśli i ona… – pomyślał Fitz i zmełł w ustach przekleństwo. Choć punkt, którego szukał, był bardziej oddalony, żadnych problemów nie nastręczyło namierzenie sterowca. A raczej wypatrzenie miejsca, w którym został uprzednio zawieszony. W stromym klifie skalnego masywu i w samej rafie ział wielki, czarny, wyryty pociskiem kinetycznym krater.

– I to by było na tyle – stwierdził, odkładając lornetkę.

Nie musiał wyszukiwać kolejnych przynęt. Każda z nich była bardziej zmechanizowana i sztuczna, a przez to łatwiejsza do wykrycia przez skanery. Rozmieszczając je na obrzeżach doliny, chcieli sprawdzić, jak bardzo będą musieli uważać po wyjściu z jaskiń, gdyby Obcy mimo wszystko postanowili pilnować opuszczonego przez ludzi raju.

Na razie wiele wskazywało na to, że ocaleni mogą zapomnieć o używaniu pojazdów napędzanych mechanicznie, nawet jeśli zostały one wyposażone w archaiczne silniki elektryczne.

Brin przytaknął, nie odrywając wzroku od horyzontu na południowym wschodzie.

Gdzieś tam, niemal dwa tysiące kilometrów od jaskiń, znajdowała się kolonia, a raczej to, co z niej zostało. Jeśli Święcki nie zorganizuje wyprawy ratunkowej…

Fitz spojrzał na zegarek, kolejny mechaniczny relikt epoki prekosmicznej, także wykonany dzięki ultraprecyzyjnym drukarkom korporacji.

– Mamy jeszcze minutę.

Obaj zwrócili spojrzenia na zachód.

Pozostało im już tylko jedno. Musieli poczekać, aż uaktywni się szóstka ukrytych w głębokiej sztolni sond. Urządzenia te wystartują dokładnie za pięćdziesiąt dwie sekundy, wzniosą się na pułap sześciu tysięcy metrów, by nadawać stamtąd komunikaty kierunkowe do fikcyjnej bazy umiejscowionej pośrodku wyjątkowo bujnej rafy, położonej w odległości ponad czterdziestu kilometrów od jaskiń. Jeśli ma’lahn pozostali w systemie, powinni na to zareagować.

– Teraz!

Nie mogli zobaczyć ani usłyszeć startu niewielkich maszyn korzystających z napędu grawitacyjnego. Mimo to spoglądali w stronę majaczących za horyzontem sinych szczytów, trzymając kciuki w nadziei, że spokoju pogórza nie zakłóci w najbliższym czasie żaden błysk, żaden dźwięk. Oczekiwanie mogło potrwać nawet do stu czterech godzin, jeśli odlatujący z systemu Obcy znajdowali się aktualnie w pobliżu wylotu studni grawitacyjnej, jednakże ludzie byli na to przygotowani. Zamierzali pełnić warty na tej grani na zmiany, aczkolwiek nie tutaj, na gołych skałach, gdzie ich widma byłyby widoczne jak na dłoni, lecz kilkaset metrów niżej, na granicy rafy, gdzie wykuto w skałach dobrze zamaskowaną strażnicę.

– Wracaj do naszych – rzucił Fitz, który miał stanąć na warcie pierwszy. – Powiedz ludziom, jak wygląda sytua…

Nie zdążył dokończyć zdania. Odległą, przypominającą nieregularną piramidę górę rozświetlił jasny błysk. Oliwerner spoglądał właśnie w tamtym kierunku, zatem gdy zacisnął mocno powieki, zobaczył odbity na nich ślad. Od wielkiej plamy pośrodku biegła do góry, pod pewnym kątem, długa prosta linia.

Paulisses, którego wzrok został oszczędzony, przypadł odruchowo do skał, jakby się obawiał, że moc odległej eksplozji zmiecie ich z tej półki i ciśnie w kilometrową przepaść.

– A to skurwyklony! – wysyczał, wodząc spojrzeniem po zasnutym gęstymi chmurami niebie.

