Niespokojna krew

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niespokojna krew
Niespokojna krew. Część 2
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,82  55,06 
Niespokojna krew. Część 2
Audio
Niespokojna krew. Część 2
Audiobook
24,90  18,18 
Szczegóły
Audio
Niespokojna krew. Część 1
Audiobook
24,90  18,18 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Robin wychwyciła w jego głosie znajomą nutę wskazującą, że rozważa różne pytania i możliwości.

– Więc jutro znowu spotkasz się z tą córką?

– Co mi szkodzi, nie? – odparł Strike.

Robin nie odpowiedziała.

– Wiem, co sobie myślisz – powiedział, uprzedzając jej zastrzeżenia. – Wyczerpana nerwowo klientka, medium, sytuacja stwarzająca podatny grunt dla nadużyć.

– Nie sugeruję, że to ty dopuściłbyś się nadużyć…

– Więc równie dobrze mogę jej wysłuchać, prawda? W przeciwieństwie do wielu osób nie wziąłbym od niej pieniędzy za nic. A gdy wyczerpię wszystkie możliwości…

– Znam cię – weszła mu w słowo. – Im mniej się dowiadujesz, tym bardziej rośnie twoje zainteresowanie.

– Jeśli w sensownym czasie nie osiągnę żadnych wyników, chyba będę się musiał tłumaczyć przed jej żoną. To para homoseksualna – ciągnął. – Żona jest psycho…

– Cormoran, oddzwonię do ciebie – przerwała mu Robin i nie czekając na odpowiedź, zakończyła połączenie, po czym rzuciła komórkę z powrotem na miejsce pasażera.

Kępiasty właśnie wychodził z restauracji, a za nim pojawili się żona i synowie. Uśmiechnięci i pochłonięci rozmową, skierowali się w stronę samochodu, który stał zaparkowany pięć miejsc za land roverem. Gdy rodzina się zbliżała, Robin uniosła aparat i pstryknęła kilka zdjęć. Kiedy mijali land rovera, aparat leżał już na jej kolanach, a Robin siedziała z głową pochyloną nad telefonem, udając, że esemesuje. We wstecznym lusterku widziała, jak rodzina Kępiastego wsiada do range rovera i odjeżdża do willi nad morzem.

Znowu ziewając, Robin sięgnęła po komórkę i zadzwoniła do Strike’a.

– Zdobyłaś wszystko, co chciałaś? – spytał.

– No – odrzekła, przeglądając jedną ręką zdjęcia, a drugą trzymając telefon przy uchu. – Mam dwa ostre ujęcia, na których jest z synami. Boże, facet ma mocne geny. Cała czwórka dzieci odziedziczyła jego rysy twarzy.

Włożyła aparat z powrotem do torebki.

– Zdajesz sobie sprawę, że jestem tylko dwie godziny jazdy od St Mawes?

– Raczej trzy – powiedział.

– Jeśli chcesz…

– Chyba nie zamierzasz tu przyjechać, a potem wracać do Londynu? Przed chwilą mówiłaś, że jesteś wykończona.

Robin czuła jednak, że ten pomysł mu się spodobał. Jechał do Kornwalii pociągiem, taksówką i promem, ponieważ odkąd stracił nogę, długie podróże za kółkiem nie były dla niego ani łatwe, ani szczególnie przyjemne.

– Chciałabym poznać tę Annę. Potem mogłabym cię zabrać.

– Byłoby wspaniale – powiedział Strike weselszym głosem. – Jeśli podpiszemy z nią umowę, będziemy mogli razem pracować nad jej sprawą. Byłoby mnóstwo informacji do przesiania, to sprawa sprzed wielu lat, a wygląda na to, że właśnie rozpracowałaś Kępiastego.

– Tak – westchnęła. – Sprawa rozwiązana, tylko że to rozwiązanie zrujnuje życie sześciu osobom.

