Wespazjan. Rzymski furieTekst

Z serii: Wespazjan #7
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


W cyklu o Wespa­zja­nie dotych­czas uka­zały się:

Try­bun Rzymu

Kat Rzymu

Fał­szywy bóg Rzymu

Utra­cony orzeł Rzymu

Władcy Rzymu

Zagi­niony syn Rzymu

Rzym­skie Furie

w przy­go­to­wa­niu

Święty ogień Rzymu

Kuzy­nowi Ari­sowi Carac­ciowi, jego żonie Natha­lie, ich dzie­ciom: Mathilde, Arthu­rowi, Vic­to­rowi i Mar­gaux, oraz wujowi Giu­seppe „Pinowi” Carac­ciowi – z wyra­zami miło­ści. Cie­płe słówka także dla Geo­rge’a i Ice’a, ich psów rasy cane corso, które były mi wzo­rem – bar­dzo dowol­nie przy­ję­tym – dla Kastora i Pol­luksa


PRO­LOG

RZYM, LISTO­PAD 58

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Mało kto lubił uczty Nerona; każda zda­wała się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność – i ta rów­nież nie była wyjąt­kiem.

Nie cho­dziło o nie­zli­czone dania, zawsze dosko­nale zapre­zen­to­wane i uro­czy­ście obno­szone przez dzie­siątki skąpo – jeśli w ogóle – odzia­nych nie­wol­ni­ków płci obojga, albo i bez­pł­cio­wych. Przy­czyną nie była też kon­wer­sa­cja, nud­nie ugrzecz­niona, spo­ra­dyczna i wyzuta z humoru; ani też roz­rywka, spro­wa­dza­jąca się do powta­rzal­nych serii ód w ulu­bio­nym stylu cesa­rza, tak po grecku, jak i po łaci­nie, dekla­mo­wa­nych przez okrop­nie zado­wo­lo­nego z sie­bie lir­nika, duf­nego we wła­sny talent, a przede wszyst­kim pew­nego wzglę­dów cesar­skich. Nawet wul­gar­ność skali bie­siady – trzy­dzie­ści trzy­oso­bo­wych sof i tyleż niskich sto­łów, usta­wio­nych w pod­kowę wokół arty­sty – byłaby do wyba­cze­nia (skoro już stała się normą za pano­wa­nia Nerona).

Żadna z tych rze­czy nie spra­wiała, że Tytus Fla­wiusz Sabi­nus z tru­dem zno­sił każdą chwilę w tym rojo­wi­sku i modlił się do Mitry, aby wresz­cie się skoń­czyła. W grę wcho­dził czyn­nik zupeł­nie innego rodzaju: strach.

Strach pokry­wał kom­natę niczym nie­wi­dzialna sieć gla­dia­tora, przy­ci­śnięta do posadzki oło­wia­nymi obciąż­ni­kami; retia­rius, który ją zarzu­cił, ścią­gał już sznurki i pułapka zamy­kała wszyst­kich w zasięgu, nie dając szansy na ucieczkę. Zła­pała się w nią więk­szość gości, choć żaden nie chciał tego po sobie poka­zać; ostat­nio, po czte­rech i pół roku rzą­dów Nerona, elita Rzymu zaczy­nała rozu­mieć, że oznaki stra­chu są dla cesa­rza tylko zachętą do jesz­cze gor­szych eks­ce­sów.

Nie zawsze tak było. W począt­kach pano­wa­nia władca umiał się powścią­gnąć – przy­naj­mniej publicz­nie – choć zgwał­cił już i otruł swego przy­bra­nego brata Bry­ta­nika, pra­wo­wi­tego następcę cesa­rza Klau­diu­sza, któ­rego pomi­nięto w suk­ce­sji z powodu zbyt mło­dego wieku. Zbrod­nię tę – w każ­dym razie jej część bra­to­bój­czą – można by jed­nak uspra­wie­dli­wiać koniecz­no­ścią poli­tyczną: żyjący Bry­ta­nik mógłby stać się sym­bo­lem opo­zy­cji i poten­cjal­nego kon­fliktu. Argu­men­to­wano, że jego śmierć zapo­bie­gła kolej­nej woj­nie domo­wej, zatem była to ofiara dla dobra ogółu – lud więc skwa­pli­wie przy­mknął oko na mord chłopca tuż przed jego czter­na­stymi uro­dzi­nami i wej­ściem w wiek męski.

Uśmier­ciw­szy jedy­nego poważ­nego rywala – i paru pomniej­szych – Neron oddał się życiu w luk­su­sie, rzą­dze­nie impe­rium pozo­sta­wia­jąc głów­nie byłemu nauczy­cie­lowi, a obec­nie doradcy, Lucju­szowi Anne­uszowi Senece, oraz pre­fek­towi gwar­dii pre­to­riań­skiej Sek­stu­sowi Afra­niu­szowi Bur­ru­sowi. Sam wolał poświę­cać czas dwóm swoim pasjom: wyści­gom rydwa­nów i pie­śniar­stwu – natu­ral­nie z zacho­wa­niem wszel­kiej dys­kre­cji. Dla patry­cju­sza, a tym bar­dziej władcy nie do pomy­śle­nia było publicz­nie zaj­mo­wać się któ­rym­kol­wiek z tych pospo­li­tych hobby, dobrych naj­wy­żej dla wyzwo­leńca i nie­wol­nika. Neron zda­wał sobie sprawę z god­no­ści monar­szego sta­no­wi­ska i nie zdra­dzał się z tak pry­mi­tyw­nym gustem nikomu poza naj­ści­ślej­szym krę­giem zaufa­nych na Pala­ty­nie. Dla rzym­skich oby­wa­teli Złoty Cesarz, jak lubili nazy­wać swego prin­cepsa, pierw­szego wśród rów­nych, z czu­pryną barwy brza­sku, był spra­wie­dli­wym i hoj­nym władcą – o czym świad­czyły wspa­niałe igrzy­ska i publiczne uczty, które im zapew­niał. Ofi­cjal­nie był żonaty z Klau­dią Okta­wią, córką Klau­diu­sza, i pro­wa­dził się jak przy­stało na god­nego, odda­nego tra­dy­cji Rzy­mia­nina – to, że mał­żeń­stwo było kazi­rod­cze, szybko poszło w zapo­mnie­nie, też pro publico bono – pod tą sza­cowną fasadą kryło się jed­nak coś zupeł­nie innego.

