Brudna sprawa

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Brudna sprawa
Brudna sprawa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,90  60,72 
Brudna sprawa
Brudna sprawa
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 7

Joe Jensen zadzwonił do Tracy w jej drodze powrotnej od doktora Kramera.

– Chcesz usłyszeć dobrą czy złą wiadomość? – zapytał.

Pomyślała o swojej rozmowie z lekarzem i uznała, że złych wiadomości ma już dość.

– Wolę dobrą.

– Specjalistom od nagrań z monitoringu nie udało się namierzyć subaru po jego ucieczce ze skrzyżowania. Pewnie dlatego, że to głównie rejon mieszkalny i nie ma tam kamer.

– Jeśli to jest dobra wiadomość, to tej złej nie chcę słyszeć.

– Dobra wiadomość jest taka, że patrol dostał sygnał od mieszkającej w sąsiedztwie kobiety.

– Odnaleźli samochód?

– Czarne subaru z uszkodzonymi maską i reflektorem.

– Gdzie?

– Na pustym placu za domem tej kobiety, niedaleko od skrzyżowania.

* * *

Pół godziny później Tracy i Kins jechali już do wskazanego miejsca przy Południowej Renton Avenue. Ulica, na której trwał jakiś remont, była obstawiona pomarańczowymi pachołkami i kręciła się po niej grupa pracowników w żółtych kamizelkach i białych kaskach. Kins zjechał do krawężnika i zaparkował za radiowozem stojącym na pochyłym podjeździe. Wysiadł i błysnął odznaką policyjną nadgorliwemu pracownikowi, który próbował mu wmówić, że nie może tu parkować.

– I jeździ pan priusem? – rzucił z niedowierzaniem pracownik.

Akurat na niego dziś trafili. Kins nazywał to autko maszyną do szycia marki Toyota.

– Staramy się dbać o środowisko – mruknął.

Tracy wciągnęła rękawiczki, otuliła się przed zimnem kurtką i weszła na betonowe schodki. Ścieżka wyłożona spękanymi płytami wiodła do drzwi małego parterowego domku z prefabrykowanych płyt, typowego dla tej dzielnicy. Stanęła na podeście i wyczuła, że Kinsa nie ma za jej plecami. Okazało się, że stoi u stóp schodków.

– Coś nie tak? – spytała.

– Daj mi chwilę – odparł. – Zasiedziałem się i jest mi zimno, a to zła kombinacja. – Skrzywił się z bólu i ruszył po schodkach.

Poczekała, aż się z nią zrówna, i razem podeszli do stojącego pod drzwiami mundurowego. Wyglądał na skostniałego z zimna, miał ręce wetknięte głęboko w kieszenie kurtki, brodę wtuloną w futrzany kołnierz, policyjną bejsbolówkę zsuniętą nisko na oczy. Podchodząc do niego, Kins ominął leżący rowerek dziecięcy.

– Mój partner jest za domem i rozmawia z właścicielką – wyjaśnił policjant; z jego ust dobył się kłąb pary, jakby wypuszczał dym papierosowy. Poprowadził ich ścieżką obramowaną betonowym krawężnikiem do drewnianej furtki za domem. – Kiedyśmy tu przyjechali, przypomniałem sobie komunikat z porannej odprawy. Czarne subaru, nie? Wygląda, jakby uczestniczyło w jakimś wypadku.

Policjant pociągnął za sznurek, dolna krawędź furtki poszorowała po kamiennej płycie i furtka się otworzyła. Trawa była skoszona wokół żwirowego placu, na którym stały dwa niejeżdżące od lat wraki samochodów osobowych, kamper i kilka skorodowanych przyczep do transportu łodzi. W głębi placu, częściowo ukryte w krzakach i drzewach, widać było czarne subaru.

Obok niego stał Joe Jensen i rozmawiał z kobietą w czarnych dżinsach z nogawkami wetkniętymi w cholewki kozaków, nad którymi kończyła się sięgająca do kolan długa kurtka. Jensen znów miał na głowie czarną wełnianą czapkę.

