Zabójcza bielTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zabójcza biel
Zabójcza biel
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 83,82  67,06 
Zabójcza biel
Tekst
Zabójcza biel
E-book
39,92  28,74 
Szczegóły
Zabójcza biel
Audio
Zabójcza biel
Audiobook
Czyta Maciej Stuhr
43,90  32,49 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Przełożyła z angielskiego

Anna Gralak


WROCŁAW 2018

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Tytuł oryginału

Lethal White

Projekt okładki i fotografie

Duncan Spilling © Little, Brown Book Group Ltd 2018

Tekstura na okładce

© Arigato/Shutterstock

Koordynacja projektu

NATALIA STECKA

Redakcja

IWONA GAWRYŚ

Korekta

ANNA KURZYCA

Redakcja techniczna

LOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Copyright © J.K. Rowling 2018

All rights reserved.

Polish edition © Publicat S.A. MMXVIII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Powieść wydana po raz pierwszy w Wielkiej Brytanii w 2018 roku przez Sphere. Osobiste prawa autorskie zastrzeżone. Wszelkie postaci i wydarzenia opisane w tym utworze, poza znajdującymi się w domenie publicznej, są fikcyjne, a jakiekolwiek podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych jest całkowicie przypadkowe.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment niniejszego utworu nie może być reprodukowany, przechowywany ani przesyłany w żadnej formie ani żadnymi środkami, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy. Utwór nie może też być rozpowszechniany w oprawie lub okładce innej niż oryginalna oraz w formie innej niż ta, w której został wydany.

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-271-5900-7


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


S p i s t r e ś c i

Dedykacja

Prolog

Część pierwsza. Rok później

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

Część druga

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

Epilog. Miesiąc później

Podziękowania

Źródła cytatów z piosenek

Przypisy

Di i Rogerowi

oraz pamięci uroczego białego Spike’a

PROLOG

Szczęście, droga Rebeko, szczęście polega przede wszystkim na cichym, radosnym i niezachwianym uczuciu niewinności.

Henrik Ibsen, Rosmersholm[1]

 

Gdyby łabędzie płynęły obok siebie po ciemnozielonym jeziorze, to zdjęcie mogłoby się okazać szczytowym osiągnięciem w karierze fotografa weselnego.

Za nic w świecie nie chciał przeprowadzać nowożeńców w inne miejsce, ponieważ łagodne światło pod baldachimem drzew zmieniało pannę młodą z rozpuszczonymi rudozłotymi lokami w prerafaelickiego anioła i podkreślało wyraziste kości policzkowe jej męża. Nie pamiętał, kiedy ostatnio wynajęto go do fotografowania tak urodziwej pary. W przypadku państwa Cunliffe taktowne triki były zbędne: nie musiał ustawiać panny młodej w taki sposób, żeby ukryć wałki tłuszczu na jej plecach (ta panna młoda była raczej odrobinę zbyt szczupła, co jednak dobrze wychodziło na zdjęciach), nie trzeba było proponować panu młodemu „jednego ujęcia z zamkniętymi ustami”, ponieważ zęby pana Cunliffe’a były proste i białe. Ukrycia i wyretuszowania wymagała jedynie brzydka blizna biegnąca wzdłuż przedramienia panny młodej – purpurowa i sina, z wciąż widocznymi śladami szwów.

Gdy fotograf zjawił się rano w domu jej rodziców, panna młoda miała na ręku ortezę. Przed sesją zdjęciową postanowiła ją zdjąć, a wtedy jego oczom ukazał się zaskakujący widok. Zastanawiał się nawet, czy przypadkiem nie podjęła przed ślubem nieudanej próby samobójczej, bowiem już nic nie byłoby w stanie go zdziwić. Działał w tej branży od dwudziestu lat.

– Zostałam napadnięta – wyjaśniła pani Cunliffe, która jeszcze dwie godziny temu była panną Robin Ellacott. Fotograf był człowiekiem o słabych nerwach. Z trudem odpędził od siebie obraz, na którym stalowe ostrze przecinało tę miękką, bladą skórę. Na szczęście brzydki ślad zniknął teraz w cieniu bukietu kremowych róż panny młodej.

