Kroniki jednorożca: polowanieTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kroniki jednorożca: polowanie
Kroniki Jednorożca: Polowanie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,85  43,88 
Kroniki Jednorożca: Polowanie
Kroniki Jednorożca: Polowanie
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
24,95  18,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


DROGI CZYTELNIKU!

Ostrzeżenie na czwartej stronie okładki nie jest żartem.

Ten tekst powstał kilka lat przed rokiem 2012, a mimo to znalazło się w nim wiele wyjątkowo trafnych przewidywań dotyczących przyszłości (wygląd wieżowca Sky Tower, późniejsza o sześć lat prezydentura Bronisława Komorowskiego, katastrofa/zamach, w której ginie większość prominentnych członków partii rządzącej, trick Putina polegający na wymianie stanowisk i powrocie w 2012 roku na fotel prezydenta Federacji Rosyjskiej, a nawet przyznanie Polsce organizacji Euro2012, które nastąpiło dopiero trzy lata po powstaniu tego tekstu!). Okazały się one tak celne, że postanowiliśmy nie wprowadzać korekt prostujących kilka drobnych nieścisłości, byś mógł obcować z pierwotną wizją autora słynącego z przepowiadania w swoich książkach wydarzeń z przyszłości (podobnie jest w wydanej także przez DW REBIS Apokalipsie według Pana Jana).

Przyjemnej lektury… i czuj się ostrzeżony!

Bazylikę Świętego Piotra przebudowywano wiele razy. Daleka była droga od wizji Bramantego, przez projekty Rafaela, aż do Michała Anioła, który na szkicach tego pierwszego oparł ostateczną wersję świątyni. Tę znaną nam dzisiaj. Górującą nad Wiecznym Miastem. Nie tylko głoszącą wśród pielgrzymów chwałę Najwyższego, ale także powalającą na kolana niezwykłym pięknem i majestatem tych, którym wydaje się, że w Boga nigdy nie uwierzą.

Podobne wrażenie odnosi pielgrzym spoglądający na symbolizujące czterech ewangelistów strzeliste, acz wciąż nieukończone wieże barcelońskiej Sagrada Família. Bazylika ta jest tak odmienna od wyobrażenia klasycznego kościoła, że człowiek, wkraczając w jej mury, czuje się, jakby wstępował do zupełnie innego świata. Patrząc na niesamowite, obce wręcz kształty budowli, nawet ktoś dobrze obeznany ze sztuką architektury musi przyznać, że jego wiedza jest niczym w porównaniu z geniuszem Gaudiego.

Nie brak na świecie mistycznych budowli sakralnych od wieków urzekających pięknem, i nic w tym dziwnego: ich twórcy czynili wszystko co w ludzkiej mocy, by dzieło było godne Boga. Mając w pamięci te cuda, trudno zrozumieć, czym kierowali się projektanci domu Bożego stojącego w samym sercu Białegostoku. Betonowa bryła, przypominająca raczej halę hipermarketu aniżeli kościół, niewiele miała w sobie gotyckiej wyniosłości. Nie była też wzorem stylu modernistycznego, a już z pewnością nie wywierała należytego wrażenia na wiernych, którzy całkiem niedaleko mogli znaleźć zacisze do modłów w jednej z pereł europejskiej architektury sakralnej. Tyle że tamten budynek zdobiły prawosławne krzyże.

Wnętrze betonowej świątyni też było surowe, białe jak oblicze śmierci, chłodne jak jej oddech, mimo że na dworze panował właśnie trudny do zniesienia upał. Masywne drzwi zamknęły się za wchodzącym z głuchym łomotem, lecz nikt z obecnych nie odwrócił głowy. Przebrzmiały już akordy organów, za chwilę miało rozpocząć się kazanie; kapłan wspinał się właśnie po stopniach niewysokiej ambony.

– Jedno jest królestwo w niebiesiech… – powiedział ubrany na biało mężczyzna o długich siwych włosach i przeraźliwie szczupłej twarzy, wchodząc między ostatnie rzędy pustych ławek. – Czyż nie tak mówi Biblia?

Wierni jak na komendę odwrócili głowy ku idącemu środkiem nawy przybyszowi. Otwierający Pismo Święte kapłan zamarł z uniesioną do błogosławieństwa ręką, patrząc z nieskrywanym zaskoczeniem na zbliżającą się do ambony postać. W absolutnej ciszy każde zetknięcie podkutych obcasów z imitacją marmuru na posadzce brzmiało w uszach zgromadzonych niczym uderzenie kowalskiego młota.

– Dlaczego więc, miast wspólnie głosić chwałę Zbawiciela, rozłupujecie wciąż Królestwo Chrystusowe na kolejne, niewiele różniące się od siebie odłamki? – zapytał przybysz, a głos miał mocny, donośny, choć zarazem bardzo spokojny.

