Żniwa złaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Żniwa zła
Żniwa zła
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 66,80  53,44 
Żniwa zła
Audio
Żniwa zła
Audiobook
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




WROCŁAW 2016

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Tytuł oryginału

Career of Evil

Projekt okładki i fotografie

Nico Taylor © Little Brown Book Group Limited 2015

Redakcja

MAŁGORZATA GROCHOCKA

Korekta

ANNA KURZYCA

Redakcja techniczna

ADAM KOLENDA

Copyright © 2015 J.K. Rowling

Polish editions © Publicat S.A. MMXVI (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Powieść wydana po raz pierwszy w Wielkiej Brytanii w 2015 roku przez Sphere.

Osobiste prawa autorskie zastrzeżone.

Wszelkie postaci i wydarzenia opisane w tym utworze, poza znajdującymi się w domenie publicznej,

są fikcyjne, a jakiekolwiek podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych jest całkowicie przypadkowe.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden fragment niniejszego utworu nie może być reprodukowany, przechowywany ani przesyłany w żadnej formie ani żadnymi środkami, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy. Utwór nie może też być rozpowszechniany w oprawie lub okładce innej niż oryginalna oraz w formie innej niż ta, w której został wydany.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Wydanie elektroniczne 2016

ISBN 978-83-271-5505-4

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl


Źródła cytatów umieszczono na końcu książki.

Selected Blue Öyster Cult lyrics 1967–1994 by kind permission of Sony/ATV Music Publishing (UK) Ltd.

www.blueoystercult.com

’Don’t Fear the Reaper: The Best of Blue Öyster Cult’ from Sony Music Entertainment Inc available

now via iTunes and all usual musical retail outlets.


Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Dedykacja

***

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

Podziękowania

Źródła cytatów

Przypisy

Séanowi i Matthew Harrisom

– zróbcie z tą dedykacją, co tylko chcecie,

ale nie...

nie...

nie stosujcie jej na brwi.

I choose to steal what you choose to show

And you know I will not apologize –

You’re mine for the taking.

I’m making a career of evil...

Będę kraść to, co będziesz pokazywał,

Dobrze wiesz, że nie przeproszę –

Mogę cię mieć w każdej chwili.

Robię karierę w branży zła [...]

Blue Öyster Cult, Career of Evil

słowa: Patti Smith

1

2011

This Ain’t the Summer of Love

To nie jest lato miłości

Nie udało mu się zetrzeć całej jej krwi. Pod paznokciem środkowego palca lewej dłoni została ciemna kreska przypominająca nawias. Zaczął ją stamtąd wygrzebywać, ale właściwie ten widok mu się podobał: pamiątka po przyjemnościach poprzedniego dnia. Po chwili bezskutecznego grzebania włożył krwawy paznokieć do ust i possał. Żelazisty posmak przywołał wspomnienie zapachu strumienia, który trysnął gwałtownie na wyłożoną płytkami podłogę, ochlapując ściany, mocząc mu dżinsy i zmieniając brzoskwiniowe ręczniki kąpielowe – mięciutkie, suche i starannie złożone – w nasiąknięte krwią szmaty.

 

Dziś rano świat miał dla niego jaśniejsze barwy i wydawał się wspanialszy. Czuł spokój i był podbudowany, jakby ją wchłonął, jakby jej życie przetoczono do jego żył. Zabijane kobiety stawały się twoją własnością: to forma posiadania o wiele lepsza od seksu. Już samo patrzenie na nie w chwili śmierci było rodzajem intymności wykraczającej daleko poza to, czego mogły doświadczyć dwa żywe ciała.

Czując dreszcz podniecenia, pomyślał, że nikt nie wie, co zrobił ani co planuje. Szczęśliwy i spokojny ssał środkowy palec, opierając się o ciepły mur w słabym kwietniowym słońcu i wpatrując w dom naprzeciwko.

Dom nie był piękny. Raczej zwyczajny. Owszem, przyjemniejszy niż maleńkie mieszkanko, w którym zesztywniałe od krwi ubranie leżało od wczoraj w czarnych workach na śmieci, czekając na spalenie, i w którym zostawił lśniące noże, umyte środkiem dezynfekującym, wciśnięte za rurę w kształcie litery U pod kuchennym zlewem.

