Niespokojna krewTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niespokojna krew
Niespokojna krew. Część 2
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,82  55,06 
Niespokojna krew. Część 2
Audio
Niespokojna krew. Część 2
Audiobook
24,90 
Szczegóły
Audio
Niespokojna krew. Część 1
Audiobook
24,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginału

Troubled Blood

Okładka

Duncan Spilling © Little, Brown Book Group Ltd 2020

fot. postaci: Stephen Mulcahey; pozostałe elementy: © Shutterstock

Ilustracje wewnątrz książki

© J.K. Rowling

Koordynacja projektu

NATALIA STECKA

Redakcja

MAŁGORZATA GROCHOCKA

Korekta

ANNA KURZYCA

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Copyright © J.K. Rowling 2020

All rights reserved.

Polish edition © Publicat S.A. MMXX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Powieść wydana po raz pierwszy w Wielkiej Brytanii w 2020 roku przez Sphere.

Osobiste prawa autorskie zastrzeżone.

Wszelkie postaci i wydarzenia opisane w tym utworze, oprócz funkcjonujących w domenie publicznej, są fikcyjne, a jakiekolwiek podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych jest całkowicie przypadkowe.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden fragment niniejszego utworu nie może być reprodukowany, przechowywany ani przesyłany w żadnej formie ani żadnymi środkami, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy. Utwór nie może też być rozpowszechniany w oprawie lub okładce innej niż oryginalna oraz w formie innej niż ta, w której został wydany.

ISBN 978-83-271-6064-5

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

CZĘŚĆ DRUGA

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

CZĘŚĆ TRZECIA

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

CZĘŚĆ CZWARTA

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

CZĘŚĆ PIĄTA

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

CZĘŚĆ SZÓSTA

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

CZĘŚĆ SIÓDMA

Rozdział 72

Rozdział 73

Podziękowania

Źródła cytatów z piosenek

Przypisy

Barbarze Murray,

pracownicy opieki społecznej, pracownicy WEA, nauczycielce,

żonie, matce, babci,

piekielnie dobrej brydżystce

i najlepszej na świecie teściowej

Tam jej szukali, rozpytując wszędzie,

Gdzie zoczyć mogli ślady jej bytności,

Atoli nie znaleźli. Lecz trudności

Bądź zrządzenia losu, co jej lubemu

Okrutnie zabrały obiekt miłości,

Radzi by byli poznać […].

Edmund Spenser

The Faerie Queene

Albowiem gdyby było inaczej, coś by znikało, stając się nicością, a to jest matematycznym absurdem.

Aleister Crowley

The Book of Thoth

CZĘŚĆ PIERWSZA

Potem nastało lato ucieszne […].

Edmund Spenser

The Faerie Queene

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Takiż był ten, o którym prawić będę,

 

Mąż sprawiedliwy Artegallem zwany […].

Edmund Spenser

The Faerie Queene

– Jesteś Kornwalijczykiem z urodzenia i wychowania – zdenerwował się Dave Polworth. – Przecież tak naprawdę wcale nie nazywasz się Strike. W świetle prawa jesteś Nancarrowem. Chyba mi nie powiesz, że uważasz się za Anglika?

W ten ciepły sierpniowy wieczór było w The Victory Inn tak tłoczno, że klienci wylegli na zewnątrz, na szerokie kamienne schody prowadzące nad zatokę. Polworth i Strike siedzieli przy stoliku w kącie i pili piwo, by uczcić trzydzieste dziewiąte urodziny Polwortha. Od dwudziestu minut dyskutowali o kornwalijskim nacjonalizmie, ale Strike miał wrażenie, że o wiele dłużej.

– Czy nazwałbym się Anglikiem? – zastanowił się na głos. – Nie, chyba raczej Brytyjczykiem.

– Pierdolisz – zaperzył się porywczy Polworth. – Nie zrobiłbyś tego. Po prostu próbujesz mnie wkurzyć.