Zgromadzeni w świątyni widzieli go teraz lepiej. Orli, wydatny nos. Zrytą zmarszczkami wychudłą twarz. Pokryte dwudniowym, ale rzadkim zarostem zapadłe policzki. I oczy… Niesamowite, lśniące i tak niebieskie jak królestwo, o którym mówił. Mężczyzna zatrzymał się przy pierwszych ławkach. Przyklęknął ostrożnie na jedno kolano i przeżegnał się zamaszyście, pochylając głęboko głowę.

– Dla srebrników to czynicie, jak Judasz? – zadał kolejne pytanie, powstając z ironicznym uśmiechem na szerokich ustach. – A może dla chwili złudnej władzy?

– O kim… mowa? – wyjąkał zaskoczony proboszcz. W jego głosie dało się wyczuć niepewność i zbyt twardy jak na te strony akcent.

– O ludziach, którzy przybijają do wrót świątyń karteluszki ze swoimi prawami – odparł nieznajomy. – O przepełnionych grzechem pychy sługach Bożych buntujących się przeciw władzy innych, nie mniej godnych pogardy kapłanów. O chciwych wyznawcach bożka mamony opływających w luksusy pośrodku morza biedy. O fałszywych autorytetach moralnych wyprowadzających swoimi postępkami wiernych ze świątyń. O tych wszystkich, którzy zwą siebie protestantami, prawosławnymi, katolikami, choć tak naprawdę, jako dzieci tego samego Boga, zwać się powinni jedynie chrześcijanami.

Mówiąc te słowa, nie patrzył na ambonę, przyglądał się za to uważnie siedzącym wokół niego ludziom. Wierni bali się spojrzeć mu prosto w twarz, ale gdy odwracał wzrok, śledziły go dziesiątki par oczu. Czuł te spojrzenia na plecach. Palące, pełne lęku, ale jeszcze nie nienawistne.

– Synu, dlaczego przeszkadzasz w odprawianiu nabożeństwa?! – Tym razem pytanie z ambony padło ostrzejszym tonem. – Za kogo się uważasz…?

Ktoś zakasłał w jednej z ostatnich ławek po prawej. Ktoś inny natychmiast uciszył go przeciągłym syknięciem.

– Wiesz, kim jestem. Jako i wy… – Mężczyzna zatoczył koło, rozłożonymi rękami wskazując na ławy. – Choć nie chcecie w to jeszcze uwierzyć.

– Bluźnisz! – krzyknął ksiądz, opierając się dłońmi o rzeźbioną balustradę. Otwarta Biblia, popchnięta jego wydatnym brzuchem, zsunęła się z podpory i szeleszcząc kartami, poleciała wprost w wyciągnięte dłonie mężczyzny w bieli.

– Ja bluźnię? – Przybysz roześmiał się i delikatnie wyprostował zagięte stronice.

– Nie masz prawa… – zaczął proboszcz, lecz nie dokończył.

Zatrzaśnięta z hukiem Święta Księga nie tyle zagłuszyła jego słowa, ile wcisnęła mu je z powrotem do krtani. Głos przybysza wydawał się teraz niemal szeptem, ale nie było w kościele osoby, która by nie drgnęła, gdy rozległy się wypowiedziane z wyraźną pogardą słowa:

– A jakie ty masz prawo do bycia pasterzem tej trzody po tym, co stało się w Krzydlicach, Morągu, Piasecznie, Stalowej Woli? Czy twoje owieczki wiedzą, dlaczego opuszczałeś tamte parafie nocą, po kryjomu, nierzadko w asyście ochrony…?

Nalana twarz duchownego spurpurowiała, zsiniała niemal, oczy przez chwilę wyrażały bezgraniczne przerażenie, ale zaraz górę wzięła nienawiść, kąciki ust zadrgały nerwowo. Mierzyli się wzrokiem. Kapłan i nieznajomy.

– Ty urbanowa, komunistyczna gnido… – wysyczał wreszcie ksiądz, a jego twarz pojaśniała. – Tak, już wszystko rozumiem. On cię tu nasłał! Najpierw kłamliwie opisał, a teraz…

– Ten, który mnie przysyła – odpowiedział spokojnie mężczyzna w bieli, przyciskając Biblię do piersi – nie ma nic wspólnego z wymienionym przez ciebie człowiekiem.

– Już ja doskonale wiem, skąd przychodzisz i kto ci płaci! – Proboszcz wycelował palec w smutno się uśmiechającego mężczyznę. – Ale mnie tak łatwo nie przestraszysz, komuchu! Solą w oku wam jesteśmy, bo ludzi nie dajemy ogłupiać i ograbiać w biały dzień!

