Brudna sprawa

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Brudna sprawa
Brudna sprawa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,90  60,72 
Brudna sprawa
Brudna sprawa
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 8

Skromny parterowy domek z cegły w dzielnicy Loyal Heights pasował wyglądem do innych budynków w sąsiedztwie. Opadający ku ulicy trawnik trwał jeszcze w zimowym śnie, nie wykazując śladów wiosennego przebudzenia, to samo dotyczyło rabatek kwiatowych. Robiło to przygnębiające wrażenie, jakby dom też przeżywał żałobę po Allie.

Samochód z tyłu lekko zatrąbił, Del zerknął w lusterko wsteczne i przepraszająco machnął ręką. Po obu stronach ulicy stały rzędy zaparkowanych pojazdów – w wielu tutejszych domach nie było garaży ani podjazdów – i prześwit między nimi był tak wąski, że na jezdni z trudem mieścił się jeden samochód. Del wpasował swoją zieloną impalę z 1965 roku w wolne miejsce przy krawężniku. Udało mu się zatrzymać ten samochód przy rozwodowym podziale majątku, choć była żona wyceniła go bardzo wysoko. Samochód należał kiedyś do ojca Dela i ten przekazał go synowi po swoim trzecim zawale, gdy wydział komunikacji odmówił mu przedłużenia prawa jazdy. Od tamtej pory Del jeździł impalą codziennie do pracy, na liczniku miała już niemal sześćset tysięcy kilometrów. Mimo to oryginalny silnik wciąż był na chodzie, a lakier nadal błyszczał w świetle ulicznych latarni. Del pilnował regularnych zmian oleju i filtra, w razie potrzeby wymieniał świece i klocki hamulcowe i raz do roku wszystkie płyny. Zapewniał znajomych, że bardziej dba o ten samochód niż o własne zdrowie. I wcale nie żartował. Gdy jego siostrzeńcy zaczęli grać w Małej Lidze, błagali go, by wziął ze swym samochodem udział w ulicznej paradzie; Del zgodził się i chłopcy byli zachwyceni.

Raz jeszcze popatrzył na dom siostry, ukryty za gałęziami dwóch wiekowych śliw, które rosły na kwadratach ziemi wydzielonych z chodnika. Lampa nad wejściem rzucała smutny żółtawy blask, jakby oznaczając dom symbolem biblijnej zarazy. Zimą w Seattle ciemności zapadają wcześnie i ciągną się do późnego ranka, ale mrok spowijający dom nie miał nic wspólnego z porą roku czy godziną na zegarze.

Del wspomógł Maggie przy kupnie domu swoimi oszczędnościami, które były skromne, więc i dom należał do skromnych. Miał tylko dwie sypialnie na stu pięćdziesięciu metrach kwadratowych łącznej powierzchni użytkowej i dopiero Del zaadaptował widną piwnicę na pokój dla chłopców, jednojajowych bliźniaków. Nie sądził, by siostrzeńcy chcieli się przenieść na górę do pokoju Allie, który stał nietknięty i nieużywany od dnia, gdy Maggie znalazła w nim martwą córkę.

Zabrał brązową papierową torbę z siedzenia pasażera i ruszył ścieżką wyłożoną betonowymi płytami. Przymrozek srebrzył trawnik i liście rododendronów. Okno od ulicy było zasłonięte, ale brzegi zasłony rozświetlała szaroniebieska poświata. Gdyby zapukał do drzwi, telewizor zostałby natychmiast wyłączony, ale nie musiał tego robić. Drzwi wejściowe były zamykane na klucz tylko wtedy, gdy siostra szła spać, a ostatnio nawet to zaniedbywała, wbrew upomnieniom brata.

Del pchnął drzwi i siostrzeńcy zerwali się z kanapy jak wystraszone wiewiórki. Jeden z nich chwycił nawet pilota, ale było już za późno. Del nakrył ich na oglądaniu powtórki Seinfelda. Sam był temu winien, bo przekonał chłopców do przygód Jerry’ego, George’a, Elaine i Kramera, kiedy przez tydzień mieszkał u siostry podczas jej wyjazdu na ślub przyjaciółki.