Dwaj przyjaciele różnili się od siebie wyglądem jak dzień i noc. Polworth był niski i szczupły niczym dżokej, ogorzały i przedwcześnie pomarszczony, spomiędzy jego rzednących włosów wyzierało spalone słońcem ciemię. Jego koszulka była tak pognieciona, jakby podniósł ją z podłogi albo wyjął z kosza na brudną bieliznę, a do tego miał porwane dżinsy. Na lewym przedramieniu wytatuował sobie czarno-biały krzyż Świętego Pirana, na prawym zaś widniała głęboka blizna, pamiątka po bliskim spotkaniu z rekinem.

Jego przyjaciel Strike przypominał pięściarza, który stracił formę, i w zasadzie nim był: dużym, mierzącym grubo ponad metr osiemdziesiąt mężczyzną z lekko skrzywionym nosem i ciemnymi, gęstymi, kręconymi włosami. Nie miał żadnych tatuaży i mimo wiecznego cienia gęstego zarostu roztaczał wokół siebie aurę wyprasowanych ubrań i ogólnego zadbania, kojarzącą się z byłym policjantem albo żołnierzem w stanie spoczynku.

– Urodziłeś się tutaj – nie ustępował Polworth – więc jesteś Kornwalijczykiem.

– Problem w tym, że zgodnie z takim kryterium ty jesteś birminghamczykiem.

– Spierdalaj! – zawołał szczerze urażony Polworth. – Mieszkam tu, odkąd miałem dwa miesiące, a moja mama pochodzi z rodziny Trevelyanów. Tożsamość to coś, co czujesz tutaj. – Polworth walnął się w tors na wysokości serca. – Rodzina mojej mamy mieszkała w Kornwalii od wieków…

– No tak, jasne, krew i ziemia nigdy nie były moją…

– Słyszałeś o tej ankiecie, którą niedawno przeprowadzili? – spytał Polworth, wchodząc mu w słowo. – Pytali: „Jakie jest twoje pochodzenie etniczne?” i połowa, połowa!, zaznaczyła „kornwalijskie” zamiast angielskiego. Olbrzymi wzrost.

– Wspaniale – powiedział Strike. – I co będzie dalej? Możliwość wybrania Dumnonów albo Rzymian?

– Mów dalej tym swoim pieprzonym tonem wyższości – powiedział Polworth – zobaczymy, dokąd cię to zaprowadzi. Stary, za długo byłeś w jebanym Londynie… Nie ma nic złego w byciu dumnym z tego, skąd pochodzisz. Nie ma nic złego w tym, że społeczności domagają się, żeby Westminster oddał im trochę władzy. W przyszłym roku Szkoci przetrą szlak. Przekonasz się. Kiedy zdobędą niezależność, podziała to na innych jak bodziec. Ludy celtyckie w całym kraju wykonają swój ruch. Chcesz jeszcze jedno? – dodał, wykonując gest w stronę pustego kufla Strike’a.

Strike przyszedł do pubu, ponieważ marzył o chwili wytchnienia od napięcia i zmartwień, a nie po to, by ktoś prawił mu kazania o kornwalijskiej polityce. Wyglądało na to, że odkąd widzieli się ostatnim razem mniej więcej przed rokiem, idee Mebyon Kernow, nacjonalistycznej partii, do której Polworth wstąpił w wieku szesnastu lat, stały mu się jeszcze bliższe. Zazwyczaj Dave potrafił rozśmieszyć Strike’a jak mało kto, lecz nie znosił żartów na temat niepodległości Kornwalii, a ta fascynowała Strike’a równie mocno jak poduszki i zasłony albo obserwowanie pociągów. Przez chwilę Cormoran zastanawiał się, czy nie powiedzieć, że musi wracać do domu ciotki, ale ta perspektywa była chyba jeszcze bardziej przygnębiająca niż inwektywy starego przyjaciela pod adresem supermarketów, które nie chcą umieszczać krzyża Świętego Pirana na towarach pochodzących z Kornwalii.

