Miś

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

© Copyright by Wydawnictwo skrzat

2015

Wydanie elektroniczne

Zespół redakcyjno-korektorski:

Wydawnictwo Skrzat

Skład:

Wydawnictwo Skrzat

Projekt okładki:

Wydawnictwo Skrzat

ISBN 978-83-7915-255-1

Księgarnia Wydawnictwo Skrzat Stanisław Porębski 31-­202 Kraków, ul. Prądnicka 77 tel. (12) 414 28 51

wydawnictwo@skrzat.com.pl Odwiedź naszą księgarnię internetową: www.skrzat.com.pl


Nazywam się Krzysztof Brachowski. Mam 29 lat. Już od dłuższego czasu nosiłem się z zamiarem, by pisać pamiętnik, ale do tej pory nie udało mi się go zacząć. Teraz być może jest już za późno. Być może w całej historii ludzkości nikt nigdy nie miał tak mało czasu jak ja. Nie wiem, czy uda się nam przetrwać. Nie wiem nawet, czy będzie miał kto przeczytać moją historię. Okazało się, że nie byliśmy przygotowani na to, co nieuniknione. Nie zadbaliśmy o swoją przyszłość. Wierzyliśmy, że życie będzie trwać wiecznie, a ludzkie panowanie na Ziemi jest czymś trwałym i niezmiennym, choć nasza wiedza przeczyła tej irracjonalnej wierze na każdym kroku. Wiedzieliśmy o gigantycznych erupcjach wulkanów, które zmieniały klimat na całej planecie, o ruchach płyt tektonicznych, które rozrywały kontynenty, o niszczycielskich trzęsieniach ziemi, o falach tsunami zdolnych unicestwiać całe cywilizacje, o globalnych potopach i morderczych suszach, o kosmicznych katastrofach prowadzących do zagłady milionów gatunków. Wiedzieliśmy o tym, a jednak nie zrobiliśmy nic, by się ratować. Gdy w 1969 roku amerykański kosmonauta Neil Armstrong jako pierwszy człowiek w historii postawił stopę na obcym globie, na Księżycu, pojawiła się szansa dla wszystkich ludzi. Ale zmarnowaliśmy ją. Nie chcieliśmy pogodzić się z faktem, że nasz przytulny dom, czyli Ziemia, może kiedyś stać się naszym grobowcem. Nie chcieliśmy zrozumieć, że naszą przyszłością jest Kosmos. Gdy astronomowie odkryli zmierzający w kierunku Ziemi olbrzymi meteoryt, było już za późno. Przed tak potężnym kataklizmem, jaki miał nastąpić, nie potrafiliśmy się bronić. Nie mieliśmy się gdzie schować ani dokąd uciec. Fala uderzeniowa zmiotła z powierzchni ziemi tryliony żywych organizmów: roślin, owadów, ryb, gadów, płazów, ptaków i ssaków. Żywioł nie oszczędził także nas, ludzi. Nie przetrwało ani jedno miasto, ani jedna fabryka, ani jedno gospodarstwo. Z ponad dziewięciu miliardów, które zaludniały Ziemię w 2025 roku, przetrwało zaledwie kilka tysięcy. Ameryka Południowa uległa unicestwieniu, Afryka, Ameryka Północna i znaczna część Europy Zachodniej zostały doszczętnie zniszczone. Nikt nie miał tam najmniejszych szans na przeżycie. Przez całą Australię przetoczyły się olbrzymie fale, ale w bunkrach, w centralnej części kontynentu przetrwała grupa niedobitków. Los najłagodniej obszedł się z pozostałą częścią Europy i Azją. Pierwsze uderzenie przeżyło kilka milionów ludzi, ale pyły, które zasnuły niebo pozbawiły nas światła. Zapanowała globalna zima. Po niedługim czasie okazało się, że jest jeszcze gorzej bowiem uderzenie kosmicznego intruza było tak potężne, że doprowadziło do rozregulowania naturalnego magnetyzmu naszej planety. Naładowane, groźne dla życia cząsteczki, biegnące ze Słońca i Galaktyki, przestały być chwytane w pole magnetyczne. Pierścienie van Allena zanikły i na Ziemię runęła fala morderczego promieniowania. W straszliwie okaleczony glob uderzyła fala wysokoenergetycznych cząstek, które dokończyły dzieła zniszczenia.

My, którym udało się szczęśliwie uniknąć zagłady, uwięzieni jesteśmy w schronach kilkaset metrów pod powierzchnią ziemi. Najgorszy jest głód… Nie, jeszcze gorsza jest świadomość, że nikt nas nie uratuje. Wszyscy, nawet dzieci, wiedzą, że to koniec. Dlatego postanowiłem, że napiszę tę historię. Być może teraz zdążę opisać tylko ją jedną, ale wierzę, że kiedyś nabiorę jeszcze ochoty, by pisać pamiętnik. Gdy miałem dwanaście lat przeżyłem zdarzenie, które nauczyło mnie, że nigdy nie należy tracić nadziei i teraz uczę tego moich małych podopiecznych.

