Zabójcza bielTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zabójcza biel
Zabójcza biel
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 83,82  67,06 
Zabójcza biel
Tekst
Zabójcza biel
E-book
39,92 
Szczegóły
Zabójcza biel
Audio
Zabójcza biel
Audiobook
Czyta Maciej Stuhr
43,90  32,49 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To wszystko wydarzyło się sześć lat temu – ciągnął Chiswell. – Roztrząsam tę sprawę bez końca. Brały w niej udział inne osoby, które mogły się wygadać, ale wątpię w to, szczerze wątpię. Zbyt wiele do stracenia. Nie, wszystko będzie zależało od tego, do czego dokopią się Knight i Winn. Przypuszczam, że jeśli Winn zdobędzie zdjęcia, od razu pójdzie do dziennikarzy. Wątpię, żeby Knight od tego zaczął. On po prostu chce forsy. No więc tak to wygląda, panie Strike, a fronte praecipitium, a tergo lupi. Ta historia wisi nade mną od tygodnia. I nie jest to przyjemne.

Spojrzał na Strike’a maleńkimi oczkami i detektywowi nasunęło się nieodparte skojarzenie z kretem wpatrującym się w łopatę, która tylko czeka, żeby go zmiażdżyć.

– Kiedy się dowiedziałem, że był pan na tym zebraniu, założyłem, że prowadzi pan jakieś dochodzenie związane z Knightem i szuka pan na niego haków. Doszedłem do wniosku, że jedynym sposobem, żeby wyjść z tej piekielnej sytuacji, jest znalezienie czegoś, co mógłbym wykorzystać przeciwko nim obu, zanim te zdjęcia wpadną w ich łapy. Ogień najlepiej zwalczać ogniem.

– A szantaż szantażem? – spytał Strike.

– Nie chcę od nich niczego poza tym, żeby dali mi cholerny spokój – burknął Chiswell. – Chcę mieć jakąś kartę przetargową, nic więcej. Działałem w granicach prawa – oświadczył stanowczo – i zgodnie ze swoim sumieniem.

Chiswell nie wzbudzał szczególnej sympatii, ale Strike bez trudu potrafił sobie wyobrazić, że niepewność związana z czekaniem na publiczne zdemaskowanie jest udręką, zwłaszcza dla człowieka, który ma już na koncie sporą liczbę skandali. Spośród informacji, które detektyw zebrał pobieżnie na temat swojego potencjalnego klienta poprzedniego dnia wieczorem, wyłoniły się triumfalne relacje dotyczące romansu, który zakończył jego pierwsze małżeństwo, faktu, że jego druga żona spędziła tydzień w klinice z powodu „załamania nerwowego”, oraz okropnego, spowodowanego pod wpływem narkotyków wypadku samochodowego, w którym jego drugi syn zabił młodą matkę.

– To bardzo poważna sprawa, panie Chiswell – stwierdził Strike. – Żeby dokładnie przyjrzeć się Knightowi i Winnowi, potrzebowałbym dwóch albo i trzech ludzi, zwłaszcza jeśli czas nagli.

– Nie obchodzi mnie, ile to będzie kosztowało – powiedział Chiswell. – Nie obchodzi mnie, czy będzie pan musiał zaangażować w to całą agencję. Nie wierzę, że Winn nie ma czegoś na sumieniu, bo to podstępna gadzina. Winnowie to dziwna para. Ona, niewidomy świetlisty anioł – Chiswell wykrzywił usta – i on, jej brzuchaty giermek, wiecznie knujący i zadający ciosy w plecy, rzucający się na wszystkie darmowe fanty, jakie uda mu się zdobyć. Tam musi coś być. Musi. A jeśli chodzi o Knighta, tego wrzaskliwego komucha, na pewno ma za uszami coś, czego nie odkryła jeszcze policja. Zawsze był łobuzem, przeklęty drań.

– Znał pan Jimmy’ego Knighta, zanim zaczął pana szantażować? – spytał Strike.

– O tak – potwierdził Chiswell. – Knightowie pochodzą z mojego okręgu wyborczego. Ich ojciec pracował dla naszej rodziny jako złota rączka. Matki nie znałem. Zdaje się, że umarła, zanim oni trzej przeprowadzili się do Steda Cottage.

– Rozumiem – powiedział Strike.

Przypomniały mu się słowa wystraszonego Billy’ego: „Widziałem, jak ktoś udusił dziecko, ale nikt mi nie wierzy”, nerwowy ruch od nosa do klatki piersiowej, gdy wykonywał swój niepełny znak krzyża, i prozaiczny, konkretny szczegół w postaci różowego koca, w którym rzekomo pochowano martwe dziecko.