– Lekcje odrobione? – rzucił groźnym tonem.

– Zrobiliśmy tylko krótką przerwę – powiedział Stevie. W jego głosie i postawie dało się wyczuć podenerwowanie.

Na podłodze przy wejściu leżała poczta wciśnięta przez listonosza w szparę w drzwiach; nieruszone gazety były rozrzucone na stoliku wśród misek po zupie, kubków, skarpetek i butów. Del wpadał do siostry przed wieczorną zmianą, ale z powodu rosnącej liczby zabójstw wygospodarowanie ekstra czasu stawało się coraz trudniejsze.

– Oho! – Wypatrzył pustą torbę po czipsach i słoik salsy wśród stosu gazet i czasopism na stoliku. – Zjedliście kolację?

– Nie – odparł Mark. – Mama śpi… Chyba.

Del spojrzał w głąb ciemnego korytarzyka.

– Rozmawialiście dziś z tatą?

– Nie – odpowiedzieli zgodnym chórem.

Nie było w tym nic dziwnego. Ich ojciec pracował w firmie ubezpieczeniowej w Los Angeles, gdzie zresztą poznał swoją młodą drugą żonę. Przyjechał na pogrzeb Allie, obciążył Maggie winą za jej śmierć i następnego dnia wyjechał. I jego szczęście, bo inaczej Del odeskortowałby go do Los Angeles z butem wbitym w bardzo niewygodne miejsce.

Pochylił się i zebrał z podłogi pocztę.

– Nie mogliście podnieść listów, chłopaki?

– Nie widzieliśmy – odrzekł Mark. Często wypowiadali się w liczbie mnogiej.

– Może trzeba kupić wam okulary – mruknął Del i popatrzył na dwa plecaki ciśnięte na podłogę przy drzwiach, tuż obok czterech tenisówek i dwóch kurtek. – Bo plecaków i swoich rzeczy też nie widzicie.

Nic nie odpowiedzieli, co u dziewięcioletnich chłopców jest zawsze równoznaczne z przyznaniem się do winy; inaczej potrafią błyskawicznie wymyślać wytłumaczenie. Del przejrzał pocztę i zobaczył list z adresem Allie Marcello w przejrzystym okienku koperty. Podejrzewał, że w środku jest ostatni czek za jej pracę w kawiarni, ale nie chciał tego teraz oglądać. Nie chciał też, by widziała to siostra.

Czując nabiegające do oczu łzy, zwrócił się do chłopców:

– Dobra, chodźcie do kuchni. Przyniosłem burrito.

Chłopcy zerwali się z kanapy i pobiegli za nim jak psiaki wołane do miski z jedzeniem. Zapalił światło w kuchni. Stół i zlewozmywak były zawalone stertą garnków, patelni, talerzy i szklanek z wetkniętymi w nie sztućcami. Drzwi szafek były pootwierane, na podłodze leżała ścierka. Dołożył listy do kupki, którą zostawił na blacie poprzedniego dnia. Wszystkie były wciąż nieotwarte. Jego listy zakupów też najwyraźniej nikt nie tknął.

– Znajdź jakieś czyste talerze, Stevie – zarządził.

Otworzył lodówkę i znalazł w środku tylko słoiki z sosami i resztkę spaghetti, które przyrządził dwa dni temu. Jeśli nie uda mu się wyciągnąć siostry z jej pokoju, będzie musiał znowu wybrać się na zakupy.

– Nie ma żadnych – oświadczył Stevie, zaglądając do pustej szafki.

Del zajrzał do zmywarki.

– Mówiłem wam wczoraj, żebyście ją opróżnili.

– Zapomnieliśmy – bąknął Mark.

– Pewnie to odrabianie lekcji tak wam obciążyło pamięć.

Zdziwiony Mark wytrzeszczył oczy.

– Odrabianie lekcji może obciążyć pamięć?

– Wszystko może. – Del wyjął czyste talerze ze zmywarki i wręczył chłopcom. – Chcecie sztućce?

– A po co? – rzucił Stevie.

– Dobra, nieważne.

Chłopcy przenieśli talerze na stół kuchenny i z hurgotem odsunęli krzesła. Mark sięgnął po niedopitą butelkę dietetycznej coli i zabrał się do odkręcania nakrętki.