Ten dom miał z przodu ogródek, czarne balustrady i trawnik wymagający skoszenia. Dwoje białych drzwi umieszczono tuż obok siebie, co świadczyło o tym, że trzypiętrowy budynek podzielono na mieszkania. Na parterze mieszkała Robin Ellacott. Dołożył starań, żeby poznać jej prawdziwe imię i nazwisko, lecz w myślach nazywał ją Sekretarką. Przed chwilą widział ją przechodzącą za oknem wykuszowym, łatwo ją było poznać dzięki jaskrawym włosom.

Obserwowanie Sekretarki traktował jak bonus, miły dodatek. Miał kilka wolnych godzin, więc postanowił przyjść i na nią popatrzeć. Dzisiaj był dzień odpoczynku między wczorajszymi i jutrzejszymi atrakcjami, między zadowoleniem z tego, co zostało zrobione, a podnieceniem tym, co miało się zdarzyć.

Drzwi po prawej stronie niespodziewanie się otworzyły i z domu wyszła Sekretarka w towarzystwie mężczyzny.

Nadal oparty o ciepły mur gapił się na ulicę odwrócony do nich profilem, żeby wyglądać jak ktoś, kto czeka na przyjaciela. Nie zwrócili na niego najmniejszej uwagi. Oddalali się chodnikiem, idąc ramię w ramię. Odczekał minutę i ruszył za nimi.

Miała na sobie dżinsy, lekką kurtkę i buty na płaskim obcasie. Jej długie falujące włosy widziane w blasku słońca wydawały się jeszcze bardziej rude. Zauważył między tymi dwojgiem lekki dystans, nie odzywali się do siebie.

Umiał wyczuwać emocje. Zauważył je i wykorzystał u dziewczyny, która wczoraj umarła wśród zakrwawionych, brzoskwiniowych ręczników.

Byli na długiej ulicy. Trzymał ręce w kieszeniach i szedł niespiesznym krokiem, jakby się wybrał na zakupy. W ten jasny poranek jego ciemne okulary nie zwracały uwagi. Drzewa delikatnie falowały na lekkim wiosennym wietrzyku. Na końcu ulicy idąca przodem para skręciła w lewo, w szeroką, zatłoczoną arterię, wzdłuż której stały biurowce. Wysoko w górze tafle szkła w oknach lśniły w blasku słońca, gdy mijali siedzibę Rady Gminy Ealing.

Współlokator albo chłopak czy ktokolwiek to był – mężczyzna o wyrazistym profilu i kwadratowej żuchwie – coś do niej mówił. Odpowiedziała mu krótko, bez uśmiechu.

Kobiety są takie małostkowe, podłe, paskudne i żałosne. Nadąsane suki, wszystkie co do jednej oczekujące, że mężczyźni będą je uszczęśliwiać. Dopiero gdy leżały przed tobą martwe i puste, stawały się czyste, tajemnicze, a nawet cudowne. Wtedy były bez reszty twoje, niezdolne do kłótni, szamotaniny czy odejścia, były twoje i mogłeś z nimi zrobić, co tylko zechcesz. Zwłoki tej wczorajszej stały się ciężkie i bezwładne, gdy upuścił z nich krew: były jego naturalnych rozmiarów pieścidełkiem, jego zabawką.

Szedł za Sekretarką i jej chłopakiem przez gwarne centrum handlowe Arcadia, sunąc z tyłu niczym duch albo bóg. Czy ludzie robiący sobotnie zakupy w ogóle go widzieli, czy może jakoś się przeobraził, stał się podwójnie żywy, zyskał dar niewidzialności?

Dotarli na przystanek autobusowy. Czaił się w pobliżu, udając, że zagląda przez drzwi do baru serwującego curry, patrzy na owoce ułożone w wysokie sterty przed sklepem, na tekturowe maski z twarzami księcia Williama i Kate Middleton wiszące w kiosku; obserwował ich odbicia w szybach.

Zamierzali wsiąść do autobusu linii osiemdziesiąt trzy. Miał przy sobie niewiele pieniędzy, ale jej widok sprawiał mu tyle przyjemności, że nie chciał tak szybko rezygnować. Wchodząc za parą do autobusu, usłyszał, jak mężczyzna mówi o Wembley Central. Kupił bilet i poszedł za nimi na górę.

