Wespazjan. Cesarz Rzymu

Tekst
Z serii: Wespazjan #9
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


W cyklu o Wespa­zja­nie dotych­czas uka­zały się:

Try­bun Rzymu

Kat Rzymu

Fał­szywy bóg Rzymu

Utra­cony orzeł Rzymu

Władcy Rzymu

Zagi­niony syn Rzymu

Rzym­skie Furie

Święty ogień Rzymu

Cesarz Rzymu

Wszyst­kim, któ­rzy poświę­cili czas na lek­turę cyklu o Wespa­zja­nie;

dzię­kuję Wam.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PRO­LOG

VIA POSTU­MIA MIĘ­DZY KRE­MONĄ A BEDRIA­KUM

(W ITAL­SKIM REGIO­NIE WENE­CJA I HISTRIA)

15 KWIET­NIA 69

Chaos – to za mało powie­dziane. Nie­zdarne prze­cho­dze­nie z kolumny w sze­reg ostro kon­tra­sto­wało z ele­gancką sza­chow­nicą utwo­rzoną przez kohorty zagra­dza­jące drogę do Kre­mony. Dzie­siątki tysięcy legio­ni­stów i żoł­nie­rzy jed­no­stek pomoc­ni­czych, usta­wione w poprzek via Postu­mia, pra­wym skrzy­dłem oparte o rzekę Pad, w mil­cze­niu przy­glą­dały się wysił­kom nie­przy­ja­ciela pró­bu­ją­cego ufor­mo­wać szyk bojowy. Nie­po­rzą­dek nie brał się stąd, że była to zgraja nie­sfor­nych bar­ba­rzyń­ców, ani też z powodu braku dowo­dze­nia. Prze­ciw­nie, dowód­ców miała w nad­mia­rze; pod nie­obec­ność cesa­rza Marka Sal­wiu­sza Otona nie było jed­nak wodza, który miałby wszystko pod komendą. Dys­cy­pliny woj­sku też nie bra­ko­wało, gdyż – tak samo jak armia prze­ciw­nika – skła­dało się z Rzy­mian.

I była to wojna domowa.

Tytus Fla­wiusz Sabi­nus krzy­wił się z nie­sma­kiem, patrząc, jak cen­tu­rio­no­wie pię­ciu kohort gwar­dii pre­to­riań­skiej pod jego komendą wrza­skiem i kuła­kami prze­sta­wiają swo­ich nie­szko­lo­nych do boju żoł­nie­rzy na nowe pozy­cje. Roz­kazy zmie­niły się już po raz trzeci, odkąd zauwa­żono nie­przy­ja­ciela. Jak mogło do tego dojść, zasta­na­wiał się, obser­wu­jąc front armii Renu; nad­cią­gnęła wła­śnie z pół­nocy w dwu­kie­run­ko­wym natar­ciu, by poprzeć czło­wieka, któ­rego obwo­łała cesa­rzem: Aulusa Wite­liu­sza, zna­nego sma­ko­sza i namiest­nika Ger­ma­nii Infe­rior. Jak to się stało, że w nie­spełna rok od samo­bój­czej śmierci Nerona po ogło­sze­niu go przez senat wro­giem ludu cesar­stwo ma dwóch wład­ców i za chwilę poleje się rzym­ska krew?

Aulus Cecyna Alie­nus i Fabiusz Walens, dwaj wodzo­wie w służ­bie pre­ten­denta, zasko­czyli siły lojalne wobec rezy­du­ją­cego w Rzy­mie cesa­rza Otona szyb­ko­ścią prze­mar­szu i wtar­gnię­ciem do Ita­lii w tak wcze­snej fazie sezonu. Monar­cha zare­ago­wał próbą wyne­go­cjo­wa­nia ugody, którą jed­nak odrzu­cono. W tym sta­nie rze­czy jedy­nym dla niego wyj­ściem stała się wojna domowa; alter­na­tywą była natych­mia­stowa abdy­ka­cja przez samo­bój­stwo. Rzecz miała się roz­strzy­gnąć tu, w doli­nie Padu.

Ojciec i imien­nik Sabi­nusa, pre­fekt Rzymu za Nerona, został zdy­mi­sjo­no­wany przez nowego cesa­rza Galbę, a potem przy­wró­cony na to sta­no­wi­sko przez Otona, który obie­cał też jego synowi kon­su­lat. W taki to spo­sób rodzina zna­la­zła się pod jego sztan­da­rem w tym bra­to­bój­czym kon­flik­cie.

Tylko czy na długo? Sądząc po sytu­acji tak­tycz­nej, raczej nie – oce­nił Sabi­nus Młod­szy. Zamie­sza­nie w sze­re­gach trwało już od brza­sku, kiedy zaczął prze­pra­wiać swój oddział przez rzekę, by dołą­czyć do głów­nych sił cesar­skich.

– Oton powi­nien zostać tu z nami, zamiast się wyco­fy­wać do Bryk­sel­lum – rzekł do swego zastępcy, Marka Kok­ce­ju­sza Nerwy. – Wtedy mie­li­by­śmy może wyraźny łań­cuch dowo­dze­nia, a nie to… to… – Urwał i mach­nął ręką w stronę I Adiu­trix, legionu nie­dawno sfor­mo­wa­nego z pie­choty mor­skiej floty mizeń­skiej, który zaj­mo­wał wła­śnie pozy­cję bez­po­śred­nio na pra­wym skrzy­dle jego sił i miał pro­blem z szy­kiem sza­chow­ni­co­wym, gdyż prze­szka­dzał mu błęd­nie roz­lo­ko­wany tabor.