– Panie Chiswell, zanim zaczniemy omawiać warunki, powinienem panu o czymś powiedzieć – zaczął Strike. – Byłem na zebraniu SGOO, dlatego że próbowałem znaleźć młodszego brata Knighta. Ma na imię Billy.

Bruzda między krótkowzrocznymi oczami Chiswella odrobinę się pogłębiła.

– Taa, pamiętam, że było ich dwóch, ale Jimmy był znacznie starszy... z dziesięć lat albo i więcej, powiedziałbym. Nie widziałem... Billy’ego, tak?... od wielu lat.

– Hm, cierpi na poważną chorobę psychiczną. W poniedziałek zjawił się u mnie, opowiedział dziwną historię, a potem uciekł.

Chiswell czekał i Strike był pewien, że wyczuwa napięcie.

– Billy twierdzi – uzupełnił Strike – że w dzieciństwie był świadkiem uduszenia dziecka.

Chiswell nie wzdrygnął się przerażony, nie zaczął krzyczeć ani pomstować. Nie spytał, czy się go oskarża ani co to ma, do diabła, z nim wspólnego. Nie zareagował żadną z efektownych prób obrony właściwych ludziom winnym, a mimo to Strike mógłby przysiąc, że słowa Billy’ego nie były dla Chiswella żadną nowością.

– I kto według niego udusił to dziecko? – odezwał się Chiswell, przesuwając palcami po nóżce kieliszka do wina.

– Nie powiedział mi... Może nie chciał powiedzieć.

– Myśli pan, że Knight szantażuje mnie z tego powodu? Z powodu dzieciobójstwa? – spytał szorstko Chiswell.

– Pomyślałem, że powinien pan wiedzieć, dlaczego szukałem Jimmy’ego – odparł Strike.

– Nie mam nikogo na sumieniu – oznajmił z mocą Jasper Chiswell. Przełknął ostatni łyk wody. – Nie można – dodał, odstawiając pusty kieliszek na stół – obarczać kogoś winą za niezamierzone konsekwencje.

10

Wierzyłam, że we dwoje potrafimy to zrobić.

Henrik Ibsen, Rosmersholm

Godzinę później detektyw i minister wyszli z klubu przy Park Place 14 i pokonali kilka metrów dzielących ich od Saint James’s Street. Przy kawie Chiswell stał się mniej zrzędliwy i rzadziej popadał w sentencjonalność. Strike przypuszczał, że minister odczuł ulgę, inicjując działanie, które mogło zdjąć z jego barków coś, co najwyraźniej stało się trudnym do zniesienia brzemieniem strachu i niepewności. Uzgodnili warunki i Strike był zadowolony, ponieważ wróżyło to pracę lepiej płatną i ambitniejszą niż zlecenia, którymi ostatnio zajmowała się agencja.

– Dziękuję, panie Strike – powiedział Chiswell, spoglądając na Saint James’s, gdy obaj przystanęli na rogu. – Muszę tu pana zostawić. Umówiłem się z synem.

Mimo to nie odszedł.

– Prowadził pan dochodzenie w sprawie śmierci Freddiego – stwierdził nagle, zerkając z ukosa na Strike’a.

Strike nie przypuszczał, że Chiswell poruszy ten temat, a już z pewnością nie w takim miejscu, mimochodem, po gorącej dyskusji, jaka wywiązała się w suterenie.

– Tak – odrzekł. – Wyrazy współczucia.

Chiswell nie odrywał oczu od widocznej w oddali galerii sztuki.

– Zapamiętałem pańskie imię, podano je w raporcie. Jest nietypowe.

Przełknął ślinę, wciąż wpatrując się w galerię. Wydawał się dziwnie nieskory do wyruszenia na umówione spotkanie.

– Freddie był cudownym chłopakiem. Cudownym. Zaciągnął się do mojego dawnego pułku... no, w zasadzie tak było. Jak pan wie, w dziewięćdziesiątym trzecim Huzarzy Królowej połączyli się z Królewskimi Irlandzkimi Huzarami Królowej. Więc zaciągnął się do Królewskich Huzarów Królowej. Pełen perspektyw. Pełen życia. Ale pan oczywiście nie miał okazji go poznać.

– Nie – przyznał Strike. Poczuł, że wypada powiedzieć coś miłego. – Był pana najstarszym dzieckiem, prawda?

– Najstarszym z czworga. – Chiswell pokiwał głową. – Dwie córki – sądząc po modulacji głosu, były mu obojętne; przecież to tylko kobiety, plewy, a nie ziarno – i ten drugi syn – dodał ponuro. – Trafił do więzienia. Pewnie czytał pan o tym w gazetach?

– Nie – skłamał Strike, ponieważ wiedział, jakie to uczucie, gdy gazety roztrząsają szczegóły twojego prywatnego życia. Najuprzejmiej, choć raczej nie do końca wiarygodnie, było udawać, że w ogóle się ich nie czytało, pozwolić, by ludzie sami opowiadali swoje historie.