Część pierwsza

ROZDROŻA

JEDEN

System Anzio, Sektor Zebra,

29.10.2354

– Wykluczone. – Rutta nie podniósł głosu, choć musiał po raz dwudziesty odpowiadać na tę samą prośbę. A może i trzydziesty, jeśli liczyć wcześniejsze pisemne kontakty ze Święckim. – I na tym zakończmy definitywnie tę sprawę – dodał.

– Obawiam się, generale, że nie widzę takiej opcji – wycedził Henryan.

– Może mi pan wytłumaczyć, kapitanie, dlaczego za każdym razem, gdy z panem rozmawiam, mam wrażenie déjà vu?

W przeciwieństwie do byłego pułkownika i wbrew zapewnieniom członków Rady obiecany awans Święckiego wciąż nie został oficjalnie zatwierdzony, a w każdym razie informacje o tym nie dotarły jeszcze do sztabu trzeciego metasektora.

– Nie dziwię się, generale. W kółko maglujemy ten sam temat.

– Co robimy? – zdumiał się Rutta.

– To jedno z powiedzonek mojego ojca, sir. Jeśli dobrze pamiętam, chodzi o…

– Nieważne – przerwał mu obcesowo przełożony. – Mam lepsze zajęcia niż słuchanie wyjaśnień nikomu nieznanych, archaicznych porzekadeł. Pańska prośba…

– Moje żądanie – poprawił go beznamiętnym tonem kapitan.

– Pańska prośba – powtórzył Rutta, nie kryjąc rozdrażnienia – została oddalona. De-fi-ni-tyw-nie – podkreślił. – Farland zapowiedział mi dzisiaj rano, że jeśli jeszcze raz zobaczy to nagranie, osobiście zadba, by przeniesiono pana na pierwszy lepszy niszczyciel i pozbawiono dostępu do systemu łączności sztabowej. Chce pan tego, kapitanie? – zaakcentował ostatnie słowo, jakby próbował uzmysłowić Święckiemu, gdzie może, choć nie musi, tkwić przyczyna opóźnienia awansu.

– Nie chcę, sir, ale jak pan zapewne pamięta, dałem tym ludziom…

Wysoko uniesiona dłoń generała uciszyła go, zanim dokończył.

– Nie powinien pan obiecywać czegoś, co tak dalece wykracza poza pańskie kompetencje.

– Sądziłem…

– Jeszcze nie skończyłem, kapitanie! – Tym razem w tonie przełożonego dało się wykryć coś więcej niż tylko cień gniewu. – Zlecono panu dowodzenie ważną misją ewakuacyjną, ponieważ jest pan inteligentnym i sumiennym oficerem. Proszę mi przypomnieć, na ile admiralicja oszacowała powodzenie ewakuacji Ulietty? Czterdzieści pięć, pięćdziesiąt procent?

– Pięćdziesiąt sześć, generale.

– Właśnie, a panu udało się, wprawdzie w nieco nieregulaminowy sposób, ewakuować ponad dziewięćdziesiąt pięć procent kolonistów. Ocalił pan sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi więcej, niż od pana wymagano, a panu nadal coś nie pasuje?

– To „coś” ma twarze ośmiu tysięcy pozostawionych na Delcie mężczyzn i kobiet, generale.

Rutta westchnął ciężko. Czas zmienić podejście.