– Jasne, dzięki – powiedział, podając pusty kufel Dave’owi, który ruszył w stronę baru i po drodze kiwał głową w prawo i w lewo, pozdrawiając licznych znajomych.

Gdy Strike został sam przy stole, zamyślił się i zaczął wodzić wzrokiem po pubie, który zawsze uważał za swój ulubiony lokal. Pub zmienił się na przestrzeni lat, lecz wciąż można było w nim rozpoznać miejsce, w którym niespełna dwudziestoletni Strike spotykał się z kumplami. Cormoran miał wrażenie dziwnego rozdwojenia, jakby znalazł się w miejscu, do którego należał i zarazem nigdy nie był jego częścią, w miejscu, z którym czuł się silnie związany i jednocześnie było mu obce.

Gdy leniwie przesuwał wzrokiem od drewnianej podłogi ku zdjęciom o tematyce morskiej, nagle uświadomił sobie, że patrzy prosto w ogromne, zalęknione oczy kobiety stojącej przy barze razem z przyjaciółką. Miała pociągłą, bladą twarz, a jej ciemne, sięgające ramion włosy były poprzetykane siwizną. Nie rozpoznawał jej, ale od godziny czuł, że część miejscowych wyciąga szyje, żeby na niego popatrzeć albo nawet próbuje pochwycić jego spojrzenie. Odwrócił wzrok, wyjął komórkę i udał, że pisze wiadomość.

Znajomi mieli dobry pretekst, by zagaić rozmowę, gdyby okazał choć najmniejszą oznakę gotowości, ponieważ chyba wszyscy w St Mawes wiedzieli, że dziesięć dni temu zdiagnozowano u jego ciotki Joan raka jajnika w zaawansowanym stadium i że on oraz jego przyrodnia siostra Lucy razem z trzema synami czym prędzej przyjechali do Joan i Teda, by zaoferować im wszelkie możliwe wsparcie. Już od tygodnia, ilekroć wypuszczał się z domu, musiał odpowiadać na pytania, przyjmować wyrazy współczucia i grzecznie odrzucać propozycje pomocy. Męczyło go wynajdywanie nowych wariantów zdania: „Tak, wygląda na to, że to stadium terminalne, i tak, wszystkich nas to rozwala”.

Polworth przecisnął się z powrotem do stolika z dwoma kuflami świeżego piwa.

– Masz, Diddy – powiedział, siadając na stołku barowym.

Wbrew temu, co zakładała większość ludzi, to stare przezwisko nie było ironicznym nawiązaniem do postury Strike’a, lecz wywodziło się od słowa „Didcoy”, którym w Kornwalii określa się Cygana. Jego brzmienie udobruchało Strike’a, przypominając mu, dlaczego przyjaźń z Polworthem jest najtrwalszą przyjaźnią w jego życiu.

Trzydzieści pięć lat wcześniej Strike zjawił się w podstawówce w St Maves w środku semestru, wyjątkowo rosły jak na swój wiek, i mówił z akcentem rażąco odmiennym od miejscowego. Wprawdzie urodził się w Kornwalii, lecz gdy tylko jego matka doszła do siebie po porodzie, wywiozła go stamtąd, uciekając pod osłoną nocy z dzieckiem w ramionach z powrotem do londyńskiego życia, które uwielbiała i w którym mogła pomieszkiwać w skłocie i imprezować. Cztery lata po przyjściu Strike’a na świat wróciła do St Mawes z synem i nowo narodzoną Lucy tylko po to, by znów wyjechać bladym świtem, zostawiając ich obydwoje u Teda i Joan.

