Niespokojna krew

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niespokojna krew
Niespokojna krew. Część 2
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,82  55,06 
Niespokojna krew. Część 2
Audio
Niespokojna krew. Część 2
Audiobook
24,90  18,18 
Szczegóły
Audio
Niespokojna krew. Część 1
Audiobook
24,90  18,18 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7

Długo tak jechali bez jednej zwady

Przez puste pola i ludzkie osady […].

Edmund Spenser

The Faerie Queene

Gdy wyjeżdżali z Falmouth, Strike poweselał, co Robin przypisała przede wszystkim zaciekawieniu ewentualną nową sprawą. Nie spotkała jeszcze takiego intrygującego problemu, który nie zdołałby przykuć uwagi Cormorana, bez względu na to, co się działo w jego życiu prywatnym.

Miała trochę racji: opowieść Anny z pewnością wzbudziła jego zainteresowanie, lecz przede wszystkim rozweseliła go perspektywa ulżenia na kilka godzin protezie oraz świadomość, że z każdą minutą bardziej oddala się od siostry. Opuściwszy szybę, by znajome morskie orzeźwiające powietrze wpadło do starego samochodu, zapalił papierosa i wydmuchując dym z dala od Robin, spytał:

– Często widywałaś Morrisa, kiedy mnie nie było?

– Widziałam go wczoraj – powiedziała. – Dałam mu czek za wydatki z ubiegłego miesiąca.

– A, świetnie, dzięki – powiedział Strike. – Zamierzałem ci o tym przypomnieć. Co o nim sądzisz? Barclay mówi, że zna się na tej robocie, tylko za dużo gada w samochodzie.

– No – potwierdziła niezobowiązująco Robin – rzeczywiście lubi sobie pogadać.

– Hutchins uważa, że jest trochę lizusowaty – powiedział Strike, subtelnie badając teren.

Zauważył specjalny ton głosu, który Morris rezerwował dla Robin. Poza tym Hutchins mu doniósł, że Morris go pytał, czy Robin kogoś ma.

– Mm – mruknęła Robin – w sumie to nie miałam z nim aż tyle do czynienia, żeby wyrobić sobie opinię.

Biorąc pod uwagę stresującą sytuację Strike’a oraz nawał pracy, której próbowała podołać agencja, Robin postanowiła nie krytykować najnowszego współpracownika. Potrzebowali dodatkowego człowieka. Morris przynajmniej znał się na tej robocie.

– Pat go lubi – dodała, trochę podstępnie, i kątem oka zauważyła z rozbawieniem, jak Strike odwraca do niej głowę i się krzywi.

– Zajebiście marna rekomendacja.

– To było niemiłe – powiedziała Robin.

– Zdajesz sobie sprawę, że za tydzień trudniej będzie ją wylać? Jej okres próbny już prawie dobiegł końca.

– Nie chcę jej wylać – powiedziała Robin. – Moim zdaniem jest świetna.

– W takim razie jeśli potem będzie z nią problem, sama będziesz musiała go rozwiązać.

– Nie będę musiała – odparła Robin. – Nie przypniesz mi Pat. Zatrudnienie jej to była nasza wspólna decyzja. Miałeś dość pracowników tymczasowych…

– A ty powiedziałaś: „Może warto byłoby zatrudnić sekretarkę z prawdziwego zdarzenia” i „Nie powinniśmy jej odrzucać ze względu na jej wiek…”.

– Wiem, co powiedziałam, i dalej przy tym obstaję. Naprawdę potrzebujemy kogoś, kto zna się na arkuszach kalkulacyjnych i jest zorganizowany, ale to ty…

– Nie chciałem, żebyś mnie oskarżyła o dyskryminowanie starszych.

– …to ty zaproponowałeś jej pracę – dokończyła stanowczo Robin.

– Nie wiem, co mi strzeliło do łba – mruknął Strike, strząsając popiół za szybę.