Trzy­dzie­sto­dzie­wię­cio­letni Nerwa, star­szy od dowódcy o trzy lata, cicho gwizd­nął przez zęby.

– Oto­nowi przez całą kam­pa­nię źle dora­dzano. Ale gdyby tu był, nie zro­bi­łoby to wiel­kiej róż­nicy, bo nie ma żad­nego doświad­cze­nia woj­sko­wego. Świetny z niego kom­pan do uczty, w bitwie jed­nak gorzej go mieć, niż nie mieć. Na orga­ni­za­cji zna się naj­wy­żej odro­binę lepiej niż jego brat Tycjan.

– Jako szwa­gier Tycjana chyba wiesz, co mówisz.

– I to przez tę koli­ga­cję zmu­szony jestem teraz patrzeć na ten bała­gan. – Nerwa z nie­do­wie­rza­niem obser­wo­wał roz­wi­ja­jący się chaos. – Na bogów, jakże by się nam przy­dała pie­chota i jazda, którą zabrał Oton! Czter­dzie­ści tysięcy ludzi, a nam zosta­wił o dzie­sięć mniej. Naprawdę potrze­bo­wał tak sil­nej eskorty tak daleko od nie­przy­ja­ciela? Prze­gra­li­śmy przez to, zanim jesz­cze bitwa się zaczęła.

Sabi­nus wzru­szył ramio­nami i odwró­cił się do cze­ka­ją­cego na roz­kazy try­buna.

– Czy nasz bagaż oso­bi­sty prze­rzu­cono na tyły?

Młody ofi­cer przy­tak­nął, sta­ra­jąc się masko­wać strach uśmie­chem.

– Tak jest, panie. I zapa­sowe konie cze­kają, jak kaza­łeś.

Dowódca z posępną satys­fak­cją ski­nął głową i wró­cił do roz­mowy z zastępcą.

– No to powal­czymy tro­chę dla fasonu, a potem w nogi i pod­damy się Walen­sowi. Jak dobrze pój­dzie.

– Tak chyba będzie naj­mą­drzej. I zosta­niemy gor­li­wymi stron­ni­kami Wite­liu­sza dopóty, dopóki… – Nerwa nie dokoń­czył zda­nia.

– Dopóki co?

– Sły­sza­łem, że twój ojciec poje­chał do Judei, kiedy Galba ode­brał mu pre­fek­turę.

Zasko­czony Sabi­nus z tru­dem zacho­wał obo­jętną minę.

– Może i tak, ale to nie twoja sprawa.

– Wró­cił krótko potem, jak Oton zabił Galbę i senat okrzyk­nął go cesa­rzem. – Nerwa nie dawał się zbić z tropu. – Tuż przed nadej­ściem nowiny, że nad Renem na tron wybrano Wite­liu­sza.

Sabi­nus sku­pił uwagę na rzece; dwóm tysiącom gla­dia­to­rów dopeł­nia­ją­cych nie­wia­ry­godną zbie­ra­ninę, jaką przy­szło mu dowo­dzić, gro­ziło odcię­cie pod­czas wysia­da­nia z łodzi prze­wo­żą­cych ich z dru­giego brzegu.

– Jestem pewien, że to nie była wycieczka kra­jo­znaw­cza. – Nerwa nie ustę­po­wał. – Twój stryj Wespa­zjan dowo­dzi armią wschod­nią tłu­miącą rewoltę Judej­czy­ków. To potężna siła. Założę się, że bra­cia poga­dali sobie od serca o prze­biegu aktu­al­nego kry­zysu, i jeśli dobrze myślę, to Galba, Oton i Wite­liusz nie będą jedy­nymi cesa­rzami, któ­rych w tym roku zoba­czymy. Pyta­nie tylko, któ­remu z nich dosta­nie się pur­pura. Wiedz jed­nak, że poparł­bym każ­dego.

Sabi­nus uni­kał odpo­wie­dzi; wysłał try­buna z roz­ka­zem dla gla­dia­to­rów, by trzy­mali pozy­cję na samym brzegu i nie prze­pu­ścili wokół flanki idą­cej na nich bataw­skiej jed­nostki pomoc­ni­czej. Myślami był jed­nak gdzie indziej: zacho­dził w głowę, skąd Nerwa wziął tę infor­ma­cję i kto jesz­cze wie o sekret­nej misji ojca.

Oton sie­dział oklap­nięty na krze­śle i sunął wzro­kiem po zgnę­bio­nych twa­rzach swo­ich wodzów. Żaden nie śmiał spoj­rzeć mu w oczy, dono­sząc o groź­nej klę­sce. Wynik bitwy był doprawdy tra­giczny: Wite­liu­szowe woj­sko nie oka­zało lito­ści współ­o­by­wa­te­lom lojal­nym wobec kogoś innego. Wojna domowa ma to do sie­bie, że poko­na­nych nie można sprze­dać ani brać za nich okupu – wobec czego, bez­u­ży­teczni dla zwy­cięz­ców, tysią­cami poszli na rzeź.

– No to po wszyst­kim – rzekł Oton, doty­ka­jąc ostrza jed­nego z dwóch leżą­cych przed nim szty­le­tów.