Ludzie z bli­skiego oto­cze­nia cesa­rza wie­dzieli już, że on jeden może zapa­no­wać nad swoim zacho­wa­niem; jeżeli jed­nak nie zechciał, to jego prawo. Seneka i Bur­rus, któ­rzy wspól­nie wzięli na sie­bie zada­nie ukształ­to­wa­nia mło­dego prin­cepsa na umiar­ko­wa­nego i spra­wie­dli­wego monar­chę, nie potra­fili okieł­znać żądzy, które w nim rosły przez dwa­dzie­ścia jeden lat.

A były one ogromne.

Zbyt wiel­kie, by mogła je zaspo­koić młoda, po patry­cju­szow­sku sztywna żona, spo­czy­wa­jąca teraz po jego lewicy z pozba­wio­nym wyrazu spoj­rze­niem, któ­rego nic nie oży­wiało przez minione cztery lata – to jest, odkąd mąż ją upo­ko­rzył, bio­rąc do łóżka wyzwo­le­nicę, jej zaś nie dając szansy uro­dze­nia mu następcy. Jed­nakże nawet wdzięki owej Akte nie wystar­czały, by nasy­cić mło­dzieńca, który pojął, że może zro­bić wszystko, co mu się spodoba, z każ­dym, kogo sobie upa­trzy.

Sta­wało się zaś jasne, że upodo­ba­nia ma prze­różne. Zwo­ły­wa­nie rzym­skiej śmie­tanki na wystawne uczty pra­wie bez uprze­dze­nia, choć dla wielu kło­po­tliwe, nale­żało do naj­nie­win­niej­szych zabaw; były jed­nak i mrocz­niej­sze roz­rywki, które Neron lubił jesz­cze bar­dziej. Jed­nej z nich – domy­ślił się Sabi­nus, widząc zbli­ża­ją­cego się doń Tygel­lina, pre­fekta wigi­lów – cesarz zamie­rza się oddać póź­niej. Po raz kolejny.

Ciem­no­oki pre­fekt o ostrych rysach nachy­lił się do jego ucha.

– Kwi­ry­nał, od czwar­tej godziny – szep­nął i z uśmie­chem podob­nym do wyszcze­rzo­nych zębów wście­kłego psa pokle­pał go po policzku, nim odszedł.

Tytus wes­tchnął, się­gnął po kie­lich, wychy­lił go jed­nym hau­stem i pod­su­nął cze­ka­ją­cemu za sofą nagiemu chłopcu wysma­ro­wa­nemu srebr­nym lakie­rem. Nie­wol­nik usłuż­nie napeł­nił naczy­nie. Tytus zwró­cił się do kor­pu­lent­nego sąsiada i cicho powie­dział:

– Powi­nie­neś spie­szyć do domu, wuju, gdy tylko uczta się skoń­czy… jeżeli kie­dy­kol­wiek się tego docze­kamy. On znów chce wyjść wie­czo­rem. Tygel­lin wła­śnie mnie poin­for­mo­wał, że wigi­lo­wie nie będą patro­lo­wać Kwi­ry­nału po czwar­tej godzi­nie nocy… oczy­wi­ście poza jed­nym, który będzie ochra­niał Nerona.

Wuj Sabi­nusa, Gajusz Wespa­zjusz Pollo, odgar­nął znad uczer­nio­nej brwi sta­ran­nie zakrę­cony lok i spoj­rzał na sio­strzeńca, wyraź­nie zanie­po­ko­jony odwo­ła­niem noc­nej straży z jego dziel­nicy.

– Znowu Kwi­ry­nał, mój chłop­cze? – jęk­nął. – Toż myśmy tam jesz­cze nie doszli do sie­bie po jego sza­leń­stwie sprzed mie­siąca!

Tytus ski­nął głową, w zamy­śle­niu pod­no­sząc puchar do ust.

– Dwa domy i kamie­nica spa­lone do fun­da­men­tów, kilka gwał­tów, nie­zli­czone kon­tu­zje i zła­ma­nia, parę mor­derstw i wymu­szone samo­bój­stwo Juliu­sza Mon­ta­nusa za to, że śmiał się bro­nić, napad­nięty, jak sądził, przez nie­wol­nika w idio­tycz­nej peruce.