Patricia Chauncey miała pięćdziesiąt sześć lat, a wyglądała na sześćdziesiąt pięć. Chuda kobieta z mocno pomarszczoną małpią twarzą i nieprawdopodobnie czarnymi włosami nieustannie paliła w agencji elektronicznego papierosa, lecz gdy tylko jej stopy dotknęły chodnika po wyjściu z pracy, zaciągała się głęboko superkingiem. Miała tak głęboki i chropawy głos, że przez telefon często mylono ją ze Strikiem. Siedziała przy biurku, które kiedyś było biurkiem Robin, i odkąd Robin zajęła się pracą detektywistyczną w pełnym wymiarze, Pat przejęła lwią część obowiązków związanych z odbieraniem telefonów i czynnościami administracyjnymi.

Strike i Pat od początku byli do siebie wojowniczo nastawieni, co zdumiewało Robin, która lubiła ich obydwoje. Przywykła do humorzastości Strike’a i zwykle skłonna była traktować go pobłażliwie, zwłaszcza gdy przypuszczała, że cierpi z bólu, lecz Pat bez skrupułów warczała: „Nie łaska powiedzieć dziękuję?”, jeśli Strike okazywał niewystarczającą wdzięczność, gdy przekazywała mu wiadomości telefoniczne. Najwyraźniej nie czuła ani krzty nabożnej czci, jaką część ich pracownic tymczasowych otaczała słynnego już detektywa (Strike zresztą natychmiast wylał jedną z nich, gdy zauważył, że siedząc za biurkiem, filmuje go ukradkiem komórką). Zachowanie obecnej sekretarki wskazywało wręcz, że każdy dzień upływa jej na wyczekiwaniu czegoś świadczącego na niekorzyść Strike’a. Okazała pewne zadowolenie na wieść, że wgniecenie w jednej z szaf na dokumenty powstało, gdy Strike uderzył w nią pięścią. Z drugiej strony, dokumenty były przygotowane na czas, w rachunkach panował porządek, wszystkie pokwitowania leżały starannie oznakowane, telefony były sprawnie odbierane, wiadomości przekazywane rzetelnie, nigdy nie kończyły im się torebki z herbatą ani mleko i Pat zawsze zjawiała się na czas, bez względu na pogodę i niezależnie od opóźnień metra.

Poza tym Pat lubiła Morrisa, do którego kierowała większość swoich rzadkich uśmiechów. Morris zawsze dbał o to, by złożyć Pat pełny hołd w postaci swojego niebieskookiego uroku, nim skupił całą uwagę na Robin. Pat wypatrywała już oznak romansu, który mógł połączyć dwoje młodszych współpracowników.

– Jest uroczy – powiedziała do Robin zaledwie przed tygodniem, po tym, jak Morris zgłosił przez telefon swoje położenie, by chwilowo nieosiągalny Barclay mógł się dowiedzieć, gdzie przejąć obserwację związaną z ich najważniejszą sprawą. – Musisz mu to przyznać.

– Niczego nie muszę mu przyznawać – odparła lekko zdenerwowana Robin.

Wystarczyło, że gdy miała wolne, Ilsa w kółko reklamowała jej Strike’a. Nie zamierzała wysłuchiwać, jak Pat wychwala Morrisa w czasie pracy.

– Bardzo słusznie – odparła niezrażona Pat. – Zmuś go, żeby na to zasłużył.

– W każdym razie – powiedział Strike, kończąc papierosa i rozgniatając niedopałek w puszce, którą Robin trzymała w tym celu w schowku na rękawiczki – rozpracowałaś Kępiastego. Cholernie dobra robota.

– Dzięki – odrzekła Robin. – Tylko że sprawą zainteresuje się prasa. Bigamia zawsze wywołuje sensację.

– No – przyznał Strike. – Wprawdzie on będzie miał gorzej niż my, ale i tak warto się postarać, żeby nie wiązano z nim naszych nazwisk. Zamienię słowo z panią Campion z Windsoru. Zostają nam zatem – Strike zaczął odliczać przezwiska klientów na swoich grubych palcach – Drugi Raz, Pląsacz, Pocztówka i Szemraniec.