– Nie dla was – mruknął Del.

Mark spojrzał na niego tak zbolałym wzrokiem, jakby wujek pozbawiał go jego konstytucyjnych praw.

– To czym mamy popijać? – spytał.

– Mlekiem.

– Nie mamy mleka.

Del położył torbę na blacie i wyjął z niej karton mleka. Powinien był kupić dwa. A może lepiej całą krowę, zważywszy, jak szybko ci dwaj potrafią opróżnić karton.

– Super! – Stevie wyciągnął rękę. – Tylko nie każ mi czekać, wujku!

Del przybił mu piątkę. Mark nie mógł być gorszy i wyciągnął rękę z dłonią zwiniętą w pięść.

– Do dzieła, wujku D.

Del stuknął w nią pięścią i napełnił szklanki. Chłopcy niemal jednym haustem je opróżnili. Mark beknął i Stevie natychmiast spróbował go przebić jeszcze głośniejszym beknięciem.

– A może by tak „Przepraszam”, co?

– Za co? A co, pierdnąłeś? – rzucił Mark i bracia parsknęli śmiechem.

– Nieźli z was komicy – powiedział Del i podał im po burrito z kurczakiem. Rozwinęli je z folii i rzucili się na nie tak, jakby cały dzień nie mieli nic w ustach. – Zostawiłem wam forsę na lunch. Jedliście coś?

– Aha – wymamrotał Stevie ustami pełnymi ryżu i fasoli.

– Co?

– Pizzę.

– A kiedy ostatni raz jedliście jakieś warzywa?

– Nie pamiętam – mruknął Mark.

– Ja zjadłem w szkole krojone jabłko – przypomniał sobie Stevie.

– Chociaż tyle. Po jedzeniu pokażecie mi swoje zeszyty. Chcę widzieć, co macie zadane.

– Nic nie mamy – bąknął Stevie.

Del uniósł brwi.

– Zdawało mi się, że zrobiliście sobie tylko przerwę w odrabianiu lekcji, nie?

Stevie zerknął na Marka, a ten posłał bratu spojrzenie z uniwersalnym przesłaniem: „Zamknij się, ty idioto!”.

– Nigdy nie próbujcie okłamywać detektywa – poradził im Del, potargał obu włosy i wyszedł z kuchni, zapalając po drodze światło w przedpokoju. Minął wciąż zamknięte na głucho drzwi pokoju Allie i dwukrotnie zapukał do sypialni Maggie. W szparze pod drzwiami migotały kolorowe błyski od telewizora. Del nacisnął klamkę.

Maggie siedziała na posłanym łóżku w spodniach od piżamy i szlafroku. Światło było zgaszone; pokój wypełniała niebieskoszara poświata od telewizora.

– Nie słyszałam, jak przyszedłeś – powiedziała, chowając pod siebie nagie stopy i nieporadnie próbując poprawić włosy. Wyglądała jak ktoś złożony od tygodnia grypą, kto w tym czasie nie miał okazji wejść pod prysznic.

– Wstałaś dziś z łóżka, Maggie?

– Aha – rzuciła odrobinę zbyt skwapliwie. – Wyszłam… wychodziłam z domu. Położyłam się dopiero godzinę temu.

– I gdzie byłaś?

– Załatwiałam sprawy.

– Zrobiłaś zakupy, tak jak cię prosiłem?

– Taaa, kupiłam parę rzeczy.

Del podszedł do okna i je uchylił. W pokoju wisiała ciężka woń jak w szafie z rzeczami staruszki. Zapalił lampę po drugiej stronie łóżka.

 

– Bo lista zakupów wciąż leży na kuchennym blacie.

– Zapomniałam ją wziąć.

– Samochód stoi dokładnie w tym samym miejscu co wczoraj.

– Postawiłam go tam po powrocie. Miejsce było wolne.

Del poprzedniego dnia zrobił kredą kreskę na przedniej oponie. Kreska była nadal w tym samym miejscu. Nigdy nie próbuj okłamywać detektywa.