– Nikomu nie zrujnujesz życia – powiedział pokrzepiająco Strike. – To jego wina. Co jest lepsze: żeby wszystkie trzy kobiety dowiedziały się o tym teraz czy żeby odkryły prawdę po jego śmierci, kiedy zrobi się cholerny bałagan?

– Wiem – powiedziała Robin, znowu ziewając. – Chcesz, żebym przyjechała do domu w St Ma…

Jego „nie” padło błyskawicznie i stanowczo.

– One, to znaczy Anna i jej partnerka, są w Falmouth. Tam się spotkamy. Będziesz miała bliżej.

– Okej – powiedziała Robin. – O której?

– Dasz radę o wpół do dwunastej?

– Jasne – powiedziała.

– Napiszę ci w esemesie, gdzie się spotkamy. A teraz jedź się wyspać.

Przekręcając kluczyk w stacyjce, Robin poczuła, że humor zdecydowanie jej się poprawił. Po chwili, jakby obserwowali ją surowi sędziowie, a wśród nich Ilsa, Matthew i Charlotte Campbell, zdusiła uśmiech i wycofała się z miejsca parkingowego.

4

Choć z jednej matki, z różnych ojców byli,

Toteż się nader od siebie różnili […].

Edmund Spenser

The Faerie Queene

Nazajutrz Strike obudził się tuż przed piątą. Światło już się wlewało przez cienkie zasłony Joan. Kanapa z końskiego włosia co noc wymierzała karę innej części jego ciała – tym razem czuł się, jakby obiła mu nerki. Sięgnął po komórkę, zobaczył, która jest godzina, stwierdził, że jest zbyt obolały, by z powrotem zasnąć, i dźwignął się do pozycji siedzącej.

Przez chwilę przeciągał się i drapał pod pachami, podczas gdy jego oczy przyzwyczajały się do dziwnych kształtów wynurzających się ze wszystkich stron w półmroku salonu Joan i Teda, a potem po raz drugi wygooglował Margot Bamborough i rzuciwszy okiem na zdjęcie uśmiechniętej lekarki z falowanymi włosami i szeroko rozstawionymi oczami, skrolował wyniki wyszukiwania, aż w końcu trafił na wzmiankę na jej temat na stronie internetowej poświęconej seryjnym mordercom. Znalazł tam długi artykuł upstrzony zdjęciami Dennisa Creeda w różnym wieku – od ładnego dwulatka z jasnymi kręconymi włosami aż do policyjnego zdjęcia przedstawiającego szczupłego mężczyznę o delikatnych, zmysłowych ustach i w ogromnych prostokątnych okularach.

Następnie otworzył stronę księgarni internetowej, na której znalazł biografię tego seryjnego mordercy opublikowaną w 1985 roku pod tytułem Demon z Paradise Park. Napisał ją nieżyjący już szanowany dziennikarz śledczy. Na okładce widniała pozbawiona wyrazu twarz Creeda w kolorze, nałożona na upiorne czarno-białe zdjęcia siedmiu kobiet, które, jak ustalono, torturował i zabił. Nie było wśród nich twarzy Margot Bamborough. Strike zamówił używany egzemplarz książki, który kosztował go funta, i wybrał dostawę na adres agencji.

Podpiął telefon do ładowarki, przymocował protezę, wziął papierosy i zapalniczkę, okrążył chybotliwy zestaw stolików z wazonem pełnym suszonych kwiatów i uważając, by nie strącić żadnego z ozdobnych talerzy na ścianie, wyszedł z salonu i pokonawszy trzy strome stopnie, znalazł się w kuchni. Linoleum, które leżało tam od czasów jego dzieciństwa, wydało mu się lodowate pod jego jedyną stopą.

Zaparzył sobie kubek herbaty, po czym wciąż odziany jedynie w bokserki i koszulkę wyszedł tylnymi drzwiami, by rozkoszować się chłodem wczesnego poranka. Oparł się o ścianę domu, wdychał przesycone solą powietrze w przerwach między jednym a drugim sztachnięciem i rozmyślał o znikających matkach. W ostatnich dziesięciu dniach często wspominał Ledę, kobietę różniącą się od Joan jak księżyc od słońca.