Wymyślanie ksywek obiektom i klientom stało się w agencji tradycją, mającą przede wszystkim zapobiegać nieumyślnemu wymienianiu ich nazwisk w miejscach publicznych albo w mejlach. Drugi Raz był już kiedyś klientem agencji i niedawno zjawił się u nich ponownie po tym, jak wypróbował innych prywatnych detektywów i nie sprostali jego wymaganiom. Strike i Robin obserwowali wcześniej jego dwie dziewczyny. Mogło się wydawać, że gość ma wielkiego pecha w miłości, a jego partnerki, wabione tłustą sumką na jego koncie, są niezdolne do wierności. Z czasem Strike i Robin doszli jednak do wniosku, że facet czerpał niewyjaśnioną emocjonalną albo i seksualną satysfakcję z tego, że go zdradzały, oraz że płacił detektywom za gromadzenie dowodów, które nie tylko go nie smuciły, lecz wręcz sprawiały mu przyjemność. Po uzyskaniu dowodów świadczących o perfidii jego aktualnej dziewczyny robił jej awanturę, odprawiał ją i znajdował kolejną, a wtedy cały schemat się powtarzał. Tym razem spotykał się z olśniewającą modelką, która jak dotąd, ku kiepsko skrywanemu rozczarowaniu Drugiego Raza, sprawiała wrażenie wiernej.

Pląsacz, którego mało pomysłowe przezwisko wymyślił Morris, był dwudziestoczteroletnim tancerzem, aktualnie romansującym z trzydziestodziewięcioletnią podwójną rozwódką, znaną głównie z nadużywania narkotyków i z olbrzymiego funduszu powierniczego. Ojciec bywalczyni salonów zatrudnił agencję, by dowiedziała się jak najwięcej o przeszłości i sprawowaniu Pląsacza, ponieważ uzyskane w ten sposób informacje miały mu pomóc zniechęcić córkę do tego człowieka.

Pocztówka był jak dotąd zupełną tajemnicą. Czterdziestokilkuletni i zdaniem Robin dość nieatrakcyjny pogodynek z telewizji zgłosił się do agencji, gdy policja oświadczyła mu, że nic nie poradzi w sprawie pocztówek, które zaczęły przychodzić do jego miejsca pracy oraz, co było bardzo niepokojące, bladym świtem docierały do jego domu. Pocztówki nie zawierały pogróżek, w sumie to często były na nich jedynie banalne uwagi na temat wybranego przez pogodynka krawata, świadczyły jednak o tym, że nadawca ma znacznie szerszą wiedzę na temat poczynań pogodynka i jego życia prywatnego, niż powinna posiadać obca osoba. Ponadto pocztówki stanowiły osobliwy wybór w czasach, gdy znacznie łatwiej było kogoś prześladować przez internet. Andy Hutchins, współpracownik agencji, przez bite dwa tygodnie przesiadywał nocami w samochodzie zaparkowanym przed domem pogodynka, bezskutecznie dybiąc na Pocztówkę.

Ostatnia i najbardziej lukratywna była interesująca sprawa Szemrańca, młodego bankiera inwestycyjnego, którego błyskawiczna kariera wywołała zrozumiałą gorycz wśród pomijanych kolegów z pracy. Gorycz ta osiągnęła apogeum, zmieniając się w pełnoobjawową podejrzliwość, gdy mężczyzna awansował na zastępcę prezesa, pokonując troje kontrkandydatów o niezaprzeczalnie wyższych kwalifikacjach. To, jakiego dokładnie haka miał na prezesa (znanego w agencji jako Szef Szemrańca albo po prostu SS), stało się obiektem zainteresowania nie tylko podwładnych Szemrańca, lecz także dwojga podejrzliwych członków zarządu, którzy spotkali się ze Strikiem w ciemnym barze w City, by wyłożyć swoje obawy. Aktualna strategia Strike’a polegała na gromadzeniu informacji o Szemrańcu za pośrednictwem jego asystentki. W tym celu polecił Morrisowi, by zagadnął kobietę po pracy, nie wyjawiając ani swojego prawdziwego nazwiska, ani profesji, i spróbował wybadać, jak głęboko sięga jej lojalność w stosunku do szefa.

– Musisz być w Londynie o konkretnej porze? – spytał Strike po krótkiej chwili milczenia.