Tego dnia wszyscy byli wyjątkowo niespokojni. Dziewczynki od rana pochlipywały po kątach. Wśród najmłodszych chłopców co chwilę dochodziło do zwad, a nawet bójek, które oczywiście też kończyły się płaczem i lamentami. Starsi albo siedzieli zasępieni, albo łypali oczami jakoś tak, że nawet mnie po plecach przechodziły ciarki. Jeszcze do niedawna moja grupa mogła kontaktować się z kilkoma najbliższymi, przemieszczając się podziemnymi korytarzami. Jednakże po zderzeniu skorupa ziemska wciąż nie była stabilna i kilka dni temu doszło do silnych wstrząsów tektonicznych. Zostaliśmy odcięci — blisko pół setki niedorostków w wieku od czterech do piętnastu lat i ja, jedyny dorosły. Dzieciaki trzymały się dotychczas całkiem dzielnie, ale nowa katastrofa i izolacja od reszty społeczności ostatecznie nadwątliły kruchą wolę współistnienia. Nie dziwiłem się im, bo też miałem wszystkiego dosyć. W przeciwieństwie do nich we mnie wciąż jednak tliła się iskierka wiary i nadziei, że uda się nam jeszcze kiedyś śmiać.

— Co się z wami wszystkimi dzieje?! — zawołałem w końcu na cały głos, nie mogąc znieść nieustannych awantur i zawodzenia.

Uniosłem w górę ewerlajt, czyli „wieczne światło” niewymagające zasilania. Urządzenie to zaprojektowano i wytworzono w jednym z nanotechnologicznych laboratoriów zaledwie kilkanaście miesięcy przed katastrofą. Teraz było wręcz niezastąpione. Ewerlajt jakby zrozumiał moje oczekiwania i rozbłysnął mocniej. Światło nie było nazbyt intensywne, ale wystarczająco jasne, by rozświetlić mrok ciągnącej się na wiele dziesiątek metrów wzdłuż i wszerz podziemnej komory. Dzieciarnia umilkła na chwilę, zaskoczona moim nagłym wybuchem. Staliśmy tak przez chwilę naprzeciwko siebie: ja, brudny i wychudzony mężczyzna, którego oczy musiały teraz wyglądać, jak oczy szaleńca i gromada sterroryzowanych przez zwierzęcy strach wilcząt.

— Jestem głodna — wypaliła nagle pięcioletnia Kasia. — Głodna, głodna!

Ten zew podchwyciły od razu inne maluchy i w jednym momencie rozpętało się akustyczne piekło zwielokrotnione nakładającymi się na siebie echami kilkudziesięciu głosów.

— Ciszaaaaaaa!!! — zaryczał Ryszard, jeden z najstarszych wyrostków, który cieszył się powszechnym szacunkiem.

Zapewne kiedyś nie pochwalałbym jego metod podporządkowywania sobie innych, ale w tych warunkach „prawo pięści” się sprawdzało. Musiałem przyznać sam przed sobą, że gdyby nie zdecydowanie Ryszarda w wymierzaniu razów co bardziej krnąbrnym rozrabiaczom, miałbym poważne problemy w utrzymaniu grupy w jakiejkolwiek dyscyplinie.

Wataha przestała wyć i w gasnącym echu głosu Ryśka słychać było jedynie ciche pochlipywania.

— Czy to prawda, że kończy się nam żywność? — zapytał Ryszard bez ogródek.

A, o to chodzi… — pomyślałem.

Żywności rzeczywiście zostało tyle co kot napłakał, ale miałem nadzieję, że uda mi się ten dramatyczny fakt utrzymać w tajemnicy tak długo, jak tylko się da. Zaraz, gdy tylko zostaliśmy odcięci od reszty świata (śmiechu warte, czy te ponure podziemia, w których żyjemy niczym trolle rodem z książek Tolkiena, w ogóle zasługują na miano świata?!) zacząłem oszczędniej racjonować żywność, która już wcześniej wydzielana była w najzupełniej opłakanych ilościach. Miałem nadzieję, że stopniowo zmniejszając dzienne racje do absolutnie niezbędnego minimum, uda mi się oswoić dzieciarnię z radykalnym postem. Gdyby plan się powiódł, moglibyśmy we względnym spokoju przetrwać jeszcze jakiś miesiąc, może półtora, czekając na cud. Bo jedynie cud mógł sprawić, że komuś udałoby się do nas przebić i przedłużyć o kolejnych kilka miesięcy naszą żałosną egzystencję. Plan jednak diabli wzięli. Starsze podrostki najwyraźniej zaczęły coś podejrzewać, w końcu któreś, zamiast najpierw porozmawiać ze mną i zaoszczędzić strachów przynajmniej najmłodszym, zaczęło uprawiać defetystyczną szeptankę, która zrodziła obecną rozpacz. Teraz było już za późno, by temu przeciwdziałać, musiałem im wyznać prawdę. Zresztą… mój ojciec zawsze mówił, że lepsza najgorsza prawda od najpiękniejszego kłamstwa. Ciekawe, czy gdyby znalazł się tu razem ze mną nadal by tak twierdził?