– Reszta legio­nów mezyj­skich może jesz­cze przyjść ci w sukurs – zaopo­no­wał Sal­wiusz Tycjan, widząc despe­ra­cję w oczach młod­szego brata, a w dal­szej per­spek­ty­wie wła­sną egze­ku­cję.

Cesarz z żalem pokrę­cił głową. Dzie­sięć lat kom­for­to­wego życia na poli­tycz­nym wygna­niu w roli namiest­nika Luzy­ta­nii roz­myło tłusz­czy­kiem jego przy­stojne, melan­cho­lijne rysy.

– Popeł­ni­łem błąd, nie cze­ka­jąc na ich przy­by­cie. Uzna­łem, że zwłoka będzie kata­stro­falna w skut­kach. Teraz widzę, że było na odwrót. – Prze­cze­sał pal­cami bujne kędziory, roz­wa­ża­jąc swe poło­że­nie. – Czy mam wysta­wić wasze męstwo i odwagę na kolejne ryzyko? To chyba zbyt wielka cena za moje życie. Wojnę o tron roz­po­czął Wite­liusz, lecz to ja ją zakoń­czę. Niech ta jedna bitwa wystar­czy. Taki wpro­wa­dzę pre­ce­dens i niech mnie potom­ność osą­dzi. – Oton wstał, patrząc na szty­lety. – Nie jestem czło­wie­kiem, który pozwo­liłby, aby kwiat rzym­skiej potęgi mili­tar­nej bez­sen­sow­nie wycięto i tym samym osła­biono nasze impe­rium. A zatem, pano­wie, czer­pię pocie­chę z waszej goto­wo­ści, by za mnie umrzeć, ale wy musi­cie żyć. Nie chcę wam ode­brać szansy na uła­ska­wie­nie, więc wy nie pró­buj­cie prze­szko­dzić mi w posta­no­wie­niu.

– I zro­bił to tam na miej­scu? – spy­tał Sabi­nus Star­szy.

Jego syn wychy­lił do dna kubek grza­nego wina.

– Nie, ojcze. To było dość żenu­jące. Chwa­lił nas za lojal­ność, choć dobrze wie­dział, że w duchu już wcze­śniej go porzu­ci­li­śmy. Potem nas ode­słał, mówiąc, że przez swoją śmierć i łaskę oka­zaną rodzi­nie Wite­liu­sza zaskar­bił sobie jego wdzięcz­ność i tym samym kupił nam życie.

 

Sabi­nus mruk­nął coś pod nosem i ponow­nie napeł­nił kubek syna.

– Bar­dzo to szla­chetne, bez wąt­pie­nia. I potem to zro­bił?

– Nie. Naj­pierw poszedł zała­go­dzić wzbu­rze­nie pozo­sta­łych mu jesz­cze żoł­nie­rzy, bo usi­ło­wali powstrzy­mać nie­któ­rych z nas przed opusz­cze­niem obozu.

– Ale nie cie­bie?

– Nie, tato. Zosta­łem, jak mi pole­ci­łeś, aby wszyst­kiego dopil­no­wać.

– I co było dalej?

– Uspo­ko­iw­szy woj­sko, wró­cił do namiotu, wypił kubek zim­nej wody, spraw­dził, czy szty­lety są dobrze naostrzone, wybrał jeden, wsu­nął pod poduszkę i poło­żył się do łóżka. Nie uwie­rzysz, ale prze­spał całą noc jak kłoda.

– To się nazywa mieć żela­zne nerwy…

– Wszy­scy go za to podzi­wia­li­śmy, a jesz­cze bar­dziej, gdy o świ­cie się zbu­dził, się­gnął po nóż i po pro­stu sto­czył się z łoża na ostrze, nie wydaw­szy żad­nego dźwięku.

Sabi­nus potarł łysinę. Pło­myk lampy zatań­czył w lek­kim prze­ciągu i cie­nie prze­pły­nęły tam i z powro­tem przez jego okrą­głą twarz z przy­cią­ga­ją­cym uwagę wydat­nym nosem. Noc już dawno zapa­dła; sie­dzieli w jego gabi­ne­cie w willi na Kwi­ry­nale, którą sena­tor odzie­dzi­czył po wuju Gaju­szu Wespa­zju­szu Pol­lo­nie, przed trzema laty zmu­szo­nym przez Nerona do samo­bój­stwa.

– I stało się to dwa dni temu?

– Tak, ojcze. Jecha­łem szybko, zatrzy­mu­jąc się dla zmiany koni, żeby ci przy­wieźć nowinę.

– To zna­czy, że w tej chwili tylko my dwaj w Rzy­mie wiemy, co zaszło?

– Tak sądzę. Nikt nie zdo­łałby dotrzeć tu przede mną. Oton był jesz­cze cie­pły, gdy wyjeż­dża­łem.

Sabi­nus zło­żo­nymi pal­cami prze­su­nął po war­gach. Powoli ski­nął głową, jakby pod­jął decy­zję.

– Niech tak będzie – rzekł. – Jutro o świ­cie zbiorę pozo­stałe w mie­ście kohorty pre­to­ria­nów, straży miej­skiej i wigi­lów i odbiorę od nich przy­sięgę wier­no­ści Wite­liu­szowi. To zmusi senat do uzna­nia go za cesa­rza. Wra­caj na pół­noc i pod­daj się jego armii. Powiedz im, co zro­bi­łem, żeby mia­sto było ich. To powinno nas zabez­pie­czyć na jakiś czas. – Mru­gnął do syna. – Zwłasz­cza jeżeli dodasz, że wzią­łem pod ochronę żony i dzieci obu jego braci. To im da do myśle­nia.