– Raff od początku sprawiał problemy – powiedział Chiswell. – Załatwiłem mu tam pracę. – Wskazał grubym palcem witrynę galerii w oddali. – Studiował historię sztuki, ale zrezygnował – ciągnął minister. – Właścicielem tej galerii jest mój przyjaciel, zgodził się go przyjąć. Moja żona uważa, że to beznadziejny przypadek. Zabił młodą kobietę, prowadząc samochód. Był naćpany.

Strike milczał.

– No cóż, do widzenia – zakończył Chiswell, jakby ocknął się z melancholijnego transu. Jeszcze raz podał detektywowi spoconą dłoń, a gdy Strike ją uścisnął, odszedł owinięty grubym płaszczem, zupełnie niepasującym do pięknego czerwcowego dnia.

Strike ruszył wzdłuż Saint James’s Street w przeciwnym kierunku i wyjął z kieszeni komórkę. Robin odebrała po trzecim sygnale.

– Musimy się spotkać – oznajmił bez wstępów. – Mamy nową robotę, to gruba sprawa.

– Cholera! – odparła. – Jestem na Harley Street. Nie chciałam ci zawracać głowy, bo wiedziałam, że jesteś na spotkaniu z Chiswellem, ale żona Andy’ego spadła z drabiny i złamała rękę w nadgarstku. Obiecałam, że poobserwuję Doktorka, żeby Andy mógł ją zawieźć do szpitala.

– Niech to szlag. Gdzie jest Barclay?

– Nadal śledzi Webstera.

– Doktorek jest w gabinecie?

– Tak.

– Zaryzykujemy – zdecydował Strike. – W piątki zazwyczaj jedzie prosto do domu. To pilne. Muszę ci o tym opowiedzieć osobiście. Możemy się spotkać w Red Lion przy Duke of York Street?

Jako że przez całe spotkanie z Chiswellem Strike odmawiał sobie alkoholu, wolał wybrać się na piwo, niż wracać do agencji. W garniturze nie pasował do klienteli pubu White Horse w East Ham, ale w Mayfair taki strój był w sam raz i dwie minuty później detektyw wszedł do Red Lion przy Duke of York Street, przytulnego wiktoriańskiego pubu z mosiężnymi zdobieniami i ornamentowymi szybami, które kojarzyły mu się z Tottenham. Niosąc kufel london pride’a do stolika w kącie, wpisał w wyszukiwarkę imiona i nazwiska Delli Winn i jej męża, po czym zaczął czytać artykuł na temat zbliżającej się paraolimpiady, w którym wielokrotnie cytowano wypowiedzi Delli.

 

– Cześć – przywitała się Robin dwadzieścia pięć minut później, rzucając torebkę na krzesło naprzeciwko Strike’a.

– Napijesz się czegoś? – spytał.

– Sama sobie przyniosę – powiedziała. Wróciła do niego parę minut później z sokiem pomarańczowym. – No i? – Strike uśmiechnął się, widząc jej ledwie skrywane zniecierpliwienie. – O co chodziło? Czego chciał Chiswell?

Pub, który miał kształt podkowy okalającej bar, był już wypełniony elegancko ubranymi mężczyznami i kobietami, którzy wcześnie zaczęli weekend albo, tak jak Strike i Robin, kończyli pracę przy drinku. Ściszonym głosem Strike opowiedział jej, o czym rozmawiał z Chiswellem.

– Aha – odrzekła zaskoczona Robin, gdy wreszcie skończył ją wtajemniczać. – Więc... więc mamy zbierać haki na Dellę Winn?

– Na jej męża – poprawił ją Strike. – Poza tym Chiswell woli określenie „karty przetargowe”.

Robin milczała, sącząc sok.

– Robin, szantaż to przestępstwo – odezwał się Strike. Prawidłowo zinterpretował jej zaniepokojoną minę. – Knight próbuje wycisnąć z Chiswella czterdzieści tysiaków, a Winn chce go pozbawić stanowiska.

– Więc Chiswell też zamierza ich szantażować, a my mamy mu w tym pomóc?

– Codziennie zbieramy haki na ludzi – odparł szorstko Strike. – Trochę za późno na wyrzuty sumienia.

Pociągnął długi łyk z kufla, poirytowany nie tylko jej podejściem, lecz także tym, że pozwolił sobie na okazanie rozżalenia. Robin mieszkała z mężem w atrakcyjnym domu przy Albury Street, podczas gdy on nadal tkwił w dwupokojowym lokalu z przeciągami, z którego niebawem mógł zostać wyrzucony z powodu przebudowy ulicy. Agencja nigdy dotąd nie dostała zlecenia, które zapewniłoby pracę trzem osobom, i to być może na całe miesiące. Strike nie zamierzał przepraszać za to, że chętnie je przyjął. Był zmęczony po latach harówki i popadania w długi, ilekroć agencja miała gorszy okres. Wiązał ze swoimi interesami nadzieje, których nie można było spełnić, nie zadbawszy o lepsze saldo w banku. Mimo wszystko czuł się jednak w obowiązku bronić swojego stanowiska.