— Jak nie będziemy się opychać, to pożyjemy jeszcze jakiś czas — zacząłem oględnie.

— Opychać?! Jakiś czas?! — zakwiczał trzynastoletni Piotrek, chyba najbardziej wybuchowy ladaco z całej gromady, który w dodatku właśnie przechodził mutację. — To myśmy się opychali? Słyszycie go? Brachu oszalał!

Wiedziałem, że za moimi plecami wszyscy mówią na mnie „Brachu”, ale dotychczas nikt nie użył przy mnie tego przezwiska. Tak daleko posunięty, jawny brak szacunku wobec przywódcy (którym bądź co bądź byłem dla tej dzieciarni) był dobitnym dowodem skrajnej desperacji.

— Dobra — poddałem się. — Musimy ograniczyć dzienne porcje jedzenia tak bardzo, jak to tylko możliwe…

Znowu rozpętała się bezładna wrzawa.

— Uciszcie się! — mój głos ginął w powszechnym rejwachu.

— Przestańcie ryczeć! — znów zagrzmiał tubalny głos Ryśka. — Posłuchajcie lepiej, co pan ma do powiedzenia. Na jak długo wystarczy nam żywności?

— Na… — zawahałem się. — Na miesiąc, może dłużej. W tym czasie inni na pewno się do nas przekopią.

— Jakim cudem? — zapiał znowu Piotrek. — Ten obwał musi być gigantyczny… Potrzebny byłby ciężki sprzęt… Zresztą na pewno mają moc własnych kłopotów i ani im w głowach akcja ratunkowa. A może w ogóle tam już nikogo nie ma? Może wszyscy zginęli?!

Piotrek znany był z tego, że jest inteligentny i umie wyciągać prawidłowe wnioski, a jego zdanie liczyło się w grupie. Przyjrzałem się twarzom pozostałych dzieci. Było jasne, że niemal wszyscy podzielają jego obawy, może z wyjątkiem kilku maluchów.

 

— Może masz rację — zacząłem ostrożnie. — Na pewno będzie ciężko, ale sytuacja nie jest jeszcze beznadziejna…

— Wszyscy zginiemy, pan o tym doskonale wie — przerwał mi głos dobiegający z tylnych szeregów. — Cały czas nas pan oszukuje…

— Dość tego! — prawie nigdy mi się to nie zdarza, ale teraz wkurzyłem się nie na żarty. — Nie chowaj się za plecami kolegów, tylko podejdź tu!

Z gromady wysunęła się niepozorna postać.

No tak, mogłem się domyślić, że to ona — pomyślałem, patrząc na dziewczynkę, która wolno przesuwała się w moją stronę.

Miała na imię Irenka i mogła mieć nie więcej niż dwanaście lat. Była wysoka i chuda, miała wielkie, smutne oczy i cechę, która szczególnie w naszej sytuacji stawała się wyjątkowo przykra — zawsze uważała, że wszystko, co tylko może się wydarzyć, musi się źle skończyć.

— Popatrz mi w oczy i słuchaj! — przykucnąłem, wziąłem ją pod brodę i uniosłem jej głowę tak, by jej oczy znalazły się na wprost moich.

Wyprostowałem się i zdecydowanym wzrokiem popatrzyłem na pozostałe dzieci.

— Posłuchajcie mnie wszyscy! Nie możemy tracić nadziei. Nigdy! Ja to wiem! A na dowód tego opowiem wam historię, która przydarzyła mi się, gdy miałem tyle lat, co ty — mówiąc to, wskazałem na Irenkę.

— Coś ty znowu wykombinował — zapytał Rafał, widząc, że majstruję coś przy krześle pani Zosi.