– Zrozum mnie, człowieku – rzucił, przełknąwszy dziwnie gęstą ślinę. – Nie jestem w stanie przeforsować twojego planu, a próbowałem, możesz mi wierzyć. Farland też pociągnął za kilka sznurków, ponieważ go wczoraj o to poprosiłem, choć nie powinienem… – Zamilkł na moment, jakby zbierał myśli. – Masz rację co do jednego: oni tam, na górze – wskazał palcem sufit kajuty, mając na myśli znajdującą się setki lat świetlnych od stacji, choć niekoniecznie w tym kierunku, admiralicję – patrząc codziennie na nowe raporty i tabele, nie widzą w nich, jak my, znanych sobie ludzi, lecz suche dane. Liczby, statystyki. Ba, nie obchodzi ich, że każda pozycja po stronie strat oznacza czyjąś osobistą tragedię, kolejne zmarnowane życie. Tak jest i choć się z tym nie zgadzasz, tak musi być. W końcu to jest wojna, w ostatecznym rozrachunku liczy się coś więcej niż dobro jednostek… – widząc, że Święcki otwiera usta, nie dał sobie przerwać i by podwładny nie wybił go z rytmu, dodał szybko: – …nawet jeśli są ich tysiące. Nawet gdyby były ich setki tysięcy lub miliony. Tak, wiem, jak to brzmi, ale na tym właśnie polega robota ludzi odpowiedzianych za planowanie operacyjne i strategię. Tysiąc ofiar to mniej niż dziesięć tysięcy. Lepiej poświęcić milion kolonistów z trudnych do ewakuowania planet, niż stracić przez to dwa miliony istnień. Tak się to liczy. Ty podchodzisz do kwestii Ulietty osobiście, ponieważ poznałeś ludzi kryjących się za tymi liczbami, ponieważ dałeś pozostawionym kolonistom słowo honoru, jednakże dla admiralicji rachunek jest prosty. Ryzyko wysłania na Deltę konwoju w sytuacji, gdy nie mamy bladego pojęcia, czy ktokolwiek przetrwał atak – znów uniósł dłoń, by uciszyć protest kapitana – bo tego nikt dzisiaj nie może z całą pewnością wiedzieć, jest zbyt duże. W ciągu czterech dni, jakie minęły od waszego odlotu z Delty, sondy Obcych pojawiły się w kolejnych dwudziestu dwóch systemach. T’iru starły z powierzchni planet sześć kolonii, w tym jedną niezwykle cenną kopalnię metali ziem rzadkich w wewnętrznym pasie asteroid Tantala XIV. Tylko w te cztery dni na Rubieżach zginęło ponad trzydzieści tysięcy ludzi. Straciliśmy ich pomimo wysiłków wielu ekip ewakuacyjnych. Może nie tak heroicznych jak twoje, ale… – Generał zamilkł na moment, jakby straciwszy wątek. – Prawda jest taka, że nie mamy sił ani środków, aby przenieść wszystkich ludzi znajdujących się w strefie zagrożenia, a pan, kapitanie – widząc po minie Święckiego, że przydługi wykład odniósł skutek, Rutta wrócił do oficjalnej tytulatury – pan nalega, byśmy dali panu transportowce, nie mówiąc o okrętach eskorty, i posłali je na wskroś systemów kontrolowanych przez wroga aż do pasa U po ludzi, którzy mogą już dawno nie żyć.

– Jestem pewien, że… – wybąkał Henryan.

– Proszę mi nie przerywać! – Generał podniósł głos, przejmując ponownie inicjatywę. – Zdaje pan sobie sprawę z tego, że nasi sztabowcy uważają, iż Obcy nie pozostawili podbitych terytoriów bez kontroli? – Święcki przytaknął, choć z ociąganiem. Również był zdania, że żaden szanujący się strateg nie popełniłby tak podstawowego błędu, wyliczył jednak, że zdąży dolecieć na Uliettę, zanim wróg zareaguje, i wyraźnie zaznaczył to w przesłanych dokumentach. Nie rozumiał więc, dlaczego Rutta przywołuje akurat ten argument. – Pański konwój – kontynuował tymczasem ze spokojem generał – żeby dostać się na Uliettę, musiałby wykonać trzy skoki przez odebrane nam już systemy. Jak pan sądzi, kapitanie, gdzie zostalibyście przejęci? Na pewno nie na Smaugu, ale co do Torusa nie byłbym już taki pewny… – Rutta zawiesił znacząco głos.