– Dzwoniłaś do terapeuty? – Wskazał karteczkę na jej zawalonym drobiazgami stoliku nocnym. – Dałem ci na niego namiary.

Spojrzała na nią tak, jakby widziała ją po raz pierwszy w życiu.

– Ooo… hm… nie. Zajęłam się czymś innym i wyleciało mi z głowy.

– Jak jutro nie zadzwonisz, to sam cię z nim umówię.

– Nie musisz, zadzwonię i umówię się.

– Jutro. Bo jak nie, to dzwonię.

Maggie westchnęła i odwróciła głowę.

Del podniósł jej rzeczy z podłogi i złożył na krześle w rogu pokoju.

– Maggie, wciąż masz dwóch synów, którym potrzebna jest matka. W domu nie ma nic do jedzenia. Nie zmienili ubrań od wczoraj i nie odrabiają lekcji.

Wytarła łzy rąbkiem prześcieradła i przytknęła je do piersi.

– To tak strasznie boli, Del – jęknęła. – Cały czas boli.

Przełknął łzy.

– Wiem – powiedział. – Ale chłopcy potrzebują matki, Maggie. Teraz nawet bardziej niż przedtem.

– Allie też mnie potrzebowała. A mnie przy niej nie było. – Zaczęła głośno płakać.

– Zrobiłaś dla niej wszystko, co mogłaś. To nie twoja wina.

– Byłam jej matką – szepnęła. Łzy ciekły jej po policzkach, ciałem wstrząsał bolesny szloch.

Del podszedł i objął ją ramieniem.

– To heroina zabiła Allie. Heroina i ci, którzy jej ją dostarczyli, nie ty. – Usiadł obok siostry na łóżku i przez długą chwilę oboje milczeli. W końcu, czując wzbierający w nim gniew, wstał. – Przyniosłem burrito. Chodź i zjedz z chłopcami.

– Nie jestem głodna.

– Kiedy ostatnio jadłaś?

– Dziś rano. Wypiłam kawę.

– Kawa to nie jedzenie. Musisz jeść.

– Nie mogę. Od jedzenia robi mi się niedobrze.

– To przynajmniej wstań i usiądź z nimi.

– Wstanę. Jutro wstanę.

Del postanowił odpuścić.

– A co z pracą?

– Jestem na urlopie okolicznościowym. Mam jeszcze dwa tygodnie.

– Dobra, a co potem?

– Potem wrócę do pracy.

– Myślisz, że będziesz mogła tak po prostu?

– Nie wiem. – Westchnęła.

– Nikt nie chce przechodzić nad tym dalej, Maggie, ale nie mamy wyboru. Ja też muszę pracować. Faz nie może mnie wiecznie kryć.

– Co więcej mogłam zrobić, Del? – jęknęła. – Co więcej powinnam była zrobić?

Zadawała mu to pytanie już od ponad tygodnia, a on za każdym razem tak samo na nie odpowiadał.

– Zrobiłaś wszystko, co było do zrobienia, Maggie.

– To dlaczego ona nie żyje?

Przypomniał sobie rozmowę z Celią McDaniel. Co Maggie by dała, aby córka mogła żyć? Wszystko i jeszcze trochę.

Gdy okazało się, że Allie bierze, rodzina próbowała się włączyć, ale dziewczyna uciekła z odwyku. Starali się ją wysłać na przymusowe leczenie na oddziale psychiatrycznym, ale też się wywinęła, a gdy próbowali ją do tego zmusić, okazało się, że nie mogą tego zrobić wbrew jej woli, bo zgodnie z prawem stanu Waszyngton nastolatki mogą odmówić leczenia, chyba że psychiatra uzna, że stanowią zagrożenie dla siebie lub innych. Najwyraźniej przedawkowania heroiny nie uznawano za wystarczające zagrożenie. Allie przedawkowała po raz drugi i niedługo potem po raz trzeci. Pielęgniarze przywieźli ją do domu, ustabilizowali stan i zostawili w pokoju, bo nie mieli dokąd jej zawieźć. Na przyjęcie do zakładów leczniczych czekała długa kolejka pacjentów. Maggie zadzwoniła wtedy do Dela z prośbą, by aresztowali Allie, ale prawo stanu Waszyngton na to nie pozwala. A poza tym, gdyby nawet ją aresztowano, to po paru godzinach zostałaby wypuszczona. Jak wynikało ze słów Celii McDaniel, nie da się rozwiązać tego problemu metodami czysto policyjnymi.