Tracy i Kins przedstawili się.

– Zobaczyłam ten samochód dziś rano i pomyślałam, że to może któregoś z sąsiadów – wyjaśniła kobieta. W jej głosie pobrzmiewało zaniepokojenie, ale i satysfakcja, że jest obiektem takiego zainteresowania. – Mąż bierze pięćdziesiąt dolarów miesięcznie za parkowanie samochodu albo przyczepy i sto dolarów za kamper. Rano zawiozłam córkę do szkoły i obeszłam sąsiadów, żeby spytać, czyj to samochód, ale nikt się do niego nie przyznał. Zgłosiłam go więc i poprosiłam o odholowanie, ale mi powiedzieli, że muszę z góry zapłacić. – Powiedziała to z taką naganą w głosie, jakby zażądano od niej nerki. – A to nie mój samochód. Na szczęście ktoś zgłosił jego kradzież.

Na szczęście, powtórzyła za nią w myślach Tracy.

Jensen posłał jej i Kinsowi znaczące spojrzenie. Pewnie zdążył już wysłuchać opowieści kobiety, i to nie raz. Rzucił w jej stronę grzeczne „Przepraszam” i wszyscy troje podeszli do subaru.

– Wiemy, kiedy zgłoszono jego kradzież? – spytała Tracy. Czuła, jak zimno szczypie ją w policzki.

– Dziś o siódmej rano. Właściciel oświadczył, że wyszedł z domu, żeby wsiąść do samochodu i pojechać do pracy, ale samochodu nie było. – Jensen wyjął z plastikowej torebki na dowody ukruszony fragment i przyłożył do prawego reflektora. – Pasuje. To ten samochód – powiedział. Przednią szybę po prawej stronie pokrywała pajęczyna pęknięć, błotnik był wgnieciony. – Przypuszczalnie chłopak owinął się wokół maski, uderzył w przednią szybę i został odrzucony do przodu. Dlatego leżał tak daleko od skrzyżowania.

Tracy zajrzała do samochodu, niczego nie dotykając.

– Poduszka powietrzna wystrzeliła – zauważyła.

– To dobrze – powiedział Jensen. – Jeśli znajdziemy na niej ślady DNA kierowcy, będziemy wiedzieć, kto prowadził w chwili wypadku. Zakładając, że jego DNA znajduje się w bazie. Już dzwoniłem, żeby odholowali samochód na parking ZBP, i czekam na nakaz przeszukania wnętrza. – ZBP było skrótem od Zespołu Badań Pojazdów policji w Seattle, mieszczącego się w sąsiedztwie Laboratorium Kryminalistycznego Policji Stanu Waszyngton. – Chcecie, bym włączył w to CSI1?

Jeśli sprawą miałby się zajmować wydział zabójstw, specjaliści z CSI powinni obejrzeć samochód. Lecz pamiętając okazaną przez Nolasca niechęć, Tracy zdecydowała, że jednak nie.

– Nie – rzuciła. – Zajmijcie się tym sami. Ale powiadomcie nas, kiedy dostaniecie nakaz przeszukania wnętrza.

– Jasne.

– Właściciel mieszka tu gdzieś w pobliżu? – Tracy podejrzewała, że kierowca subaru musiał wiedzieć o istnieniu tego złomowiska.

Jensen pokręcił głową.

– Z danych wydziału komunikacji wynika, że mieszka w budynku na Bremerton.

– Na Bremerton? – zdziwił się Kins. – To co, u diabła, jego samochód tutaj robi?

– Przecież został skradziony – przypomniał mu Jensen.

Bremerton było wyspą w cieśninie Puget na zachód od Seattle, na którą można się było dostać albo promem, co zajmowało około godziny, albo objeżdżając cieśninę od południa i korzystając z mostu nad Tacoma Narrows, co trwało jakieś półtorej godziny.

– I co ten gość robi na Bremerton? – spytała Tracy.

– Służy w wojsku – odparł Jensen.

– No to super – mruknęła, kręcąc głową.

Na Bremerton mieściła się jedna z największych stoczni amerykańskiej marynarki wojennej.