Para znalazła dwa wolne, sąsiadujące ze sobą miejsca na samym przedzie pojazdu. Usiadł niedaleko, obok gburowatej kobiety, którą zmusił do przesunięcia siatek z zakupami. Chwilami słyszał ich głosy wynurzające się z gwaru rozmów innych pasażerów. Gdy nie rozmawiali, Sekretarka posępnie patrzyła przez okno. Nie miała ochoty jechać tam, dokąd jechali – był tego pewny. Gdy odgarnęła z oczu pasmo włosów, zauważył pierścionek zaręczynowy. Więc zamierzała wyjść za mąż... a raczej tak jej się wydawało. Ukrył uśmieszek za postawionym kołnierzem kurtki.

Przez upaćkane szyby wpadało ciepłe południowe słońce. Do autobusu wsiadła grupa mężczyzn, którzy zajęli miejsca wokół. Dwóch miało na sobie czarno-czerwone koszulki drużyny rugby.

Nagle poczuł, jak blask dnia przygasa. Koszulki z sierpem księżyca i gwiazdą budziły w nim nieprzyjemne skojarzenia. Przypominały o czasach, gdy nie czuł się jak bóg. Nie chciał, żeby dzień jego szczęścia został skażony i splamiony dawnymi złymi wspomnieniami, ale jego euforia gwałtownie słabła. Rozzłoszczony – jakiś nastolatek napotkał jego spojrzenie i z przestrachem pospiesznie odwrócił wzrok – wstał i ruszył w stronę schodów.

Obok drzwi stał ojciec z małym synem i mocno trzymali się drążka. Na dnie jego żołądka eksplodował gniew: on też powinien mieć syna. A raczej nadal powinien go mieć. Wyobraził sobie chłopca stojącego obok, zadzierającego głowę i patrzącego na niego jak na bohatera – tylko że on już dawno stracił syna, a wszystkiemu był winien człowiek nazywający się Cormoran Strike.

Zamierzał się zemścić na Cormoranie Strike’u. Zamierzał zmienić jego życie w piekło.

Stojąc na chodniku, spojrzał na przód autobusu i za szybą jeszcze raz mignęła mu złotowłosa głowa Sekretarki. Pomyślał, że w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin zobaczy ją ponownie. Ta świadomość pomogła mu opanować nagłą wściekłość wywołaną widokiem koszulek drużyny Saracens. Autobus oddalił się z warkotem, a on ruszył w przeciwną stronę, powoli się uspokajając. Miał cudowny plan. Nikt o nim nie wiedział. Nikt się niczego nie spodziewał. A w domu w lodówce czekało na niego coś bardzo wyjątkowego.

2

A rock through a window never comes with a kiss.

Do kamienia rzuconego w okno nikt nie dołącza całusa.

Blue Öyster Cult, Madness to the Method

Dwudziestosześcioletnia Robin Ellacott od ponad roku była zaręczona. Miała wziąć ślub trzy miesiące temu, lecz z powodu niespodziewanej śmierci jej przyszłej teściowej przesunięto ceremonię. W tym czasie wiele się wydarzyło. Zastanawiała się, czy gdyby padły słowa przysięgi małżeńskiej, dogadywaliby się z Matthew lepiej niż teraz. Czy gdyby pod zaręczynowym pierścionkiem z szafirem, już trochę luźnym, na jej palcu tkwiła obrączka, rzadziej by się kłócili?

Przedzierając się w poniedziałek rano przez gruz na Tottenham Court Road, Robin ponownie przeżywała w myślach kłótnię z poprzedniego dnia. Jej ziarno zaczęło kiełkować, zanim wyszli z domu na mecz rugby. Miała wrażenie, że kłócą się przy okazji każdego spotkania z Sarah Shadlock i jej chłopakiem Tomem, i nie omieszkała tego zauważyć, gdy sprzeczka, na którą zanosiło się już od meczu, przeciągnęła się do późnych godzin nocnych.

– Na litość boską, nie widzisz, że Sarah chciała między nami namącić? To ona ciągle o niego pytała, bez przerwy o nim mówiła, nie ja to zaczęłam...