 

– Nie – powiedziała Robin. – A co?

– Miałabyś coś przeciwko temu, żebyśmy się zatrzymali i wrzucili coś na ruszt? – spytał. – Nie jadłem śniadania.

Pamiętała wprawdzie, że gdy przyszła do Palacio Lounge, Cormoran miał przed sobą talerz pełny okruszków po croissancie, ale i tak się zgodziła. Strike chyba czytał w jej myślach.

– Croissant się nie liczy. To głównie powietrze.

Roześmiała się.

Nim dotarli do Subwaya na stacji benzynowej Cornwall Services, w samochodzie panowała już niemal beztroska atmosfera, nawet mimo zmęczenia. Robin, pamiętając o swoim postanowieniu, żeby zdrowiej się odżywiać, zaczęła jeść sałatę, Strike zaś pożarł kilka solidnych kęsów kanapki ze stekiem i serem, po czym wysłał do Kim Sullivan mejla z cennikiem.

– Rano pokłóciłem się z Lucy – powiedział po chwili.

Domyśliła się, że skoro Strike postanowił o tym wspomnieć, było naprawdę źle.

– O piątej rano w ogródku, kiedy spokojnie paliłem papierosa.

– Trochę wcześnie na konflikty – powiedziała Robin, trącając bez entuzjazmu liście sałaty.

– Wygląda na to, że rywalizujemy ze sobą w wyścigu z przeszkodami Kto Bardziej Kocha Joan. Nawet nie wiedziałem, że zgłosiłem swój udział w tych zawodach. – Przez chwilę jadł w milczeniu, a potem podjął: – W końcu jej powiedziałem, że moim zdaniem Adam to jęczący kutas, a Luke jest skończonym dupkiem.

Robin, która właśnie sączyła wodę, gwałtownie wciągnęła powietrze i wstrząsnął nią paroksyzm kaszlu. Klienci przy pobliskich stolikach zerkali w jej stronę, gdy krztusiła się i parskała. Złapała leżącą na stole papierową serwetkę, by wytrzeć sobie brodę i załzawione oczy.

– Co? – wydyszała. – Dlaczego tak powiedziałeś, na litość boską?

– Bo Adam to jęczący kutas, a Luke jest skończonym dupkiem.

Wciąż próbując wykasłać wodę z tchawicy, Robin roześmiała się ze łzami w oczach, lecz jednocześnie pokręciła głową.

– Kurde, Cormoran – powiedziała, gdy wreszcie zdołała się normalnie odezwać.

– To nie ty masz za sobą bity tydzień w ich towarzystwie. Ten mały zasraniec Luke zepsuł mi nowe słuchawki, a potem świsnął nogę. W dodatku Lucy mi zarzuciła, że faworyzuję Jacka. Oczywiście, że go faworyzuję, bo tylko on jeden z nich jest porządny.

– Tak, ale mówienie ich matce…

– No wiem – odrzekł z westchnieniem Strike. – Zadzwonię i ją przeproszę. – Przez chwilę milczał. – Ale do kurwy nędzy – warknął – dlaczego muszę zabierać na spacery wszystkich trzech? Dwaj pozostali mają w nosie wojsko. „Adam się popłakał, kiedy wróciliście z War Rooms”. Bo uwierzę. Temu małemu draniowi nie spodobało się raczej to, że coś Jackowi kupiłem. Gdyby Lucy dopięła swego, musiałbym ich zabierać na grupowe wycieczki co weekend, i mogliby na zmianę wybierać, dokąd pójdziemy. Chodzilibyśmy do zoo i na pieprzone gokarty, przepadłoby to wszystko, co podoba mi się w spotkaniach z Jackiem. Lubię Jacka – powiedział Strike tonem, w którym pobrzmiewało zdziwienie. – Interesują nas te same sprawy. O co chodzi z tą obsesją na punkcie identycznego traktowania ich wszystkich? Pomyślałbym raczej, że uświadomienie sobie, że nic nie należy ci się z góry, to przydatna życiowa lekcja. Niczego nie dostaje się z automatu tylko dlatego, że jest się z kimś spokrewnionym. Ale dobra, Lucy chce, żebym kupował reszcie prezenty. – Podniósł ręce i nakreślił w powietrzu ramkę. Zamówię taki obrazek: „Spróbuj nie być małym zasrańcem”, żeby Luke mógł go sobie powiesić na ścianie.