* * *

Niewiele brakowało, a Tracy i Kins spóźniliby się na prom, bo wydział transportu zamknął kilka ulic prowadzących do terminalu, wywołując tym u Kinsa częsty u niego atak furii związany z komunikacją miejską. W Seattle trwały prace nad budową podziemnego tunelu, który miał zastąpić wiadukt przeznaczony do rozbiórki, a w każdym razie tak zapowiadano. Budowę nowego rozwiązania komunikacyjnego niemal od samego początku nękały, jak zwykle w Seattle, opóźnienia, procesy sądowe i gwałtowny wzrost kosztów.

„Więc skoro wy nie możecie zdążyć na czas, to użytkownicy mogą płacić podwójnie”, mawiał Kins.

Wjechali na prom i przeszli na górny pokład, bo rejs trwał godzinę.

– Idę po kawę – powiedział Kins. – Chcesz coś?

Tracy podziękowała i znalazła wolny stolik. Prom pruł szare wody cieśniny Puget, jego silniki nisko buczały, przez okno widać było niknącą w oddali panoramę Seattle. Otworzyła laptopa i ściągnęła na ekran wszystkie informacje o właścicielu samochodu, Laszlu Gutierrezie Treju, jakie udało jej się znaleźć w bazie wydziału komunikacji oraz aktach wojskowych i rejestrze wykroczeń. Trejo zarobił dwa mandaty za przekroczenie szybkości, ale nie był notowany. Od pięciu lat służył w marynarce wojennej i awansował na szczebel specjalisty logistyka, w skrócie SL. Nie bardzo wiedziała, co to znaczy, i zajrzała do Google’a. Wyglądało na to, że SL to ktoś kierujący ruchem w ładowni okrętowej lub w lądowych magazynach baz wojskowych.

Potem zadzwoniła do Treja i powiadomiła go, że zbierają informacje w związku z kradzieżą jego samochodu, a skoro on nie może przyjechać do nich – stwierdził, że nie ma innego samochodu do dyspozycji – ona i jej partner wybiorą się na Bremerton. Trejo podał jej adres na osiedlu Jackson Park, kompleksie mieszkaniowym marynarki wojennej, leżącym jakieś sześć kilometrów na północ od Bazy Marynarki Wojennej Kitsap.

Kins wrócił do stolika z kawą i hot dogiem w bułce napakowanej smażoną cebulą i innymi dodatkami.

– Myślałam, że jesteś na diecie.

– To cała moja kolacja.

– Aha. I musiała być z cebulą, tak?

– Kocham cebulę w hot dogach.

– Niestety, ona nie kocha ciebie – mruknęła. – Mam nadzieję, że nie zapomniałeś miętówek na odświeżenie oddechu.

– Żartuj sobie ze skazańca.

– Na litość boską, przecież to tylko operacja biodra. Naprawdę tak się tym przejmujesz, czy mnie nabierasz?

– Oczywiście, że się przejmuję. Muszą podać mi narkozę.

– Robili to już tysiące razy, Kins.

– Lekarz też mi tak powiedział. Ale wiesz co? Gówno mnie obchodzi ten tysiąc, kiedy wszystko poszło im gładko. Mnie martwi ten raz czy dwa, kiedy im się nie udało.

– Jesteś młody i zdrowy, Kins. Nie przesadzaj.

Odłożył hot doga.

– Mam trzech synów, Tracy, których trzeba jeszcze przepchnąć przez college. Kiedy ostatni z nich skończy studia, będę miał pięćdziesiąt trzy lata, i to zakładając, że skończą edukację na licencjacie. Wiesz, ile teraz kosztuje nauka w college’u? Rozmawiamy o dwustu tysiącach kawałków.

 

Tracy szybko policzyła w głowie. Jeśli będą z Danem mieli dziecko, kiedy ich córka czy syn skończy college, ona będzie już dobrze po sześćdziesiątce. Bóg raczy wiedzieć, ile wtedy będzie kosztować nauka.

Odgryzł kęs bułki z parówką i serwetką wytarł musztardę z kącika ust.