Łabędzie, te przeklęte łabędzie. Gdyby oba zniknęły z tła, nie byłoby problemu, ale jeden co rusz nurkował, prezentując na środku jeziora pierzastą piramidę kupra przypominającą puchatą górę lodową, a jego wygibasy marszczyły powierzchnię wody, przez co usunięcie go cyfrowo stawało się znacznie bardziej skomplikowane, niż sądził młody pan Cunliffe, który zaproponował takie rozwiązanie. Tymczasem drugi łabędź z gracją i spokojem krążył przy brzegu – i uparcie trzymał się poza kadrem.

– Już? – spytała panna młoda z wyraźnym zniecierpliwieniem.

– Wyglądasz cudownie, kwiatuszku – odezwał się stojący za fotografem Geoffrey, ojciec pana młodego. Wyglądało na to, że ma już lekko w czubie. Rodzice państwa młodych, drużba i druhny przyglądali się sesji zdjęciowej, chroniąc się w cieniu pobliskich drzew. Najmłodszą druhnę, kilkuletnią dziewczynkę, trzeba było powstrzymać od rzucania kamieni do jeziora, i teraz wypłakiwała się matce, która bez końca przemawiała do niej irytującym szeptem.

– Już? – powtórzyła Robin, ignorując teścia.

– Prawie – skłamał fotograf. – Odwróć się trochę bardziej w stronę męża, Robin. O tak. A teraz piękny, szeroki uśmiech. No, szeroki uśmiech!

Między młodymi wyczuwało się napięcie, którego nie można było przypisać wyłącznie komplikacjom związanym z sesją zdjęciową. Fotograf wcale się tym jednak nie przejmował. Nie prowadził przecież terapii małżeńskiej. Znał pary, które zaczynały na siebie krzyczeć już wtedy, gdy odczytywał wskazanie światłomierza. Pewna panna młoda wyszła wściekła z własnego wesela. Ku uciesze przyjaciół wciąż przechowywał niewyraźne zdjęcie z 1998 roku, na którym widać, jak drużba dostaje z bańki od pana młodego.

Choć Cunliffe’owie ładnie razem wyglądali, nie dawał im wielkich szans. Ta długa blizna na ręce panny młodej od początku kłuła go w oczy. Wydawała mu się złowróżbna i odpychająca.

– Dajmy już spokój – powiedział nagle pan młody, wypuszczając Robin z objęć. – Mamy wystarczająco dużo zdjęć, prawda?

– Zaraz, zaraz, nadpływa drugi! – zaprotestował zdenerwowany fotograf.

W chwili, w której Matthew odsunął się od Robin, łabędź trzymający się dotąd przeciwległego brzegu jeziora popłynął po ciemnozielonej tafli w stronę swojej wybranki.

– Można by pomyśleć, że te skurczybyki robią to specjalnie, co, Linda? – zagadnął Geoffrey matkę panny młodej, głośno się zaśmiewając. – Przeklęte ptaszyska.

– Nic nie szkodzi. – Robin odsunęła długą spódnicę od butów na trochę zbyt niskich obcasach. – Na pewno mamy już mnóstwo zdjęć.

Wyszła z zagajnika na jaskrawe słońce i ruszyła po trawie w stronę siedemnastowiecznego zamku, przed którym stała stłoczona większość gości weselnych, popijając szampana i podziwiając widoki z hotelu.

– Chyba boli ją ręka – powiedziała matka panny młodej do ojca pana młodego.

„Gówno prawda” – pomyślał fotograf z pewną chłodną satysfakcją. „Pokłócili się w samochodzie”.

Gdy nowożeńcy wychodzili z kościoła w deszczu konfetti, wyglądali na całkiem szczęśliwych, lecz po przybyciu do wiejskiego hotelu mieli napięte twarze ludzi z trudem tłumiących wściekłość.

– Nic jej nie będzie. Po prostu potrzebuje drinka – orzekł ze spokojem Geoffrey. – Matt, idź dotrzymać jej towarzystwa.

Matthew pospieszył za żoną i dogonił ją z łatwością, gdyż szła po trawie na obcasach. Reszta osób ruszyła ich śladem. Miętowozielone szyfonowe sukienki druhen falowały w lekkich podmuchach gorącego wiatru.

– Robin, musimy porozmawiać.

– No to mów.

– Zaczekaj chwilę, dobrze?

– Jeśli się zatrzymam, będziemy mieli na głowie całą rodzinę.