Nieustający remont ulic wokół stacji Tottenham Court Road utrudniał Robin drogę do pracy od jej pierwszego dnia w agencji prywatnego detektywa przy Denmark Street. Potknięcie się o wielką grudę gruzu jeszcze bardziej popsuło jej humor. Zatoczyła się i dopiero po chwili odzyskała równowagę. Z głębokiej wyrwy w ziemi, wypełnionej mężczyznami w kaskach i fluorescencyjnych kamizelkach, dobiegły ją gwizdy i sprośne uwagi. Czerwona na twarzy potrząsnęła głową i ignorując robotników, odrzuciła do tyłu jasnorude włosy, które opadły jej na oczy, i znowu wróciła myślami do Sarah Shadlock oraz jej podstępnych uporczywych pytań o szefa Robin.

– Na swój dziwny sposób jest atrakcyjny, prawda? Trochę poturbowany, ale mnie takie rzeczy nigdy nie przeszkadzały. Faktycznie jest taki seksowny jak na zdjęciu? Kawał z niego faceta, prawda?

Robin widziała, jak Matthew zaciska zęby, i starała się odpowiadać spokojnym, obojętnym tonem.

– Jesteście w tej agencji tylko we dwoje? Naprawdę? Nikogo więcej tam nie ma?

„Suka – pomyślała Robin, która nigdy nie potrafiła zdobyć się na życzliwość dla Sarah Shadlock. – Robi to specjalnie”.

– Czy to prawda, że odznaczono go w Afganistanie? Tak? Rany, więc na dodatek jest bohaterem wojennym?

Robin starała się ze wszystkich sił uciszyć jednoosobowy chór Sarah wyrażający uznanie dla Cormorana Strike’a, lecz na próżno: pod koniec meczu Matthew okazywał narzeczonej wyraźny chłód. Niezadowolenie nie przeszkodziło mu jednak w przekomarzaniu się i zaśmiewaniu razem z Sarah w drodze powrotnej z Vicarage Road, a Tom, który wydawał się Robin nudny i tępy, rechotał razem z nimi, nieświadomy jakichkolwiek podtekstów.

Potrącana przez przechodniów, także lawirujących wśród ulicznych wykopów, Robin dotarła w końcu na chodnik po przeciwnej stronie i przechodząc w cieniu betonowego, przypominającego kratownicę monolitu zwanego Centre Point, znowu poczuła złość na wspomnienie tego, co usłyszała od Matthew o północy, gdy kłótnia rozgorzała z nową siłą.

– Do cholery, czy ty naprawdę ciągle musisz o nim gadać? Słyszałem, jak mówiłaś Sarah...

– To nie ja zaczęłam o nim gadać, tylko ona, nie słuchałeś...

Matthew zaczął ją jednak przedrzeźniać, mówiąc głosem, którym zawsze relacjonował wypowiedzi kobiet, piskliwym i idiotycznym:

– „Och, on ma takie urocze włosy...”

– Na litość boską, masz jakąś cholerną, totalną paranoję! – krzyknęła Robin. – Sarah ględziła o tych przeklętych włosach Jacques’a Burgera, a nie Cormorana, a ja tylko powiedziałam...

– „A nie Cormorana” – powtórzył, znowu debilnie popiskując.

Skręcając w Denmark Street, Robin była równie wściekła jak osiem godzin wcześniej, gdy jak burza wypadła z sypialni i poszła spać na kanapie.

Sarah Shadlock, przeklęta Sarah Shadlock, która studiowała razem z Matthew i robiła, co w jej mocy, żeby odbić go Robin, dziewczynie czekającej w Yorkshire... Gdyby Robin mogła mieć pewność, że nigdy więcej nie zobaczy Sarah, byłaby szczęśliwym człowiekiem, ale w lipcu Sarah miała być gościem na ich ślubie, a potem bez wątpienia zamierzała psuć ich życie małżeńskie – może nawet któregoś dnia wprosi się do agencji Robin, żeby poznać Strike’a, o ile jej zainteresowanie było szczere i nie miało na celu jedynie siania niezgody między Robin i Matthew.

„Nigdy, przenigdy nie przedstawię jej Cormoranowi” – pomyślała ze złością Robin, zbliżając się do kuriera, który stał przed wejściem do budynku. W jednej urękawiczonej ręce trzymał podkładkę do pisania z klipsem, a w drugiej podłużną, prostokątną paczkę.

– Zaadresowana na nazwisko Ellacott? – spytała Robin, gdy kurier znalazł się w zasięgu jej głosu.