– Co myślisz o naszym Łazarzu? – zapytał.

– O Laszlu? – powtórzyła, myśląc, że niewyraźnie usłyszała imię wypowiedziane ustami pełnymi hot doga.

– Co o nim myślisz?

– Myślę, że jeśli to on, to miał wielki kawał drogi do przejechania późnym wieczorem.

– Sądzisz, że to prawda, że skradziono mu samochód?

– Chętnie posłucham jego wersji.

– Czy przy bramie bazy nie rejestrują wszystkich wjazdów i wyjazdów?

– On nie mieszka na terenie bazy – zauważyła Tracy. – Mieszka w szeregowcu.

– Mówiłaś, że na osiedlu marynarki wojennej.

– Bo tak jest, ale osiedle nie znajduje się na terenie bazy. Dzięki temu możemy się z nim spotkać bez żadnych wojskowych ceregieli. Nigdy nie miałeś do czynienia z marynarką wojenną?

– Nigdy. – Kins odgryzł kolejny kęs. – A ty?

– Raz. Chodziło o włamanie do domu. Wojskowy obrabował swoją byłą dziewczynę i włączyło się w to NCIS2. W służbie śledczej marynarki pracują cywile, nasi odpowiednicy. Początkowo samo dotarcie do podejrzanego było dla nas koszmarem, w końcu jednak postanowili zrezygnować ze swoich uprawnień i odpuścili.

– Tak, podobno potrafią być upierdliwi.

– Słyszałam, że po jedenastym września zabrano im najlepszych śledczych i przeniesiono do służby antyterrorystycznej. Ci, którzy zostali, nie są już tak dobrzy i łatwi we współpracy. Osiedle mieszkaniowe Laszla podlega jurysdykcji federalnej i cywilnej, a to oznacza, że możemy z gościem rozmawiać bez pytania NCIS o zgodę.

Godzinę i kwadrans po wypłynięciu z Seattle prom z lekkim szarpnięciem zacumował w terminalu na wyspie Bremerton. Słońce schowało się za grubą warstwą chmur i w zapadającym zmierzchu wszystko poszarzało, niemal przybierając barwę otaczającej wyspę wody. Mocno się też ochłodziło i temperatura spadła do paru stopni poniżej zera. Tracy i Kins wrócili na pokład samochodowy i wsiedli do wozu.

– No to jak ci się podoba życie na końcu świata? – zagaił Kins, gdy czekali na sygnał do opuszczenia promu.

– Nie bądź snobem – burknęła Tracy. Kins mieszkał w Madison Park, w pobliżu uniwersytetu. – Redmond nie leży na końcu świata.

– Nie tęsknisz za mieszkaniem w zachodnim Seattle?

– Tęsknię za dojazdami z zachodniego Seattle. I za widokami. – Dom, który tam wynajmowała, znajdował się w odległości piętnastu do dwudziestu minut jazdy samochodem od komendy, a z tarasu roztaczał się zapierający dech w piersiach widok na Zatokę Elliotta i panoramę Seattle. – Niekiedy dojazd rano zajmuje mi godzinę, ale w Redmond mieszka się jak w raju i w ogóle nie myśli się o pracy.

Ktoś z załogi promu zaczął kierować zjazdem samochodów.

– Rozmawialiście z Danem o dzieciach? – spytał Kins.

To pytanie wystrzeliło jak grom z jasnego nieba i kompletnie zaskoczyło Tracy.

– Trochę. A co?

Wzruszył ramionami.

– Bo mówiłaś, że chciałabyś mieć dzieci.

– Może kiedyś.

– Próbujecie?

– To sprawa dość osobista, nie uważasz?

– Równie osobista jak docieranie się z nowym partnerem, co z jednym zdrowym biodrem wcale mi się nie uśmiecha.

– To nie ja się dokądś wybieram, Kins, tylko ty.

– Moja żona po ślubie też nie zrezygnowała z pracy. Ale jak pojawiają się dzieci, wszystko się zmienia.