– No wła­śnie! – Obwi­słe policzki i pod­bró­dek Gaju­sza zafa­lo­wały w gry­ma­sie wzbu­rze­nia, gdy się­gał po kolejny pasz­te­cik z sar­de­lami. – Sena­to­rowi każe się ode­brać sobie życie, choć pospie­szył z prze­pro­si­nami, gdy się zorien­to­wał, że zbir, któ­rego zdą­żył obez­wład­nić, to w samej rze­czy impe­ra­tor. Tego już za wiele. Od roku tak sobie poczyna. Jak długo jesz­cze mamy zno­sić podobne rze­czy?

Pasz­te­cik w cało­ści znik­nął w jego ustach.

– Sam znasz odpo­wiedź: dopóki Neron nas do tego zmu­sza. Tak sobie wyobraża roz­rywkę, a że jesz­cze go pod­ju­dzają przy­ja­ciele, Oton i inne młode byczki, może być tylko gorzej.

Sabi­nus zer­k­nął na wyso­kiego, postaw­nego i bar­dzo uro­dzi­wego męż­czy­znę roz­par­tego na sofie po pra­wicy cesa­rza. Trzy lata od Nerona star­szy Marek Sal­wiusz Oton bywał jego kochan­kiem, odkąd przy­szły władca skoń­czył dzie­sięć lat.

– A w tej sytu­acji to ty, mój chłop­cze, jako pre­fekt miej­ski odpo­wie­dzialny za prawo i porzą­dek w Rzy­mie, wycho­dzisz na głupca – zauwa­żył Gajusz i przy­łą­czył się do burz­li­wego aplauzu zapo­cząt­ko­wa­nego przez Nerona, który pła­kał ze wzru­sze­nia po wysłu­cha­niu ostat­niej dekla­ma­cji.

– Wiesz dosko­nale, że nic na to nie pora­dzę! – Sabi­nus pod­niósł głos, by prze­krzy­czeć pochwal­czą wrzawę. – Tygel­lin uprze­dza mnie, skąd wycofa patrole, żebym ja z kolei mógł posta­wić tam w pogo­to­wiu cen­tu­rię z miej­skiej kohorty, na wypa­dek gdyby trzeba było szybko wycią­gnąć stam­tąd cesa­rza albo jego wyczyny dopro­wa­dziły do zamie­szek. Nazywa to sta­ra­niem o zmi­ni­ma­li­zo­wa­nie prze­mocy.

– Aku­rat! – Gajusz prych­nął wzgar­dli­wie i znów się­gnął po pasz­te­cik. – Im więk­sza awan­tura się z tego roz­wi­nie, tym bar­dziej się cie­szy, bo to wię­cej stra­chu dla nas. A Neron tym bez­piecz­niej się czuje, im bar­dziej się go boimy, i Tygel­lin rów­nież. Na szczę­ście kaza­łem cze­kać czte­rem chło­pa­kom od Tigrana, odpro­wa­dzą mnie do domu. Inna rzecz, że odkąd prze­jął po Magnu­sie komendę nad Brac­twem Połu­dnio­wego Kwi­ry­nału, ta przy­sługa wię­cej mnie kosz­tuje… a wszystko przez to, że ty się nie wywią­zu­jesz ze swo­ich powin­no­ści.

 

Zamie­sza­nie w dru­gim końcu sali ura­to­wało Tytusa przed poryw­czą ripo­stą; ku wzbu­rze­niu więk­szo­ści obec­nych – nie­zbyt uda­nie skry­wa­nemu – wkro­czyła nałoż­nica cesar­ska Akte, ubrana, ufry­zo­wana i obwie­szona klej­no­tami w jar­marcz­nym guście (nic zaska­ku­ją­cego u kogoś, kto świeżo zdo­był pie­nią­dze i pozy­cję). Zatrzy­mała się na chwilę, pozwa­la­jąc, by jej słu­żące – też prze­sad­nie, po nuwo­ry­szow­sku liczne – bez widocz­nej potrzeby popra­wiły jej suk­nię, spię­trzony wymyśl­nie blond kok i zde­cy­do­wa­nie zbyt krzy­kliwy maki­jaż. Rozej­rzała się wynio­śle po kom­na­cie, zatrzy­mała spoj­rze­nie na Nero­nie i opę­dziw­szy się paroma klap­sami od nie­wol­nic, poże­glo­wała ku niemu.

Ucztu­jący zamil­kli w napię­ciu. Wszyst­kie oczy zwró­ciły się na cesa­rzową.

– Czuję, że na mnie już czas, naj­droż­szy mężu – rze­kła Klau­dia Okta­wia, z wdzię­kiem wsta­jąc z sofy. – Dole­ciał mnie zapa­szek cze­goś, co mi szko­dzi. Lepiej się położę, póki sen­sa­cje żołąd­kowe nie ustaną.

Nie cze­ka­jąc na mężow­skie przy­zwo­le­nie (Neron nawet jej nie sły­szał, pochło­nięty przej­rzy­sto­ścią szaty Akte, pod którą nie wło­żyła nic innego), Klau­dia sztywno wypro­sto­wana, ema­nu­jąca patry­cju­szow­ską god­no­ścią, opu­ściła salę bie­siadną.

– Wielu jest po jej stro­nie – szep­nął sio­strzeń­cowi Gajusz. – Na przy­kład Kal­pur­niusz Pizon, Tra­zea Petus, naj­więk­szy ponu­rak wśród rzym­skich sto­ików, czy Feniusz Rufus.