Rafał był moim najlepszym szkolnym kumplem. Obaj chodziliśmy do pierwszej klasy gimnazjum i zdecydowanie bardziej od nauki interesowało nas „dawanie czadu”. A pani Zosia, czyli nasza polonistka, była naszą „ulubioną panią od kawałów”. Nie chcę się chwalić, ale numer, w którym podłożyłem belferce patyczaka zamiast długopisu przeszedł w szkole do legendy. Nawet starsi uczniowie po tym wyczynie patrzyli na mnie i na Rafała z podziwem. Wiecie jak wygląda patyczak? To taki duży, nieruchawy owad, który większą część życia spędza na udawaniu patyka i stąd jego nazwa. Długi, prosty tułów i cienkie, niepozorne odnóża powodują, że roztrzepana osoba może takiego patyczaka od biedy pomylić nie tylko z patykiem, ale i z długopisem. A pani Zosia była bardzo roztrzepana! Autorem pomysłu był Rafał, ale najbardziej ryzykowne etapy realizacji były moim dziełem. Patyczaka podprowadziłem w pracowni biologicznej i umieściłem w długim, płaskim pudełku, robiąc w wieczku dziurki, by oszczędzić stworzeniu niepotrzebnego stresu, bo w końcu nawet taki patyczak musi jakoś oddychać.

Na lekcji Rafał odwrócił uwagę polonistki okrzykiem:

— O rety, pani Zosiu! Niech pani popatrzy! — wskazując jednocześnie na okno.

Pani Zosia zerwała się zza biurka i popędziła żwawym kłusem, oczywiście na tyle żwawym, na ile pozwalały jej obfite kształty. Co tu dużo gadać: pani Zosia zdecydowanie nie miała figury modelki. Oj, nie miała!

— Co? Gdzie? — zapytała zdezorientowana pani Zosia, bo za oknem nic ciekawego się nie działo.

— Eeee, chyba mi się zdawało — nonszalancko odpowiedział Rafał.

W tym czasie wydobyłem zwędzonego i jednak lekko wystraszonego patyczaka, niezauważony podkradłem się do biurka nauczycielki i podmieniłem leżący na klasowym dzienniku długopis na owada. Pani Zosia wróciła na swoje miejsce i usiadła wygodnie. Po chwili wzięła do ręki długopis, który już nie był długopisem, ale patyczakiem i położyła go obok dziennika. Biedny zwierzak był tak przerażony, że ani drgnął. Potem nauczycielka założyła okulary, otworzyła dziennik i ponownie wzięła patyczaka do ręki. A patyczak nic a nic, nawet nogą nie poruszył. Ale gdy pani Zosia przymierzyła się, by wpisać do dziennika codzienne adnotacje… O! Tego dla patyczka było już za wiele! Owad zaczął wierzgać nogami (no, może to lekka przesada, patyczaki nie wierzgają, raczej mozolnie przestawiają kończyny w tempie, w porównaniu z którym żółwie tempo jest ekspresowe). Ten podejrzany ruch zaniepokoił panią Zosię, która zbliżyła „długopis” do oczu. Co było dalej domyślcie się sami (tym, u których wyobraźnia nie jest mocną stroną, podpowiem tylko, by spróbowali wyimaginować sobie sympatycznego hipopotama w okularach i granatowej sukience, który nagle zaczyna wykonywać dziki taniec w stylu techno).

Niewiele brakowało, a przez ten nasz wyczyn wyleciałbym z Rafałem ze szkoły. Ale dla sławy, jaka nas potem spotkała, warto było ponieść nawet takie ryzyko! Nawiasem mówiąc, przyznać muszę, że sprawa rozeszła się po kościach tylko dzięki pani Zosi, która okazała się osobą o iście gołębim sercu i jakkolwiek w pierwszym odruchu zapałała świętym oburzeniem, to już nazajutrz broniła nas przed dyrektorem, niczym lwica swoich młodych. Skończyło się na tym, że dyro dosolił nam do oporu pozalekcyjnych dyżurów porządkowych. Można więc powiedzieć, że wyszliśmy z całej kabały bez większego szwanku.

Ale, ale! Rozgadałem się trochę nie na temat i chyba czas najwyższy powrócić do mojego wyczynu, od którego zaczęła się historia, którą chcę wam opowiedzieć.

Właśnie była przerwa, po której zaczynała się lekcja polskiego. Ale pal sześć z polakiem, ja miałem inny plan. Właśnie na tej lekcji pani Zosia miała zaprezentować swój kolejny „szoł”, oczywiście z moją niewielką pomocą. Nie będę ukrywał, że wiązałem z nim duże nadzieje, bo od czasu „akcji patyczak” miał to być mój największy wygłup.

— Wiesz co to jest, głąbie? — zapytałem, podtykając jednocześnie Rafałowi pod nos niepozornie wyglądający walec.

— Spray ze smrodem? — ucieszył się Rafał.