Spodziewała się dostawy jednorazowych aparatów fotograficznych w kartonowej obudowie koloru kości słoniowej, które zamierzała rozdać gościom weselnym na pamiątkę. Ostatnio pracowała o tak różnych porach, że prościej było kierować przesyłki do agencji niż do domu.

Kurier w kasku kiwnął głową i podsunął jej podkładkę. Robin pokwitowała odbiór i wzięła podłużną paczkę, o wiele cięższą, niż się spodziewała. Gdy wsunęła ją pod pachę, odniosła wrażenie, że w środku przesunął się jakiś pojedynczy duży przedmiot.

– Dziękuję – powiedziała, ale kurier już się odwrócił i wsiadał na motor. Wchodząc do budynku, słyszała, jak odjeżdża.

 

Szła po rozbrzmiewających echem metalowych schodach, które wznosiły się spiralnie wokół popsutej ażurowej windy, jej obcasy stukały o metal. Gdy przekręciła klucz w zamku i otworzyła przeszklone drzwi, odbiło się w nich światło, a na tle szyby wyraźnie ukazał się wygrawerowany napis – C.B. Strike, prywatny detektyw.

Specjalnie przyszła do pracy wcześniej. Prowadzili mnóstwo spraw i chciała nadgonić papierkową robotę, zanim wróci do codziennego śledzenia młodej rosyjskiej striptizerki. Słysząc odgłosy ciężkich kroków na górze, pomyślała, że Strike jeszcze nie wyszedł z mieszkania.

Położyła podłużną paczkę na biurku, zdjęła płaszcz i powiesiła go razem z torebką na kołku obok drzwi, zapaliła światło, napełniła i włączyła czajnik, a potem sięgnęła po leżący na biurku ostry nożyk do otwierania kopert. Przypominając sobie, z jaką stanowczością Matthew odrzucił jej wyjaśnienie, że podziwiała kędzierzawą czuprynę rwacza Jacques’a Burgera, a nie krótkie i, szczerze mówiąc, przypominające owłosienie łonowe włosy Strike’a, ze złością dźgnęła koniec paczki, rozcięła ją i otworzyła pudełko.

W środku leżała wciśnięta bokiem ucięta noga kobiety, a jej palce wygięto, żeby się zmieściła.

3

Half-a-hero in a hard-hearted game.

Półbohater w bezlitosnej grze.

Blue Öyster Cult, The Marshall Plan

Krzyk Robin odbił się od okien. Odsunęła się od biurka, wpatrując się w leżący na nim szkaradny przedmiot. Noga była gładka, szczupła i blada, a otwierając paczkę, Robin musnęła ją palcem i poczuła zimną, gumowatą teksturę skóry.

Chwilę po tym, jak zdołała zdusić krzyk, zatykając usta rękami, szklane drzwi obok niej gwałtownie się otworzyły. Stanął w nich mierzący metr osiemdziesiąt siedem nachmurzony Strike w rozpiętej koszuli odsłaniającej małpi gąszcz ciemnych włosów na klatce piersiowej.

– Co jest, do chole...?

Podążył wzrokiem za jej przerażonym spojrzeniem i zobaczył nogę. Poczuła, jak jego ręka bez ceregieli zaciska się na jej ramieniu i wyciąga ją na korytarz.

– Jak to się tu znalazło?

– Kurier – wykrztusiła, pozwalając się zaprowadzić na górę. – Na motorze.

– Zaczekaj tu. Wezwę policję.

Gdy zamknął za nią drzwi swojego mieszkania, stała zupełnie nieruchomo i z łomoczącym sercem słuchała, jak Strike schodzi z powrotem do agencji. Poczuła, że w jej gardle wzbiera żółć. Noga. Przed chwilą przysłano jej nogę. Przed chwilą spokojnie wniosła ją po schodach – zapakowaną nogę jakiejś kobiety. Do kogo należała? Gdzie była reszta ciała?

Podeszła do najbliższego krzesła, plastikowego i taniego, z wyściełanym siedziskiem i metalowymi nogami, i usiadła na nim, nadal przyciskając palce do zdrętwiałych ust. Pamiętała, że paczkę zaadresowano na jej nazwisko.