Pod­czas gdy Neron osten­ta­cyj­nie witał się ze swą kochanką, ona zaś upew­niała się, że wszy­scy dobrze widzą, w jakich to łaskach się pławi, Sabi­nus spoj­rzał w stronę trzech sena­to­rów w śred­nim wieku, zaj­mu­ją­cych sofę naprze­ciwko. Z chmurną dez­apro­batą patrzyli na ten dowód wypar­cia córki poprzed­niego cesa­rza przez takie bez­gu­ście, pro­stacką akro­batkę sek­su­alną. Ich żony, zaj­mu­jące sąsied­nią sofę, demon­stra­cyj­nie odwra­cały wzrok od takiego afrontu dla kobie­cej dumy.

– Prze­glą­da­łem doroczny raport Feniu­sza – powie­dział. – Wygląda na to, że nie wzbo­ga­cił się na sta­no­wi­sku pre­fekta od apro­wi­za­cji. Ot, parę łapó­wek tu i tam.

– Zawsze miał opi­nię uczci­wego do bólu – mruk­nął Gajusz. – Moral­ność i poglądy jak za daw­nej repu­bliki. To raczej Katon, nie Kras­sus. Co zaś do Pizona i Tra­zei, bogo­wie tylko wie­dzą, co ci dwaj muszą sądzić o takim trak­to­wa­niu córy Klau­diu­szów przez cesa­rza, nawet jeśli jej ojciec był zaśli­nio­nym głup­cem. A już ich zda­nia o noc­nych eska­pa­dach Nerona nawet nie pró­bo­wał­bym sobie wyobra­żać… na twoim miej­scu.

Tytus się nie ode­zwał, sku­pia­jąc uwagę na pucha­rze z winem. Z mar­sem na czole słu­chał pół­u­chem kolej­nej ody, przy­gnę­biony tym, że nie potrafi utrzy­mać bez­pie­czeń­stwa w lep­szych dziel­ni­cach Rzymu. Odkąd go odwo­łano – już pra­wie dwa lata temu – z funk­cji zarządcy pro­win­cji Mezji, Mace­do­nii i Tra­cji, i nie­spo­dzie­wa­nie powie­rzono mu pre­fek­turę Rzymu oraz nad­zór nad codzien­nymi spra­wami mia­sta, bez­sku­tecz­nie sta­rał się usta­lić, czy­jej pro­tek­cji zawdzię­cza ten urząd. Nie umieli mu w tym dopo­móc ani wuj, ani brat Wespa­zjan. Dobro­czyńca pozo­sta­wał ano­ni­mowy. Natu­ral­nie Sabi­nus czuł się nie­swojo, nie wie­dząc, czyim jest dłuż­ni­kiem i kiedy przyj­dzie mu się wypła­cić, cie­szył się jed­nak tą nomi­na­cją i pre­sti­żem, jakiego mu przy­da­wała: był jed­nym z pię­ciu naj­bar­dziej wpły­wo­wych ludzi w mie­ście, po cesa­rzu, ma się rozu­mieć – przy­naj­mniej ofi­cjal­nie.

Nie­ofi­cjal­nie to kilku innych miało lep­szy dostęp do ucha władcy niż on, zwłasz­cza Seneka, Bur­rus i kon­su­lo­wie, ale naj­waż­niejsi byli w tym gro­nie Oton i Tygel­lin. Tech­nicz­nie Sabi­nus był prze­ło­żo­nym tego ostat­niego – wigi­lo­wie, podob­nie jak kohorty miej­skie, pod­le­gali pre­fek­towi mia­sta – ale prak­tycz­nie nie miał nad nim żad­nej kon­troli. Tygel­lin, bez­wstydny i zde­pra­wo­wany, łatwo wkradł się w łaski cesa­rza, w któ­rym od razu roz­po­znał pokrewną duszę; to on przy­trzy­my­wał Bry­ta­nika, kiedy Neron go pene­tro­wał pod­czas owej feral­nej, ostat­niej w życiu chłopca uczty. Nie­moż­ność zdy­scy­pli­no­wa­nia pod­wład­nego odbie­rała god­no­ści pre­fekta cały blask. Tytus czuł, że w oczach Rzy­mian wygląda to tak, jakby przy­zwa­lał na akty prze­mocy, ostat­nio częst­sze, gdyż coraz wię­cej mło­dzieży brało uliczne sza­leń­stwa cesa­rza za zachętę do podob­nych eks­ce­sów.

– Po tej nie­daw­nej roz­mo­wie zakła­dam… – w myśli Sabi­nusa wdarł się głos dobie­ga­jący z tyłu – …bo chyba można tak to nazwać? Nie, nie można, ty nie ode­zwa­łeś się bowiem do Tygel­lina ani sło­wem, prawda, pre­fek­cie? Przyj­mijmy zatem, że było to pole­ce­nie. Tak jest, twój pod­władny wydał ci roz­kaz. Zakła­dam więc, że Neron znów dzi­siaj wycho­dzi.

– Bystre spo­strze­że­nie, Seneko – odparł Tytus, nawet się nie oglą­da­jąc.

– Czyli kolejny triumf rzym­skiego prawa i porządku publicz­nego. Aż się zasta­na­wiam, czy słusz­nie zro­bi­łem, przyj­mu­jąc bar­dzo poważną łapówkę za zatwier­dze­nie two­jej nomi­na­cji. Może dla powszech­nego dobra nale­żało zado­wo­lić się mniej­szą kwotą i wybrać kogoś bar­dziej kom­pe­tent­nego.

Sabi­nus ani drgnął.

– Kie­dyż to zro­bi­łeś cokol­wiek dla wspól­nego dobra? – odburk­nął.