Matthew obejrzał się przez ramię. Nie myliła się.

– Robin...

– N i e d o t y k a j m o j e j r ę k i!

Upał sprawiał, że rana pulsowała bólem. Robin miała ochotę pójść po solidną ortezę, ale torba, w której ją zostawiła, leżała teraz poza jej zasięgiem, w apartamencie dla nowożeńców, gdziekolwiek się znajdował.

Tłum gości stojących w cieniu hotelu stawał się coraz lepiej widoczny. Kobiety łatwo było odróżnić dzięki kapeluszom. Sue, ciotka Matthew, włożyła jaskrawoniebieski odpowiednik koła od wozu, Jenny, bratowa Robin, nosiła zdumiewającą konstrukcję z żółtych piór. Goście płci męskiej, ubrani w ciemne garnitury, zlali się w jednolitą plamę. Z tej odległości nie dało się stwierdzić, czy jest wśród nich Cormoran Strike.

– Zatrzymaj się, dobrze? – poprosił Matthew, ponieważ szybko zyskali przewagę nad resztą rodziny, która dostosowała tempo do jego małej siostrzenicy.

Robin przystanęła.

– Po prostu byłem w szoku, kiedy go zobaczyłem – zaczął ostrożnie Matthew.

– A według ciebie ja się spodziewałam, że zjawi się w połowie nabożeństwa i przewróci kwiaty? – spytała Robin.

Matthew byłby w stanie przyjąć taką odpowiedź, gdyby nie uśmiech, którego Robin nie zdołała powstrzymać. Wciąż pamiętał radość na twarzy żony, gdy jej były szef wparował do kościoła. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek zdoła jej wybaczyć, że powiedziała „tak”, wpatrując się w wielką, brzydką, rozchełstaną postać Cormorana Strike’a zamiast w swojego świeżo poślubionego męża. Na pewno wszyscy zgromadzeni zauważyli, jak się rozpromieniła na widok tamtego.

Znów doganiała ich rodzina. Matthew delikatnie ujął Robin za ramię, trzymając palce z dala od rany zadanej nożem, i ruszyli przed siebie. Nie opierała się, ale przypuszczał, że po prostu chciała się znaleźć bliżej Strike’a.

– W samochodzie powiedziałem, że jeśli zamierzasz wrócić do agencji i znowu dla niego pracować...

– ...to jestem „pieprzoną kretynką” – dokończyła Robin.

Mężczyźni zebrani na tarasie byli już lepiej widoczni, ale Robin nie dostrzegła wśród nich Strike’a. To duży facet. Zauważyłaby go nawet wśród swoich braci i wujków mierzących ponad metr osiemdziesiąt. Wcześniej jego widok dodał jej skrzydeł, lecz teraz runęła na ziemię niczym przemoczone deszczem pisklę. Najwyraźniej Strike wyszedł zaraz po ceremonii i nie wsiadł do minibusa jadącego do hotelu. Jego krótka wizyta stanowiła gest dobrej woli, nic więcej. Nie przyjechał po to, żeby z powrotem ją zatrudnić, a jedynie by życzyć jej szczęścia na nowej drodze życia.

– Posłuchaj – odezwał się Matthew cieplejszym tonem. Wiedziała, że on także zlustrował tłum, stwierdził, że Strike’a w nim nie ma, i doszedł do identycznych wniosków. – W samochodzie próbowałem tylko powiedzieć, że to, co zrobisz, zależy wyłącznie od ciebie. Jeśli on zechce... jeśli zechce przyjąć cię z powrotem... Na litość boską, po prostu się o ciebie martwię. Praca u tego gościa nie była zbyt bezpieczna, prawda?

– Prawda – przyznała Robin, czując pulsujący ból w ręce. – Nie była.

Znowu odwróciła się do rodziców i reszty rodziny, czekając, aż tamci ich dogonią. Słodki, łaskoczący w nos zapach rozgrzanej trawy wypełniał jej nozdrza, a słońce przypiekało jej odsłonięte ramiona.

– Chcesz do cioci Robin? – zapytała siostra Matthew.

Mała Grace skwapliwie złapała Robin za zranioną rękę i uwiesiła się na niej, wywołując okrzyk bólu.

– Och, Robin, przepraszam... Gracie, puść...

– Szampana! – zawołał Geoffrey. Objął synową ramieniem i poprowadził w stronę czekającego tłumu.