Pokręciła głową. Wiedziała, że jego ględzenie wynika ze stresu przed czekającą go operacją i lęku przed przerwą w pracy, która potem nastąpi.

– No cóż, będę miała dziewięć miesięcy na zastanowienie się.

– Ale nie jesteś jeszcze w ciąży, co?

– Nie, nie jestem. – Stojący przed nimi samochód ruszył. – Jedź. Jeśli mamy stąd wyjechać, to proponuję, żebyś ruszył.

– Gaz do dechy! – burknął Kins, kpiąc z mizernej mocy silnika priusa.

* * *

Na pierwszy rzut oka Jackson Park, graniczący od wschodu z plażą nad zatoką Ostrich i od zachodu z Country Clubem i polem golfowym Kitsap, wyglądał na całkiem fajne miejsce do życia. Jak w większości baz wojskowych, było w nim wszystko, co personelowi i rodzinom mogło być potrzebne do życia – przedszkole, szkoła podstawowa, szpital, stacja benzynowa ze sklepem z artykułami pierwszej potrzeby, korty tenisowe i boiska do koszykówki. Sunąc labiryntem uliczek, Tracy nie dostrzegła ani jednego porzuconego skrawka papieru. Trawniki były wypielęgnowane, drewniany siding na domach mimo zapadającego zmierzchu wyglądał jak świeżo pomalowany, parterowe i jednopiętrowe domy zdawały się wycięte jedną sztancą. Znaki informowały o parkingach pod wiatami lub na wyznaczonych miejscach u stóp długich, opadających ku ulicy trawników, co – jak Tracy uznała – sprzyjało kradzieży samochodów.

– Jak na tym filmie z Jimem Carreyem – mruknął Kins, rozglądając się po idealnie czystej okolicy. – Tym, w którym wszyscy żyją na planie filmowym.

Truman Show?

O właśnie. Wszystko jest tak idealne, że aż straszne.

Straszne i kompletnie wyludnione. Tracy pomyślała, że pustki na ulicach pewnie częściowo wynikają z przejmującego zimna, ale i tak dziwnie było jechać przez osiedle mieszkaniowe i nie widzieć nikogo idącego chodnikiem, jadącego samochodem czy wyprowadzającego psa. Może subaru rzeczywiście skradziono. Jeśli stało się to w takim dniu i o takiej porze jak ta, mógł tego nikt nie zauważyć.

Laszlo Trejo mieszkał na parterze budynku przylegającego do ogrodzonego siatką boiska do koszykówki. Kins zaparkował na miejscu wyznaczonym dla gości i oboje ruszyli obsadzoną drzewami i oświetloną latarniami dróżką. Dotarli do budynku i zeszli po schodkach do drzwi wejściowych. Kins zapukał i chwilę później otworzyła im przyjaźnie uśmiechnięta niespełna trzydziestoletnia kobieta o latynoskim wyglądzie.

– Wy musicie być tymi policjantami z Seattle – powiedziała ze śladami meksykańskiego akcentu w głosie. Zaprosiła ich do środka, zamknęła za nimi drzwi i poprowadziła ich do skromnie urządzonego, lecz schludnego salonu. Białe fotele i kanapa wyglądały na stałe wyposażenie mieszkania. – Laz właśnie wrócił z pracy. Pójdę go zawołać.

Do salonu przylegała niewielka wnęka kuchenna ze stołem kuchennym i podłogą pokrytą linoleum. Tracy podeszła do kominka i przyjrzała się stojącym na nim fotografiom z ceremonii ślubnej państwa Trejów. Ona w białej sukni, on w nienagannie białym mundurze oficera marynarki wojennej. W mieszkaniu było ciepło i trąciło trochę tak jak w domu Tracy, gdy przez parę dni nie sprzątała po swoim kocie.

– Jesteście z policji w Seattle? – spytał Laszlo Trejo, wyłaniając się z przedpokoju.

Był w granatowo-szarej koszuli polowej i spodniach z nogawkami upchniętymi w czarne buty z cholewami. Musiał mieć niecałe metr siedemdziesiąt wzrostu; był niewiele wyższy od żony. Miał krótko przystrzyżone czarne włosy, w ręce trzymał puszkę z napojem energetycznym, który Tracy w pierwszej chwili wzięła za piwo.