– Robin, jesteśmy jak prawnicy. Stoimy po stronie klienta.

– Niedawno odmówiłeś temu bankierowi inwestycyjnemu, który chciał się dowiedzieć, gdzie jest jego żona...

– Bo było jasne jak cholera, że jeśli ją znajdzie, zrobi jej krzywdę.

– No tak – Robin patrzyła na niego wyzywająco – a jeśli to, czego dowiedzieli się o Chiswellu...

Jednak zanim zdążyła dokończyć zdanie, jakiś wysoki mężczyzna pochłonięty rozmową z kolegą wpadł na krzesło Robin i niechcący popchnął ją w stronę stołu, tak że przewróciła szklankę z sokiem.

– Ej! – warknął Strike, gdy Robin usiłowała zetrzeć sok z przemoczonej sukienki. – Może byś tak przeprosił?

– O kurczę – odezwał się mężczyzna, przeciągając samogłoski i wpatrując się w oblaną sokiem Robin. Kilka osób odwróciło się w ich stronę. – Ja to zrobiłem?

– Tak, do cholery. – Strike podniósł się z miejsca i zaczął okrążać stolik. – A to nie są przeprosiny!

– Cormoran! – rzuciła ostrzegawczo Robin.

– Cóż, przepraszam – wycedził mężczyzna, jakby to było jakieś wielkie ustępstwo. Gdy jednak ocenił gabaryty Strike’a, jego żal wydał się bardziej szczery. – Naprawdę, bardzo prze...

– Zjeżdżaj – warknął Strike. – Zamieńmy się miejscami – zwrócił się do Robin. – Jeśli przejdzie tędy następny fajtłapa, będzie miał do czynienia ze mną.

Po trosze zawstydzona, po trosze wzruszona Robin wzięła torebkę, też mokrą, i zrobiła tak, jak zaproponował. Strike wrócił do stolika, ściskając w garści papierowe serwetki.

– Dzięki – powiedziała, kiedy je podał.

Trudno było zachować wojowniczą postawę, gdy Strike z własnej woli usiadł na wilgotnym krześle, by oszczędzić jej kłopotu. Wycierając plamę na stoliku, Robin pochyliła się i odezwała ściszonym głosem:

– Dobrze wiesz, dlaczego się niepokoję. Chodzi o to, co mówił Billy.

Cienka bawełniana sukienka przykleiła się do jej ciała. Strike postanowił skupić wzrok na jej oczach.

– Spytałem o to Chiswella.

– Naprawdę?

– Jasne, że tak. Co innego mogłem pomyśleć, kiedy powiedział, że szantażuje go brat Billy’ego?

– I co on na to?

– Powiedział, że nie ma nikogo na sumieniu, ale „nie można obarczać kogoś winą za niezamierzone konsekwencje”.

– Co to ma niby znaczyć, na litość boską?

– Też o to spytałem. Podał mi hipotetyczny przykład człowieka gubiącego miętówkę, którą potem dławi się na śmierć jakieś dziecko.

– C o?

– Rozumiem z tego tyle samo co ty. Domyślam się, że Billy więcej nie dzwonił?

Robin pokręciła głową.

– Słuchaj, ten chłopak najprawdopodobniej ma urojenia – stwierdził Strike. – Kiedy wspomniałem, co mi powiedział, Chiswell nie okazał najmniejszego poczucia winy ani strachu...

Mówiąc to, przypomniał sobie cień, który przemknął po twarzy Chiswella, oraz wrażenie, że ta historia nie była dla ministra całkiem nowa.

– No więc z jakiego powodu go szantażują? – spytała Robin.

– Żebym to ja wiedział – odrzekł Strike. – Mówił, że to się stało sześć lat temu, co nie pasuje do relacji Billy’ego, bo sześć lat temu nie był już małym dzieckiem. Chiswell powiedział, że niektórzy uznaliby jego postępek za niemoralny, ale był zgodny z prawem. Chyba miał na myśli to, że był zgodny z prawem, kiedy go popełniał, ale teraz już nie jest.

Strike powstrzymał się od ziewnięcia. Piwo i gorące popołudnie wywoływały w nim senność. Później był umówiony z Lorelei.

– Więc mu ufasz?

– Czy ufam Chiswellowi? – zastanowił się głośno Strike, wpatrując się w bogato zdobione lustro za Robin. – Gdybym miał się o to założyć, powiedziałbym, że dzisiaj był ze mną szczery, dlatego że jest zdesperowany. Czy uważam, że ogólnie jest godny zaufania? Pewnie nie bardziej niż inni ludzie.