Strike nigdy się nie dowiedział, co dokładnie napisała Leda w liściku, który zostawiła na stole w kuchni. Bez wątpienia miała jakieś problemy z właścicielem mieszkania albo z chłopakiem, a może zaczął się akurat jakiś festiwal muzyczny, na którym szczególnie chciała być: z dwojgiem dzieci na doczepkę trudno było żyć tak, jak lubiła. Bez względu na to, jaki był powód jej przedłużającej się nieobecności, Joan, bratowa Ledy, równie konwencjonalna i poukładana jak Leda lekkomyślna i chaotyczna, kupiła Strike’owi mundurek i zapisała go do miejscowej szkoły.

Pozostałe czterolatki rozdziawiały buzie, gdy przedstawiano go klasie. Kilkoro dzieci zachichotało, kiedy nauczycielka powiedziała, że ma na imię Cormoran. Martwiła go ta cała sytuacja ze szkołą, ponieważ był pewny, że Leda zamierzała „kształcić go w domu”. Próbował powiedzieć wujkowi Tedowi, że mama chyba by nie chciała, żeby szedł do szkoły, lecz Ted, zazwyczaj bardzo wyrozumiały, oznajmił stanowczo, że to konieczność, i dlatego mały Cormoran znalazł się sam wśród obcych dzieci mówiących z dziwnym akcentem. Strike, który nigdy nie był beksą, usiadł w starej ławce z żaluzjowym zamknięciem, czując w gardle gulę wielką jak jabłko.

Dlaczego Dave Polworth, mały klasowy przywódca, postanowił się zaprzyjaźnić z nowym uczniem – nigdy nie zostało zadowalająco wyjaśnione, nawet samemu Strike’owi. Na pewno powodem nie był strach przed posturą Strike’a, ponieważ dwaj najlepsi przyjaciele Dave’a byli krzepkimi synami rybaków, a sam Dave pod każdym względem przypominał osławionego wojownika cechującego się brutalnością odwrotnie proporcjonalną do wzrostu. Pod koniec tamtego pierwszego dnia Polworth był już zarówno przyjacielem Strike’a, jak i jego mistrzem. Dołożył starań, by uzmysłowić kolegom z klasy wszystkie powody, dla których Strike zasługiwał na ich szacunek: urodził się w Kornwalii, był siostrzeńcem Teda Nancarrowa z miejscowej jednostki ratownictwa morskiego, nie wiedział, gdzie jest jego mama, i to nie była jego wina, że mówił w dziwny sposób.

Nie zważając na to, że Strike nazajutrz wyjeżdża, chora Joan, która tak się cieszyła z jego przyjazdu na cały tydzień, dosłownie wypchnęła go wieczorem z domu, by uczcił urodziny „małego Dave’a”. Przywiązywała ogromną wagę do starych więzi i była zachwycona, że po tylu latach Strike i Dave Polworth wciąż się kumplują. Uważała ich przyjaźń za dowód słuszności swojej decyzji o posłaniu Strike’a do szkoły wbrew woli jego nieodpowiedzialnej matki oraz za znak, że Kornwalia była prawdziwym domem Strike’a, bez względu na to, w jak wielu miejscach bywał po wyjeździe i że aktualnie mieszkał w Londynie.

Polworth pociągnął spory łyk piwa i rzucił przez ramię spojrzenie w stronę ciemnowłosej kobiety i jej blond przyjaciółki, wciąż obserwujących Strike’a.

– Pieprzona stonka – powiedział.

– Co by się stało z twoim ogrodem, gdyby nie turyści? – spytał Strike.

– Spokojna głowa – odparł natychmiast Polworth. – Mamy mnóstwo gości z okolicy, pełno imprez cyklicznych.

Polworth zrezygnował niedawno z kierowniczego stanowiska w firmie inżynierskiej w Bristolu, by zatrudnić się jako naczelny ogrodnik w ogromnym ogrodzie publicznym na wybrzeżu niedaleko St Mawes. Ten wykwalifikowany kierowca, utytułowany surfer i uczestnik zawodów Ironman był od dzieciństwa w ciągłym ruchu i nie potrafił usiedzieć na miejscu, a upływ czasu i praca biurowa nie zdołały go utemperować.