– À propos ograbiania… – przerwał mu bezceremonialnie człowiek w bieli. – Ta starowinka, którą namaściłeś przedwczoraj, miała całkiem sporo oszczędności w szafie. Chyba jeszcze nie zdążyłeś ich wpłacić na to konto w Arce, z którego finansujesz…

– Kłamca! Oszczerca! – wydarł się kapłan. Spojrzał błagalnie na swoich parafian, rozkładając ręce w papieskim geście. – A wy co tak siedzicie i patrzycie, kiedy waszego proboszcza prowokatorzy poniewierają?

Przybysz spojrzał z rozbawieniem na ławki, w których paru mężczyzn zaczęło się nerwowo kręcić. Trzech właśnie wstawało, zachęcanych kolejnymi wezwaniami kapłana. Siwy wskazał palcem najbliższego z nich. Ubrany w wyświechtany śliwkowy garnitur, pamiętający zapewne wczesnego Gierka, był niższy od niego o głowę i znacznie grubszy.

– A kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem… – powiedział, patrząc prosto w zmrużone, zimne oczy w kolorze stali. Na wysokim czole wskazanego mężczyzny, mimo chłodu panującego w świątyni, pojawiły się krople potu. Spływały szybko, niknąc w krzaczastych brwiach. – Pobijesz mnie, Włodziu, jak tę kobiecinę w zeszły piątek, która nie mogła oddać pożyczonych na leki pieniędzy? Skatujesz mnie jak ją za marne dwieście złotych? A może pogrozisz mi kozikiem, który wciąż nosisz w kieszeni? Tym samym, którym pociąłeś twarz Jadźki od Sobolaków. Pamiętasz ją na pewno. Może i minęło trzydzieści lat od tamtej chwili, ale przecież to była twoja pierwsza poważna robota, panie… Wsiowy Gangster. Nie lubisz, kiedy chłopcy Rogala tak na ciebie mówią… Nie lubisz, ale musisz słuchać za każdym razem, kiedy idziesz po swoje srebrniki…

Mężczyzna w śliwkowym garniturze zadrżał, słysząc te słowa, potem spojrzał niepewnie na twarz siedzącej obok niego kobiety. Wymalowane wszystkimi odcieniami fioletu, okrągłe z przerażenia oczy mówiły same za siebie. Do tej pory Włodzimierz Praszka był dla ich właścicielki kochającym, może tylko nieco zbyt surowym mężem. Taksówkarzem z zamiłowania i zawodu. Nie wiedziała o dodatkowych zajęciach ani o wielu innych sprawach domorosłego egzekutora długów pobliskiego lombardu, jednakże o starym nożu noszonym podobno dla samoobrony musiała wiedzieć. Pociągnęła osłupiałego męża za rękaw, a on, z otwartymi ustami i wybałuszonymi oczami, klapnął ociężale na tyłek, skupiając na sobie spojrzenia najbliżej siedzących.

 

– I ty, Brutusie, przeciwko mnie? – Palec przybysza powędrował ku następnemu obrońcy księdza.

Wskazany podchodził lekko pochylony z rękami wyciągniętymi jak do walki.

– Myślisz, Pawlik – siwy spokojnie patrzył mu prosto w oczy – że pójdzie ci ze mną tak łatwo jak z człowiekiem, którego potrąciłeś tamtej sylwestrowej nocy na drodze za Patykami? On nie mógł się bronić, kiedy ściągałeś go na pobocze. Miał złamany kręgosłup, był całkowicie sparaliżowany, ale mógł mówić… I mówił, ciągle mówił, prawda? Błagał, żebyś się ulitował, żebyś wezwał pomoc, żebyś nie pozwolił mu umrzeć… Wiesz, jak długo jeszcze konał po tym, jak odjechałeś, zepchnąwszy go do wypełnionego śniegiem rowu? Wiesz, co się potem stało z jego rodziną?

Pawlik, a właściwie Paweł, bo zdrobnieniem nazywała go tylko żona i paru kolegów, szedł nadal w kierunku mężczyzny w bieli, ale w jego postawie nie było już śladu agresji. Szedł jak automat, ręce opuścił, szczęka drgała mu spazmatycznie, oczy zaszły mgłą. Nie miał pojęcia, co stało się z ofiarą wypadku, nie chciał też wiedzieć, co spotkało rodzinę tego człowieka. Pragnął zapomnieć, lecz nawet lata picia na umór nie uwolniły go od tych wspomnień.