– Ale chyba nie wzbudził twojej s y m p a t i i? – spytała z niedowierzaniem Robin. – Czytałam o nim.

– No i?

– Opowiada się za wieszaniem przestępców i przeciwko imigracji, głosował przeciwko wydłużeniu urlopu macierzyńskiego... – Nie zauważyła, jak Strike mimowolnie spogląda na jej brzuch, i ciągnęła: – Truł o wartościach rodzinnych, a potem zostawił żonę dla dziennikarki...

– No dobra, nie wybrałbym go sobie na kumpla od kufla, ale ten gość ma w sobie coś, co wzbudza lekkie współczucie. Stracił jednego syna, drugi niedawno zabił kobietę...

– Otóż to – weszła mu w słowo. – Opowiada się za zamykaniem drobnych przestępców i wyrzucaniem klucza, a kiedy jego syn rozjeżdża czyjąś matkę, pan minister wykorzystuje wszelkie sposoby, żeby zapewnić mu niski wyro...

Nagle urwała, gdy nieopodal odezwał się donośny damski głos:

– Robin! Jak cudownie!

Sarah Shadlock weszła do pubu z dwoma mężczyznami.

– O Boże – mruknęła Robin, zanim zdołała się powstrzymać, po czym dodała głośniej: – Cześć, Sarah!

Wiele by dała, żeby uniknąć tego spotkania. Wiedziała, że Sarah z radością opowie Matthew, że zastała Robin i Strike’a ucinających sobie pogawędkę w pubie w Mayfair, podczas gdy zaledwie godzinę wcześniej Robin powiedziała mężowi, że pracuje sama na Harley Street.

Sarah uparła się, żeby przecisnąć się wokół stolika i uściskać Robin, czego z całą pewnością by nie zrobiła, gdyby nie była w towarzystwie mężczyzn.

– Skarbie, co ci się stało? Cała się kleisz!

Tu, w Mayfair, była trochę bardziej wytworna niż w innych miejscach, w których widywała ją Robin, i o kilka stopni bardziej uprzejma.

– Nic – mruknęła Robin. – Po prostu rozlałam sok pomarańczowy.

– Cormoran! – zawołała beztrosko Sarah, pikując, żeby cmoknąć go w policzek. Strike, jak z zadowoleniem zauważyła Robin, nawet nie drgnął. – Zażywacie odrobiny relaksu? – zagadnęła Sarah, spoglądając na nich ze znaczącym uśmieszkiem.

– Pracujemy – uciął krótko Strike.

Nie doczekawszy się zaproszenia do stolika, Sarah ruszyła wzdłuż baru, zabierając ze sobą kolegów.

– Zapomniałam, że tuż za rogiem jest Christie’s – wymamrotała Robin.

Strike spojrzał na zegarek. Nie chciał iść do Lorelei w garniturze, który był zresztą poplamiony sokiem pomarańczowym. – Musimy uzgodnić plan działania, bo zaczynamy już jutro.

– Okej – powiedziała Robin z pewną obawą, ponieważ minęło dużo czasu, odkąd pracowała w weekendy. Matthew przywykł, że spędzają je w domu.

– Nic się nie martw. – Strike odgadł jej myśli. – Będziesz mi potrzebna dopiero w poniedziałek. To robota dla co najmniej trzech osób. Myślę, że na Webstera znaleźliśmy już wystarczająco dużo, żeby zadowolić klienta, więc skierujemy Andy’ego do Nieuchwytnego Doktorka i damy znać dwóm klientom z listy oczekujących, że w tym miesiącu nie będziemy w stanie zająć się ich sprawami, a Barclay będzie mógł nam pomagać w sprawie Chiswella. W poniedziałek zaczniesz udawać chrześnicę Chiswella zainteresowaną karierą w parlamencie i skupisz się na Geraincie, który prowadzi biuro Delli na drugim końcu korytarza. Zagadniesz go i... – Wypił łyk piwa i marszcząc brwi, spojrzał na nią znad brzegu kufla.

– Co? – spytała Robin, nie wiedząc, do czego zmierza jej wspólnik.

– Co byś powiedziała – odrzekł Strike tak cicho, że musiała się pochylić, żeby go usłyszeć – gdybym cię poprosił o złamanie prawa?

– No wiesz, zazwyczaj jestem temu przeciwna. – Robin nie miała pewności, czy powinna być rozbawiona, czy zaniepokojona. – Chyba właśnie dlatego zawsze chciałam prowadzić dochodzenia.

– A jeśli prawo jest w pewnym stopniu szarą strefą i nie możemy zdobyć informacji w inny sposób? Miej na uwadze, że Winn z całą pewnością łamie prawo, próbując szantażem zmusić ministra do ustąpienia ze stanowiska.