– Podej­mu­jesz nie­bez­pieczną grę, tato.

– Nikt ni­gdy nie wygrał dzięki miłemu uspo­so­bie­niu. Powiedz Wite­liu­szom, że z rado­ścią ode­ślę im rodziny, jeśli mnie o to popro­szą na piśmie. Zro­zu­mieją, co mam na myśli.

– Potwier­dze­nie two­jego sta­no­wi­ska pre­fekta Rzymu i…?

– I two­jego kon­su­latu, który masz objąć pod koniec mie­siąca.

– A co potem?

Sabi­nus Star­szy postu­kał pal­cami o usta.

– Potem? Zoba­czymy.

– Chodź tu, mój chłop­cze!

Tusza nie pozwa­lała Aulu­sowi Wite­liu­szowi schy­lać się nisko, usta­wiono więc przy nim sto­łek. Jego sze­ścio­letni syn wdra­pał się na to impro­wi­zo­wane pod­wyż­sze­nie, by wtu­lić się w ojcow­skie zwały tłusz­czu. Wite­liusz dźwi­gnął go w górę i zapre­zen­to­wał legio­ni­stom ze swo­jej eskorty oraz tłu­mowi sena­to­rów i ekwi­tów, któ­rzy zje­chali do Lug­du­num, sto­licy Galii Narboń­skiej, aby oddać hołd nowemu cesa­rzowi, trium­fal­nie podą­ża­ją­cemu do Rzymu z Ger­ma­nii Infe­rior.

– Nadaję mu imię Ger­ma­nik, od nazwy pro­win­cji, gdzie roz­po­czą­łem chwa­lebny pochód po wła­dzę – oznaj­mił wszem i wobec. – Przy­znaję mu prawo do nosze­nia insy­gniów cesar­skich i w obec­no­ści moich zwy­cię­skich legio­nów wyzna­czam go na mego jedy­nego następcę.

Obwiesz­cze­nie wzbu­dziło eks­plo­zję żoł­nier­skich wiwa­tów; to, że te jed­nostki nie brały udziału w bitwie, tylko sta­no­wiły osłonę pre­ten­denta pod­czas jego powol­nej, bie­siad­nej podróży przez Galię, dyplo­ma­tycz­nie prze­mil­czano.

Sabi­nus Młod­szy przy­łą­czył się do aplauzu; kon­su­lowi na czele dele­ga­cji senac­kiej przy­by­łej z gra­tu­la­cjami dla nowego cesa­rza po pro­stu wypa­dało oka­zać jak naj­więk­szy entu­zjazm, gdy ten kawał hipo­po­tama owi­jał się god­no­ścią pur­pury.

– Może nie uwie­rzysz – szep­nął sto­ją­cemu obok Ner­wie – ale mój ojciec poznał Wite­liu­sza jesz­cze jako nasto­latka, w willi Tybe­riu­sza na Capri. Piękny i gibki był z niego chło­piec. Cesarz bar­dzo sobie cenił jego, hmm, talent oralny… nie mylić z ora­tor­skim.

– No coś ty? – Nerwa spoj­rzał nań z nie­do­wie­rza­niem.

– Tak było. Zaofe­ro­wał nawet ojcu próbkę swych umie­jęt­no­ści. Patrząc na niego dzi­siaj, przez głowę by ci to nie prze­szło, co? Musiał zasma­ko­wać w przy­jem­no­ściach hedo­ni­zmu, klę­cząc przed Tybe­riu­szem.

– Nie tylko hedo­ni­zmu. – Nerwa wska­zał grupę ponad pięć­dzie­się­ciu więź­niów, odzia­nych jak kobiety jedy­nie w nie­prze­pa­sane tuniki, pro­wa­dzo­nych na egze­ku­cję. Byli to cen­tu­rio­no­wie, naj­za­go­rzalsi stron­nicy Otona, ska­zani na śmierć dla przy­kładu. – Prze­cież nie musiał tego robić.

Sabi­nus pod posępną miną krył satys­fak­cję, że nowy władca działa zgod­nie ze swym cha­rak­te­rem.

– To się nie spodoba legio­nom mezyj­skim – mruk­nął.

– Masz rację. Byłem w skła­dzie dele­ga­cji ofi­cer­skiej wysła­nej, by je nakło­nić do powrotu do baz i zło­że­nia przy­sięgi na wier­ność Wite­liu­szowi. Zro­bili to, acz nie­chęt­nie, bo nie widzieli alter­na­tywy.

Mogą ją wkrótce ujrzeć, pomy­ślał Sabi­nus, gdy pierw­sza ścięta głowa spa­dła na pia­sek w desz­czu krwi. Kiedy wieść się rozej­dzie, chło­paki z Mezji zapra­gną zemsty.

Cisza w sze­re­gach zwy­cię­skiej armii była nie­mal nama­calna. Gęst­niała z każdą kolejną egze­ku­cją, aż w końcu prze­biła się przez grubą skórę cesa­rza, zaru­mie­nio­nego z okrut­nego zado­wo­le­nia. Gdy ostatni trup legł w krwa­wym bło­cie, Wite­liusz ode­rwał wzrok od wido­wi­ska i rozej­rzał się. Stop­niowo dotarło doń panu­jące napię­cie i w jego oczach poja­wiła się ner­wowa nie­pew­ność. Odchrząk­nął i roz­ka­zał:

– Przy­pro­wa­dzić wodzów!