– Wziąłem to pod uwagę w swoich obliczeniach – oświadczył z przekonaniem Święcki. – Na Smaugu będziemy tylko przez trzy godziny. Lot na Torusa potrwa szesnaście standardówek, do tego dochodzi jeszcze kwadrans na drugi transfer i czas skoku na Uliettę, czyli kolejne czternaście godzin. Jak pan widzi, pojawilibyśmy się w systemie docelowym trzydzieści trzy godziny po ewentualnym wykryciu przez czujniki ma’lahn na Smaugu i około czternastu godzin po ustaleniu przez wroga prawdziwego celu moich okrętów, a to…

– Świetny plan – zadrwił generał, spoglądając na Henryana z niezwiastującym niczego dobrego krzywym uśmieszkiem – przy założeniu, rzecz jasna, że Obcy są skończonymi debilami i faktycznie potrzebują czterdziestu paru godzin na reakcję.

– Do tej pory tyle potrzebowali. Nic też nie wskazuje, by w tym wypadku miało być inaczej. – Święcki nadal był pewny swego, choć poczuł pierwsze ukłucie niepokoju, dostrzegając cień rozbawienia na twarzy przełożonego.

– Naprawdę? – Rutta założył ręce za plecy i zakołysał się na obcasach jak sierżant stający przed rekrutem, któremu należy się zasłużony opieprz. – A nie przyszło panu do głowy, kapitanie, że w takiej sytuacji ma’lahn mogą wysłać przeciw wam t’iru skierowane wcześniej na inny cel? Powiedzmy… – pochylił się, by aktywować mapę sektora, a potem znów wyprostował plecy i z jeszcze szerszym uśmieszkiem dodał: – …na Romulusa V, gdzie okręty Obcych są spodziewane za… – rzucił okiem na zegar – plus minus czterdzieści godzin standardowych? Jeśli dobrze liczę, gdybyście wyruszyli teraz, wasz przelot przez Torusa VI zbiegłby się z ich tranzytem przez Vickersa X – wymówił obie nazwy bardzo wolno i wyraźnie – co z kolei oznacza, że mogą tam zostać poinformowani o obecności pańskiej eskadry i o celu jej lotu. A stamtąd dolecą na Uliettę w… nieco ponad jedenaście godzin. W najbardziej niesprzyjających okolicznościach mogą więc dotrzeć do celu całe trzy godziny przed wami.

 

– Nigdy wcześniej… – zaczął Henryan, ale zaraz umilkł, czując gorąco rozlewające się po karku i twarzy. Nie wziął tego czynnika pod uwagę, ponieważ Obcy do tej pory ani razu nie uczynili odstępstwa od planu. Działali metodycznie, jakby ich poczynaniami kierowały komputery. Z drugiej strony ma’lahn jak dotąd nie musieli reagować na podobne ruchy uciekających przed nimi ludzi…

Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej przekonywała go argumentacja przełożonego. Nie zamierzał jednak odpuszczać. To było tylko założenie, nie pewnik.

– Odrzuciłem tę wersję zdarzeń jako mało prawdopodobną, generale – podjął, jednakże już nie tak hardo jak przedtem. – Poza tym w razie bezpośredniego zagrożenia zawsze możemy przerwać misję i zawrócić.

Rutta pokiwał głową, nie odrywając wzroku od mapy.

– A jeśli będą czekali na was przy samym punkcie skoku, tak jak pan na nich podczas ewakuacji Ulietty?

Święcki przełknął ślinę. Rutta trafiał celnie. Obcy mogliby zastosować manewr, którego sam ich nauczył. „Mogliby” nie znaczy jednak…

– Zabezpieczyłbym się, wydając jednostkom rozkaz przekierowania całej mocy na ekrany czołowe oraz w razie wykrycia wroga w rejonie wylotu studni grawitacyjnej wykonania natychmiastowego skoku w podprzestrzeń. Ponieważ nie zamierzałem wdawać się w walkę, przy wcześniejszym wprowadzeniu danych zniknęlibyśmy, zanim zrobiłoby się naprawdę gorąco. Straty byłyby… co najwyżej minimalne.

– Tak… – Ręce generała znów zawędrowały za plecy. – Jeśli daliby wam te dwanaście sekund potrzebnych na rozgrzanie akceleratorów, co jest mocno wątpliwe. Ale załóżmy, że byliby tak głupi. Skaczecie i co dalej?

– Nic. – Henryan wzruszył ramionami. – Każda jednostka wróciłaby do bazy na własną rękę.