– Wmawiałeś sobie, kiedy dopadały cię koszmary, że ten człowiek przeżył – sceniczny szept siwego dotarł do najdalszych rzędów – choć w głębi duszy dobrze wiedziałeś, że nie miał najmniejszych szans. Utrata takiej ilości krwi, hipotermia. To był środek naprawdę mroźnej zimy… Ty też nie będziesz miał szans, Pawlik, kiedy staniesz przed obliczem Najwyższego Sędziego. Może gdybyś nie zabrał wtedy portfela, gdybyś nie ściągnął obrączki… Gdybyś choć przestał jeździć po pijaku…

Mężczyzna zwany Pawlikiem upadł na kolana o krok od swojej niedoszłej ofiary. Płakał, bełkotał coś niezrozumiale, potem, nie wstając z kolan, rzucił się w stronę ławek. Usiłował chwytać siedzących najbliżej ludzi za nogi, ale oni odsuwali się od niego, sycząc z obrzydzenia, jakby roznosił najgorszą zarazę.

Trzeci obrońca księdza sam grzecznie usiadł na miejscu, zanim przybysz zwrócił się w jego stronę, wszelako szmer w kościele nie ustał. Akustyka w niegrzeszącej urodą budowli była naprawdę znakomita. Każde, najciszej nawet wypowiedziane słowo było słyszalne równie dobrze w ostatnim rzędzie jak i tutaj, tuż pod amboną.

– Znam każdy wasz grzech i każde przewinienie – ciągnął siwowłosy, przechadzając się z wolna przed pierwszą ławką. – Mam adres twojej nowej kochanki, Jureczku… To już druga zaliczona sekretarka w tym roku, nieprawdaż? – Wymieniony z imienia nowobogacki zaśmiał się nerwowo i umilkł, dostrzegłszy nienawistne spojrzenie eleganckiej żony. – O fagasie z niebieskim focusem, któremu już dwa razy rozorałaś obcasami podsufitkę, też wiem. – Nienawiść w oczach byłej miejscowej miss piękności ustąpiła czystemu przerażeniu. – Siedem tysięcy dwieście osiemdziesiąt. – Szczupły chłopak w przydużej marynarce przełknął nerwowo ślinę, aż mu jabłko Adama zatańczyło na łabędziej szyi. – Tyle już ukradłeś z kasy osiedlowego sklepu, w którym pracujesz. A właściciel nadal myśli, że to on ciebie wykorzystuje, nie płacąc za nadgodziny. A pan listonosz ma może nadzieję, że nikt nie wie, kto zlecał w lipcu włamania do mieszkań urlopowiczów z Antoniukowskiej?

I znów tylko kilka kroków dzieliło mówiącego od ambony. Proboszcz stał jak skamieniały, przypominając jedną z naturalistycznych rzeźb zdobiących zazwyczaj stare kościoły. Zapewne wiedział już, że przegrał tę walkę, ale wciąż zastanawiał się, kim jest mężczyzna ubrany na biało. W przeciwieństwie do parafian nie wierzył, że wiedza, jaką dysponuje tajemniczy przybysz, pochodzi z zaświatów.

– A wracając do naszego pasterza… – Szmery rozmów umilkły nagle jak jęki umierającego, który właśnie dokonał żywota. – Pani Wieczorkowa, proszę zapytać syna po powrocie do domu, gdzie to wyjeżdżał z księdzem dobrodziejem w soboty. A jeśli nie będzie chciał powiedzieć, to może kasety wideo, które znajdują się na plebanii, w skrzyni z drewnem na opał do kominka, tej dębowej, zamkniętej na kłódkę, wyjaśnią sprawę…

– Zamilcz… proszę, zamilcz… – Zdawało się, że ksiądz zupełnie bezgłośnie porusza ustami, a mimo to wszyscy słyszeli, co mówi. Cud prawdziwy, a może tylko efekt wyjątkowego kunsztu pozbawionego gustu architekta?

Siwowłosy zamilkł, odwrócił się ku ambonie i wzniósł ramię w oskarżającym geście, lecz zanim się odezwał, inny głos przerwał ciszę. O wiele wyższy w tonacji i znacznie bardziej stanowczy.

Dobiegał od wejścia.

– Przedstawienie skończone, panie Lis!

Obejrzeli się prawie wszyscy, prócz mężczyzny w bieli i księdza, który patrzył w tamtą stronę cały czas. Starzec opuścił powoli wyciągniętą rękę i zmełł w ustach ciche przekleństwo, tak ciche, że nikomu nie udało się go usłyszeć.

Przy wejściu stało trzech mężczyzn w czarnych garniturach. Dwaj potężnie zbudowani, o byczych karkach i niemal identycznych twarzach, trzymali się za plecami trzeciego, znacznie szczuplejszego i niższego od nich. Już na pierwszy rzut oka widać było, że jest on o wiele starszy od swoich towarzyszy. Miał wysokie, blade czoło, przyprószone siwizną włosy, wodniste oczy, wąską szczelinę ust niemal całkowicie pozbawioną warg i orli nos, na którym opierały się grube okulary o lekko przyciemnionych szkłach. Ci, którzy siedzieli najbliżej, gdyby mieli dobry zmysł obserwacji, mogliby zobaczyć jeszcze jeden szczegół: cieniutką kolistą bliznę na skroni.