– Mam nadzieję, że ich oszczę­dzi po tej jatce – szep­nął Sabi­nus, w duchu życząc sobie prze­ciw­nej decy­zji. – Dość już mści­wo­ści na jeden dzień.

Inna rzecz, że patrząc, jak dwaj dowódcy wojsk Otona, Swe­to­niusz Pau­li­nus i Licy­niusz Pro­ku­lus, a także brat zmar­łego cesa­rza, Sal­wiusz Tycjan, klę­kają przed zwy­cięzcą, czuł nie­zmierną ulgę, iż sam nie zna­lazł się w tym poło­że­niu. Prze­ba­cze­nie i god­ność kon­sula zawdzię­czał bystremu posu­nię­ciu ojca, który objął ochroną rodzinę obec­nego władcy. Wite­liusz oso­bi­ście obda­rzył go nawet wąt­pli­wym zaszczy­tem: wysłał go do Rzymu, aby przy­wiózł mu syna. Sabi­nus wypeł­nił misję z taką pompą, jakby to było zwień­cze­nie jego kariery.

– I co macie na swoją obronę? – zapy­tał cesarz.

Fałdy tłusz­czu pod szatą zafa­lo­wały, gdy z nie­sma­kiem krę­cił głową na widok tych, któ­rzy śmieli sta­wić mu opór.

– Powi­nie­neś nas nagro­dzić, nie oskar­żać, prin­cep­sie – odrzekł Pau­li­nus spo­koj­nym, dono­śnym gło­sem. – Nam to bowiem, nie Walen­sowi i Cecy­nie, zawdzię­czasz swoją wik­to­rię.

Wite­liusz zdu­miony popa­trzył na jeń­ców. Otwo­rzył i zamknął usta, usi­łu­jąc zro­zu­mieć sens wypo­wie­dzi.

– Tak jest! – przy­tak­nął Pro­ku­lus. – To my stwo­rzy­li­śmy warunki, w któ­rych zwy­cię­stwo Otona stało się nie­re­alne.

– Niby jak? – Cesarz odzy­skał mowę i pano­wa­nie nad mimiką.

– Nale­ga­li­śmy, aby ude­rzyć od razu, nie cze­ka­jąc, aż nad­cią­gną główne siły legio­nów mezyj­skich.

Pau­li­nus skwa­pli­wie poki­wał głową.

– No wła­śnie, a potem naka­za­li­śmy długi, for­sowny marsz, żeby jak naj­szyb­ciej dopro­wa­dzić do kon­fron­ta­cji, pod­czas gdy nie było potrzeby się spie­szyć.

– Nasi ludzie przy­byli wyczer­pani – potwier­dził Pro­ku­lus. – Na koniec kom­plet­nie spa­pra­li­śmy prze­gru­po­wa­nie z kolumny w sze­reg, wyda­jąc sprzeczne roz­kazy i odwo­łu­jąc je.

Sabi­nus bez trudu w to uwie­rzył; sam prze­cież widział, co się wtedy działo.

– No i po cóż mie­li­by­śmy pousta­wiać tabor tak bez ładu i składu, jeżeli nie po to, by jesz­cze bar­dziej utrud­nić for­mo­wa­nie szyku?

Wite­liusz badaw­czo przy­glą­dał się obu wodzom i Tycja­nowi, który nie odzy­wał się ani sło­wem.

– Chce­cie powie­dzieć, że sabo­to­wa­li­ście bitwę? A ty, Sal­wiu­szu? Zdra­dzi­łeś wła­snego brata?

Tycjan spoj­rzał nań zmę­czo­nym wzro­kiem.

– Nie, prin­cep­sie. Nie musia­łem. Przez wro­dzoną śla­ma­zar­ność byłem mu bar­dziej prze­szkodą niż pomocą, cokol­wiek mi zle­cił.

– W to aku­rat uwie­rzę. – Cesarz ski­nął głową. – I tak chcia­łem cię oszczę­dzić, bo nie można cię winić za popie­ra­nie rodzo­nego brata. Twoja nie­zdar­ność jest legen­darna. Żal byłoby mi każ­dego, kto by u cie­bie szu­kał wspar­cia.

– Podzie­lam to uczu­cie, prin­cep­sie. Dzię­kuję.

Wite­liusz spoj­rzał na wodzów.

– A co do was…

– Jeśli chcesz praw­dzi­wego dowodu, prin­cep­sie – wszedł mu w słowo Pau­li­nus – to zadaj sobie pyta­nie, czemu posta­wi­łem nasz naj­gor­szy oddział, zgraję gla­dia­to­rów, na lewej flance naprze­ciwko two­ich Bata­wów i tym samym ska­za­łem nas na porażkę.

Sabi­nus aż drgnął na to oczy­wi­ste kłam­stwo. To w końcu była jego sprawka.

– Spy­taj Tytusa Fla­wiu­sza Sabi­nusa, czy nie dostał ode mnie wyraź­nego roz­kazu, aby tak roz­lo­ko­wać siły, gdy prze­kro­czy rzekę i do nas dołą­czy. On dowo­dził lewym skrzy­dłem. – Jeniec wbił wzrok w pod­ko­mend­nego, jakby chciał dowier­cić się do potwier­dze­nia.