– Próbowałeś już palić, Cormy? – spytała kiedyś mało konkretnie zza kłębów niebieskawego dymu własnej produkcji. – To niezdrowe, ale, Boże, jak ja to uwielbiam.

Czasami ludzie pytali, dlaczego opieka społeczna nigdy nie zainteresowała się rodziną Ledy Strike. Odpowiedź brzmiała tak, że Leda nigdzie nie przebywała wystarczająco długo, by stać się nieruchomym celem. Jej dzieci często chodziły do nowej szkoły zaledwie kilka tygodni, zanim zawładnął nią jakiś nowy entuzjazm i wszyscy razem wyruszali do nowego miasta, nowego skłotu, spali kątem na podłogach u jej przyjaciół albo w wynajmowanym mieszkaniu, co zdarzało się rzadko. Tylko Ted i Joan – jedyny stały element w życiu dzieci – wiedzieli, co się dzieje, i mogliby to zgłosić opiece społecznej. Ale czy to dlatego, że Ted obawiał się popsucia swoich relacji z nieprzewidywalną siostrą, czy to z obawy, że dzieci nie wybaczyłyby tego Joan, nigdy się na to nie zdecydowali.

Chyba najbardziej wyraziste wspomnienie Strike’a z dzieciństwa dotyczyło jednej z nielicznych chwil, w których się rozpłakał, gdy Leda wróciła bez zapowiedzi sześć tygodni po tym, jak zaczął pierwszy semestr w szkole podstawowej w St Mawes. Zdumiona i zła, że pod jej nieobecność podjęto tak drastyczne kroki jak zapisanie go do szkoły, zagoniła Strike’a i Lucy na przystań promu, obiecując im najróżniejsze łakocie w Londynie. On beczał, próbując jej wyjaśnić, że w weekend mieli obejrzeć z Dave’em Polworthem jaskinie przemytników, które prawdopodobnie istniały wyłącznie w wyobraźni Dave’a, lecz wcale nie wydawały mu się przez to mniej realne.

– Jeszcze je obejrzysz – obiecała Leda, racząc go słodyczami, gdy już siedzieli w pociągu do Londynu. – Już niedługo znowu zobaczysz tego jak mu tam, obiecuję.

– Dave’a – wyszlochał Strike. – On ma na imię D… Dave.

Nie myśl o tym – rozkazał sobie Strike, po czym odpalił drugiego papierosa od koniuszka pierwszego.

– Stick, zaziębisz się w tych bokserkach na śmierć!

Rozejrzał się. Jego siostra stała w drzwiach, owinięta wełnianym szlafrokiem, a na nogach miała kapcie z owczej skóry. Byli do siebie tak niepodobni z wyglądu, że ludziom trudno było uwierzyć w ich pokrewieństwo, a tym bardziej, że są przyrodnim rodzeństwem. Lucy była drobną, rumianą blondynką, bardzo podobną do ojca, muzyka, nie aż tak sławnego jak ojciec Strike’a, lecz za to znacznie bardziej zainteresowanego utrzymaniem kontaktu z potomstwem.

– Cześć – przywitał się, lecz siostra już zniknęła, by po chwili wrócić z jego spodniami, bluzą, butami i skarpetkami.

– Luce, wcale nie jest mi zimno…

– Nabawisz się zapalenia płuc. Włóż to!

Lucy, podobnie jak Joan, była całkowicie przekonana o trafności swojej oceny tego, co jest najlepsze dla jej najbliższych. Z nieco większą wyrozumiałością, niżby zapewne z siebie wykrzesał, gdyby nie miał wracać tego dnia do Londynu, Strike wziął swoje spodnie i jakoś je wciągnął, balansując niezdarnie i ryzykując upadek na żwirową ścieżkę. Zanim włożył na zdrową nogę skarpetkę i but, Lucy zdążyła zaparzyć świeżej herbaty.