Kupili torebkę przekąsek i ruszyli w dalszą drogę. Gdy znowu wjechali na autostradę, Strike wyraził żal, że nie może zmienić Robin za kółkiem. Stary land rover był jednak zbyt wielkim wyzwaniem dla jego sztucznej nogi.

– Nieważne – powiedziała Robin. – Wcale mi to nie przeszkadza. Co cię tak bawi? – dodała, widząc uśmieszek Strike’a, który znalazł coś w torbie z prowiantem.

– Angielskie truskawki – powiedział.

– A co w tym śmiesznego?

Opowiedział jej, jak Dave Polworth wścieka się z powodu produktów, na których brakuje informacji, że pochodzą z Kornwalii, i o jego proporcjonalnym do tej wściekłości zadowoleniu, że w formularzach coraz więcej lokalsów przedkłada tożsamość kornwalijską nad angielską.

– Teoria tożsamości społecznej jest bardzo ciekawa – powiedziała Robin. – Tak jak teoria samokategoryzacji. Uczyłam się o nich na uniwerku. Bo widzisz, obie oddziałują zarówno na gospodarkę, jak i na społeczeństwo…

Mówiła zadowolona jeszcze parę minut, zanim zerknęła w bok i zdała sobie sprawę, że Strike zapadł w głęboki sen. Postanowiała nie brać mu tego za złe, ponieważ był siny ze zmęczenia. Zamilkła i nie liczyła na żadną próbę komunikacji z jego strony, pomijając sporadyczne burkliwe chrapnięcia, dopóki nie obudził się gwałtownie na przedmieściach Swindon.

– Cholera – powiedział, wycierając usta wierzchem dłoni. – Wybacz. Długo spałem?

– Mniej więcej trzy godziny – powiedziała.

– Cholera – powtórzył. – Wybacz. – Natychmiast sięgnął po papierosa. – Kimałem na najbardziej niewygodnej kanapie na świecie i codziennie rano bladym świtem budziły mnie pieprzone bachory. Chcesz coś przekąsić?

– Tak – powiedziała Robin, zapominając o diecie. Pilnie potrzebowała zastrzyku energii. – Czekoladę. Angielską albo kornwalijską, bez znaczenia.

– Wybacz – powiedział Strike po raz trzeci. – Mówiłaś coś o teorii społecznej czy jakoś tak.

Uśmiechnęła się.

– Zasnąłeś mniej więcej w chwili, kiedy przedstawiałam ci swój fascynujący pomysł na zastosowanie teorii tożsamości społecznej w pracy detektywistycznej.

– A zatem? – zachęcił, próbując nadrobić uprzejmością to, co wcześniej zaprzepaścił.

Robin, która doskonale wiedziała, że zadał to pytanie właśnie z tego powodu, odrzekła:

– Mówiąc w skrócie, mamy skłonność do przydzielania siebie i innych do grup, a to zazwyczaj prowadzi do przeceniania podobieństw między członkami danej grupy i niedoceniania podobieństw łączących członków grupy i osoby, które do niej nie należą.

– Więc mówisz, że Kornwalijczycy nie są nieokrzesaną solą ziemi, a Anglicy nadętymi dupkami? – Strike odwinął batonik Yorkie i włożył jej do ręki. – Brzmi to mało prawdopodobnie, ale wspomnę o tym Polworthowi przy następnym spotkaniu.

Nie skusił się na kupione przez Robin truskawki, otworzył puszkę coli i gdy zbliżali się do Londynu, wypił ją, paląc papierosa i patrząc, jak niebo nabiera krwistej barwy.

– Wiesz, że Dennis Creed wciąż żyje? – odezwał się, patrząc na drzewa za oknem. – Dziś rano czytałem o nim w internecie.

– Gdzie siedzi? – spytała Robin.