– Co ty na to, kon­sulu? – Cesarz spoj­rzał na Sabi­nusa.

Uznaw­szy, że lepiej mieć dług wdzięcz­no­ści u żywych niż brak pożytku z mar­twych, Fla­wiusz powoli ski­nął głową.

– Tak było, prin­cep­sie. Wtedy mnie to zdzi­wiło, roz­kaz jed­nak był sta­now­czy. Teraz rozu­miem dla­czego. Ser­cem był z tobą. Jako i ja, bo się nie sprze­ci­wi­łem.

Wite­liusz mruk­nął coś pod nosem. Chwilę roz­my­ślał.

– Dobrze więc, Pau­li­nu­sie i Pro­ku­lu­sie. Wie­rzę w wasze zapew­nie­nia o zdra­dzie i uwal­niam was od podej­rzeń o lojal­ność. Opro­wa­dzi­cie mnie po polu bitwy i poka­że­cie dokład­nie, jak to uknu­li­ście.

Było to pole zepsu­cia. Powie­trze prze­sy­cał ciężki odór. Przez czter­dzie­ści dni od star­cia niczego nie zro­biono z pole­głymi; zwłoki żoł­nie­rzy obu pre­ten­den­tów roz­kła­dały się razem w bez­ład­nych sto­sach. Padli­no­żerne zwie­rzęta naja­dły się do syta, teraz jed­nak resztki mięsa nada­wały się jedy­nie dla roba­ków i larw, które wiły się tam milio­nami, tucząc się i prze­obra­ża­jąc w roje much, któ­rych bzy­cze­nia nie spo­sób było igno­ro­wać.

Sabi­nus z tru­dem krył gniew na widok tylu oby­wa­teli pozo­sta­wio­nych po śmierci bez pogrzebu, ska­za­nych na włó­częgę po mrocz­nych ścież­kach, z któ­rych żadna nie pro­wa­dzi na przy­stań Prze­woź­nika. Widząc stertę ciał, a wła­ści­wie już pra­wie szkie­le­tów pod ścianą chaty, gdzie tych ludzi osa­czono i wycięto, poprzy­siągł sobie, że jeśli kie­dyś jego ród zyska odpo­wied­nie zna­cze­nie, zemści się na Kre­mo­nie, któ­rej miesz­kańcy wiwa­tu­ją­cym szpa­le­rem powi­tali Wite­liu­sza. Nie wąt­pił, że zdą­żyli obe­drzeć zwłoki ze wszyst­kiego, co przed­sta­wiało jaką­kol­wiek war­tość – zale­d­wie kilka heł­mów walało się przy tru­pach – no i dobrze, ale potem zanie­dbali obo­wiązku zaję­cia się szcząt­kami tych, któ­rych obra­bo­wali.

Cesarz ani na chwilę nie odry­wał wzroku od pobo­jo­wi­ska, kiedy Walens i Cecyna pro­wa­dzili go przez pole w towa­rzy­stwie Pau­li­nusa i Pro­ku­lusa, jak gdyby cho­dziło o pochwa­le­nie się nowo urzą­dzo­nym ogro­dem.

– To tutaj, prin­cep­sie, Pierw­szy Ita­lica odbił sztan­dar, który wcze­śniej udało się zdo­być Pierw­szemu Adiu­trix, pra­gną­cemu się wyka­zać w ich dzie­wi­czej bitwie – poin­for­mo­wał Walens, gdy zbli­żali się do odcinka dowo­dze­nia Sabi­nusa.

Wite­liusz przy­sta­nął, by się lepiej przyj­rzeć powy­krę­ca­nym cia­łom byłych żoł­nie­rzy pie­choty mor­skiej, któ­rych Galba prze­or­ga­ni­zo­wał w legion i któ­rzy pole­gli w służ­bie Otona. Osten­ta­cyj­nie wcią­gnął nosem powie­trze.

– Tylko jedno pach­nie lepiej niż mar­twy wróg – rzu­cił gło­śno. – Mar­twy współ­o­by­wa­tel!

Ta pro­stacka uwaga wywo­łała ner­wowy, przy­po­chlebny śmiech, lecz nawet obaj wodzo­wie, naj­gor­liwsi stron­nicy zwy­cięzcy, nie zdo­łali cał­ko­wi­cie ukryć zakło­po­ta­nia. Po spoj­rze­niu, jakie wymie­nili, Sabi­nus poznał, jakim wstrzą­sem było dla nich uświa­do­mie­nie sobie, że cesarz nie ma krzty sza­cunku dla męstwa poko­na­nych wojow­ni­ków. Wite­liusz sam wła­śnie go stra­cił do reszty.

 

To na taką chwilę ojciec przy­ka­zał mu cza­to­wać.

Sabi­nus wysu­nął się z tłumu podą­ża­ją­cego za władcą.

– Prin­cep­sie!

Wite­liusz odwró­cił się, jesz­cze chi­cho­cząc z wła­snego bez­na­dziej­nego żartu.

– O co cho­dzi, kon­sulu?

– Skoro już obej­rze­li­śmy scenę two­jego triumfu, czuję, że pora, bym wra­cał do Rzymu i przy­go­to­wał mia­sto na twoje powi­ta­nie.

Triumf. Tęga syl­wetka cesa­rza jakby jesz­cze się roz­dęła na to słowo, natych­miast sko­ja­rzone z myślą o cze­ka­ją­cym go wspa­nia­łym wjeź­dzie do sto­licy.