Jak można było się spodziewać po tak eleganckim wiejskim hotelu, męska toaleta okazała się pachnąca i nieskazitelnie czysta. Strike żałował, że nie przyniósł do chłodnej, pogrążonej w ciszy kabiny kufla piwa, lecz mogłoby to wzmóc wrażenie, że jest podejrzanym alkoholikiem, który wyszedł na przepustkę z więzienia, żeby przyjechać na ślub. Obsługa hotelu i tak zareagowała ledwie skrywanym sceptycyzmem na jego zapewnienia, że został zaproszony na wesele Cunliffe’a i Ellacott.

Nawet niepokiereszowany Strike zwykle budził strach, ponieważ był wielkim ciemnowłosym facetem o gburowatym wyglądzie i profilu boksera. A dziś wyglądał, jakby właśnie zszedł z ringu. Jego złamany nos zrobił się fioletowy i nabrzmiał, powiększając się dwukrotnie, podbite oczy spuchły, a jedno ucho było czerwone i lepkie od świeżo założonych czarnych szwów. Przynajmniej rana od noża biegnąca w poprzek dłoni została przysłonięta bandażem. Jego najlepszy garnitur był jednak pognieciony i poplamiony winem, które wylądowało na nim, gdy Strike miał go na sobie poprzednim razem. W jego wyglądzie na pochwałę zasługiwało jedynie to, że przed podróżą do Yorkshire Strike zdołał zabrać buty do pary.

Ziewnął, zamknął obolałe oczy i na chwilę oparł głowę o zimną ściankę działową. Był tak zmęczony, że z łatwością mógłby zasnąć, siedząc na sedesie. Musiał jednak znaleźć Robin i poprosić ją – w razie konieczności błagać – by wybaczyła mu, że ją zwolnił, i wróciła do pracy. Wydawało mu się, że w kościele, gdy ich spojrzenia się spotkały, zauważył w jej oczach radość. Z całą pewnością promiennie się do niego uśmiechnęła, kiedy trzymając Matthew pod rękę, wychodziła z kościoła, więc szybko wrócił przez cmentarz do samochodu i poprosił Shankera, który spał w zaparkowanym mercedesie wypożyczonym specjalnie na tę podróż, aby pojechał za minibusami na wesele.

Strike nie miał ochoty zostawać na poczęstunek i przemówienia – nie odpowiedział na zaproszenie, które dostał, zanim wylał Robin z pracy. Chciał jedynie chwilę z nią porozmawiać, ale jak dotąd było to niemożliwe. Zapomniał, jak wyglądają wesela. Rozglądając się po zatłoczonym tarasie w poszukiwaniu Robin, czuł na sobie krępujące spojrzenia stu par ciekawskich oczu. Wychylił szampana, którego nie lubił, i wycofał się w stronę baru w poszukiwaniu piwa. Ciemnowłosy młody mężczyzna, podobny z ust i czoła do Robin, ruszył w ślad za nim, a grupka innych młodych ludzi poszła za jego przykładem. Wszyscy mieli podobne miny, które wyrażały skrywane z trudem podekscytowanie.

– Ty jesteś Strike, no nie? – zagadnął go młody mężczyzna.

Detektyw potwierdził.

– Martin Ellacott – przedstawił się tamten. – Brat Robin.

– Miło mi. – Strike uniósł zabandażowaną rękę, żeby pokazać, że uścisk dłoni sprawiłby mu ból. – Nie wiesz przypadkiem, gdzie ona jest?

– Pozuje do zdjęć – odparł Martin. Skinął w stronę iPhone’a, którego ściskał w ręce. – Mówią o tobie w wiadomościach. Złapałeś Rozpruwacza z Shacklewell.

– A – mruknął Strike. – No tak.

Mimo świeżych ran od noża na dłoni i uchu miał wrażenie, że burzliwe wydarzenia sprzed dwunastu godzin rozegrały się dawno temu. Obskurna kryjówka, w której dopadł mordercę, kontrastowała z czterogwiazdkowym hotelem tak ostro, jakby należała do innego świata.

Do baru podeszła jakaś kobieta w bogato zdobionym turkusowym kapeluszu chwiejącym się wśród bardzo jasnych włosów. Ona też trzymała telefon, a jej wzrok gwałtownie przesuwał się w górę i w dół, gdy porównywała żywego Strike’a z czymś, co z całą pewnością było jego zdjęciem na ekranie.