– Rozumiem. Ile potrzebowałyby na to czasu?

– Nie znam dokładnych parametrów wyjściowych pierwszego skoku – zastrzegł się Henryan – więc nie mogę odpowiedzieć na tak postawione pytanie.

– Z grubsza licząc – nie ustępował generał.

Święcki wykonał kilka działań w myślach.

– Sześć do ośmiu dni standardowych.

– W najlepszym razie sześć dni, powiada pan, kapitanie – powtórzył Rutta, rozciągając wargi w uśmiechu. – Czyli nie byłoby ich tutaj w sumie osiem dni, jeśli doliczymy czas potrzebny na dotarcie do punktu skoku na Torusie, albo nawet dziesięć, jeśli weźmiemy pod uwagę bardziej wyważone szacunki. Dziesięć dni standardowych, podczas których przekazane pod pańskie dowództwo transportowce mogłyby ewakuować… – teraz Rutta musiał coś przeliczyć w pamięci – …mieszkańców sześciu innych systemów, czyli jakieś czterdzieści do pięćdziesięciu tysięcy osób, ale nie zrobią tego, skazując tych ludzi na pewną śmierć, ponieważ wezmą udział w wyprawie po kolonistów, którzy równie dobrze mogą już być martwi. Czy rozumie pan teraz, dlaczego jakiś stary pierdziel z admiralicji, któremu zlecono analizę pańskiego planu, uznał, że z perspektywy dowództwa i tej wojny nie ma on najmniejszego sensu? – Generał spoważniał w sekundzie. – Z jednej strony mamy osiem tysięcy czekających na ratunek kolonistów, którzy… pozwoli pan, że powtórzę… mogą już nie żyć, oraz bardzo wysokie prawdopodobieństwo utraty kilku niezwykle cennych transportowców podczas ryzykownej operacji ratunkowej, a z drugiej pięćdziesiąt tysięcy ludzi, których te same jednostki przetransportują bezpiecznie dwa pasy dalej, do stref, od jakich udało się, przynajmniej chwilowo, odciągnąć wroga, by stamtąd mogli trafić transportem cywilnym nawet na drugi kraniec podbitej przez nas przestrzeni, gdzie będą w spokoju żyć i pracować na nasze przyszłe zwycięstwo. Jakiego wyboru dokonałby pan, kapitanie, mając przed sobą takie dane?

Henryan milczał. Od początku zdawał sobie sprawę, że nie będzie łatwo, poza tym była to dla niego, jak słusznie zauważył przełożony, sprawa osobista. Złożył obietnicę, z której nadal zamierzał się wywiązać.

– Gdybym miał wybór, nie przyjąłbym pracy polegającej na podejmowaniu podobnych decyzji – odpowiedział zdławionym głosem, czując gorycz przegranej.

– Wojna, kapitanie, jest nieprzerwanym ciągiem nieskończenie okrutnych czynów, ale ani ja, ani tym bardziej pan nie zdołamy tego zmienić. Jedyne, co możemy zrobić, to służyć jak najlepiej naszej sprawie. – Rutta spojrzał Święckiemu prosto w oczy. – Powiem to panu raz, proszę więc mnie słuchać uważnie. Nie posłałem pana do diabła na samym wstępie tylko dlatego, że zaimponował mi pan swoją postawą na Ulietcie. Tak, podziwiam pański upór w dążeniu do celu i pomysłowość, która pozwala panu dopinać swego, ale… są pewne granice, których nie wolno mi przekroczyć, choć naprawdę gorąco panu kibicuję. I nie tylko ja zresztą. Zrobiliśmy z Farlandem co w naszej mocy, by panu pomóc, może mi pan wierzyć, ale to, o co pan prosi, jest zwyczajnie niewykonalne. W każdym razie nie tutaj i nie teraz. Potrzebujemy jeszcze co najmniej pół roku i ewakuacji paru miliardów kolonistów, zanim będziemy gotowi do podjęcia wyrównanej walki z wrogiem. A z każdym tygodniem będzie gorzej. Musi pan mieć świadomość, że w ciągu nadchodzących miesięcy zginą miliony, a kto wie, czy nie dziesiątki milionów ludzi. Obcy zabiją ich, choćbyśmy wypruli sobie żyły, dokonując podobnych cudów jak pan na Delcie. To nieuniknione, dlatego… Dlatego czasem lepiej odpuścić.