– Tak, tak, trzeba więc, abyś to zro­bił, drogi Sabi­nu­sie. Nie mogę się docze­kać spo­tka­nia z twoim ojcem. Chcę mu podzię­ko­wać, że zabez­pie­czył mi mia­sto. Jeste­śmy sta­rymi przy­ja­ciółmi, wiesz? Znamy się od bar­dzo dawna. Czy jed­nak nie chcesz naj­pierw poka­zać mi miej­sca, gdzie twój oddział prze­grał bitwę dla Otona?

– Uwa­żam, że to Pau­li­nu­sowi i Pro­ku­lu­sowi należy się ten zaszczyt. Nie przy­nosi mi satys­fak­cji okra­da­nie innych z zasług.

Sabi­nus zer­k­nął na poko­na­nych wodzów. Po minach widział, że w pełni akcep­tują dług, jaki u niego zacią­gnęli. Odjeż­dża­jąc na połu­dnie, wie­dział, że zwer­bo­wał dla sprawy swo­jego rodu dwóch waż­nych sprzy­mie­rzeń­ców.

Lud rzym­ski przy­wi­tał Wite­liu­sza z takim samym entu­zja­zmem jak dwóch poprzed­nich cesa­rzy: jakby był odpo­wie­dzią na ich modły, władcą, któ­rego zawsze pra­gnęli. Tłum­nie, po dzie­sięć, dwa­na­ście rzę­dów wyle­gli na ulice, gdy na prze­cią­żo­nym koniu i w absur­dal­nie nie­pa­su­ją­cym do jego nie­woj­sko­wej postury rynsz­tunku wodza wiódł legiony na Pole Mar­sowe. Działo się to dwa dni po idach lip­co­wych i dwa mie­siące po odjeź­dzie Sabi­nusa Młod­szego z cesar­skiego obozu.

– Chyba nie zamie­rza wpro­wa­dzić woj­ska do mia­sta, tato? – zanie­po­koił się teraz Sabi­nus.

Stali z ojcem wśród zgro­ma­dzo­nych przed teatrem Pom­pe­ju­sza sena­to­rów cze­ka­ją­cych, by powi­tać nowego cesa­rza ofiarą z dwóch bia­łych byków.

– Dla­czego nie? Galba tak zro­bił i sko­sza­ro­wał ich tutaj.

– Ależ to było pan­de­mo­nium! Bójki, gwałty, mor­der­stwa… Myśleli, że wszystko im ujdzie pła­zem.

– I uszło. Nie zapo­mi­naj, że Wite­liusz tego nie oglą­dał, bo Galba jesz­cze przed przy­by­ciem do Rzymu wysłał go do Ger­ma­nii Infe­rior jako zarządcę, więc nie wie, jakim cię­ża­rem dla miesz­kań­ców jest sta­cjo­nu­jące woj­sko. Zresztą nawet gdyby wie­dział, to wąt­pię, czy obe­szłoby go to dosta­tecz­nie, by postą­pić ina­czej. – Sabi­nus Star­szy przy­brał nie­zwy­kle poważną minę. – Fatalna sprawa, doprawdy.

Syn zro­zu­miał w lot.

– I jestem pewien, że jako pre­fekt Rzymu nie zamie­rzasz ostrzec go przed nie­uchron­nym wzbu­rze­niem oby­wa­teli, gdy pozwoli roz­pa­sa­nym żoł­da­kom gwał­cić ich córki.

– Nie moją rze­czą jest mówić cesa­rzowi, co ma robić albo czego nie robić.

Młody kon­sul stłu­mił uśmiech. Przy­łą­cza­jąc się do wiwa­tów wzno­szo­nych przez senat, gdy Wite­liusz zbli­żał się na czele armii, która miała przy­nieść dra­mat jego pod­da­nym, roz­wa­żał nie­bez­pieczną grę, jaką wraz z ojcem będzie zmu­szony pro­wa­dzić przez naj­bliż­sze kilka mie­sięcy: żyć w mie­ście z władcą, któ­rego wła­dzę pra­gnęli sabo­to­wać.

W pew­nej chwili w oko wpadł mu męż­czy­zna prze­py­cha­jący się przez tłum w jego stronę. Znał go dobrze; był to wyzwo­le­niec jego stryja, Hor­mus. Dał mu znak, by się zatrzy­mał i odcze­kał na zakoń­cze­nie cere­mo­nii. Hor­mus ski­nął głową i cof­nął się do bramy naj­bliż­szej kamie­nicy.

– I co tam, Hor­mu­sie? – spy­tał pre­fekt, gdy po wszyst­kim przy­wi­tali się z wyzwo­leń­cem.

– Doko­nało się, panie. Juliusz Alek­san­der, pre­fekt Egiptu, naka­zał dwóm swoim legio­nom obwo­łać Wespa­zjana cesa­rzem w ostat­nie kalendy, czyli sie­dem­na­ście dni temu. Na wieść o tym dwa dni póź­niej to samo zro­biły jego wła­sne legiony w Ceza­rei. Pan przy­słał mnie pro­sto tutaj, abym wam przy­wiózł nowinę. Prosi, żeby­ście przy­go­to­wali mia­sto dla jego wojsk. Namiest­nik Syrii i zięć Wespa­zjana cią­gną lądem do Ita­lii. Liczą, że po dro­dze przy­łą­czą się do nich nie­za­do­wo­lone legiony z Mezji.