– Przepraszam, muszę się odlać – powiedział Strike do Martina, wycofując się, zanim zdążył do niego podejść ktoś jeszcze. Po krótkiej rozmowie z podejrzliwym personelem hotelu schronił się w łazience.

 

Znowu ziewnął i spojrzał na zegarek. Robin na pewno skończyła już pozować. Krzywiąc się z bólu, ponieważ środki przeciwbólowe, które dali mu w szpitalu, już dawno przestały działać, Cormoran wstał, odryglował drzwi i wyszedł z toalety, odprowadzany wścibskimi spojrzeniami obcych ludzi.

Kwartet smyczkowy ulokowano w głębi pustej sali restauracyjnej. Zaczął grać, gdy najbliżsi krewni państwa młodych ustawiali się w szeregu, by przyjmować gratulacje, na co Robin, jak przypuszczała, prawdopodobnie zgodziła się na którymś z etapów weselnych przygotowań. Zaniedbała tak liczne obowiązki związane z organizacją tej uroczystości, że co chwila spotykały ją tego rodzaju niespodzianki. Zapomniała na przykład, że zdecydowali się na sesję zdjęciową w hotelu, a nie w kościele. Gdyby nie wskoczyli do daimlera zaraz po nabożeństwie, być może miałaby okazję porozmawiać ze Strikiem i poprosić go – w razie konieczności błagać – by przyjął ją z powrotem. Wyjechał jednak bez słowa, a ona mogła się już tylko zastanawiać, czy starczy jej odwagi – albo pokory – by po tym wszystkim do niego zadzwonić i prosić o pracę.

W porównaniu z jasnym, rozświetlonym słońcem ogrodem wnętrze hotelu wydawało się ciemne. Ściany były obite boazerią, w oknach wisiały brokatowe zasłony, a między nimi obrazy olejne w pozłacanych ramach. W powietrzu unosił się ciężki zapach kwiatów w wazonach, a na śnieżnobiałych obrusach połyskiwały kieliszki i srebrne sztućce. Kwartet smyczkowy, który w wypełnionym echem pomieszczeniu przypominającym drewniane pudło brzmiał bardzo donośnie, wkrótce został zagłuszony przez gości wspinających się po schodach na zewnątrz budynku, tłoczących się na podeście, rozmawiających i śmiejących się, napojonych już szampanem i piwem.

– No to jazda! – ryknął Geoffrey, który bawił się chyba najlepiej ze wszystkich. – Dawać ich tu!

Robin wątpiła, czy dałby pełen wyraz swojej żywiołowości, gdyby żyła matka Matthew. Świętej pamięci pani Cunliffe bardzo lubiła rzucać mężowi lodowate spojrzenia z ukosa i dawać mu kuksańce, nieustannie tropiąc wszelkie oznaki jego nieposkromionych emocji. Na początku kolejki gości znalazła się jej siostra Sue, od której wiało chłodem, ponieważ chciała zająć miejsce przy stole nowożeńców i odmówiono jej tego przywileju.

– Jak się czujesz, Robin? – spytała, cmokając powietrze w pobliżu ucha panny młodej. Nagle Robin, przygnębiona, rozczarowana i nękana poczuciem winy, że starsza kobieta jest niezadowolona, uświadomiła sobie, jak bardzo ciotka Matthew jej nie lubi. – Urocza suknia – dodała Sue, lecz jej spojrzenie skupiało się już na przystojnym siostrzeńcu. – Szkoda, że twoja matka... – zaczęła, po czym jęknęła i ukryła twarz w chusteczce, którą od początku trzymała w gotowości.

Podchodzili kolejni przyjaciele i krewni, uśmiechając się, rozdając całusy i potrząsając dłońmi. Geoffrey spowalniał tempo, obdarzając niedźwiedzimi uściskami każdego, kto nie stawiał czynnego oporu.

– A więc jednak się zjawił – powiedziała do Robin Katie, jej ulubiona kuzynka. Gdyby nie zaawansowana ciąża, byłaby druhną. Termin porodu wyznaczono właśnie na dzień ślubu. Robin nie mogła się nadziwić, że Katie w ogóle daje radę chodzić. Gdy kuzynka się przysunęła, żeby dać pannie młodej buziaka, brzuch miała twardy jak arbuz. – Mam na myśli twojego szefa, Strike’a. Przed chwilą Martin zagadywał go w...