– Urząd Ochrony Państwa – oznajmił niski mężczyzna, pokazując niewielką odznakę, której kształtu z tej odległości nie dałoby się rozpoznać, nie mówiąc już o odszyfrowaniu zdobiących ją napisów. – Proszę wszystkich o zachowanie spokoju i pozostanie na miejscach – dodał, widząc poruszenie, jakie wywołały jego słowa wśród zaskoczonych ludzi.

Rośli blondyni, najprawdopodobniej bliźniacy, stanęli tymczasem za plecami mężczyzny w bieli. Ich przełożony podszedł z przeciwnej strony, przyklęknął przed ołtarzem i niedbale się przeżegnał. Potem spojrzał prosto w oczy siwowłosego.

– Edmundzie Lisie, synu Stanisława i Weroniki – powiedział beznamiętnie, jakby cytował dane z rocznika statystycznego – w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej aresztuję pana za uczestnictwo w zorganizowanej grupie przestępczej, której celem była próba wymuszania okupów przez zastraszenie i szantaż osób duchownych.

Oskarżony milczał. Jedno skinienie okularnika wystarczyło, by fachowo założono mu kajdanki i pociągnięto między ławki. Nie bronił się, gdy bliźniacy go wyprowadzali, nie szarpał nawet. Szedł potulnie, niemal bezwolnie pomiędzy funkcjonariuszami służb specjalnych, wpatrując się w podłogę. Milczał, ale z jego twarzy nie zniknął ironiczny uśmieszek.

– Proszę o wybaczenie. – Oficer omiótł wzrokiem siedzących w ławkach. – Przede wszystkim za to, że tak długo nie reagowaliśmy. Jak państwo rozumieją, musieliśmy poczekać, aż podejrzany zabrnie tak daleko w swoim przedstawieniu, by podczas procesu nie mógł się wyłgać byle wymówką. Zaręczam jednocześnie, że Edmund Lis już nigdy nie będzie się wam narzucał. Dziękuję za zachowanie spokoju i współpracę… Szczęść Boże!

Zdezorientowany nagłym zwrotem wydarzeń proboszcz, nadal tkwiący na ambonie, przeżegnał się nerwowo i patrząc za odchodzącymi, wyjąkał trzęsącym się głosem:

– Bracia moi… i siostry! Oto byliście świadkami… okropnych pomówień… jakie ten oszczerca wypowiedział… nie tylko przeciw wam… ale i… mnie, waszemu pasterzowi… A jednak… sprawiedliwość boska, jak widzicie… istnieje!

Zmierzający do wyjścia oficer, słysząc te słowa, zatrzymał się w połowie nawy i powoli odwrócił.

– Pan Lis żyje wprawdzie z szantażowania ludzi – powiedział beznamiętnym tonem – ale nigdy nie nazwałbym go kłamcą albo oszczercą. Podstawą działalności kierowanej przez niego grupy przestępczej jest doskonały wywiad środowiskowy. Obawiam się, że żaden z postawionych tutaj przez niego zarzutów nie był kłamliwy. Ale tym zajmą się w swoim czasie właściwe organa ścigania.

Wyprowadzany musiał dosłyszeć te słowa, do uszu zebranych w kościele doszedł bowiem jego głośny śmiech. Na tyle głośny, że zagłuszył nawet kroki zamykającego pochód mężczyzny w czerni.

* * *

Polaryzowane szyby mercedesa przepuszczały niewiele światła. Lis, rozparty wygodnie na tylnej kanapie, spoglądał na pozbawioną wyrazu twarz szpakowatego mężczyzny, co chwila zerkając znacząco na skute kajdankami ręce.

– Nie masz mi nic do powiedzenia? – zapytał mężczyzna w czarnym garniturze.

– Jako oficerowi UOP-u, który notabene został rozwiązany dziewięć lat temu, czy doktorowi Lewińskiemu, mojemu bezpośredniemu przełożonemu? – Edmund odpowiedział pytaniem na pytanie i uśmiechnął się rozbrajająco.

– Jako przełożonemu. – Szpakowaty nie przejawiał ochoty do żartów.

– Jako przełożonemu mogę ci powiedzieć jedno, Adamie: byłeś znakomity w tej roli. Tylko skąd przyszedł ci do głowy UOP? – Pochylił się do przodu i podniósł skute ręce. – Bądź tak uprzejmy i zdejmij mi w końcu ten złom.