– Więc niczego nie żałujesz? – spytał Strike.

– Kurwa, nie – zapewnił żarliwie Polworth. – Musiałem znowu ubrudzić sobie ręce. Wrócić pod gołe niebo. Za rok stuknie mi czterdziestka. Teraz albo nigdy.

Polworth złożył podanie o nową pracę, nie wspominając o tym żonie. Gdy zaproponowano mu posadę, rzucił robotę i po powrocie do domu postawił rodzinę przed faktem dokonanym.

– Penny już się z tym pogodziła? – spytał Strike.

– Nadal mi mówi raz w tygodniu, że chce rozwodu – odrzekł obojętnie Polworth. – Ale lepiej było powiedzieć jej o wszystkim po fakcie, niż prowadzić jałowe dyskusje przez pięć lat. Wszystko się świetnie ułożyło. Dzieci uwielbiają nową szkołę, firma Penny pozwoliła jej się przenieść do biura w Wielkim Mieście. – Polworth miał na myśli Truro, nie Londyn. – Jest szczęśliwa, choć nie chce tego przyznać.

Strike w głębi duszy wątpił w prawdziwość tego stwierdzenia. Ignorowanie niewygodnych faktów szło zazwyczaj w parze z zamiłowaniem Polwortha do ryzyka i wizjonerskich pomysłów. Strike miał jednak za dużo własnych kłopotów, by przejmować się jego problemami, więc uniósł kufel.

– No to twoje zdrowie, stary – powiedział, mając nadzieję, że odwrócił uwagę Polwortha od polityki.

– Dzięki – odparł Polworth, unosząc kufel. – Jak oceniasz szanse Arsenalu? Zakwalifikuje się?

Strike tylko wzruszył ramionami, ponieważ obawiał się, że rozmowa na temat prawdopodobieństwa zapewnienia sobie miejsca w Lidze Mistrzów przez londyński klub piłkarski znów doprowadzi do dyskusji o braku lojalności Cormorana wobec Kornwalii.

– Jak tam twoje życie uczuciowe? – spytał Polworth, próbując innej taktyki.

– Nie istnieje – odrzekł Strike.

Polworth się uśmiechnął.

– Według Joanie skończysz u boku swojej wspólniczki. Tej Robin.

– Naprawdę? – powiedział Strike.

– Wspomniała mi o tym, kiedy wpadłem z wizytą w ubiegły weekend. Naprawiałem jej satelitę.

– Nie mówili, że się popsuła – powiedział Strike, jeszcze raz unosząc kufel i przechylając go lekko w stronę Polwortha. – Dzięki, stary.

Jeśli sądził, że odwróci uwagę przyjaciela, to mu się nie udało.

– Mówili tak obydwoje. Ona i Ted – podjął Polworth. – Obydwoje uważają, że to będzie Robin.

Strike nie odpowiedział, lecz Polworth nie dawał za wygraną.

– Więc nic się między wami nie dzieje?

 

– Nie – powiedział Strike.

– Jak to? – Polworth zmarszczył brwi. Strike, podobnie jak w kwestii niepodległości Kornwalii, uparcie odmawiał zajęcia oczywistego i pożądanego stanowiska. – To niezła laska. Widziałem ją w gazecie. Może nie dorównuje Madame Furii – przyznał. Było to przezwisko, które nadał przed laty byłej narzeczonej Strike’a. – Ale z drugiej strony, nie jest pieprzoną szajbuską, prawda, Diddy?

Strike się roześmiał.

– Lucy ją lubi – powiedział Polworth. – Mówi, że bylibyście idealną parą.

– Kiedy rozmawiałeś z Lucy o moim życiu uczuciowym? – spytał Strike odrobinę mniej przyjaznym tonem.