– Siedzisz chyba tam, Katie – wtrącił się Matthew, pokazując jej stół na środku sali. – Na pewno masz ochotę odpocząć. Domyślam się, że ciężko ci w tym upale.

Robin ledwie zauważyła kilkoro następnych gości. Dziękowała im z roztargnieniem za życzenia, co chwila spoglądając na drzwi, przez które wchodzili kolejni. Czy Katie chciała powiedzieć, że Strike zjawił się w hotelu? Przyjechał za nią z kościoła? Zamierzał się pokazać? Gdzie się ukrywał? Przecież szukała wszędzie – na tarasie, w holu, w barze. Nabrała nadziei tylko po to, by znów ją stracić. Może Martin, słynący z braku taktu, już go przepłoszył? Po chwili przypomniała sobie, że Strike nie jest aż tak delikatny, i wstąpiła w nią otucha. Gdy w głębi duszy zmagała się z niepewnością i obawami, nie była w stanie symulować konwencjonalnych ślubnych emocji, których brak, jak doskonale wiedziała, Matthew zauważył i miał jej za złe.

– Martin! – zawołała radośnie, gdy pojawił się jej młodszy brat w towarzystwie kolegów, teraz już o trzy kufle bliższy upojenia.

– Pewnie już wiesz? – zagadnął, uznając to za oczywistość. Trzymał w ręku komórkę. Poprzednią noc spędził u przyjaciela, udostępniwszy swój pokój krewnym z południa.

– O czym?

– Że wczoraj wieczorem dopadł Rozpruwacza.

Martin podsunął jej ekran, żeby pokazać artykuł. Na wieść o tym, kim był Rozpruwacz, wydała z siebie zduszony okrzyk. Rana na przedramieniu, którą zadał jej ten człowiek, pulsowała bólem.

– Strike jest tu jeszcze? – spytała Robin, porzucając pozory. – Mówił, że zostaje na weselu, Mart?

– Na litość boską – syknął Matthew.

– Wybacz – powiedział Martin, zauważając zdenerwowanie szwagra. – Wstrzymuję kolejkę.

Oddalił się niedbałym krokiem. Robin odwróciła się do Matthew i jak na obrazie z kamery termowizyjnej zobaczyła gorejące w nim poczucie winy.

– Wiedziałeś – stwierdziła, machinalnie ściskając dłoń stryjecznej babki, która nachyliła się w oczekiwaniu na całusa.

– O czym? – warknął.

– O tym, że Strike złapał...

Jej uwagi domagali się już jednak Tom, stary kolega Matthew ze studiów i jego obecny współpracownik, oraz jego narzeczona Sarah. Robin prawie nie słyszała słów Toma, ponieważ ciągle spoglądała w stronę drzwi, gdzie miała nadzieję ujrzeć Strike’a.

– Wiedziałeś – powtórzyła, gdy Tom i Sarah zaczęli się oddalać. Znowu utworzył się zator. Geoffrey spotkał kuzyna z Kanady. – Prawda?

– Dziś rano słyszałem w wiadomościach końcówkę doniesień na ten temat – mruknął Matthew. Popatrzył ponad głową Robin w stronę drzwi i twarz mu stężała. – No tak, oto i on. Twoje życzenie się spełniło.

Odwróciła się. Strike właśnie wszedł do środka. Miał podbite oko, brodę porośniętą gęstą szczeciną oraz spuchnięte, pozszywane ucho. Gdy ich spojrzenia się spotkały, uniósł zabandażowaną rękę i spróbował ponuro się uśmiechnąć, ale ostatecznie tylko się skrzywił.

– Robin – odezwał się Matthew. – Posłuchaj, muszę...

– Za chwilę – powiedziała z radością, której brak rzucał się w oczy przez cały dzień.

– Zanim z nim porozmawiasz, muszę ci wyjaśnić...

– Matt, proszę, czy to nie może zaczekać?