– Co do UOP-u, improwizowałem. Żaden z tych kmiotów nawet tego nie zauważył. A kajdanki… Przykro mi, ale kluczyki ma któryś z Golców. – Lewiński skinął głową w stronę tylnej szyby, przez którą było widać niewyraźny kształt maski jadącego za nimi suva z ochroniarzami. – Będziesz musiał znieść ten dyskomfort jeszcze przez jakiś czas.

– Dlaczego mi to robisz?! – żachnął się Lis, opadając teatralnie na siedzenie.

– A dlaczego ty nam robisz takie numery? Nie po to cię szkoliliśmy, żebyś epatował ludzi tandetnymi przedstawieniami…

– Nie? W takim razie po co? – Lis spojrzał z rozbawieniem na szarą w tym oświetleniu twarz przełożonego. – Powiedz mi, po co tak naprawdę mnie szkoliliście?

– Twoje zdolności są niezbędne dla obronności kraju.

– Gówno prawda! – krzyknął siwy, wciskając się w kąt. – Bóg, Honor, Ojczyzna… Akurat na te przykazania zabrakło miejsca w waszym katechizmie moralnym! Już prędzej pasują: Burdy, Honoraria, Ochlaj. Używacie mnie do eliminowania konkurencji przy żłobie i tyle.

Lewiński spojrzał na niego z wyrzutem.

– Ujawnienie księdza pedofila uważasz za słuszne posunięcie, ale urzędnika, który bierze łapówki, już nie?

– Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt – Lis uśmiechnął się złośliwie – że ujawnia się tylko urzędników powiązanych z opozycją, to masz rację, nie uważam. Bo nie powiesz mi chyba, że kiedykolwiek ktoś z naszego zespołu otrzymał zadanie rozpracowania człowieka z kręgu premiera?

* * *

Lewiński nie odpowiedział. Mógł wprawdzie skłamać, że i takie zadania zlecano zespołowi, ale Mundek nie dałby się nabrać. Był prawdziwym asem w jego grupie specjalnej.

Edmund Lis. Znany niegdyś wizjoner. Na tyle znany, że telewizja zorganizowała z nim pokazowy program. Starał się wtedy na oczach widzów rozwikłać trzy zagadkowe – aczkolwiek rozwiązane wcześniej przez policję – zniknięcia, mając do dyspozycji wyłącznie rzeczy należące do ofiar. Dwie z trzech diagnoz okazały się trafne. Ostatnia była tylko lekko chybiona. Dawne dzieje…

Lewiński trafił na niego przypadkowo, przerzucając od niechcenia kanały. Dzień wcześniej zlecono mu potajemne znalezienie haka na jednego z kontrkandydatów do fotela prezydenta. Facet z „niewłaściwej” opcji politycznej miał za dobre wyniki w sondażach. I żadnego „trupa w szafie”. Za młody na kontakty z SB, żadnych lewizn, kochanek. Przykładny mąż i ojciec rodziny. Adam, mimo stosunkowo zaawansowanego wieku, należał do ludzi myślących perspektywicznie, nie miał ograniczników typowych dla urzędasów. Jak mawiał jego osiemnastoletni wnuk: kumał. Patrząc na wyczyny Lisa, uznał, że jasnowidz jest idealnym narzędziem do wykonania nietypowego zadania. Jeden mail wystarczył, by nazajutrz spotkali się w kawiarni.

Zanim zdążył zadać pytanie, Lis powiedział krótko: „Pięć tysięcy to trochę mało, panie Lewiński”. Czy trzeba lepszej rekomendacji? Dokładnie tyle Adam chciał mu zaproponować za informacje kompromitujące kontrkandydata. I nie przedstawił się własnym nazwiskiem.

Koniec końców zapłacił dziesięć tysięcy euro, chociaż rozmówca zastrzegł, że nie daje gwarancji. Obiekt mógł być przecież czysty jak łza. Istniało takie ryzyko, ale z drugiej strony… Który polityk nie ma choć odrobiny brudu za paznokciami? Polityka to sport dla ludzi pozbawionych nerwów i… skrupułów. Jasnowidz postawił tylko jeden warunek: musiał znaleźć się w tym samym pomieszczeniu, co wskazany cel. To akurat nie stanowiło problemu. Kampania wyborcza rozkręcała się na dobre. Wszyscy kandydaci dwoili się i troili, by przekonać wyborców do siebie i swoich programów. Najbliższe spotkanie z elektoratem wypadało następnego dnia w Poznaniu. Pojechali tam we dwóch – Adam został w samochodzie, Lis poszedł na wiec i mając podrobioną akredytację prasową, bez kłopotu dotarł w pobliże kandydata. Wrócił po kwadransie i wręczył Lewińskiemu kartkę papieru z długim ciągiem cyfr, datą i jakimś niezrozumiałym słowem. Jak się okazało, były to numer i hasło do konta. Tajnego konta w szwajcarskim banku. Sporo na nim było, niemal dokładnie tyle, ile kosztowało przepchnięcie pewnej ważnej ustawy w poprzedniej kadencji parlamentu. Telefon od „życzliwego” wystarczył, by lider rankingów wycofał się z wyścigu.