– Ja też nie mogłam spać – powiedziała do niego, podając mu kubek i siadając na kamiennej ławce. Pierwszy raz w tym tygodniu byli zupełnie sami. Wcześniej Lucy nie odstępowała Joan na krok, uparcie obstając przy tym, że sama zajmie się gotowaniem i sprzątaniem, podczas gdy Joan, której nie mieściło się w głowie, że miałaby siedzieć w domu pełnym gości, snuła się za nią i lamentowała. W tych rzadkich chwilach, gdy Joan była nieobecna, zazwyczaj towarzyszył im co najmniej jeden syn Lucy: jeśli był to Jack, to chciał rozmawiać ze Strikiem, a jeśli któryś z dwóch pozostałych – wiercili o coś Lucy dziurę w brzuchu.

 

– To okropne, prawda? – powiedziała Lucy, wpatrując się w trawnik i wypielęgnowane przez Teda rabaty z kwiatami.

– No – westchnął Strike. – Ale trzymajmy kciuki. Chemote…

– Chemia jej nie wyleczy. Tylko przedłuży… przedłuż…

Lucy pokręciła głową i wytarła oczy pogniecionym kawałkiem papieru toaletowego wyjętym z kieszeni szlafroka.

– Stick, dzwonię do niej dwa razy w tygodniu od blisko dwudziestu lat. To miejsce jest dla naszych synów jak drugi dom. To jedyna matka, jaką kiedykolwiek miałam.

Strike wiedział, że nie powinien połknąć przynęty. Mimo to odparł:

– Masz na myśli jedyną matkę oprócz naszej prawdziwej matki.

– Leda nie była moją matką – odrzekła chłodno Lucy. Strike nigdy nie słyszał, by wyraziła to w tak wielu słowach, choć często dawała to do zrozumienia. – Przestałam uważać ją za matkę, kiedy skończyłam czternaście lat. Właściwie to nawet wcześniej. Moją matką jest Joan.

Strike milczał, więc ciągnęła dalej:

– Ty wybrałeś Ledę. Wiem, że kochasz Joan, ale mamy z nią zupełnie inne relacje.

– Nie wiedziałem, że bierzemy udział w jakichś zawodach – powiedział Strike, sięgając po kolejnego papierosa.

– Tylko ci mówię, co czuję!

I przy okazji mi mówisz, co czuję ja.

W czasie tego tygodnia przymusowej bliskości z ust jego siostry padło już kilka kąśliwych uwag na temat nieregularnych wizyt Strike’a. Zdusił w sobie wszystkie opryskliwe riposty. Chciał przede wszystkim wyjechać, nie wszczynając z nikim kłótni.

– Nie znosiłam, gdy Leda przyjeżdżała, żeby nas stąd zabrać – powiedziała Lucy – ale ty byłeś zadowolony.

Zauważył stwierdzenie faktu w stylu Joan, brak znaku zapytania.

– Nie zawsze byłem zadowolony – zaprzeczył, myśląc o promie, Davie Polworcie i jaskiniach przemytników, lecz Lucy chyba uznała, że próbuje ją z czegoś ograbić.

– Po prostu mówię, że ty straciłeś swoją matkę wiele lat temu. Teraz ja… ja mogę… stracić swoją. – Znowu wytarła oczy wilgotnym papierem toaletowym.

Czując łupanie w krzyżu i szczypanie zmęczonych oczu, Strike stał i palił w milczeniu. Wiedział, że Lucy chciałaby na zawsze wymazać Ledę z pamięci i czasami, przypominając sobie pewne sytuacje, które przeszli z powodu zachowania matki, nawet to rozumiał. Jednak tego ranka miał wrażenie, że duch Ledy unosi się w otaczającym go dymie papierosa. Słyszał, jak matka mówi do Lucy: „Śmiało, popłacz sobie, kochanie, to zawsze pomaga” i „Cormy, poczęstuj swoją staruszkę fajką”. Nie potrafił jej nienawidzić.