– Nie­miłe słowa, Sabi­nu­sie. A kto od paru lat powściąga poczy­na­nia cesa­rza?

– Ledwo ci to wycho­dzi. Zapewne spra­wia ci przy­jem­ność ośmie­sza­nie mnie w roli pre­fekta miej­skiego. A skoro już się zga­dało, to kto cię prze­ku­pił w moim imie­niu?

– Już ci mówi­łem, że jako czło­wiek o ści­słych zasa­dach moral­nych nie mógł­bym zdra­dzić tak pouf­nych infor­ma­cji, w każ­dym razie bez sto­sow­nej… jak to naj­le­piej nazwać… zachęty. O, wła­śnie. Zachęty. Tak czy owak, nie o tym chcia­łem z tobą pomó­wić. Cho­dzi o twoje zapy­ta­nie.

– Ach tak? – Pre­fekt na­dal sie­dział nie­ru­chomo, nie patrząc na roz­mówcę.

– Tak. Sta­no­wi­ska kon­su­lów są już zajęte…

– Kupione, chcesz powie­dzieć.

– Nie bądź śmieszny. Cesarz nie musi kupo­wać urzę­dów.

– Jaka szkoda dla two­jej kiesy.

– Pusz­czę to mimo uszu. Twój zięć może się spo­dzie­wać tej funk­cji naj­wcze­śniej za trzy lata i cena jest nie do nego­cja­cji: dwa miliony sester­cji.

– Dwa miliony! To dwa razy wię­cej niż próg wej­ścia do senatu!

Teraz Sabi­nus się odwró­cił, lecz ujrzał już tylko plecy odda­la­ją­cego się Seneki. Patrzył, jak główny doradca Nerona przy­suwa się do Marka Wale­riu­sza Mes­sali Kor­wina, przy­się­głego wroga jego i Wespa­zjana, odkąd porwał żonę Sabi­nusa, Kle­men­tynę, i oddał ją Kali­guli, który ją wie­lo­krot­nie i bru­tal­nie zgwał­cił. Wzbu­rze­nie wyso­ko­ścią żąda­nia Seneki od razu mu minęło, wyparte przez cie­ka­wość.

– Co Kor­win chce uzy­skać od Seneki, wuju? – spy­tał.

– Uhm… że co?

Tytus powtó­rzył pyta­nie.

– Lukra­tywną pro­win­cję w zarząd. Podobno stara się o Luzy­ta­nię, a to dla zysków z opo­dat­ko­wa­nia garum. Wyobra­żasz sobie chyba, jakie pie­nią­dze się robi na ryb­nym sosie.

– Skąd w takim razie bie­rze pie­nią­dze na łapówkę?

– Żaden pro­blem. Jeśli Kor­win gotów jest pła­cić lichwiar­skie odsetki, Seneka mu ją skre­dy­tuje. Oczy­wi­ście pod warun­kiem, że Kor­win znaj­dzie odpo­wied­niego porę­czy­ciela. To też kosz­tuje, ale opłaci mu się to, jeżeli dosta­nie Luzy­ta­nię.

I tak to działa, pomy­ślał Tytus: Senece naj­wy­raź­niej zależy tylko na zbi­ciu for­tuny dzięki zaj­mo­wa­nej pozy­cji, co po cichu musi wielce bawić tych nie­licz­nych, któ­rzy prze­czy­tali jego trak­taty filo­zo­ficzne. Ale to w końcu nic wyjąt­ko­wego. Jego poprzed­nik Pal­las, główny stron­nik rodu Fla­wiu­szów za pano­wa­nia Klau­diu­sza i w pierw­szych latach rzą­dów Nerona, doro­bił się ogrom­nego majątku jako naj­bar­dziej zaufany doradca cesar­ski, zanim wypadł z łask jed­no­cze­śnie ze swą kochanką, matką Nerona, Agry­piną. Ska­zany na wygna­nie prze­by­wał teraz w swo­ich wiej­skich posia­dło­ściach; jego czas wpły­wów w poli­tyce cesar­skiej się skoń­czył. Pal­lasowi powio­dło się lepiej niż Nar­cy­zowi, któ­rego wyma­new­ro­wał ze sta­no­wi­ska – ten został stra­cony, mimo bogac­twa, a może wła­śnie przez nie, jak można by się domy­ślać.

Nie widząc innej moż­li­wo­ści zebra­nia sumy żąda­nej za zała­twie­nie kon­su­latu swemu zię­ciowi, Lucju­szowi Cezen­niu­szowi Petu­sowi, niż zapo­ży­cze­nie się u samego Seneki (co w ogóle nie wcho­dziło w grę), Sabi­nus wró­cił myślami do kwe­stii, od któ­rej tego popo­łu­dnia ode­rwało go wezwa­nie na ucztę do cesa­rza. Nie­które obo­wiązki pre­fekta miej­skiego wyma­gały mniej wysiłku niż inne. Do tych mil­szych nale­żało prze­słu­chi­wa­nie więź­niów przed­sta­wia­ją­cych zagro­że­nie dla bez­pie­czeń­stwa impe­rium; kiedy zaś dany deli­kwent nie był już rzym­skim oby­wa­te­lem, co dla pre­fekta ozna­czało więk­szą swo­bodę dzia­ła­nia, rzecz zamie­niała się w praw­dziwą przy­jem­ność. W tym wypadku rzecz była o tyle słod­sza, że nie­ko­niecz­nie cho­dziło o sprawę wagi pań­stwo­wej: owego czło­wieka pode­słał mu Wespa­zjan z prośbą o uwię­zie­nie i prze­słu­cha­nie; odwza­jem­niał w ten spo­sób jakąś przy­sługę, choć jaką i komu, Tytus nie miał poję­cia.