– Jakiś miesiąc temu – odparł Polworth. – Przywiozła chłopców na weekend i zaprosiliśmy ich wszystkich na grilla.

Strike pił i milczał.

– Mówi, że świetnie się dogadujecie – ciągnął Polworth, wciąż go obserwując.

– Tak, to prawda – potwierdził Strike.

Polworth czekał z uniesionymi brwiami.

– To by wszystko spieprzyło – powiedział Strike. – Nie zamierzam narażać agencji.

– Jasne – odrzekł Polworth. – Ale jednak cię kusi?

Na chwilę zapadła cisza. Strike starał się nie patrzeć w stronę ciemnowłosej kobiety i jej towarzyszki, które z pewnością właśnie o nim rozmawiały.

– Może parę razy przyszło mi to do głowy – przyznał – ale ona jest teraz w trakcie paskudnego rozwodu. Zresztą już i tak spędzamy ze sobą pół życia i odpowiada mi w roli wspólniczki.

Z uwagi na ich wieloletnią przyjaźń oraz na to, że już doszło między nimi do starcia z powodów politycznych i że Polworth miał tego dnia urodziny, Strike starał się nie okazywać najmniejszej urazy z powodu tych pytań. Każda znana mu osoba będąca po ślubie zdawała się rozpaczliwie ponaglać innych do małżeństwa, bez względu na to, jak słabą reklamę robiła tej instytucji. Na przykład Polworthowie żyli w stanie permanentnej wzajemnej wrogości. Strike częściej słyszał, jak Penny nazywa swojego męża „tym kutasem” niż jego imieniem, a wieczorami Polworth raczył przyjaciół barwnymi opowieściami o tym, jak zaspokaja swoje ambicje oraz dba o własne interesy kosztem żony i mimo jej protestów. Obydwoje wydawali się najszczęśliwsi i najbardziej odprężeni w otoczeniu przedstawicieli własnej płci, a przy tych rzadkich okazjach, gdy Strike gościł w ich domu, spotkania zawsze odbywały się zgodnie z zasadą naturalnej segregacji: kobiety gromadziły się w jednej części domu, mężczyźni w drugiej.

– A jeśli Robin chce mieć dzieci? – spytał Polworth.

– Chyba nie chce – powiedział Strike. – Lubi tę pracę.

– Wszystkie tak mówią – odrzekł lekceważąco Polworth. – Ile ona ma lat?

– O dziesięć mniej niż my.

– Będzie chciała mieć dzieci – orzekł Polworth z przekonaniem. – Wszystkie chcą. U kobiet to się dzieje szybciej. Ich wyścig z czasem zaczyna się wcześniej.

– W każdym razie nie będzie miała dzieci ze mną. Bo ja ich nie chcę. Zresztą im jestem starszy, tym wyraźniej czuję, że nie nadaję się do małżeństwa.

– Stary, też tak myślałem – powiedział Polworth. – Ale potem sobie uświadomiłem, że zabierałem się do tego z zupełnie niewłaściwej strony. Opowiadałem ci, jak to się stało, prawda? Że w końcu oświadczyłem się Penny?

– Chyba nie – odparł Strike.

– Nie opowiadałem ci tej historii z Tołstojem? – spytał Polworth zaskoczony swoim niedopatrzeniem.

Strike, który zamierzał właśnie pociągnąć łyk piwa, ze zdumienia odstawił kufel z powrotem. Od podstawówki Polworth, który miał umysł ostry jak brzytwa, lecz gardził wszelkiego rodzaju nauką nieznajdującą natychmiastowego praktycznego zastosowania, wystrzegał się wszystkich materiałów drukowanych oprócz instrukcji obsługi.

– Tołstoj – oznajmił Polworth, opacznie interpretując minę Strike’a. – Ten pisarz.

– Aha – powiedział Strike. – Dzięki za wyjaśnienie. W jaki sposób Tołstoj…?