Tymczasem Strike stał w agencji obok okna wychodzącego na ulicę i z telefonem przy uchu lustrował Denmark Street w poszukiwaniu jakiegokolwiek śladu kuriera. Zanim wrócił do poczekalni, żeby się przyjrzeć paczce na biurku, skontaktował się z policją.

– Noga? – powtórzył komisarz Eric Wardle na drugim końcu linii. – Pieprzona noga?

– I na dodatek nie w moim rozmiarze – powiedział Strike, który w obecności Robin nie pozwoliłby sobie na taki żart. Miał podwiniętą nogawkę odsłaniającą metalowy pręt, który zastępował mu prawą kostkę. Gdy usłyszał krzyk Robin, właśnie się ubierał.

Już kiedy to mówił, uświadomił sobie, że jest to prawa noga, jak ta, którą stracił, i że ucięto ją pod kolanem, czyli dokładnie w miejscu, w którym amputowano jego własną. Wciąż przyciskając komórkę do ucha, przyjrzał się nodze z bliższej odległości i jego nos wypełnił się nieprzyjemnym zapachem przywodzącym na myśl kurczaka niedawno wyjętego z zamrażarki. Skóra przedstawicielki rasy kaukaskiej: gładka, blada i bez skazy, jeśli pominąć starego, zielonkawego siniaka na łydce, niedokładnie ogolona. Odrastające włoski były jasne, a niepomalowane paznokcie trochę brudne. Przecięta piszczel lśniła lodowatą bielą na tle otaczającego ją mięsa. Zgrabne cięcie: Strike pomyślał, że prawdopodobnie zrobiono je siekierą albo tasakiem.

– Mówisz, że to noga kobiety?

– Na to wygląda...

Strike zauważył jeszcze coś. Na łydce, w miejscu, w którym ucięto nogę, była blizna: stara, niezwiązana z raną powstałą na skutek oddzielenia kończyny od ciała.

Ileż razy w spędzonym w Kornwalii dzieciństwie zaskoczyło go zdradliwe morze, gdy stał odwrócony do niego plecami? Ci, którzy nie znali oceanu, zapominali o jego potędze, o jego brutalności. Gdy uderzał w nich z siłą zimnego metalu, czuli przerażenie. Strike mierzył się ze strachem, pracował z nim i zmagał się przez całe życie zawodowe, lecz na widok tej starej blizny przerażenie – tym większe, że niespodziewane – na chwilę zaparło mu dech w piersiach.

– Jesteś tam? – spytał Wardle na drugim końcu linii.

– Co?

Dwukrotnie złamany nos Strike’a znajdował się w odległości niespełna dwóch centymetrów od miejsca, w którym ucięto nogę kobiety. Przypominał sobie bliznę na nodze dziecka, którego nigdy nie zapomniał... Ile minęło czasu, odkąd je widział? Ile miałoby teraz lat?

– Zadzwoniłeś do mnie, ponieważ...? – podpowiedział mu Wardle.

– A tak – odrzekł Strike, zmuszając się do koncentracji. – Wolałbym, żebyś to ty się tym zajął, ale jeśli nie możesz...

– Już jadę – przerwał mu Wardle. – Niedługo będę. Nie ruszaj się stamtąd.

Strike się rozłączył i odłożył telefon, cały czas wpatrując się w nogę. Zauważył, że leży pod nią liścik napisany na komputerze. Wyszkolony przez brytyjską armię i znający procedurę dochodzeniową oparł się silnej pokusie, żeby go stamtąd wyjąć i przeczytać: nie wolno niszczyć dowodów dla zakładu medycyny sądowej. Zamiast tego niezgrabnie przykucnął, żeby przeczytać adres widniejący do góry nogami na odchylonej pokrywie.

Paczkę zaadresowano do Robin, co wcale mu się nie spodobało. Jej nazwisko bezbłędnie napisano na komputerze i umieszczono na białej naklejce z adresem ich agencji. Pod spodem była druga naklejka. Wytężając wzrok i nie chcąc dotykać pudełka nawet po to, żeby wyraźnie zobaczyć adres, zauważył, że nadawca najpierw zaadresował paczkę na nazwisko „Cameron Strike”, a później zasłonił je drugą naklejką z nazwiskiem „Robin Ellacott”. Dlaczego zmienił zdanie?

– Kurwa – zaklął cicho Strike.