– W Broadmoor – odrzekł. – Najpierw wsadzili go do Wakefield, potem do Belmarsh, a w dziewięćdziesiątym piątym przenieśli do Broadmoor.

– Jak brzmiała diagnoza psychiatryczna?

– Kontrowersyjnie. Psychiatrzy nie byli zgodni co do tego, czy w czasie procesu był poczytalny. Bardzo wysoki iloraz inteligencji. Ostatecznie ława przysięgłych uznała, że miał świadomość, że postępuje źle, i dlatego trafił do więzienia, a nie do szpitala. Ale widocznie później rozwinęły się u niego jakieś objawy, bo skierowano go na leczenie. Przeczytałem o nim bardzo niewiele – ciągnął Strike – ale rozumiem, dlaczego śledczy prowadzący sprawę uznał, że Margot Bamborough mogła być jedną z ofiar Creeda. Ponoć w okolicy widziano małego vana jadącego z niebezpieczną prędkością mniej więcej w porze, w której szła w kierunku pubu Three Kings. Podczas niektórych innych porwań – wyjaśnił Strike w odpowiedzi na pytające spojrzenie Robin – Creed poruszał się vanem.

Nim Robin skończyła jeść batonik, wzdłuż autostrady rozbłysły latarnie.

– „Spoczywa w świętym miejscu” – zacytowała.

Strike, który wciąż palił papierosa, prychnął.

– Typowe spirytystyczne bzdury.

– Tak myślisz?

– Tak, do diabła, właśnie tak myślę – powiedział Strike. – To bardzo wygodne, że ludzie w zaświatach potrafią mówić wyłącznie hasłami z krzyżówek. Daj spokój.

– Dobra, wyluzuj. Tylko głośno myślałam.

– Gdybyś chciała, mogłabyś znaleźć „święte miejsce” wszędzie. Clerkenwell, na którym zniknęła… Cały ten obszar ma jakieś religijne konotacje. Mnisi czy coś. Wiesz, gdzie mieszkał Dennis Creed w siedemdziesiątym czwartym?

– Mów.

– Niedaleko Paradise Park na Islington – odparł Strike.

– Aha – powiedziała Robin. – Więc twoim zdaniem medium rzeczywiście wiedziało, kim była matka Anny?

– Gdybym się bawił w te spirytystyczne gierki, na pewno googlowałbym nazwiska klientów, zanim by się u mnie zjawili. Ale równie dobrze mógł to być efektowny frazes mający zabrzmieć pokrzepiająco, tak jak powiedziała Anna. Wskazywałby na godziwy pochówek. Bez względu na to, jak marnie skończyła, historię ratuje święte miejsce jej spoczynku. Nawiasem mówiąc, Creed przyznał się, że rozrzucał fragmenty kości w Paradise Park. Wdeptywał je w rabaty z kwiatami.

Mimo że w samochodzie wciąż było duszno, Robin poczuła, jak przebiega ją lekki mimowolny dreszcz.

– Pieprzone hieny cmentarne – powiedział Strike.

– Kto?

– Media, spirytyści, wszyscy ci krętacze… żerujący na ludziach.

– Nie sądzisz, że część z nich wierzy w to, co robi? Uważają, że naprawdę dostają wiadomości z góry?

– Myślę, że na świecie jest pełno świrów i im mniej ich nagradzamy za ich świrowanie, tym lepiej dla nas wszystkich.

Zadzwoniła komórka w kieszeni Strike’a.

– Cormoran Strike.

– Halo? Mówi Anna Phipps. Jest ze mną Kim.

Strike przełączył na głośnik.

– Mam nadzieję, że będą nas panie dobrze słyszały – powiedział pośród warkotu i klekotania land rovera. – Jesteśmy jeszcze w samochodzie.

– Rzeczywiście, jest głośno – powiedziała Anna.

– Zatrzymam się – zaproponowała Robin i skręciła sprawnie na utwardzone pobocze.

– O, już lepiej – powiedziała Anna, gdy Robin zgasiła silnik. – No więc przedyskutowałyśmy to i podjęłyśmy decyzję: chciałybyśmy skorzystać z państwa usług.