Nikt z rodziny nie chciał zatrzymywać Strike’a, który z powodu doznanych obrażeń nie był w stanie wymieniać uścisków dłoni. Wysunął przed siebie zabandażowaną rękę i przesuwał się bokiem wzdłuż kolejki. Geoffrey rzucił mu wściekłe spojrzenie i nawet matka Robin, która polubiła Strike’a już przy pierwszym spotkaniu, nie potrafiła zdobyć się na uśmiech, kiedy się z nią przywitał. Odnosiło się wrażenie, że obserwują go wszyscy goście w sali.

– Mogłeś sobie darować to efektowne wejście – stwierdziła Robin, uśmiechając się do jego spuchniętej twarzy, gdy wreszcie stanął naprzeciw niej. Też się uśmiechnął, mimo że sprawiło mu to ból: ostatecznie warto było wyruszyć w tę szaloną podróż i pokonać trzysta dwadzieścia kilometrów, żeby zobaczyć, jak Robin się do niego uśmiecha. – Mam na myśli to, jak wparowałeś do kościoła. Wystarczyło po prostu zadzwonić.

– No tak, przepraszam, że przewróciłem te kwiaty – powiedział Strike, kierując te posępne słowa skruchy także do Matthew. – Dzwoniłem, ale...

– Rano miałam wyłączony telefon. – Robin zdała sobie sprawę, że wstrzymuje kolejkę, ale zupełnie się tym nie przejęła. – Proszę przechodzić dalej – dodała, zwracając się wesoło do wysokiej, rudowłosej szefowej Matthew.

– Nie, dzwoniłem... jakieś dwa dni temu – wyjaśnił Strike.

– Co? – zdziwiła się Robin, podczas gdy Matthew prowadził sztywną rozmowę z Jemimą.

– Parę razy – uściślił Cormoran. – Zostawiłem wiadomość.

– Nie miałam żadnych nieodebranych połączeń – odrzekła Robin. – Ani wiadomości.

Paplanina, postukiwanie i pobrzękiwanie setki gości oraz cicha melodia grana przez kwartet smyczkowy nagle dziwnie przycichły, jakby oddzieliła je gruba kurtyna szoku.

– Mówisz, że kiedy... kiedy to było? Dwa dni temu?

Od przyjazdu do domu rodziców cały czas była pochłonięta żmudnymi obowiązkami związanymi ze ślubem, lecz mimo to często ukradkiem spoglądała na telefon, mając nadzieję, że Strike zadzwoni albo napisze esemesa. O pierwszej w nocy, gdy leżała samotnie w łóżku, przejrzała całą historię połączeń, daremnie licząc na to, że znajdzie jakąś przeoczoną wiadomość, ale okazało się, że rejestr został skasowany. Przez ostatnie dwa tygodnie bardzo mało spała, więc doszła do wniosku, że z przemęczenia omyłkowo wcisnęła niewłaściwy przycisk i przez przypadek usunęła historię połączeń...

– Nie zostanę na przyjęciu – mruknął Strike. – Chciałem ci tylko powiedzieć, że jest mi przykro, i poprosić, żebyś wróciła...

– Musisz zostać – weszła mu w słowo, wyciągając rękę i łapiąc go za ramię, jakby mógł jej uciec.

Serce waliło jej tak szybko, że z trudem oddychała. Wiedziała, że zbladła, bo gwarna sala wirowała jej przed oczami.

– Proszę, zostań – powiedziała, mocno trzymając Strike’a za ramię i nie zwracając uwagi na zjeżonego Matthew u jej boku. – Muszę... Chcę z tobą porozmawiać. Mamo! – zawołała.

Linda wyszła z szeregu. Wyglądała, jakby spodziewała się tej prośby, i nie wydawała się uszczęśliwiona.

– Czy mogłabyś znaleźć Cormoranowi miejsce przy którymś ze stołów? – spytała Robin. – Na przykład obok Stephena i Jenny?

Linda bez uśmiechu poprowadziła Strike’a w stronę stołów. Kilkoro gości czekało jeszcze, żeby złożyć życzenia. Robin nie była jednak w stanie dłużej się uśmiechać i prowadzić kurtuazyjnych rozmów.

– Dlaczego Cormoran nie mógł się do mnie dodzwonić? – odezwała się do Matthew, gdy jakiś starszy mężczyzna oddalił się w stronę stołów, przez nikogo niepowitany ani nawet niepozdrowiony.

– Próbowałem ci powiedzieć...

– Dlaczego nie mógł się do mnie dodzwonić, Matthew?