– Mówisz o założeniu pluskwy w biurze Winna?

– Właśnie. – Prawidłowo odczytując jej powątpiewającą minę, kontynuował: – Słuchaj, z tego, co mówi Chiswell, Winn to nierozważny krzykacz, który właśnie dlatego utknął w biurze poselskim, gdzie żona trzyma go z daleka od swojej pracy w Ministerstwie Sportu. Podobno przez większość czasu siedzi przy otwartych drzwiach, głośno rozmawia o poufnych sprawach wyborców, a jego prywatne dokumenty walają się w ogólnodostępnej kuchni. Są duże szanse, że uda ci się go nakłonić do wyjawienia różnych grzeszków i pluskwa okaże się zbędna, ale chyba nie powinniśmy na to liczyć.

Robin dopiła resztkę soku pomarańczowego, zastanowiła się, a potem stwierdziła:

– Dobrze. Zrobię to.

– Jesteś pewna? – spytał Strike. – Okej, ale nie będziesz mogła zabrać sprzętu ze sobą, bo żeby się dostać do środka, trzeba przejść przez wykrywacz metalu. Obiecałem, że jutro dostarczę pluskwy Chiswellowi. Przekaże ci je, kiedy już będziesz w biurze. Przyda ci się fałszywe nazwisko. Wymyśl sobie jakieś i prześlij mi esemesem, żebym mógł je podać Chiswellowi. Właściwie to pasowałoby znowu Venetia Hall. Chiswell wygląda na gościa mogącego mieć chrześnicę o takim imieniu.

Robin, która miała na drugie właśnie Venetia, była zbyt podekscytowana i pełna obaw, by przejąć się tym, że Strike, sądząc po jego uśmieszku, nadal uważał je za zabawne.

– Poza tym będziesz musiała zorganizować sobie jakieś przebranie – dodał Strike. – Nic wielkiego, ale Chiswell pamiętał, jak wyglądasz, bo czytał o tobie w związku ze sprawą Rozpruwacza, więc powinniśmy założyć, że Winn też może cię kojarzyć.

– Na perukę będzie za gorąco. Może spróbuję z kolorowymi szkłami kontaktowymi. Od razu poszłabym je kupić. A do tego na przykład okulary zerówki. – Na twarzy Robin znowu pojawił się uśmiech, którego nie zdołała powstrzymać. – Izba Gmin! – powtarzała z przejęciem.

Uśmiech zamarł jej na ustach, gdy w obrzeża jej pola widzenia wtargnęła jasnowłosa głowa Sarah Shadlock siedzącej po drugiej stronie baru. Sarah właśnie się przesiadła, żeby mieć Robin i Strike’a na oku.

– Chodźmy stąd – powiedziała Robin.

Gdy szli z powrotem na stację metra, Strike wyjaśnił, że Barclay będzie śledził Jimmy’ego Knighta.

– Ja nie mogę – dodał z żalem. – Zdemaskowałem się przed nim i jego ferajną z SGOO.

– Więc czym będziesz się zajmował?

– Łataniem dziur, badaniem tropów, w razie potrzeby obstawianiem nocek – powiedział.

– Biedna Lorelei – skwitowała Robin.

Wypsnęło jej się to, zanim zdążyła się powstrzymać. Na ulicy robiło się coraz głośniej, więc miała nadzieję, że Strike tego nie usłyszał.

– Czy Chiswell wspomniał o swoim synu, który zginął w Iraku? – spytała jak ktoś, kto pospiesznie odkasłuje, żeby zatuszować śmiech, który niebacznie mu się wyrwał.

 

– Taa – odparł Strike. – Najwidoczniej Freddie był jego ulubieńcem, co niestety nie najlepiej świadczy o zdolności ministra do oceny ludzkich charakterów.

– Jak to?

– Freddie Chiswell to był kawał skurwysyna. Prowadziłem sprawy wielu żołnierzy poległych w akcji, ale nigdy aż tyle osób nie pytało mnie, czy martwy oficer nie zginął przypadkiem od kuli wystrzelonej przez jego własnych ludzi.

Robin wydawała się wstrząśnięta.

– De mortuis nil nisi bonum? – spytał.

Pracując ze Strikiem, Robin liznęła co nieco łaciny.

– No wiesz – powiedziała cicho, po raz pierwszy odkrywając w swoim sercu odrobinę współczucia dla Jaspera Chiswella. – Trudno oczekiwać od ojca, że będzie mówił o nim źle.

Rozstali się na końcu ulicy: Robin poszła po kolorowe soczewki kontaktowe, Strike skierował się w stronę stacji metra.