A potem nagle i niespodziewanie któregoś ranka Allie weszła do domu po trzydniowej nieobecności; wyglądała – jak określiła Maggie – jak trzy ćwierci do śmierci. Była tak wychudzona, że ubranie wisiało na niej jak na drucianym wieszaku. Oczy miała podkrążone, ramiona pokłute niczym poduszeczka na szpilki. Oznajmiła matce, że ma tego dość i że nie chce umierać. I zaczęła błagać o pomoc. Del i Maggie wyskrobali resztę zaskórniaków na opłacenie jej pobytu w ośrodku na wschodzie stanu. Ośrodek nie był tani, Del musiał nawet zaciągnąć kredyt pod swoją emeryturę, ale zrobiłby to bez wahania jeszcze raz i jeszcze raz. Myśląc o tym, przypomniał sobie słowa McDaniel.

Odcięli Allie od jej ćpających przyjaciół i znajomych i znanych jej miejsc zakupu dragów. Mimo zażywania leków na złagodzenie głodu narkotycznego dziewczyna bez wątpienia przeżyła wtedy piekło, fizyczne i psychiczne. W dniu wypuszczenia jej z ośrodka prowadzący ją konsultant oświadczył Delowi i Maggie: „Porzucenie nadziei jest niemal tak niebezpieczne jak narkotyk. Narkomani czują nienawiść do samych siebie. Dochodzą do wniosku, że są nic niewarci. Allie bardzo się boi, że może wrócić do brania, a to może osłabić jej wolę”.

Gdy przywieźli ją do domu, wyglądała już lepiej, była tylko bardzo wystraszona. Przybrała na wadze, cienie pod oczami zniknęły i zaczynała przypominać dawną Allie – radosną, zabawną i dowcipną nastolatkę. Z błyskiem w oczach mówiła o skończeniu liceum i pójściu jesienią na Uniwersytet Gonzagi w Spokane. Del załatwił jej pracę w kawiarni, a ona zaczęła chodzić na spotkania AA. Maggie jej w tym towarzyszyła, Del zostawał z bliźniakami. Za którymś razem poszedł z siostrzenicą i upewnił się w czymś, co już wiedział: że jest dobrym dzieckiem z dobrej rodziny, ale musi walczyć o swój los, prowadząc codzienną walkę na śmierć i życie. I tę walkę ostatecznie przegrała. Boże święty, jak mogło dojść do czegoś tak strasznego u kogoś tak młodego?

Nie potrafiła się wyzwolić. Gdzieś na krawędzi świadomości wciąż pojawiała się kwestia brania, a szatan nie przestawał szukać najmniejszej choćby szczeliny w jej gardzie obronnej, by wcisnąć się i zacząć ją kusić. Kuszenie przybierało różne formy i atakowało z różnych stron: od przyjaciół narkomanów po dostawców dragów, którym zależało tylko na zarobku i których nie obchodziło, kto przypłaci to życiem.

Ale obchodziło to Dela.

Zabili niewłaściwą dziewczynę.

– Jeśli mam poznać prawdę o Allie, muszę wejść do jej pokoju – powiedział.

Po policzkach Maggie nadal ciekły łzy. Znów otarła je prześcieradłem. Pokój Allie pozostawał nietknięty od chwili, gdy znalazła ją tamtego ranka, łącznie ze strzykawką i rozrzuconymi ubraniami na podłodze, niedopitą puszką coli na toaletce, plakatami na ścianach i niedokończonym zadaniem domowym na biurku.

– Muszę się włamać do jej smartfona i komputera. Muszę wiedzieć, z kim rozmawiała, żeby ustalić, co się stało. Dowiedzieć się, kto jest temu winien. Już czas, Maggie.

– Nie dam rady tam wejść.

– Nie musisz. Sam to zrobię. Pójście do przodu nie oznacza zapominania o przeszłości. Pójście do przodu oznacza, że chce się coś zrobić w sprawie przeszłości. Pozwól mi pójść do przodu, Maggie. Pozwól mi zrobić to, co do mnie należy.