– Znaleźliście mój samochód? – rzucił. Miał nieco silniejszy akcent od żony i nie sprawiał wrażenia ani trochę spłoszonego wizytą policjantów, jak człowiek niemający nic do ukrycia.

– Mamy do pana kilka pytań, panie Trejo – odezwał się Kins.

– Już powiedziałem na policji wszystko, co wiem w tej sprawie. – W jego głosie nie było ani szczególnej wrogości, ani życzliwości.

– Ma pan na myśli policję na Bremerton?

– Aha.

– Pański samochód znalazł się w Seattle.

– Tak mi powiedziała. – Trejo machnął ręką w stronę Tracy.

– Kiedy go pan widział po raz ostatni? – wtrąciła szybko, nie chcąc dopuścić do przejęcia przez niego inicjatywy.

Trejo chyba w tym momencie najwyraźniej zdał sobie sprawę, że nie przyjechali z kluczykami od jego samochodu, bo rozsiadł się na jednym z foteli.

– W poniedziałek wieczorem – mruknął, na zmianę pociągając napój i gniotąc aluminiową puszkę. – Wróciłem nim z roboty i zaparkowałem pod wiatą.

Tracy i Kins usiedli na kanapie przy niskim stoliku. W miarę upływu czasu Tracy była coraz pewniejsza, że ten facet ma dokładnie obmyślony przebieg tej rozmowy i jego ostentacyjny luz na początku był częścią planu. Rozmowa nie przebiegała jednak według jego scenariusza i widać było, że Trejo zaczyna się gubić i traci sztuczną pewność siebie. Mówił ze spuszczonym wzrokiem, nie patrzył im prosto w oczy i nie przestawał gnieść puszki.

– O której wrócił pan z pracy? – spytała.

– Myślę, że koło szóstej.

– Pod którą wiatą pan zaparkował?

– Tam, na górze. – Machnął niezbyt precyzyjnie ręką.

– Widać ją stąd?

– Nie.

– I już pan tego wieczoru więcej nie wychodził? – upewniła się Tracy.

– Tego dnia już nie.

– Żona też nigdzie nie wyjeżdżała?

Pokręcił głową.

– Nie.

– Więc kiedy pan zauważył brak samochodu?

– Następnego dnia rano. Chciałem pojechać do pracy i samochodu nie było. – Wzruszył ramionami. – Wszystko to powiedziałem tej policjantce, która spisała protokół. – Mówił jak aktor, który wypowiada wyuczoną kwestię.

– Tylko że my jeszcze nie czytaliśmy tego protokołu – wtrącił się Kins.

– To jak został skradziony? – spytała Tracy. – Bo pan miał do niego kluczyk, tak?

– Tak, ale pod tylnym zderzakiem miałem skrytkę, w której trzymałem zapasowy. Mogli go tam znaleźć.

– Kto wiedział o tej skrytce? – Tracy nie bardzo mu wierzyła, ale udała, że bierze jego słowa za dobrą monetę.

– Nie wiem. Może ktoś zauważył.

– Co pan zrobił, kiedy się okazało, że nie ma samochodu?

– Wróciłem do domu i zapytałem żony, czy coś z nim zrobiła – odrzekł bez namysłu, zapewne znów zgodnie ze scenariuszem. – Odpowiedziała, że nic, więc zadzwoniłem na policję i zgłosiłem kradzież.

– I co zrobiła policja?

Trejo zmarszczył czoło. Wyraźnie zaczynał okazywać zniecierpliwienie. Wprowadzenie go w taki stan było świadomym zamysłem Tracy.

– Przysłali tu policjantkę. Zadała mi te same pytania, powiedziała, że spisze protokół, i obiecała, że będziemy w kontakcie. Nie miałem jak dojechać do pracy.

– Macie tylko ten jeden samochód? – spytała Tracy.