Po rozmowie z Robin dziwnie poweselał: gdy analizowali ambitne zadanie, nagle znów zarysowały się między nimi znajome kontury ich przyjaźni. Podobało mu się, że Robin ucieszyła perspektywa pracy w Izbie Gmin; był zadowolony, że to właśnie on zaoferował jej tę szansę. Podobało mu się nawet, jak kwestionowała jego założenia dotyczące relacji Chiswella.

Przy wejściu na stację Strike nagle skręcił w bok, doprowadzając do wściekłości nachmurzonego biznesmena, który szedł piętnaście centymetrów za nim. Cmokając ze złością, mężczyzna cudem uniknął zderzenia i obrażony zszedł po schodach, podczas gdy niewzruszony Strike oparł się o skąpaną w słońcu ścianę i rozkoszując się ciepłem, które przeniknęło przez jego marynarkę, zadzwonił do komisarza Erica Wardle’a.

Strike powiedział Robin prawdę. Nie wierzył, że Chiswell kiedykolwiek udusił dziecko, a jednak w reakcji ministra na historię Billy’ego niezaprzeczalnie było coś dziwnego. Ponieważ Chiswell wyjawił, że rodzina Knightów mieszkała niedaleko jego domu rodzinnego, Strike już wiedział, że Billy spędził dzieciństwo w Oxfordshire. Pierwszym logicznym posunięciem mającym rozwiać jego obawy związane z tamtym różowym kocem było dowiedzenie się, czy dwadzieścia lat temu zaginęły na tym terenie jakieś dzieci, których nigdy nie odnaleziono.

11

A potem, już wolni i radośni, zdławimy wszystkie wspomnienia.

Henrik Ibsen, Rosmersholm

Lorelei Bevan mieszkała w eklektycznie umeblowanym mieszkaniu nad swoim dochodowym butikiem z odzieżą vintage w Camden. Strike zjawił się u niej o wpół do ósmej z butelką pinot noir w jednej ręce i komórką przyciśniętą do ucha w drugiej. Lorelei otworzyła drzwi, uśmiechnęła się dobrodusznie na widok znajomego obrazka, który przedstawiał Strike’a rozmawiającego przez telefon, pocałowała Cormorana w usta, wzięła od niego wino i wróciła do kuchni, z której wydobywał się apetyczny zapach pad thai.

– ...albo spróbuj przeniknąć do SGOO – powiedział Strike do Barclaya, zamykając za sobą drzwi i kierując się w stronę salonu, w którym dominował olbrzymi obraz Warhola z wizerunkami Elizabeth Taylor. – Prześlę ci wszystko, co wiem na temat Jimmy’ego. Działa w paru różnych ugrupowaniach. Nie mam pojęcia, czy gdzieś pracuje. Jego ulubiony lokal to White Horse w East Ham. Chyba jest kibicem Hammersów.

– Mogło być gorzej – mruknął Barclay, który mówił cicho, ponieważ właśnie ułożył do snu ząbkujące dziecko. – Mógłby kibicować Chelsea.

– Będziesz musiał się przyznać, że służyłeś w armii – ciągnął Strike, opadając na fotel i opierając nogę na ustawionym w dogodnym miejscu kwadratowym pufie. – Wyglądasz jak żołnierz.

– Żaden problem. Będę małym biednym chłopaczkiem, który nie miał pojęcia, w co się pakuje. Skrajni lewicowcy uwielbiają takie pierdoły. Niech mnie trochę popouczają.

Uśmiechając się, Strike sięgnął po papierosy. Mimo początkowych wątpliwości zaczynał dochodzić do wniosku, że dobrze zrobił, zatrudniając Barclaya.

– W porządku, wstrzymaj ogień, dopóki znowu się do ciebie nie odezwę. Prawdopodobnie w niedzielę.

Gdy Strike się rozłączył, zjawiła się Lorelei, przynosząc mu kieliszek czerwonego wina.

– Pomóc ci w kuchni? – spytał Strike, nie ruszając się jednak z miejsca.

– Nie, zostań tutaj. To nie potrwa długo – odpowiedziała z uśmiechem. Podobał mu się jej fartuszek w stylu lat pięćdziesiątych.

Gdy poszła z powrotem do kuchni, przypalił papierosa. Lorelei nie paliła, ale nie miała nic przeciwko bensonom & hedgesom Strike’a, pod warunkiem że korzystał z jej kiczowatej popielniczki w baraszkujące pudle, o którą wystarała się właśnie w tym celu.

Paląc, przyznał przed sobą, że zazdrości Barclayowi możliwości infiltrowania Knighta i jego zgrai skrajnie lewicowych kolegów. Właśnie taki rodzaj pracy najbardziej lubił w żandarmerii wojskowej. Pamiętał, jak czterej żołnierze w Niemczech zafascynowali się miejscowym ugrupowaniem ultraprawicowców. Strike’owi udało się ich przekonać, że podziela wiarę w białe nacjonalistyczne superpaństwo, dostał się na zebranie i doprowadził do czterech aresztowań i procesów, które sprawiły mu wyjątkową satysfakcję.