Rozdział 9

Tracy i Kins nie zdążyli na prom odpływający o dziewiętnastej pięćdziesiąt pięć i stali teraz w krótkiej kolejce do rejsu o dwudziestej pierwszej pięć. A właściwie nie tyle oni, ile ich samochód. Było za zimno, by siedzieć w zaparkowanym aucie, choć właściwie nie to skłoniło Tracy do przeniesienia się do baru po drugiej stronie ulicy. Miała rozstrój żołądka i od powrotu do samochodu po rozmowie z Trejem odczuwała nagłe uderzenia gorąca. Doktor Kramer uprzedził ją, że oba te objawy mogą towarzyszyć zażywaniu clomidu. Poszła do toalety, spryskała sobie twarz wodą i kilkakrotnie szybko odetchnęła, czując, że zbiera jej się na wymioty.

Gdy nudności minęły, wróciła do stolika. Ściany i sufit restauracji były pomalowane na morskie kolory zieleni i błękitu i udekorowane pamiątkami nawiązującymi do drużyn Mariners i Seattle Sounders. W ten wtorkowy wieczór gości było niewielu i w lokalu panowała senna atmosfera. Kins siedział przy stoliku zagapiony w jeden z płaskoekranowych telewizorów. Albo był nieświadomy tego, że Tracy przepadła w toalecie na czas wystarczający do napisania Wojny i pokoju, albo nie chciał o nic pytać w obawie, że jej długa nieobecność mogła się wiązać ze „sprawami kobiecymi”. Telewizor był nastawiony na kanał ESPN, na którym nadawano powtórkę przedsezonowego meczu baseballowego Mariners i rezultat nie miał większego znaczenia. Dan robił dokładnie to samo: z zacięciem oglądał nagrane mecze, nawet jeśli znał już wynik.

Gdy usiadła, Kins podniósł na nią wzrok.

– Chcesz na spółę porcję frytek? – zapytał.

Z trudem opanowała beknięcie.

– Zdawało mi się, że starasz się zrzucić trochę wagi przed operacją.

– Postanowiłem, że jeśli mam odejść, to odejdę w pełni chwały.

– Głupek – burknęła. – Mam nadzieję, że nie pleciesz takich bzdur przy Shannah.

Kins zamówił kawę, Tracy poprosiła o napój imbirowy, ale okazało się, że jest tylko sprite.

Zaczęli rozmawiać o Treju.

– Facet kłamie – stwierdził Kins, chyba już po raz trzeci od wyjścia od Treja, i upił łyk kawy. – I wie, że my wiemy, że on kłamie.

– A my wiemy, że on wie, że my wiemy, że on kłamie – dodała Tracy, przekrzykując dwóch głośnych facetów przy barze.

– Brzmi to jak rozmowa Abbotta z Costellem.

– Tyle że nie bardzo wiem, w jakiej sprawie.

– Jak możemy go przyskrzynić?

– Linia promowa ma monitoring w obu terminalach. Nagrywają samochody wjeżdżające na prom i zjeżdżające z niego. Jeśli popłynął wczoraj do Seattle, jego subaru powinno być na nagraniu. – Upiła łyk sprite’a i złożyła ręce na brzuchu.

– Niekoniecznie płynął promem – zauważył Kins. – Mógł pojechać okrężną drogą mostem nad Tacoma Narrows i przez Tacomę.

– Jeśli tak zrobił, to też o czymś świadczy.

– Że nie chciał zostać nagrany?

– Może.

– Na moście też są kamery – powiedział Kins. – Kiedyś dostałem mandat za niezapłacenie za przejazd. Nie zdawałem sobie sprawy, że jadę pasem zarezerwowanym dla samochodów z większą liczbą pasażerów. Po paru dniach przyszedł pocztą mandat wraz ze zdjęciem z moim numerem rejestracyjnym.

Tracy przetarła stół serwetką.

– To kamery ruchu drogowego – rzuciła.

– Ale stanowa drogówka ma dostęp do ich nagrań. – Kins odstawił filiżankę.