Z zadumy wyrwał go chra­pliwy głos Nerona, prze­bi­ja­jący się ponad burzę okla­sków, gdy pieśń wresz­cie dobie­gła końca.

– Przy­ja­ciele! Chciał­bym, żeby­śmy mieli wię­cej czasu na delek­to­wa­nie się tym szcze­gól­nym darem bogów. – Władca uniósł dłoń ku niebu i patrzył na nią chwilę z miną wyra­ża­jącą głę­boką wdzięcz­ność. Prze­niósł potem spoj­rze­nie na lir­nika, zamknął oczy i wziął długi oddech, jak gdyby napa­wał się naj­słod­szymi woniami. – Naszego Terp­nusa Apollo pobło­go­sła­wił gło­sem jak miód i jakże spraw­nymi pal­cami.

Zebrani ocho­czo pota­ki­wali, choć nie­je­den z wraż­liw­szych na muzykę uznał ocenę cesa­rza za prze­sa­dzoną.

Neron ski­nął muzy­kan­towi głową i nabrał powie­trza. Terp­nus trą­cił strunę, po czym – ku zdu­mie­niu wszyst­kich gości, u nie­któ­rych bar­dziej wyraź­nemu – cesarz wydał prze­cią­gły, wibru­jący dźwięk, pra­wie zgodny z tonem liry, lecz znacz­nie słab­szy i nie tak stały. Widow­nia wolała jed­nak uznać to za prze­jaw nie­skoń­cze­nie dosko­na­łej har­mo­nii i geniu­szu niż za poża­ło­wa­nia godny fałsz (co byłoby bliż­sze prawdy). Gdy tylko głos się zała­mał i ucichł, salą wstrzą­snął entu­zja­styczny aplauz. Damy, które już doświad­czyły bru­tal­nego gwałtu ze strony cesa­rza, jak i te pełne obaw, że wkrótce nadej­dzie ich kolej, potul­nie kla­skały w dło­nie; ich mężo­wie nie szczę­dzili pochwal­nych okrzy­ków na cześć czło­wieka, który bez­cze­ścił ich kobiety, okra­dał ich z majątku albo i życia. Sabi­nus i Gajusz skwa­pli­wie się dołą­czyli do tego chóru, uni­ka­jąc wymiany spoj­rzeń.

– Przy­ja­ciele! – wychry­piał Neron. – Od trzech lat Terp­nus był mi nauczy­cie­lem, wydo­by­wał z waszego cesa­rza wro­dzony talent. Tre­no­wa­łem, leżąc z oło­wia­nymi cię­żar­kami na piersi, bra­łem lewa­tywy i środki wymiotne, wyrzu­ci­łem z diety jabłka i inne pro­dukty szko­dliwe dla głosu. Wytrwale robi­łem to wszystko pod kie­run­kiem naj­więk­szego arty­sty naszych cza­sów… i wkrótce będę gotów wystą­pić przed wami!

Na moment zapa­dła cisza. Okropna per­spek­tywa zła­ma­nia tabu zabra­nia­ją­cego zna­czą­cym per­so­nom – a cóż dopiero władcy! – publicz­nych wystę­pów jesz­cze docie­rała do obec­nych, gdy audy­to­rium eks­plo­do­wało ogłu­sza­jącą wrzawą, jak gdyby Neron wła­śnie ogło­sił, że spełni się naj­więk­sze ich życiowe pra­gnie­nie, któ­rego reali­za­cji do tej pory nikt się jed­nak nie spo­dzie­wał.

Cesarz stał pół­pro­fi­lem do gości, z prawą ręką wycią­gniętą ku nim i lewą na sercu; łzy cie­kły mu po bla­dych policz­kach i wię­zły w rzad­kiej zło­ta­wej bro­dzie, naj­gę­ściej rosną­cej na pod­bródku, mimo mło­dego wieku już obwi­słym pod cię­ża­rem wygod­nego życia. Wyglą­dało to tak, jakby pozwa­lał się omy­wać tym obja­wom uwiel­bie­nia.

– Przy­ja­ciele! – wydu­sił w końcu gło­sem nabrzmia­łym emo­cją. – Rozu­miem waszą radość. W końcu będzie­cie mogli dzie­lić ze mną dar mojego głosu… naj­pięk­niej­szej ze zna­nych mi rze­czy.

 

Akte, roz­parta na miej­scu zwol­nio­nym przez Klau­dię Okta­wię, nie wyglą­dała na prze­ko­naną.

– Tak piękną jak moja nowa żona, prin­cep­sie? – spy­tał Oton z nutą pijac­kiego śmie­chu; on i Neron tak długo się przy­jaź­nili, że jako jedyny czło­wiek w Rzy­mie miał prawo do takiego prze­ko­ma­rza­nia się z cesa­rzem.

Władca, by­naj­mniej nie­ura­żony tą uwagą, odwró­cił się z uśmie­chem w stronę druha, z któ­rym bywali też kochan­kami.

– Cały wie­czór prze­chwa­la­łeś się wdzię­kami Pop­pei Sabiny, Marku – odparł. – Kiedy ją wresz­cie przy­wie­ziesz do Rzymu, zaśpie­wam dla niej i będziesz mógł oce­nić, co pięk­niej­sze, ona czy mój głos.