– Nie wierzę, że wczorajszy wieczór spędziłeś z Dave’em Polworthem – powiedziała nagle Lucy. – Twój ostatni wieczór u Joan!

– Joan dosłownie wypchnęła mnie z domu – zjeżył się Strike. – Uwielbia Dave’a. Zresztą za dwa tygodnie znowu przyjadę.

– Naprawdę? – powiedziała Lucy. Na jej rzęsach wisiały łzy. – A może będziesz w trakcie rozwiązywania jakiejś sprawy i po prostu zapomnisz.

Strike wydmuchnął dym w stronę nieustannie jaśniejącego nieba, które miało ów jednolicie niebieski odcień poprzedzający wschód słońca. Daleko z prawej nad dachami domów wspinała się po stoku zamglona ulica Hillhead, granica między niebem a wodą na horyzoncie stawała się coraz wyraźniejsza.

– Nie – powiedział. – Nie zapomnę.

– Tak, sprawdzasz się w sytuacjach kryzysowych – powiedziała Lucy – wcale nie przeczę, ale chyba masz problem ze sprostaniem długoterminowym zobowiązaniom. Joan będzie potrzebowała wsparcia przez wiele miesięcy, a nie tylko kiedy…

– Wiem o tym, Luce – powiedział Strike, czując jak mimo usilnych starań puszczają mu nerwy. – Wierz mi lub nie, ale rozumiem, co to znaczy choroba i rekonwalescencja…

– No tak – powiedziała Lucy – kiedy Jack trafił do szpitala, zachowałeś się wspaniale, ale gdy wszystko jest w porządku, w ogóle cię nie interesujemy.

– Dwa tygodnie temu zabrałem Jacka na spacer, już zapomnia…?

– Nawet nie zadałeś sobie trudu, żeby przyjść na przyjęcie urodzinowe Luke’a! Powiedział wszystkim kolegom, że będziesz…

– Nie powinien był tego robić, bo wyraźnie oznajmiłem ci przez telefon, że…

– Powiedziałeś, że się postarasz…

– Nie, to ty powiedziałaś, że się postaram – zaprzeczył Strike, coraz bardziej rozzłoszczony. – To ty powiedziałaś: „Ale wpadnij, jeśli będziesz mógł”. No więc nie mogłem, powiedziałem ci o tym z wyprzedzeniem i to nie moja wina, że przekazałaś Luke’owi coś innego…

– Doceniam to, że od czasu do czasu zabierasz gdzieś Jacka – powiedziała Lucy, zagłuszając go – ale czy nigdy nie przyszło ci do głowy, że byłoby miło, gdyby mogła się do was przyłączyć pozostała dwójka? Adam się rozpłakał, kiedy Jack wrócił z War Rooms! Albo gdy tu przyjechałeś – ciągnęła Lucy, najwyraźniej zdeterminowana, by zrzucić cały ciężar z serca, skoro już zaczęła – i przywiozłeś prezent tylko dla Jacka. Co z Lukiem i Adamem?

– Ted zadzwonił do mnie z wiadomością o Joan i od razu ruszyłem w drogę. Trzymałem te odznaki dla Jacka, więc je ze sobą zabrałem.

– Jak myślisz, jak się poczuli Luke i Adam? Oczywiście są przekonani, że lubisz Jacka bardziej niż ich!

– Bo to prawda. – Strike’owi w końcu puściły nerwy. – Adam to mały jęczący kutas, a Luke to skończony dupek.

Zgasił papierosa o ścianę, rzucił niedopałek na żywopłot i wrócił do środka, zostawiając Lucy, która chwytała powietrze jak ryba wyjęta z wody.