— Oj, Rafciu, Rafciu. Ty to nigdy nie dorośniesz. Kawały ze smrodami w sprayu są dobre dla szczeniaków. Czas najwyższy skorzystać z technologii, a konkretnie z kondensatora.

— Z czego? — zapytał szczerze zdziwiony Rafał.

— Ech, ty niedouku niemyty. Kondensator to współczesna odmiana tak zwanej butelki lejdejskiej, czyli mówiąc w zrozumiałym dla ciebie dialekcie, ty neandertalu fizyczny, pojemnik na ładunek elektryczny.

— Aaaa — odparł niepewnie Rafał — teraz to kapuję… Choć rym ci wyszedł raczej marny. Powiedziałbym nawet, że ci się rymnęło końsko.

— Guzik tam kapujesz, humaniszczyno w czółko dwunastozgłoskowcem klepany. Teraz go naładuję — mówiąc to, wetknąłem końcówki kondensatora do ściennego gniazdka elektrycznego. — Marne dwieście nanofaradów, ale wystarczy, by wprawić naszą słoniczkę w pląs.

— Hipcia dzięki temu ustrojstwu będzie fikać?! — ucieszył się Rafał.

— I to jak młoda baletnica! — zapewniłem go pewien wiary w swą wiedzę techniczną i pomysłowość największego szkolnego zgrywusa.

Podłączyłem naładowany kondensator do dwóch długich, cienkich gwoździków, które uprzednio wbiłem od spodu w siedzenie krzesła w taki sposób, by ich końcówki delikatnie wystawały nad powierzchnię.

— Teraz jak Zocha przysiądzie, zamknie obwód i dostanie rozruchowego kopa w swój hipopotami zadek!

— I zacznie fikać! — znowu ucieszył się Rafcio. Muszę przyznać, że czasami nawet u mnie pojawiały się wątpliwości, czy aby nie odstaje on od normy.

Sprawdziłem jeszcze raz, czy wszystko gra i daliśmy dyla do naszej ławy.

— Co jest chłopaki? — zapytał siedzący za nami Zbyszek, nie tylko największy i najsilniejszy chłopak w klasie, ale także równiacha, z którym można było konie kraść.

— Siedź spokojnie i się patrz — Rafał nie mógł się już doczekać przedstawienia.

W tym momencie do klasy weszła pani Zosia.

— Witam klasę — przywitała nas radośnie, jak zwykle.

— Dzień dobry pani profesor! — zawołaliśmy chórem.

— No, patrzcie uważnie, bo „szoł” zaraz się zacznie — zakomunikowałem półgębkiem, skręcając nieco głowę, by Zbycho też mógł mnie usłyszeć.

Pani Zosia ochoczo podeszła do biurka, równie ochoczo odsunęła krzesło, następnie z pełną energią swego blisko stukilogramowego ciałka klapnęła na nim i… od razu wystartowała ostro w górę z najzupełniej porażającym wyciem. Przez moment wyglądała jak odrzutowiec. Nie, nie jak odrzutowiec, ale jak rakieta kosmiczna. Tyle że rakiety startują na początku dość wolno i dopiero z czasem nabierają przyspieszenia. A pani Zosia praktycznie w momencie osiągnęła maksymalną prędkość. Niestety prawa fizyki są nieubłagane i bez jednostajnego ciągu, który niechybnie nadałby psorce prędkość ucieczki i to od razu trzecią, polonistka rymnęła na podłogę.

— Ale jazda — wyrwało się Zbychowi, a z różnych stron klasy rozległ się stłumiony rechot.

Wesołość jednak szybko nas opuściła.

— Zamknijcie się debile. Nie widzicie, że pani profesor się nie rusza? — trzeźwo zauważył Jurek, grubawy, niezbyt wysoki blondyn, który pełnił funkcję klasowego prymusa.

Cała klasa zamarła w tępym bezruchu, a potem się zaczęło. Dziewczyny zaczęły piszczeć i krzyczeć bez ładu i składu, chłopcy klęli na czym świat stoi, a wszyscy biegali jeden od drugiego, jakby wszystkim nagle odebrało resztki rozumu. Na szczęście Ania, z nas wszystkich zdecydowanie najdojrzalsza uczennica, nie wpadła w panikę, tylko jak szalona pobiegła po pomoc. Niemal od razu w klasie zjawił się dyro i trzeba przyznać, że potrafił zachować zimną krew. Bez zbędnych gadek sprawdził, czy pani Zosia oddycha i czy pracuje jej serce. Najwyraźniej było krucho i z jednym, i z drugim, bo zabrał się ostro do reanimacji. Kiedy dwadzieścia minut później przyjechała karetka, pani Zosia była już odratowana. Szkoda gadać, co by się stało, gdyby nie dyro. Chociaż nauczycielka była przytomna i twierdziła, że nic jej nie jest, sanitariusze łagodnie, ale zdecydowanie ułożyli ją na noszach i wynieśli do karetki. Musiała jechać na obserwację.