– Dałem im słowo… – zaczął niepewnie Święcki, ale niemal natychmiast zamilkł, słysząc, że komunikator przełożonego ożył.

Rutta pochylił się nad konsolą komputera, na moment tylko, lecz i tak gdy prostował plecy, wydawał się bledszy niż jeszcze przed chwilą, choć wrażenie to mogła potęgować poświata bijąca od włączonego holoprojektora.

– …i nie dotrzyma go pan, kapitanie – generał dokończył przerwaną wypowiedź podkomendnego – ponieważ nasi przełożeni nie wyrazili zgody na realizację pańskiego planu. Zatem to nie pan ponosi winę za złamanie obietnicy.

– To nie takie proste, jak by się wydawało.

– Wiem, ale zapewniam pana, że choć dzisiaj czuje się pan jak skończony szubrawiec, za miesiąc nie będzie pan nawet pamiętał o tych ludziach – oznajmił Rutta.

Henryan posłał mu jadowite spojrzenie i wycedził przez zęby:

– Wątpię.

– Ręczę za to głową. W najbliższym czasie będziemy musieli podjąć wiele gorszych decyzji. Pan, ja i wszyscy, których znamy.

– Nie rozumiem…

Rutta uśmiechnął się bez cienia radości.

– Właśnie otrzymałem informację, że Rada zdecydowała o bezzwłocznej ewakuacji Warszawy.

Święcki drgnął, słysząc znajomą nazwę. Flota i admiralicja robiły wszystko, aby odciągnąć t’iru od jedynego – jeśli nie liczyć Delty Ulietty, rzecz jasna – systemu z planetą tlenową w zewnętrznych pasach Rubieży. Z tego, co Henryan wiedział, Obcy na razie dali się zwieść, ale… prędzej czy później odkryją prawdę. Ma’lahn kierowali się do tej pory na źródła najaktywniejszych transmisji, atakując i doszczętnie niszcząc duże, choć całkowicie wyludnione fałszywe kolonie, dzięki czemu nie zwracali uwagi na sam skraj ramienia i znajdujące się tam największe skupisko ludności w tej części metasektora. Szczęście nie mogło jednak trwać wiecznie, zatem reakcja Rady wydawała się uzasadniona, aczkolwiek Święcki, gdyby pozwolono mu decydować, wydałby ten rozkaz dopiero za jakiś czas. Chyba że o czymś nie wiedział…

– Skąd ten nagły pośpiech? – zapytał, nie mając wielkich nadziei na wyjaśnienia.

– Wygląda na to, że wojna wkroczyła w nową fazę – odparł zamyślony Rutta. – W pasie Z pojawiły się nowe sondy Obcych. Są ich dziesiątki. W ciągu ostatnich trzech godzin straciliśmy stacje przekaźnikowe w czterdziestu dwóch systemach tranzytowych, a podejrzewam, że to dopiero początek problemów.

– Czy… – zaczął ostrożnie Święcki.

– Nie – odpowiedział Rutta, jakby czytając mu w myślach. – Nie przydzielono pana do operacji Warszawa. Zostaje pan w Sektorze Sierra. Odprawa dowództwa trzeciej floty za kwadrans. Za godzinę mamy opublikować nowy harmonogram misji. Tak jak mówiłem, będzie naprawdę źle.

Henryan przyjął tę informację zdawkowym skinieniem głowy.

– Damy radę.

– Nie wątpię, ale tym razem czeka pana dodatkowa trudność – oświadczył generał, wracając wzrokiem do wyświetlacza komunikatora, na który spływały kolejne dokumenty. – Admiralicja odbiera panu cztery transportowce.

– Ale… – Święcki zaniemówił.

Z dziesięciu okrętów tej klasy, jakimi dysponował, zostanie mu sześć, a zadań, podobnie jak wymagań, na pewno nie ubędzie.