Po wejściu do ciemnego salonu, Strike od razu wpadł na zestaw stolików: wazon z suszonymi kwiatami przewrócił się ciężko na wzorzysty dywan i zanim spostrzegł, co się dzieje, zmiażdżył protezą delikatne łodyżki i cienkie jak papier płatki. Wciąż jeszcze uprzątał szczątki, starając się zrobić to jak najdokładniej, gdy Lucy w milczeniu minęła go w drodze do drzwi prowadzących ku schodom, płonąc matczynym gniewem. Strike postawił opróżniony wazon z powrotem na stoliku i zaczekawszy, aż rozlegnie się odgłos zamykanych drzwi do sypialni Lucy, ruszył wściekły do łazienki na górze.

Bojąc się wziąć prysznic, który mógłby obudzić Teda i Joan, wysikał się, pociągnął za spłuczkę i dopiero wtedy sobie przypomniał, ile hałasu robi woda w starym sedesie. Myjąc się w letniej wodzie, podczas gdy napełniająca się cysterna wydawała dźwięki godne betoniarki, Strike pomyślał, że jeśli ktokolwiek się przez to nie obudził, to musi być odurzony lekami.

Tak jak się spodziewał, po otwarciu drzwi do łazienki, stanął twarzą w twarz z Joan. Czubek głowy ciotki ledwie sięgał mu do piersi. Popatrzył na jej rzednące siwe włosy i spojrzał jej w oczy, które dawniej miały kolor niezapominajek, lecz z wiekiem wyblakły. Jej zapinany na guziki i pętelki szlafrok w czerwoną kratę odznaczał się ceremonialnym dostojeństwem stroju aktora z teatru kabuki.

– Dzień dobry – powiedział Strike, starając się, by zabrzmiało to radośnie, lecz osiągnął jedynie efekt sztucznej wesołości. – Chyba cię nie obudziłem?

– Nie, nie, już od jakiegoś czasu nie śpię. Co u Dave’a? – spytała.

– Wspaniale – odrzekł dziarsko Strike. – Uwielbia swoją nową pracę.

– A Penny i dziewczynki?

– Bardzo się cieszą, że wróciły do Kornwalii.

– Och, to dobrze – powiedziała Joan. – Mama Dave’a myślała, że Penny nie będzie chciała wyjeżdżać z Bristolu.

– Nie, wszystko świetnie się ułożyło.

Otworzyły się drzwi za plecami Joan. Luke stał w piżamie, ostentacyjnie przecierając oczy.

– Obudziliście mnie – jęknął.

– Och, wybacz, kochanie – odrzekła Joan.

– Mogę zjeść kulki czekoladowe?

– Oczywiście, że możesz – odparła z czułością.

Luke pognał na dół, tupiąc, żeby narobić jak najwięcej hałasu. Niespełna minutę później przybiegł z powrotem, a z jego piegowatej twarzy biła radość.

– Babciu, wujek Cormoran połamał twoje kwiaty.

Ty mały zasrańcu.

– No tak, wybacz. Te suszone – powiedział Strike do Joan. – Niechcący je przewróciłem. Wazon jest cały, ale…

– Och, nieważne – rzuciła Joan, natychmiast ruszając w stronę schodów. – Przyniosę szczotkę do dywanów.

– Nie – zatrzymał ją natychmiast Strike. – Już je…

– Na całym dywanie leżą resztki – wtrącił Luke. – Nadepnąłem na nie.

Zaraz ja na ciebie nadepnę, dupku.

Strike i Luke poszli za Joan do salonu. Strike się uparł, że weźmie od Joan szczotkę do dywanów, lichy, archaiczny przyrząd, który miała od lat dziewięćdziesiątych. Gdy przesuwał go tam i z powrotem, Luke stał w drzwiach do kuchni i obserwował go ze złośliwym uśmieszkiem, ładując do ust kulki czekoladowe. Zanim Strike wyczyścił dywan, osiągając efekt, który zadowolił Joan, do porannego zlotu dołączyli Jack i Adam wraz z nachmurzoną Lucy, która już zdążyła się ubrać.

– Mamo, możemy dziś pójść na plażę?

– A umiemy pływać?

– Mogę popływać łódką z dziadkiem Tedem?