— Nie wiem, co tu się stało, ale się dowiem — powiedział dyro i już miał opuścić klasę, gdy kątem oka zauważył przewrócone krzesło z przymocowanym doń kondensatorem.

— No tak… Teraz wszystko jasne. Nie wiedzieliście idioci, że pani Kowalska ma wszyty rozrusznik? Zresztą to nie ma żadnego znaczenia.

Dyro zgrzytnął zębami i wyszedł z klasy. Nie zamknął drzwi, jak to zwykł robić, czyli delikatnie i z wyczuciem, praktycznie bezgłośnie, lecz strzelił nimi tak, że o mało nie wyleciały razem z framugą.

— Stary się wnerwił — zauważył beznamiętnie Zbychu.

— Nie mogło być inaczej, po tym, jak któryś z was, debile, wyciął taki numer — skomentował całe zajście Jurek.

— Ty gruby lizusie — wrzasnął Rafał i ruszył na Jurka z pięściami. — Zaraz ci pokażę, co z tobą zrobię, jak coś chlapniesz!

— Daj spokój — zawołałem. — Jurek ma rację…

— Teraz daj spokój?! Przecież, jak się dyro dowie, kto to wypichcił, to nas skasuje — zapiał Rafał.

— Siedź cicho, to nic ci się nie stanie — powiedziałem zrezygnowany. — Słuchajcie wszyscy! To moja wina. I nikogo więcej.

— Oj, coś mi się wydaje, że nasz sympatyczny Rafcio też maczał w tym paluszki — oczy Jurka zwęziły się w małe szpareczki, gdy to mówił.

— Ja ci zaraz… — znowu groźnie zaczął Rafał, wyciągając w stronę Jurka swą kościstą piąchę.

Niewątpliwie miał ochotę stuknąć grubasa i pewnie by to zrobił, gdybym go nie powstrzymał.

— Dobrze wiesz, Jerzy — mówiąc to, podszedłem do Jurka i ścisnąłem za ramię, spoglądając jednocześnie prosto w oczy — że Rafcio to fizyczny imbecyl. Nawet jak coś widział, to i tak nie miał najmniejszego pojęcia, o co biega. Rozumiemy się? Chyba wystarczy, że ja mam prawie pewny wylot…

— No, chyba że tak… — odpowiedział niepewnie Jurek.

— Co ty gadasz? — zaprotestował Rafał. — Jak będziemy wszyscy cicho siedzieć, to nic ci nie zrobią.

— Nie — odpowiedziałem. — Ten numer był za gruby… Idę do starego i wszystko mu powiem.

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, odwróciłem się na pięcie i poszedłem wyspowiadać się dyrowi.

Szedłem ze spuszczoną głową w stronę szpitala. Było mi tak głupio i smutno jak nigdy w życiu. I nie dlatego, że dyrektor Pawlikowski okazał się nieugięty i wywalił mnie ze szkoły. Wcale nie, chociaż szkoda było rozstawać się z kumplami, szczególnie z szalonym Rafciem i dryblasem Zbychem. I nie dlatego, że w nowej szkole musiałem startować z najgorszą opinią, i było jasne jak słońce, że wszyscy belfrzy będą mieli na mnie oko. Nawet nie dlatego, że rodzice już od tygodnia regularnie kłócili się, oskarżając siebie nawzajem o błędy w moim wychowaniu. „Ten chłopak to porażka” — tak mówił mój stary. A potem dokładał mamie: „I to jest wyłącznie twoje dzieło. Całe życie go rozpieszczasz, nigdy żadnych obowiązków, żadnej dyscypliny”. „A ty byś najchętniej z niego od niemowlęcia rekruta robił. To przez ciebie jest zagubiony i zdziczały”, ripostowała matka. No i się zaczynało. A jak już się zaczęło, to potrafili sobie godzinami kamyczki, potem kamienie, aż w końcu całe głazy wrzucać do ogródków. Z mojego powodu użerali się zresztą odkąd pamiętam, ale ostatnio przechodzili sami siebie. Myślę, że tak naprawdę bardziej byli przejęci tą wzajemną walką, niż myśleniem, co zrobić ze mną. Ochota obojga, by mieć rację za wszelką cenę, by przekrzyczeć przeciwnika, była większa od potrzeby refleksji nad moim durnym i chmurnym żywotem. Ale co tam, zdążyłem się do tego, no, może nie przyzwyczaić, bo do tych ciągłych ryków z mojego powodu przyzwyczaić się było nie sposób, ale przystosować. Tak, to dobre określenie — przystosować. Traktowałem kłótnie rodziców jak żywioł, który trzeba po prostu przeczekać, na przykład podkręcając głośniej muzykę w słuchawkach.