 

Przełożeni Adama nie wiedzieli i nie chcieli wiedzieć, jak ich podwładny zdobył te informacje, ale nagroda go nie ominęła. Otrzymał przepustkę do większych pieniędzy i Naprawdę Wielkiej Polityki. Wtedy też postanowił zagrać va banque. Przez kilka miesięcy w sekrecie studiował pilnie wszelkie materiały dotyczące paranauki. Telepatia, telekineza, prekognicja, zdalne widzenie, byty astralne. Zdolności nadprzyrodzone, o których napisano nie mniej niż o mitycznej Atlantydzie. I dla wielu równie fantastyczne, jak zaginiony kontynent. A przecież Edmund Lis istniał naprawdę i choć Lewiński spijał śmietankę, to właśnie nadprzyrodzone zdolności jasnowidza pozwoliły na usunięcie najgroźniejszej przeszkody dla prezydentury swojego człowieka, a potem jeszcze wyeliminowały kilku pomniejszych przeciwników. O ile Lis faktycznie był jasnowidzem czy raczej, bardziej naukowo rzecz ujmując – prekognitą. Kilka prostych eksperymentów dało bowiem Adamowi do myślenia. Jeśli jego nowy współpracownik miał dar jasnowidzenia, jak mówił, dlaczego zawsze żądał kontaktu fizycznego z celem?

I dlaczego nigdy nie ostrzegał przed trudnościami? A parę się pojawiło, zanim kampania szczęśliwie dobiegła końca. Chyba że jego wizjonerstwo było jedynie przykrywką, maską… pod którą krył się telepata, co by znacznie ograniczało pole manewru. Czym innym jest przewidywanie przyszłości, a czym innym możliwość monitorowania myśli innych ludzi. Władza nad przeszłością jest niczym wobec władzy nad tym, co jeszcze się nie wydarzyło.

Ale, myślał Lewiński, skoro telepatia jest możliwa – a był już tego niemal pewien – powinni istnieć także ludzie posiadający inne zdolności nadprzyrodzone. Wśród nich zaś muszą być prekognici, choćby nawet nieliczni. Kimże jak nie esperami byli ci wszyscy prorocy, od których roi się na kartach historii? Gdybym zyskał potrzebne fundusze, mógłbym stworzyć tajne centrum operacyjno-werbunkowe dla kolejnych paraagentów…

W tym miejscu rozważań docierał do poważnego problemu. Złożenie prośby o dotację na takie centrum równało się wyjawieniu sekretu. I – prawdopodobnie – ośmieszeniu się w oczach pragmatycznych przełożonych. Mimo to zaryzykował.

Zaczął od sprawdzenia Lisa. Ten, choć z niechęcią, przyznał mu rację: nie miewa żadnych wizji, potrafi jedynie odbierać cudze myśli. Rzekomy jasnowidz poddał się też całej serii testów potrzebnych do dokładnego określenia granic jego daru. Wreszcie nadszedł dzień próby. Adam w nagrodę za zasługi stanął przed Komitetem – najbardziej wpływową grupą ludzi w partii. Pamiętał ten dzień, jakby to było zaledwie wczoraj, choć minęło już tyle miesięcy. Komitet zbierał się regularnie w willi jednego z prominentnych działaczy, członka elitarnego klubu władców. Gdy obrady dobiegły końca i zakończono omawianie ważniejszych spraw, Adam został poproszony do saloniku. Członkowie Komitetu siedzieli za suto zastawionym stołem. Pięć twarzy znanych z billboardów i telewizji, a przed nimi on, stojący z tomami akt pod pachą i naprawdę szalonym pomysłem.

– Panie Lewiński – zagaił przewodniczący klubu parlamentarnego, pobieżnie przerzucając dostarczoną przez Adama dokumentację – powiem wprost. Propozycja, jaką pan przedstawił Komitetowi, jest idiotyczna, ale zgodnie z obietnicą i mając w pamięci to, co pan dla nas zrobił, nie wywalimy pana za drzwi od razu, tylko wysłuchamy do końca. Niemniej, zdaje pan sobie chyba sprawę, że jeśli to – wskazał papiery – okaże się jakimś humbugiem, pożegnamy się na stałe. Żąda pan pięciu milionów złotych na zorganizowanie komórki kontrwywiadu werbującej… esperali?