– Robin, czy możemy porozmawiać o tym później?

Prawda uderzyła w nią tak nagle, że Robin cicho krzyknęła.

– To t y usunąłeś moją historię połączeń – powiedziała, gdy jej umysł błyskawicznie wyciągał kolejne wnioski. – Na stacji benzynowej, kiedy wróciłam z toalety, spytałeś o mój PIN. – Dwoje ostatnich gości rzuciło spojrzenie na miny państwa młodych i pospiesznie przeszło dalej, nie domagając się powitania. – Wziąłeś mój telefon. Mówiłeś, że chodzi o podróż poślubną. Odsłuchałeś wiadomość od Strike’a?

– Tak – odparł Matthew. – Usunąłem ją.

Cisza, która zdawała się na nią napierać, zmieniła się w piskliwy jęk. Robin poczuła, że zaraz zemdleje. Stała w rozłożystej białej koronkowej sukni, która wcale jej się nie podobała – w sukni, którą musiała oddać do poprawki, bo już raz przełożyli ślub – przygwożdżona obowiązkami towarzyszącymi tej ceremonii. Na obrzeżach jej pola widzenia kołysało się sto rozmazanych twarzy. Goście byli głodni i zniecierpliwieni.

Odszukała wzrokiem Strike’a, który stał odwrócony do niej plecami, czekając obok Lindy, aż przygotują mu dodatkowe nakrycie przy stole starszego brata Robin, Stephena. Wyobraziła sobie, jak podchodzi do niego i mówi: „Wynośmy się stąd”. Co by odpowiedział, gdyby tak zrobiła?

Jej rodzice wydali na tę uroczystość tysiące funtów. Pełna sala czekała, aż państwo młodzi zajmą miejsce przy stole. Robin, bledsza niż jej suknia, poszła za swoim świeżo poślubionym mężem w stronę zarezerwowanych dla nich krzeseł, a goście obsypali ich oklaskami.

Pedantyczny kelner najwyraźniej postanowił przedłużyć męki Strike’a. Cormoranowi nie pozostało nic innego, jak tylko stać na widoku wszystkich gości i czekać na dodatkowe nakrycie. Linda, która była prawie trzydzieści centymetrów niższa od detektywa, tkwiła u jego boku, podczas gdy młody mężczyzna wprowadzał niezauważalne zmiany w ułożeniu widelczyka do deserów i obracał talerz, tak aby wzorek znalazł się w tym samym położeniu co wzorki na sąsiednich talerzach. Skrawek twarzy Lindy widoczny pod kapeluszem emanował złością.

– Wielkie dzięki – rzucił Strike do kelnera, który w końcu się odsunął, lecz gdy detektyw złapał za oparcie krzesła, Linda położyła rękę na rękawie jego marynarki. Jej delikatny dotyk równie dobrze mógłby przyjąć postać kajdan, ponieważ towarzyszyła mu aura oburzonego macierzyństwa i urażonej gościnności. Linda była bardzo podobna do córki. Jej siwiejące włosy też miały rudozłoty kolor, a srebrzysty kapelusz podkreślał intensywną, szaroniebieską barwę oczu.

– Po co przyjechałeś? – spytała przez zaciśnięte zęby, podczas gdy wokół nich uwijali się kelnerzy, podając przystawki. Przynajmniej pojawienie się jedzenia odwróciło uwagę gości. Zaczęły się rozmowy i ludzie skupili się na długo wyczekiwanym posiłku.

– Chciałem poprosić Robin, żeby wróciła do pracy.

– Przecież ją wylałeś. To złamało jej serce.

Miał wiele na swoją obronę, lecz postanowił milczeć z szacunku do cierpienia, jakiego z pewnością Linda doświadczyła na widok dwudziestocentymetrowej rany od noża na ręce córki.

– Odkąd dla ciebie pracuje, zaatakowano ją trzy razy – ciągnęła Linda, coraz bardziej czerwona. – Trzy razy.

Strike mógłby zgodnie z prawdą poinformować, że czuje się odpowiedzialny tylko za pierwszą z tych napaści. Do drugiej doszło, gdy Robin zignorowała jego wyraźne polecenia, a do trzeciej – w konsekwencji tego, że nie tylko go nie posłuchała, lecz także naraziła na szwank dochodzenie w sprawie zabójstwa i całą agencję detektywistyczną.