Wyprostował się z pewnym trudem, zdjął torebkę Robin z kołka, zamknął szklane drzwi i poszedł na górę.

– Policja już jedzie – powiedział do Robin, kładąc przed nią torebkę. – Chcesz herbaty?

Pokiwała głową.

– Z brandy?

– Nie masz brandy – odparła. Mówiła lekko zachrypniętym głosem.

– Szukałaś?

– Oczywiście, że nie! – zawołała. Uśmiechnął się, widząc, jak się oburzyła na sugestię, że mogłaby mu myszkować w szafkach. – Po prostu nie jesteś... nie należysz do osób, które trzymają brandy do celów medycznych.

– Piwa?

Przecząco pokręciła głową, nie była w stanie się uśmiechnąć.

Gdy herbata była już gotowa, Strike z własnym kubkiem usiadł naprzeciw Robin. Wyglądał tak samo jak zwykle: potężny były bokser palący za dużo papierosów i jedzący za dużo fast foodów. Miał gęste brwi, spłaszczony i asymetryczny nos, a gdy się nie uśmiechał, na jego twarzy stale gościł wyraz ponurego rozdrażnienia. Jego gęste, ciemne, kręcone włosy, wciąż wilgotne po porannym prysznicu, przypomniały Robin o Jacques’u Burgerze i Sarah Shad lock. Wydawało jej się, że od kłótni z Matthew minęły całe wieki. Odkąd weszła do mieszkania Strike’a, myślała o narzeczonym tylko przez chwilę. Bała się mu powiedzieć, co zaszło. Wiedziała, że będzie zły. Nie podobało mu się, że Robin pracuje u Strike’a.

– Przyjrzałeś się... temu? – mruknęła, sięgnąwszy po gorącą herbatę, po czym odstawiła ją nietkniętą.

– No – potwierdził.

Nie wiedziała, o co jeszcze spytać. Dostała uciętą nogę. Sytuacja była tak okropna, tak groteskowa, że każde pytanie przychodzące jej do głowy brzmiało niedorzecznie, prostacko. „Poznajesz ją?” „Jak myślisz, dlaczego ktoś ją przysłał?” i – to pytanie wydawało się Robin najbardziej naglące – „Dlaczego akurat mnie?”.

– Policja będzie chciała usłyszeć coś więcej o kurierze – powiedział.

– Wiem – odrzekła. – Próbuję sobie wszystko przypomnieć.

Na dole rozległ się dźwięk domofonu.

– To na pewno Wardle.

– Wardle? – powtórzyła zaskoczona.

– To najbardziej przyjazny gliniarz, jakiego znamy – przypomniał jej Strike. – Nie ruszaj się stąd, przyprowadzę go.

W ubiegłym roku Strike wzbudził niechęć stołecznej policji, nie do końca z własnej winy. W obszernych doniesieniach prasowych na temat jego dwóch największych sukcesów detektywistycznych ze zrozumiałych powodów piętnowano funkcjonariuszy, których wysiłki przyćmił. Wardle pomógł mu jednak przy pierwszej z tych spraw i podzielił z nim trochę późniejszej chwały, więc ich wzajemne stosunki pozostawały dość przyjazne. Robin widziała Wardle’a tylko w artykułach prasowych na temat tej właśnie sprawy. Ich ścieżki nigdy nie przecięły się w sądzie.

Wardle okazał się przystojnym mężczyzną z gęstymi kasztanowymi włosami i oczami koloru czekolady, ubranym w skórzaną kurtkę i dżinsy. Strike nie był pewny, czy bardziej go rozbawiło, czy zirytowało odruchowe spojrzenie, jakim komisarz zmierzył Robin po wejściu do pokoju – jego oczy szybko przesunęły się zygzakiem po jej włosach, figurze i lewej ręce, gdzie na sekundę zatrzymały się na pierścionku zaręczynowym z brylantami i szafirem.

– Eric Wardle – przedstawił się ściszonym głosem i z uśmiechem, który Strike’owi wydał się niepotrzebnie czarujący. – A to sierżant Ekwensi.

Towarzyszyła mu szczupła, czarnoskóra funkcjonariuszka z przygładzonymi włosami upiętymi w kok. Lekko się uśmiechnęła i Robin poczuła, że obecność innej kobiety przynosi jej wielką ulgę. Po chwili sierżant Ekwensi odwróciła wzrok i omiotła spojrzeniem skromną kawalerkę Strike’a.