– Esperów, panie przewodniczący. Ludzi posiadających zdolności paranormalne – podpowiedział Adam.

– Dokładnie, agentów paranormalnych, cokolwiek to znaczy. Proszę mi powiedzieć, jak pan to sobie wyobraża? Wie pan przecież, jak wygląda budżet resortu. Nie możemy wpisać kilku milionów do rubryki „wydatki własne” pod pozycją „woda mineralna”. Ma pan też świadomość, że za te pieniądze możemy mieć kilkudziesięciu najlepiej wyszkolonych specjalistów w każdej dziedzinie.

– Nie licząc sporej ilości najnowocześniejszego sprzętu szpiegowskiego – dodał wicemarszałek Sejmu.

– Dokładnie. Pan natomiast, z tego, co widzę, nie oferuje niczego konkretnego. Równie dobrze może się okazać, że nie znajdziemy nikogo o takich zdolnościach, prawda?

– Teoretycznie… – Adam zawahał się na moment, zaczynał podejrzewać, że przesadził z optymizmem w swoich kalkulacjach – jest to możliwe.

Prominenci patrzyli na niego z wyraźnym rozbawieniem. Dla nich jasnowidz był rodzajem kuglarza. Co najwyżej prestidigitatorem. Widowiskowym oszustem zmysłów. Jak ongiś David Copperfield.

– Rozumiem panów opory. Sam do niedawna byłem sceptycznie nastawiony do paranauki, ale tutaj mamy do czynienia z prawdziwym fenomenem. W dostarczonym dossier na stronach od siódmej do dwudziestej drugiej znajdą panowie szczegóły testów, jakie przeprowadziłem…

– Wróżki, krasnoludki, w co jeszcze każe nam pan uwierzyć? – przerwał mu znany senator, odpychając z niechęcią przeglądane papiery. – My zajmujemy się realną polityką. Rządzimy państwem, analizujemy wszystko naukowo i nigdy nie wróżymy z fusów. Przecież to jest śmieszne…

– Daleki jestem od opowiadania bajek, panie senatorze – zapewnił Adam. – Przypadki, o których mówię, nie są oszustwami. To działanie sił, których na razie nowoczesna nauka nie potrafi wyjaśnić, ale też ich nie neguje.

– Chce pan powiedzieć – wtrącił milczący dotychczas wicepremier – że taki agent mógłby podać, dajmy na to, kto był źródłem ostatniego przecieku do prasy? Albo kim byli członkowie grupy trzymającej władzę?

– W sprzyjających okolicznościach byłoby to dość proste – przyznał Adam.

– Co to znaczy: w sprzyjających okolicznościach? – zapytał wicemarszałek.

– Nie jestem w stanie wyjaśnić tego zbyt dokładnie… Z dotychczasowych badań nad obiektem wiemy, że telepata może biernie odczytywać myśli celu, ale nie może go nakłonić do myślenia o czymś konkretnym. Obrazowo rzecz przedstawiając, telepatia to coś w rodzaju telewizji. Pan Lis jest odbiornikiem myśli werbalnych i obrazów z umysłu skanowanej osoby. Moja pierwsza operacja powiodła się, ponieważ umieściłem go w pobliżu celu podczas konferencji prasowej, na której padały pytania w interesujących nas sprawach. Choć kandydat czerwonych mówił co innego, jego myśli zdradzały prawdę. Gdybyśmy zatem doprowadzili do podobnej konfrontacji, na przykład z Lwem Rywinem, zapewne otrzymalibyśmy odpowiedzi na wszystkie dręczące podówczas komisję pytania…

– Dzisiaj i tak nic nam z tego – wicemarszałek, który wiele skorzystał na obecności w komisji podczas tamtej afery, pokręcił głową – ale szkoda, że nie mieliśmy pańskiego pupilka pod ręką dziewięć lat temu.

– A jak pan zamierza rekrutować te swoje paranaturalne wybryki? – zapytał całkiem rzeczowo wicepremier. – Przecież nie da pan ogłoszenia do „Nowej Wyborczej”!

– Akurat to nie będzie takie trudne, jak się zdaje – odparł Adam. – Proszę spojrzeć na stronę osiemnastą w tomie drugim. Mamy dobre układy w mediach. Zlecimy opłacanym przez nas redaktorom stworzenie lub reaktywowanie programów o zjawiskach paranormalnych. Umieszczenie ich w pasmach największej oglądalności nie powinno stanowić problemu. Na początek pójdą materiały spreparowane i apele do widzów, żeby zgłaszali znane im przypadki podobnych zdarzeń. Rozpoznaniem zajmę się sam pod przykrywką pracy reporterskiej. Sądzę, że w ciągu pół roku od pierwszej emisji powinniśmy mieć wymierne efekty.