– Przecież właśnie ci mówię, nie? Drugi raz rozstałem się z Penny. Ględziła o zaręczynach, a ja nie byłem gotowy. No więc siedzę w tym barze i opowiadam Chrisowi, że mam dość słuchania jej przynudzania o pierścionku. Pamiętasz Chrisa? Taki duży sepleniący gość. Poznałeś go na chrzcinach Rozwyn. W każdym razie przy barze siedzi samotny nawalony facet, taki trochę pedzik w sztruksowej kurtce i z falowanymi włosami. Szczerze mówiąc, gość działa mi na nerwy, bo widzę, że wszystko słyszy, no więc w końcu pytam go, na co się, kurwa, gapi, a on spogląda mi prosto w oczy i mówi: „Jedyny sposób, żeby taszczyć ciężar i dalej móc używać rąk, to przywiązać go sobie do pleców. Ożeń się i znowu będziesz mógł używać rąk. Jeśli się nie ożenisz, nigdy nie będziesz mógł zająć rąk czymś innym. Spójrz na Mazankowa, na Krupowa. Przez kobiety zniszczyli sobie karierę”. Myślałem, że Mazankow i Krupow to jego kumple. Spytałem, po co mi o tym, kurwa, opowiada. I wtedy wyjaśnił, że cytuje tego pisarza, Tołstoja. Zaczęliśmy gadać i mówię ci, Diddy, ta chwila odmieniła moje życie. Zapaliło mi się światełko – powiedział Polworth, wskazując powietrze nad swoją łysiejącą głową. – Dzięki niemu zobaczyłem to wyraźnie. Pułapka męskości, stary. Jak zwykle próbuję wyrwać jakąś dupę w czwartkowy wieczór, znowu wracam do domu sam, uboższy, wynudzony jak mops. Pomyślałem o kasie, którą wydawałem, uganiając się za cipkami, o tym całym zawracaniu głowy i o tym, czy chcę samotnie oglądać pornosy w wieku czterdziestu lat, i doszedłem do wniosku, że właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Właśnie po to jest małżeństwo. Czy znajdę kogoś lepszego niż Penny? Czy lubię wciskać kit kobietom w barze? Z Penny dobrze się rozumiemy. Mógłbym trafić o wiele gorzej. Nieźle wygląda. Miałbym swoją dupę, czekałaby na mnie w domu, prawda?

– Szkoda, że Penny tego nie słyszy – powiedział Strike. – Zakochałaby się w tobie od nowa.

– Uścisnąłem rękę temu pedziowatemu gościowi – ciągnął Polworth, ignorując sarkazm Strike’a. – Poprosiłem, żeby zapisał mi tytuł tej książki i w ogóle. Wyszedłem z baru, pojechałem taksówką do Penny, zacząłem walić w drzwi i ją obudziłem. Była strasznie wkurwiona. Myślała, że przyszedłem, bo się narąbałem, nie znalazłem nikogo lepszego i miałem ochotę na dymanko. „Nie, ty tępa krowo – powiedziałem. – Przyszedłem, bo chcę się z tobą ożenić”. Ta książka – dodał Polworth – miała tytuł Anna Karenina. – Osuszył kufel. – Straszne gówno.

Strike się roześmiał.

Polworth głośno beknął, potem spojrzał na zegarek. Był człowiekiem, który wiedział, jakim tekstem zakończyć rozmowę, i na rozwlekłe pożegnania miał równie mało czasu co na literaturę rosyjską.

– Będę się zbierał, Diddy – powiedział, wstając. – Jeśli wrócę przed wpół do jedenastej, czeka mnie urodzinowe obciąganko. I właśnie o tym mówiłem, stary. Właśnie o tym.

Strike uśmiechnął się i uścisnął przyjacielowi rękę. Polworth poprosił, żeby przekazał pozdrowienia Joan i zadzwonił do niego, gdy znowu będzie w mieście, a potem przecisnął się w stronę wyjścia i zniknął Strike’owi z oczu.