– Tylko co można rozpoznać na takim nagraniu? Pewnie tablice rejestracyjne. Może markę samochodu – zastanowiła się głośno Tracy. – Myślisz, że widać na nim twarz kierowcy? Trejo mówi, że samochód został skradziony, więc takie nagranie tylko potwierdzi jego wersję.

– Może, ale powinniśmy naszym ludziom od nagrań kazać skontaktować się z drogówką i zobaczyć, co im się uda wygrzebać. Może znajdą nagranie tego samochodu. Trejo twierdzi, że tego dnia był w pracy i skończył około piątej. To by znacznie zawęziło przedział czasowy, w którym mógł albo wjechać na prom, albo przejechać przez most.

– Dobrze, zajmij się tym – zgodziła się, zdejmując płaszcz. – Tylko pamiętaj, że jeśli nawet znajdziesz nagranie, będzie na nim tylko samochód, nic więcej. A nas interesuje, kto siedział za kierownicą.

– Możemy tego dowieść badaniem DNA.

– Ślady DNA Treja będą wszędzie w tym samochodzie. Był jego właścicielem i nim jeździł. Ale kluczowe może być jego DNA na poduszce powietrznej.

– Lub jeśli w samochodzie są ślady krwi – zauważył Kins. – Będzie mu dużo trudniej wyjaśnić, skąd się tam wzięły, niż to skaleczenie na czole, które, jak twierdzi, pochodzi od uderzenia w szafkę kuchenną. – Kins zamilkł na chwilę, po czym dodał: – Czy kiedy ktoś wstępuje do wojska, nie robią mu obowiązkowego testu DNA?

– Tylko do celów identyfikacyjnych. I można go wykorzystać tylko wówczas, gdy żołnierz ginie w akcji. Nie wolno go używać w sprawie karnej.

– Wiesz, że tak jest, czy tylko tak sądzisz? – spytał.

– Przerobiłam to z NCIS w tej sprawie, o której ci opowiadałam. Nie można wyników tych testów wykorzystywać do udowodnienia odpowiedzialności karnej. Jeśli chcesz się posłużyć DNA podejrzanego, musisz mu zrobić oddzielny test.

– Na który Trejo może nie wyrazić zgody.

– Może nie mieć wyboru – powiedziała. – Z tego, co pamiętam, w marynarce wojennej są dwie procedury: dobrowolna i przymusowa. Jeśli zbierzemy wystarczająco dużo poszlak, marynarka może go zmusić do dania próbki DNA. – Tracy sprawdziła czas na komórce. Mieli jeszcze pół godziny do odpłynięcia promu. Czuła, że zbliża się następne uderzenie gorąca. – Trzeba też poprosić Jensena, żeby poszukał tej skrytki na kluczyk pod tylnym zderzakiem.

 

– Mogło go tam nigdy nie być – mruknął Kins.

– Nie sądzę, żeby był – potwierdziła, sącząc swój napój. – Ale jeśli to on prowadził, to jak wrócił na Bremerton bez samochodu?

– I jak znalazł miejsce na ukrycie samochodu – dodał Kins. – Ten plac ze złomem za domem nie rzuca się w oczy, a facet podobno pochodzi z San Diego. Trzeba by sprawdzić, skąd jest jego żona. Może zna tę okolicę i to ona pomogła mu ukryć samochód.

– I jak wrócili do domu? – powtórzyła Tracy. – Mają tylko ten jeden samochód.

– Mogła od kogoś pożyczyć i przyjechać po niego.

– Mogła, ale to by wprowadzało do gry jeszcze jednego świadka i jeszcze jeden samochód. – Znów sprawdziła godzinę.

– Powinniśmy przynajmniej popytać.

– Zgoda. – Zadzwoniła jej komórka i Tracy zerknęła na wyświetlacz. – To Jensen – powiedziała, po czym rzuciła do telefonu: – Masz dobre wiadomości, tak? – Przez chwilę słuchała. – Dobra, będziemy. – Rozłączyła się i zwróciła do swojego partnera: – Wkrótce będziemy mieli jasność co do DNA. Dostali nakaz przeszukania samochodu i zajmą się tym jutro z samego rana.