– Już to pani mówiłem przez telefon. – Odstawił napój i wychylił się do przodu, w stronę Kinsa. – Mogę teraz ja o coś spytać? Znaleźliście mój samochód?

Tracy zignorowała jego pytanie.

– Zna pan kogoś w Seattle, panie Trejo?

Przeniósł na nią wzrok.

– Czy znam kogoś? Co to znaczy?

– Ma pan rodzinę lub znajomych mieszkających w Seattle?

– Nie mam – mruknął i sięgnął po napój. Tracy pomyślała, że to jego kolejny zaplanowany ruch.

– Skąd pan jest? – spytała.

– Stąd.

– Chodzi mi o to, gdzie się pan urodził i dorastał.

– Dorastałem w okolicach San Diego. Co to ma za…

– Służy pan w wojsku od pięciu lat?

– Prawie od sześciu.

– Nigdy nie mieszkał pan w Seattle?

– Już pani mówiłem, że nie.

– Co pan robi na Bremerton?

– Jestem specjalistą logistykiem w CLF.

– Co to jest CLF?

– Centrum Logistyczne Floty.

– I co pan tam robi? Na czym polega pańska praca?

– Na pokładzie pracuję w ładowni. Jak stoimy w doku, pracuję w magazynie. Co to ma wspólnego z moim samochodem?

– Zamawia pan części, pilnuje stanu magazynowego, tego typu sprawy? – ciągnęła jakby nigdy nic.

– Zgadza się.

– Służył pan gdzieś za granicą?

Skinął głową.

– Byłem w Kuwejcie i w Iraku.

– Także w służbie magazynowej?

– Tak. A, i jeszcze w Afganistanie. Tam też byłem.

– Na jakim okręcie?

– Na USS Stennis.

– Co to za jednostka?

– Lotniskowiec. Lotniskowiec z napędem atomowym.

– Kiedy był pan w Afganistanie?

– Ostatnio? W dwa tysiące trzynastym. Jaki to wszystko ma związek z moim samochodem?

Tracy nie odpuszczała w nadziei, że Trejo całkiem się pogubi w swoim scenariuszu.

– A na Bliskim Wschodzie? Kiedy był pan tam ostatnio?

– Ostatni raz w dwa tysiące dwunastym.

– Od jak dawna stacjonuje pan w bazie na Bremerton?

– Od czterech miesięcy.

– A przedtem okręt gdzie był?

 

– W Tajlandii. – Spojrzał na Kinsa. – Znaleźliście mój samochód? Mogę go odebrać?

– Znaleźliśmy pański samochód w Seattle, panie Trejo.

– Tego się już domyśliłem – rzucił ze złością. – Mogę po niego pojechać?

– Wie pan, jak to się stało, że trafił do Seattle? – spytała Tracy.

– Już mówiłem. Ktoś go musiał ukraść.

– Często zdarzają się tu kradzieże samochodów?

– Nie mam pojęcia. – Wzruszył ramionami. – Spytajcie na policji. To kiedy mogę odebrać samochód?

– Trochę to potrwa.

– Dlaczego? – W głosie Treja słychać było wyraźne podenerwowanie. – Potrzebuję samochodu, żeby jeździć do pracy.

– Pański samochód uczestniczył w wypadku, po którym kierowca uciekł, panie Trejo. – Tracy wpatrywała się w niego w poszukiwaniu reakcji świadczącej o tym, że o tym wie, ale twarz mężczyzny pozostała doskonale obojętna.

– Kolizja z innym samochodem? Czy z człowiekiem? Jak mocno jest uszkodzony?

– Uderzył w przechodnia. W dwunastoletniego chłopca. Chłopiec zginął na miejscu.

Trejo wbił wzrok w podłogę i na chwilę zapadło milczenie. Tracy pomyślała, że to akurat zrozumiała reakcja.

– To straszne – bąknął w końcu i łyknął napoju.

– Jeszcze jedno pytanie, panie Trejo – powiedziała Tracy.

Opuścił rękę z puszką i Tracy odczekała, aż na nią spojrzy.

– Skąd to skaleczenie na czole?