Oton uniósł puchar w toa­ście.

– Tak zro­bię, prin­cep­sie, a tego, kto wygra, prze­lecę! Pop­pea zje­dzie tu za cztery dni.

To wzbu­dziło salwę śmie­chu i rubasz­nych okrzy­ków; młode hulaki uwa­ża­jące się za bli­skich kole­gów cesa­rza szybko jed­nak umil­kły pod jego palą­cym spoj­rze­niem. Gdy się znów uci­szyło, Neron przy­brał wyraz czy­stej pokory.

– Już nie­długo, moi mili, będę dla was gotowy. Na razie muszę jesz­cze poćwi­czyć. Żegnam.

Ski­nąw­szy na Akte, Terp­nusa, Otona i resztę towa­rzy­szy, by szli za nim, cesarz opu­ścił salę. Uczta była zakoń­czona, ku uldze wszyst­kich pozo­sta­łych. Strach odpły­nął wraz z nim.

– Nic mi nie będzie, mój chłop­cze – upie­rał się Gajusz, gdy z Sabi­nu­sem doszli na Forum. Kamienne płyty placu, mokre od mżawki, skrzyły się odbi­tym bla­skiem pochodni w rękach ich licz­nych ochro­nia­rzy oraz innych podob­nych orsza­ków. – To tylko pół mili pod górę. Poza tym będą mnie strzec chłopcy od Tigrana.

Tytus patrzył na wuja z powąt­pie­wa­niem.

– W każ­dym razie ruszaj­cie się żwawo. – Klep­nął w ramię naj­więk­szego, naj­bar­dziej woło­wa­tego z czwórki podą­ża­ją­cych za nimi osił­ków. – Nie wda­waj­cie się w żadne burdy, Sek­stu­sie, i trzy­maj­cie się lepiej oświe­tlo­nych ulic.

– Żad­nych burd i trzy­mać się lepiej oświe­tlo­nych ulic – powtó­rzył ochro­niarz, przy­swa­ja­jąc otrzy­mane pole­ce­nie. – Prze­każ, panie, pozdro­wie­nia od wszyst­kich chło­pa­ków dla sena­tora Wespa­zjana i Magnusa, gdy ich spo­tkasz.

– Nie omiesz­kam. – Sabi­nus ści­snął ramię krew­nego. – Wyru­szamy do Aquae Cuti­liae o dru­giej godzi­nie dnia, wuju.

– Będę cze­kał z powo­zem przy Bra­mie Kol­liń­skiej. Miejmy nadzieję, że moja sio­stra wytrzyma jesz­cze dwa dni, zanim tam doje­dziemy.

– Mamie nie brak deter­mi­na­cji. – Tytus się uśmiech­nął, lecz w świe­tle pochodni na jego krą­głej twa­rzy malo­wał się smu­tek. – Nie prze­kro­czy Styksu, póki się z nami nie zoba­czy.

– Wespa­zja zawsze lubiła rzą­dzić męż­czy­znami. Nie zdzi­wił­bym się, gdyby celowo umarła przed naszym przy­by­ciem, choćby po to, żeby­śmy poczuli się winni z powodu opóź­nie­nia wyjazdu o dobę.

– Nic nie mogli­śmy na to pora­dzić, wuju. Sprawy Rzymu są waż­niej­sze niż oso­bi­ste.

– I ni­gdy nie było ina­czej, mój drogi. To do zoba­cze­nia jutro.

Sabi­nus patrzył, jak wuj wkra­cza przez kolum­nadę na Forum Cezara u pod­nóża Kwi­ry­nału i znika mu z pola widze­nia, oto­czony przez czwórkę kolo­sów z pochod­niami, mają­cych go chro­nić przed nie­bez­pie­czeń­stwami dzi­cze­ją­cego nocą mia­sta.

Modląc się do Mitry, by zacho­wał jego matkę jesz­cze choć te dwa dni, Tytus zawró­cił i skie­ro­wał się ku pobli­skiemu Tul­lia­num u stóp Kapi­tolu.

– I jak on tam, Ble­zu­sie? – spy­tał, gdy otwo­rzyły się przed nim okute żela­zem wrota wię­zie­nia i wyj­rzał zza nich potęż­nie zbu­do­wany łysy męż­czy­zna w popla­mio­nym skó­rza­nym far­tu­chu na tunice.

– Nie tkną­łem go, pre­fek­cie. – Nad­zorca wzru­szył ramio­nami. – Z dołu sły­chać cza­sem jęki, ale na ogół mil­czy. No, na pewno nie kwapi się do mówie­nia, jeśli to mia­łeś na myśli.

– Pew­nie mia­łem. – Tytus wes­tchnął, sado­wiąc się na jedy­nym wygod­nym krze­śle w nisko skle­pio­nym pomiesz­cze­niu, i spoj­rzał na klapę w pod­ło­dze, ledwo widoczną w mdłym świe­tle sto­ją­cej na stole lampy oliw­nej. – Cóż, w takim razie wycią­gnijmy go na górę i jedźmy dalej. Myślę, że tym razem spró­bu­jemy sil­niej­szej zachęty. Muszę mieć odpo­wiedź dzi­siaj, bo rano wyjeż­dżam z mia­sta na kilka dni.

Ble­zus ski­nął na kogoś skry­tego w zacie­nio­nym rogu izby. Wło­chaty olbrzym, ubrany tylko w prze­pa­skę bio­drową, dźwi­gnął się z bar­łogu. W ręku trzy­mał kość, któ­rej pocho­dze­nia Sabi­nus wolał się nie domy­ślać.