 

Smutno i głupio było mi wyłącznie z powodu pani Kowalskiej. Było w niej coś takiego, co wyzwalało we mnie niepohamowaną potrzebę zgrywy. Swoją jowialnością, grzecznością, powściągliwością i zdawać się mogło niewyczerpaną dobrocią oraz cierpliwością nieustannie mnie prowokowała w równym stopniu jak hipopotamią sylwetką, niemodnymi pantoflami na płaskim obcasie, okularami w grubych oprawkach i dziwacznymi kapelusikami jak nie z tej epoki. Po prostu nie mogłem oprzeć się pokusie, by nie wyciąć jej jakiegoś numeru! Zresztą czy tylko ja? Inni uczniowie wprawdzie sami nie robili Hipci — tak nazywaliśmy powszechnie polonistkę — kawałów, ale z niecierpliwością czekali na moje kolejne wybryki i rechotali z nich wszyscy bez wyjątku. I właściwie dopiero sprokurowany przeze mnie wypadek uświadomił nam, jak bardzo pani Kowalska była przez całą naszą klasę lubiana. Ba! Kochana! Przeze mnie też…

Sam nie wiem, kiedy znalazłem się przed drzwiami szpitala. Zebrałem się w sobie i wszedłem do środka.

— Czego sobie życzysz chłopcze — zapytała dyżurna pielęgniarka.

— Ja… chciałbym odwiedzić panią Kowalską. Panią Zofię Kowalską.

— A, tę nauczycielkę? Pewnie jesteś jej uczniem? Przemiła osoba, chociaż trochę staroświecka, co?

Zawsze zadziwiał mnie pewien rodzaj kobiet, które potrafiły wypowiadać niemal nieprzerwany potok zdań, które niezmiennie kończyły się pytajnikiem.

— Mogłaby mi pani podać numer sali?

— A, tak, tak. Ta twoja nauczycielka leży pod trzydziestką ósemką, na drugim piętrze. Strasznie ci do niej spieszno, co? Pójdziesz do końca w prawo, potem schodami, potem w lewo i… to będą chyba trzecie drzwi po prawej? Tak, chyba trzecie po prawej. Zrozumiałeś?

Korciło mnie, by powiedzieć, że nic nie zrozumiałem i że zrozumienie czegokolwiek z jej paplaniny jest fizyczną niemożliwością, ale się powstrzymałem.

— Dziękuję pani — skinąłem szybko głową i czym prędzej udałem się we wskazanym kierunku.

Chciałem, żeby droga była nieskończenie długa i żebym do pani Kowalskiej szedł, i szedł, i szedł. Serce waliło mi coraz bardziej i cały czas myślałem:

Co ja jej powiem? Co jej powiem? Zresztą pewnie nie będę miał okazji się odezwać, bo każe mi się wynosić, jak tylko mnie zobaczy.

W końcu jednak dowlokłem się do tej nieszczęsnej trzydziestki ósemki.

Jak się powiedziało A, to trzeba także powiedzieć B. I jeżeli już tu przylazłem… — pomyślałem i nacisnąłem klamkę.

Pani Kowalska leżała w łóżku na wprost drzwi i jakby nie jakaś aparatura, do której była podłączona, to można by powiedzieć, że wyglądała całkiem dobrze.

— Krzyś?! — zawołała na mój widok. Zabrzmiało to jak mieszanina radości i zdziwienia.

— Dzień dobry pani psorko — zacząłem niepewnie. — Ja… to znaczy…

— A chodźże tu bliżej — nauczycielka podsunęła się wyżej na łóżku i gdy już usiadła wygodniej, zamachała do mnie rękami. — No chodź, chodź.

— Ale… — podszedłem do niej zdziwiony. — To przeze mnie… To ja… — dukałem, nie mogąc skończyć zdania.

— Wiem, wiem, że to ty — mówiąc to, uśmiechnęła się delikatnie. — W tej klasie nie ma drugiego takiego szaleńca.

— Pani profesor, ja… To zabrzmi kretyńsko, ale ja chciałem najmocniej przeprosić… przeprosić panią, że…

No i stało się — ryknąłem jak dzieciak, który dostał klapsa. Niemal w tym samym momencie poczułem, jak Hipcia objęła mnie swoimi pulchnymi ramionami.

Pięknie — pomyślałem — dobrze, że nie ma tutaj Rafcia, bo by miał ubaw po pachy.

— Już dobrze — usłyszałem głos pani Kowalskiej, w którym, o dziwo, również usłyszałem nutę autentycznego wzruszenia.