– Mucja­nus i Ceria­lis! – wykrzyk­nął Sabi­nus Star­szy. – Dla­czego oni? Czemu on sam nie pro­wa­dzi?

– Chce prze­jąć Rzym bez wojny, jedy­nie nią gro­żąc. Poma­sze­ro­wał do Egiptu, by zare­kwi­ro­wać tam­tej­sze zboże, a jak zdoła, to i afry­kań­skie. Postara się wziąć Wite­liu­sza gło­dem i tylko w razie odmowy ustą­pie­nia uciek­nie się do akcji zbroj­nej.

Sabi­nus popa­trzył na syna.

– Miejmy nadzieję, że moja opieka nad rodziną Wite­liu­sza na coś się przyda. Wygląda na to, że jakiś czas możemy być zakład­ni­kami.

– Nie powin­ni­śmy po pro­stu wyje­chać i dołą­czyć do stryja?

– Lepiej mu się przy­służę na miej­scu.

– Co pla­nu­jesz?

– Gdy nadej­dzie czas, zajmę mia­sto i utrzy­mam je, póki nie nad­cią­gnie z armią.

– Jak to, ludzie nie pozwolą mu abdy­ko­wać? – Sabi­nus ojciec rąb­nął obiema dłońmi w blat biurka.

– Jest, jak mówię. – Syn bez­rad­nie roz­ło­żył ręce. – Star­szy kon­sul odmó­wił przy­ję­cia noża, który Wite­liusz chciał mu oddać na znak zrze­cze­nia się wła­dzy. Potem tłum nie pozwo­lił mu udać się do świą­tyni Con­cor­dii, gdzie miał zło­żyć insy­gnia trium­falne, i zmu­sił go do powrotu na Pala­tyn. Wciąż tam sie­dzi. Ofi­cjal­nie na­dal jest cesa­rzem, choć wolałby wziąć tę willę w Kam­pa­nii wraz z gwa­ran­cją spo­koj­nej eme­ry­tury, które mu zapro­po­no­wa­łeś w imie­niu Wespa­zjana.

– Ach, ten tłu­sty, bez­wolny obżar­tuch! – Kolejne pla­śnię­cie w blat. – Na wyschnięte cycki Meduzy, tak się ugiąć przed motło­chem, który poję­cia nie ma o poli­tyce i nie wie, co dla nich dobre. Ja rozu­miem, że od wczo­raj trwają Satur­na­lia, ale niech nas bogo­wie chro­nią przed bie­da­kami odgry­wa­ją­cymi kró­lów dnia.

– Nie cho­dzi tylko o plebs. Swoje zro­bili także jego przy­ja­ciele i resztki pre­to­ria­nów. Twier­dzą, że oferta, jaką mu zło­ży­łeś w świą­tyni Apolla, to zwy­kły blef. Uwa­żają, że ani ty, ani Wespa­zjan nie dotrzy­ma­cie słowa. Nie widzą moż­li­wo­ści, żebyś pozwo­lił Wite­liu­szowi i jego synowi żyć. Szcze­rze mówiąc, trudno się im dzi­wić.

– Nie dalej jak przed mie­sią­cem jego armia ponio­sła klę­skę. Nie­do­bitki pod­dały się trzy dni temu i Walensa ścięto! Z samymi trzema kohor­tami miej­skimi mam wię­cej woj­ska od niego, nie mówiąc o wigi­lach. Jak mógłby nam zaszko­dzić?

– Mogą się wokół niego sku­piać nie­za­do­wo­leni – rzu­cił trzeci męż­czy­zna w izbie, odsu­wa­jąc się od regału, o który się opie­rał. – Mają rację, że nie ufają pro­po­zy­cji. Każę go uka­tru­pić razem z bacho­rem, gdy tylko będę mógł.

– Nie ty będziesz cesa­rzem, Domi­cja­nie – odparł szorstko Sabi­nus.

– Tak, ale będę synem cesa­rza. Gdy ojciec sie­dzi w Egip­cie, a mój brat w Judei, to mi da cał­kiem sporą wła­dzę.

– Jesteś osiem­na­sto­lat­kiem! Wła­dzy masz tyle, ile męska dziwka z kuta­sem w obu otwo­rach. Zamknij się i słu­chaj, a może się cze­goś nauczysz. – Sabi­nus Star­szy znów odwró­cił się do syna. – A co z Ger­ma­nami?

Junior się skrzy­wił.

– Z tym jest pro­blem, ojcze. Przy­boczna straż cesar­ska pozo­staje lojalna wobec Wite­liu­sza.

– Dobra, ale to tylko pię­ciu­set chłopa. Poślę jesz­cze raz do niego i zapo­wiem, że jeśli odrzuci ofertę, umrze, wcze­śniej zaś zoba­czy, jak jego chło­pa­kowi pod­ci­nają gar­dło. Niech ryzy­kuje, jeśli chce, ale byłby głup­cem, cokol­wiek Domi­cjan… – Roz­le­gło się stu­ka­nie do drzwi. – Wejść!

Zza futryny wyj­rzał Hor­mus.

– Przy­szła dele­ga­cja i chcą się z tobą widzieć – oznaj­mił. – Cze­kają na ulicy.

– No to ich wpuść i niech zacze­kają w atrium!

Wyzwo­le­niec drgnął, zasko­czony ostrym tonem odpo­wie­dzi.

– Zro­bił­bym tak, panie, ale wszy­scy się nie zmiesz­czą.