– Na dół z tobą, Ślicz­notko – rzu­cił nad­zorca i pocią­gnął za linę otwie­ra­jącą klapę. – Przy­nieś go tutaj i nie gryź po dro­dze wię­cej niż raz.

Ślicz­notka mruk­nął coś nie­zro­zu­miale i wypu­ścił kość. Jego twarz, pła­ska, jakby ją ktoś ubił szpa­dlem, pękła w lubież­nym uśmie­chu, gdy ener­gicz­nie kiwał głową na potwier­dze­nie, że zro­zu­miał roz­kaz. Pre­fekt obser­wo­wał z odrazą, jak potwór znika w pod­zie­miu – jedy­nej celi rzym­skiego wię­zie­nia publicz­nego; chwilę się zasta­na­wiał, jak może brzmieć jego praw­dziwe imię, szybko jed­nak uznał, że zada­nie takiego pyta­nia uwła­cza­łoby jego god­no­ści.

Z dołu dobiegł krzyk bólu, odbity głu­chym echem od kamien­nych ścian. W ślad za nim roz­le­gło się gar­dłowe wark­nię­cie, co pre­fekt przy­jął za komendę straż­nika. Chwilę póź­niej z dziury wychy­nęła głowa więź­nia. Męż­czy­zna pod­cią­gnął się na rękach, gorącz­kowo pró­bu­jąc się wydo­stać na górę, byle dalej od powar­ku­ją­cej nań bestii. Jesz­cze kilka kon­wul­syj­nych ruchów i deli­kwent sta­nął przed nimi cały i zdrowy, lecz nagi, z dłu­gimi wło­sami i zaro­stem pozle­pia­nymi od brudu.

– Dobry wie­czór, Wenu­cju­szu – zagru­chał Sabi­nus, jakby zoba­czył coś naj­przy­jem­niej­szego pod słoń­cem. – Cie­szę się, że zdo­ła­łeś unik­nąć pożar­cia przez Ślicz­notkę na kola­cję. Może teraz wró­cimy do zaczę­tej przed połu­dniem roz­mowy.

Czło­wiek zwany Wenu­cju­szem wypro­sto­wał się dum­nie. Mię­śnie klatki pier­sio­wej, ud i ramion miał mocno wyrzeź­bione; nawet odarty z odzieży ema­no­wał god­no­ścią, gdy wbił wzrok w prze­śla­dowcę.

– Nie mam ci nic do powie­dze­nia, Tytu­sie Fla­wiu­szu Sabi­nu­sie. Jestem oby­wa­te­lem rzym­skim i nic nie możesz mi zro­bić, dopóki nie sko­rzy­stam z prawa ape­la­cji do cesa­rza.

Sabi­nus uśmiech­nął się ponuro.

– Zdra­dzi­łeś Rzym, gdy popro­wa­dzi­łeś Bry­gan­tów do buntu prze­ciwko nam. Oby­wa­tel­stwo zostało ci ode­brane i wąt­pię, abyś zna­lazł kogo­kol­wiek, kto sprze­ci­wiłby się wyję­ciu zdrajcy spod prawa. Cesarz nie wie, że jesteś w mie­ście, z czego wła­ści­wie powi­nie­neś się cie­szyć, gdyż sądzę, że zarzą­dziłby twoją natych­mia­stową egze­ku­cję. Pytam więc uprzej­mie jesz­cze raz, lecz już ostatni: kto sfi­nan­so­wał twoją rebe­lię w Bry­ta­nii?

Wenu­cjusz drgnął i odsu­nął się od otworu, z któ­rego wyło­niły się kudłata głowa i owło­siony tors Ślicz­notki. Masz­kara wyda­wała ciche pomruki, które można by wziąć za formę nuce­nia kogoś zado­wo­lo­nego z wyko­ny­wa­nej pracy. Dopiero gdy pod­nio­sła kość i zwi­nąw­szy się na bar­łogu, zaczęła ją ogry­zać, wię­zień znów się ode­zwał.

– Chroni mnie ktoś z naj­bliż­szego kręgu impe­ra­tora. Nie możesz mnie nawet tknąć.

– Tak? A mnie popro­sił ktoś z tego samego grona, żebym się dowie­dział, skąd wzią­łeś tyle gotówki. – Sabi­nus dobrze wie­dział, że to kłam­stwo, ale wystar­cza­jąco bli­skie prawdy, żeby ujść za wia­ry­godne. – I tej oso­bie bar­dzo zależy na jak naj­szyb­szym wyja­śnie­niu. Jesz­cze dzi­siaj, ści­śle mówiąc. – To rze­kł­szy, dał znak Ble­zu­sowi.

– Ślicz­notka! – zagrzmiał roz­ka­zu­jąco nad­zorca. – Odłóż tego gnata.

Potwór zawar­czał prze­cią­gle. Wypeł­nił pole­ce­nie, choć z widoczną nie­chę­cią.

– Szybko zgłod­nieje, jeśli mu tego zabro­nić – wyja­śnił więź­niowi Sabi­nus.

Wenu­cjusz rzu­cił okiem na niedź­wie­dzio­wa­tego kolosa. Minę miał nie­tęgą.

Ślicz­notka, wyraź­nie poru­szony, pomru­ki­wał zło­wrogo. Wię­zień spoj­rzał na pre­fekta, nie mógł się jed­nak powstrzy­mać od zer­ka­nia w tamtą stronę.