Opanowałem się jakoś i podniosłem na nią oczy.

— Pani też? — zapytałem zdziwiony, widząc spływającą po jej policzku łzę. — Ale dlaczego? Przecież…

— Och, zamknij się już. Nic nie widziałeś, tak? — pogroziła mi figlarnie palcem.

— W porzo, ale…

— Po pierwsze nie mów przy mnie „w porzo”, a po drugie… wiedziałam, że tu przyjdziesz i przeprosisz. Po prostu wiedziałam. No i mnie nie rozczarowałeś. To dużo, szczególnie dla takiej starej belferzycy jak ja, dla… jak wy mnie to nazywacie? Hipcia? Tak? — zapytała, a na jej ustach znów pojawił się ten sam delikatny, trochę zawadiacki, a trochę tajemniczy uśmiech.

Anioł jakiś, czy co? — pomyślałem i spuściłem głowę z taką miną, jak mały chłopiec przyłapany na wyjadaniu pierogów przed wigilijną wieczerzą.

To dziwne, ale potem rozmawialiśmy długo, a właściwie ja opowiadałem o domu, o swoich marzeniach, o tym, kim chciałbym zostać w przyszłości i o jeszcze wielu różnych innych rzeczach. A ona słuchała i uśmiechała się. Jakby wiedziała, że tego właśnie było mi potrzeba najbardziej na świecie.

Ojciec obwieścił nam, to znaczy mnie i mamie, swój plan zaraz po obiedzie. Już od rana widać było, że go nosi, ale w pozytywny sposób. Nawet z matką się nie kłócił, tylko o dziwo we wszystkim się z nią zgadzał. Biedna mama nie mogła się połapać, o co staremu biega i w końcu, jak już talerze ubabrane resztkami kurczaka zniknęły ze stołu, nie wytrzymała i wystrzeliła:

— Grzegorz! O co ci właściwie chodzi?

— To znaczy? — zapytał ojciec najzupełniej zrelaksowanym głosem.

— Jesteś dzisiaj jakiś dziwny. Nie podoba mi się to.

— Nie podoba ci się, że nie drę z tobą kotów, jak przez ostatnie dwa tygodnie?

— No, nie… Nie o to mi chodziło, tylko…

— OK. Siadajcie wygodnie i posłuchajcie. Myślę, że czas najwyższy, by nasz mały Krzyś przestał być małym Krzysiem. Czas najwyższy, by zrozumiał, że jest młodym mężczyzną. A mężczyzna nie razi znienacka prądem Bogu ducha winnej kobiety. W dodatku kobiety starszej i wyjątkowo zacnej! — to ostatnie zdanie ojciec powiedział, patrząc na mnie takim wzrokiem, jakbym był zupełnie niereformowalnym egzemplarzem pawiana.

— Tego się obawiałam — jęknęła mama. — Przecież to jeszcze dziecko… A ty coś wymyślił? Wyślesz go w samotny rejs kajakiem dookoła świata?!

— Nie. Idziemy w góry!

— Jezus Maria! — zakrzyknęła matka, załamując ręce.

Ojciec powiedział to takim głosem, jakby planował wyprawę na Marsa.

Co on myśli? — pomyślałem — że zrobi ze mnie faceta spacerkiem na Babią Górę?

— Nic tak nie kształtuje charakteru jak góry — powiedział ojciec takim tonem, jakby wygłaszał kazanie. — Nic tak jak góry nie uczy odpowiedzialności, wyobraźni, odwagi. Mądrej odwagi! I współpracy. Jestem przekonany, że w górach nasz ancymon przejrzy na oczy i zrozumie, że w życiu są ważne nie tylko wygłupy. Za dwa dni długi weekend, więc będziemy mieli ponad tydzień. Pakujemy plecaki i…

— I idziemy zdobywać Czantorię północną ścianą! — nie wytrzymałem, ale ochota na kpiny przeszła mi niemal natychmiast, gdy usłyszałem głos taty.

— Nic z tych rzeczy. Zabukowałem już miejsca u gaździny na Krzeptówkach i w Murowańcu. Trybisz bazę, kolo? — spytał mnie, mrużąc w charakterystyczny sposób oczy.

— Nooo, niezupełnie — odrzekłem, wietrząc jakąś grubszą sprawę.

— Nie wiesz, co to Murowaniec? — zapytał z politowaniem.

— Wiem doskonale, że to schronisko w Dolinie Gąsienicowej. Tylko co z tego?

Dotychczas w Tatrach byłem z ojcem dwa razy, na jednodniowych wycieczkach. Za pierwszym razem zwiedziliśmy Dolinę Kościeliską łącznie z wąwozem Kraków i jaskinią Mroźną,

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?