Robin poczuła nagłe podekscytowanie.

– Wspaniale – powiedział Strike. – Postaramy się pomóc.

– Ale – odezwała się Kim – uważamy, że ze względów emocjonalnych i… no cóż, szczerze mówiąc, także finansowych… chciałybyśmy wyznaczyć granicę czasową, ponieważ skoro policja nie rozwiązała tej sprawy w ciągu blisko czterdziestu lat… Mogliby państwo szukać przez kolejne czterdzieści i też nic nie ustalić.

– To prawda – przyznał Strike. – Zatem…

– Myślałyśmy o roku – powiedziała Anna drżącym głosem. – Co pan o tym… Czy to brzmi rozsądnie?

– Zaproponowałbym to samo – odrzekł Strike. – Szczerze mówiąc, nie sądzę, żebyśmy zdołali wiele ustalić w czasie krótszym niż dwanaście miesięcy.

– Czy na początek potrzebuje pan ode mnie czegoś jeszcze? – spytała Anna, zdenerwowana i jednocześnie podekscytowana.

– Na pewno coś mi przyjdzie do głowy – odparł Strike, wyjmując notes, by sprawdzić jedno imię – ale dobrze byłoby porozmawiać z pani ojcem i Cynthią.

W telefonie zapadła cisza. Strike i Robin spojrzeli na siebie.

– Wątpię, żeby to było możliwe – powiedziała Anna. – Przykro mi, ale jeśli mój ojciec się o tym dowie, zapewne nigdy mi nie wybaczy.

– A Cynthia?

– Rzecz w tym – rozległ się głos Kim – że ostatnio ojciec Anny słabo się czuje. Z nich dwojga Cynthia ma do tej sprawy rozsądniejsze podejście, ale na pewno nie będzie teraz chciała denerwować Roya.

– No cóż, trudno. – Strike uniósł brwi i spojrzał na Robin. – Na razie najważniejsze będzie zdobycie policyjnych akt sprawy. Tymczasem prześlę paniom mejlem naszą standardową umowę. Proszę ją wydrukować, podpisać i odesłać, a my weźmiemy się do pracy.

– Dziękuję – powiedziała Anna.

– To by było na tyle – dodała po chwili Kim.

Rozłączyły się.

– No, no – odezwał się Strike. – Nasza pierwsza nierozwiązana sprawa sprzed lat. Zapowiada się ciekawie.

– I mamy na nią rok – zaznaczyła Robin, włączając się do ruchu na autostradzie.

– Przedłużą termin, jeśli wpadniemy na jakiś trop – powiedział Strike.

– Powodzenia – odparła sardonicznie Robin. – Wygląda na to, że Kim jest gotowa dać nam rok, żeby mogła oznajmić Annie, że zrobiły wszystko, co możliwe. Założę się o piątaka, że nie będzie mowy o żadnym przedłużeniu terminu.

– Przyjmuję zakład – powiedział Strike. – Jeśli będzie choć cień jakiegoś tropu, Anna będzie chciała sprawdzić go do końca.

Reszta podróży upłynęła im na rozmowie o czterech dochodzeniach prowadzonych aktualnie przez agencję, i tak dojechali aż na koniec Denmark Street, gdzie Strike wysiadł.

– Cormoran – dodała Robin, gdy wyjął torbę podróżną z tyłu land rovera – na biurku masz wiadomość od Charlotte Campbell. Zadzwoniła wczoraj i prosiła, żebyś do niej oddzwonił. Powiedziała, że ma coś, czego chcesz.

 

Przez krótką chwilę Strike tylko patrzył na Robin, a na jego twarzy malowała się niemożliwa do rozszyfrowania mina.

– Dobra. Dzięki. No to do zobaczenia jutro. Nie, nie jutro – natychmiast się poprawił. – Jutro masz wolne. Korzystaj.

Trzasnąwszy tylnymi drzwiami, pokuśtykał ze spuszczoną głową i torbą na ramieniu w stronę agencji, a w land roverze została wyczerpana Robin, która wciąż nie wiedziała, czy Strike chce tego, co miała Charlotte Campbell, czy jednak nie.