– Usiądź – powiedział Strike do Joan. – Przyniosę ci herbaty.

Lucy już go jednak ubiegła. Podała Joan kubek, rzuciła Strike’owi nienawistne spojrzenie, a potem ruszyła z powrotem do kuchni, odpowiadając po drodze na pytania synów.

– Co się dzieje? – spytał zaspany Ted, wchodząc do salonu w piżamie, zaniepokojony tym zamieszaniem o brzasku.

Kiedyś był prawie tak wysoki jak Strike, który bardzo go przypominał. Teraz jego gęste, kręcone włosy zrobiły się białe jak śnieg, śniada twarz była bardziej spękana niż pomarszczona, lecz Ted wciąż był silnym mężczyzną, mimo że trochę się przygarbił. Wyglądało jednak na to, że diagnoza postawiona Joan była dla niego silnym ciosem. Wydawał się dosłownie wstrząśnięty, trochę zagubiony i rozchwiany.

– Tylko się pakuję, Ted – wyjaśnił Strike, który nagle poczuł obezwładniające pragnienie, by stamtąd wyjechać. – Będę musiał złapać pierwszy prom, żeby zdążyć na poranny pociąg.

– Aha – powiedział Ted. – Aż do Londynu?

– Tak – odrzekł Strike, wrzucając ładowarkę i dezodorant do torby, w której spoczywała już reszta starannie poukładanych rzeczy. – Ale przyjadę za dwa tygodnie. Będziesz mnie informował, dobrze?

– Nie możesz wyjechać bez śniadania! – zaniepokoiła się Joan. – Zrobię ci kanapkę…

– Jest za wcześnie, żeby jeść – skłamał Strike. – Wypiłem herbatę i kupię coś w pociągu. Powiedz jej, Ted – zwrócił się do wuja, ponieważ Joan wcale go nie słuchała i od razu pospieszyła do kuchni.

– Joanie! – zawołał za nią Ted. – On niczego nie chce!

Strike złapał swoją marynarkę wiszącą na oparciu krzesła i zaniósł torbę do przedpokoju.

– Powinnaś się jeszcze położyć – powiedział do Joan, gdy przyszła go pożegnać. – Odpocznij, dobrze? Niech ktoś inny porządzi tym miastem przez kilka tygodni.

– Chciałabym, żebyś rzucił palenie – powiedziała ze smutkiem.

Strike żartobliwie przewrócił oczami, a potem ją uściskał. Przywarła do niego tak jak wtedy, gdy zniecierpliwiona Leda czekała, żeby go zabrać, i Strike odwzajemnił uścisk, znów czując ból podzielonej lojalności, bycia polem bitwy i jednocześnie trofeum, konieczności nazywania tego, co niepoznawalne i niemożliwe do skategoryzowania.

– Cześć, Ted – powiedział, ściskając wuja. – Zadzwonię do ciebie, gdy wrócę do domu, i ustalimy termin mojej następnej wizyty.

– Może cię odwiozę – powiedział wuj Ted słabym głosem. – Na pewno nie chcesz, żebym cię odwiózł?

– Lubię pływać promem – skłamał Strike. Tak naprawdę nierówne schody prowadzące na statek były dla niego właściwie nie do pokonania bez pomocy przewoźnika, ale ponieważ wiedział, że sprawi wujkowi przyjemność, dodał: – Przypomina mi się, jak zabieraliście nas na zakupy do Falmouth, kiedy byliśmy mali.

Lucy obserwowała go zza drzwi do salonu, na pozór obojętna. Luke i Adam nie chcieli odejść od kulek czekoladowych, tylko Jack przybiegł do maleńkiego przedpokoju, by powiedzieć z przejęciem:

– Dzięki za odznaki, wujku Corm.

– Cała przyjemność po mojej stronie – powiedział Strike, mierzwiąc chłopcu włosy. – Cześć, Luce – zawołał. – Do zobaczenia wkrótce, Jack – dodał.