Włączył telewizor i przez chwilę oglądał wiadomości na Channel 4, pijąc wino, paląc podczas przyjemnego oczekiwania na pad thai oraz inne zmysłowe przyjemności i dla odmiany delektując się tym, co wielu jego pracowników uważało za oczywistość, lecz czego sam doświadczał rzadko: ulgą i poczuciem swobody w piątkowy wieczór.

Strike poznał Lorelei na imprezie urodzinowej Erica Wardle’a. Pod pewnymi względami był to niezręczny wieczór, ponieważ Strike spotkał tam Coco po raz pierwszy, odkąd oznajmił jej przez telefon, że nie ma ochoty na następną randkę. Coco bardzo się upiła. O pierwszej w nocy, gdy siedział na kanapie pochłonięty rozmową z Lorelei, przemaszerowała przez pokój, rzuciła w nich oboje kieliszkiem wina i wypadła z imprezy jak burza. Strike nie zdawał sobie sprawy, że Coco i Lorelei są starymi przyjaciółkami – odkrył to dopiero rano, gdy obudził się w łóżku drugiej z nich. Uznał, że to raczej problem Lorelei, a nie jego, ona zaś najwyraźniej była z tej zamiany całkiem zadowolona (Coco nie chciała jej więcej znać).

– Jak ty to robisz? – spytał go Wardle podczas następnego spotkania. Był szczerze zdumiony. – Rany, chciałbym poznać twój...

Strike uniósł gęste brwi i Wardle zmilczał resztę tego, co w niebezpieczny sposób zbliżyło się do komplementu.

– Nie ma żadnego sekretu – wyjaśnił Strike. – Po prostu niektóre kobiety lubią grubych, jednonogich facetów z włosami łonowymi na głowie i złamanymi nosami.

– Hm, kiepsko to świadczy o naszej służbie zdrowia, że takie panie chodzą wolno po ulicach – odrzekł Wardle i Strike się roześmiał.

Lorelei było jej prawdziwym imieniem, zainspirowanym nie mityczną syreną z Renu, lecz postacią zagraną przez Marilyn Monroe w Mężczyźni wolą blondynki, ulubionym filmie matki Lorelei. Gdy szła ulicą, oglądali się za nią mężczyźni, lecz nie wywoływała głębokiej tęsknoty ani dotkliwego bólu, o które przyprawiała Strike’a Charlotte. Czy to dlatego, że Charlotte przytępiła jego zdolność odczuwania tak intensywnych emocji, czy dlatego, że Lorelei brakowało jakiejś niezbędnej magii – nie wiedział. Ani on, ani Lorelei nie powiedzieli „kocham cię”. Mimo że Strike uważał ją za kobietę atrakcyjną i zabawną, nie mógłby wypowiedzieć tych słów szczerze. Wygodnie było zakładać, że Lorelei żywi do niego podobne uczucia.

Gdy po kilku przeciągłych spojrzeniach rzuconych w słabo oświetlonym salonie Wardle’a podszedł do niej, żeby ją zagadnąć, dowiedział się, że niedawno zakończyła pięcioletni związek z mężczyzną, z którym mieszkała. Chciał jej wierzyć, kiedy mówiła, jak wspaniale jest odzyskać wolność i mieć swoje mieszkanie tylko dla siebie, lecz ostatnio wyczuwał leciutkie niezadowolenie, gdy oznajmiał jej, że musi pracować w czasie weekendu. Przypominało to pierwsze ciężkie krople deszczu poprzedzające burzę. Gdy spytał o to wprost, zaprzeczyła: „Nie, nie, oczywiście, że nie, skoro musisz pracować...”.

Strike ustalił jednak sztywne warunki na samym początku ich związku: jego praca była nieprzewidywalna, a sytuacja finansowa niewesoła. Nie zamierzał odwiedzać łóżek innych kobiet, ale jeśli szukała przewidywalności albo stabilizacji, nie był dla niej odpowiednim mężczyzną. Wydawała się zadowolona z takiego układu, a jeśli w ciągu dziesięciu miesięcy przestało jej się to podobać, Strike był gotów odejść bez najmniejszej urazy. Być może to wyczuwała, gdyż nigdy nie dążyła do kłótni. Cieszyło go to, i to nie tylko dlatego, że nie tęsknił za nieprzyjemnymi sytuacjami. Lubił Lorelei, sypianie z nią sprawiało mu przyjemność i aktualnie – z powodu, którego roztrząsaniem nie zawracał sobie głowy, ponieważ doskonale wiedział, w czym rzecz – wolał nie być teraz sam.