– Gdzie jest ta paczka? – spytała.

– Na dole – powiedział Strike, wyjmując z kieszeni klucze do agencji. Pokażę pani. Co u żony, Wardle? – dodał, szykując się do wyjścia w towarzystwie sierżant Ekwensi.

– A co cię to obchodzi? – odparował komisarz, lecz ku radości Robin, która zinterpretowała jego uważne spojrzenie jako próbę zgrywania psychologa, usiadł naprzeciwko niej przy stoliku i otworzył notes.

– Kiedy podeszłam, stał przed drzwiami – wyjaśniła Robin, gdy Wardle spytał, jak dostarczono nogę. – Wzięłam go za kuriera. Był ubrany w czarną skórę: całkiem czarną, nie licząc niebieskich pasków na ramionach. Kask też miał czarny, a osłona była opuszczona i lustrzana. Musiał mieć co najmniej metr osiemdziesiąt. Nawet gdyby zdjął kask, byłby o jakieś dziesięć, dwanaście centymetrów wyższy ode mnie.

– Budowa ciała? – spytał Wardle, bazgrząc w notesie.

– Powiedziałabym, że był dość postawny, ale prawdopodobnie kurtka była trochę wywatowana. – Oczy Robin niechcący skierowały się w stronę Strike’a, który wrócił do mieszkania. – Chodzi mi o to, że nie był taki...

– Nie był takim tłustym draniem jak twój szef? – podsunął Strike, który usłyszał jej ostatnie słowa, i Wardle, zawsze skory do żartów ze Strike’a i czerpiący z nich przyjemność, zaśmiał się pod nosem.

– I miał rękawiczki – dodała Robin, nie reagując na żart – Czarne, skórzane motocyklowe rękawice.

– No oczywiście – mruknął Wardle, dodając notatkę. – Pewnie nie zapamiętała pani żadnych szczegółów dotyczących motocykla?

– To była czarno-czerwona honda – odrzekła Robin. – Zauważyłam logo, ten symbol skrzydła. Na moje oko siedemsetpięćdziesiątka. Duża.

Wardle wydawał się zaskoczony i jednocześnie był pod wrażeniem.

– Robin to benzyniara – powiedział Strike. – Prowadzi jak Fernando Alonso.

Wolałaby, żeby skończył z tą wesołością i nonszalancją. Piętro niżej leżała noga kobiety. Gdzie podziała się reszta? Robin wiedziała, że nie wolno jej się rozpłakać. Żałowała, że nie jest bardziej wypoczęta. Przeklęta kanapa... ostatnio spędzała na niej zbyt wiele nocy...

– I kazał pani pokwitować? – spytał Wardle.

– Nie powiedziałabym, że mi „kazał” – odrzekła Robin. – Podsunął podkładkę z klipsem i zrobiłam to odruchowo.

– Co było na tej podkładce?

– To wyglądało jak faktura albo...

Zamknęła oczy, próbując sobie przypomnieć. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że formularz wyglądał amatorsko, jakby zrobiono go na laptopie, i powiedziała o tym komisarzowi.

– Spodziewała się pani jakiejś przesyłki? – spytał Wardle.

Robin wspomniała o jednorazowych aparatach na ślub.

– Co zrobił, kiedy wzięła pani paczkę?

– Wsiadł na motor i odjechał w kierunku Charing Cross Road.

Rozległo się pukanie do drzwi i weszła sierżant Ekwensi, niosąc liścik, który Strike zauważył pod nogą, teraz już umieszczony w foliowej torebce na dowody rzeczowe.

– Przyjechali z zakładu medycyny sądowej – poinformowała Wardle’a. – Liścik był w paczce. Warto spytać, czy te słowa coś mówią pani Ellacott.

Wardle wziął liścik i zlustrował go wzrokiem, marszcząc brwi.

– To jakiś bełkot – stwierdził, a potem przeczytał na głos: – A harvest of limbs, of arms and of legs, of necks...

– ...that turn like swans... – wszedł mu w słowo Strike, który stał oparty o kuchenkę, za daleko, żeby mógł to przeczytać – ...as if inclined to gasp or pray[1].