Willa, dziewczyna z lasuTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Rozdział 74

Podziękowania

Tytuł oryginału: Willa of the Wood

Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA

Redakcja: ANNA RUDNICKA

Korekta: JULITA CISOWSKA, EWA KOCHANOWICZ, ANNA MILEWSKA

Projekt okładki i stron tytułowych: MARIA ELIAS

Ilustracje na okładce i wewnątrz książki: © 2018 by Millie Liu (Minty Fresh Mangos)

Opracowanie okładki na podstawie oryginału: RENATA BROŃKA

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

WILLA OF THE WOOD by Robert Beatty

Copyright © 2018 by Robert Beatty

By arrangement with the Proprietor. All rights reserved.

© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2021

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07240-0

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Wielkie Góry Mgliste

1900

Przysłuchując się sprzeczce dwóch światłolubów,

czy świat jest płaski, czy okrągły, Willa kręciła głową.

Obaj się mylili – świat nie był ani płaski, ani okrągły.

Świat to były góry.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Willa skradała się przez ciemny las, podążając za niewyraźną wonią dymu z komina, wyczuwalną w nocnym powietrzu. Pasma srebrzystych chmur, które przesuwały się nieśpiesznie po tarczy księżyca, pomagały maskować jej ruchy, gdy niemal bezgłośnie stąpała nagimi stopami po mokrych, zimnych liściach. Przez całą noc schodziła ostrożnie ze zbocza góry w dolinę zamieszkaną przez osadników, a kiedy w końcu dotarła do kamienistego brzegu rzeki, poczuła, że znajduje się już niedaleko swojego celu.

Nie wiedziała, w jakim humorze jest tu nurt, wolała więc unikać jego czarnych i groźnych prądów, wspinając się po starych, sękatych drzewach i prosząc je o pomoc. Wyciągały nad wodę gałęzie, aby utrzymać jej ciężar, i szeleściły na wietrze w starym języku, jakby martwiły się, dokąd zmierza. Tunika z zielonej trzciny napinała się na jej ciele, gdy wchodziła coraz wyżej i wyżej, a drzewa zapewniały jej oparcie – splatały się z jej rękami i ramionami, z nogami i stopami tak troskliwie, jak gdyby pomagały własnej wnuczce, sadzonce, która niedawno odrosła od ziemi. Kawałek po kawałku Willa przeszła ponad zamgloną czeluścią rwącej rzeki i zsunęła się po pniu na drugi brzeg.

 

– Dziękuję – wyszeptała do drzew i położyła dłoń na korze jednego z nich.

Mijając nieruchomą sadzawkę, lśniącą w blasku gwiazd między rzecznymi kamieniami, dostrzegła przelotnie swoje odbicie – dwunastoletniej, chudej jak szczapa leśnej dziewczyny o długich czarnych włosach, okrągłej twarzy poznaczonej smugami i plamami i o szmaragdowych oczach. W odróżnieniu od większości pozostałych członków klanu, którzy uwielbiali migotliwe skarby swoich wrogów, a nawet nosili ich martwe ubrania, Willa nie miała na sobie kawałka tkaniny czy najskromniejszej biżuterii, której błysk mógłby ją zdradzić w ciemnościach. Zawsze gdy zapuszczała się w las, jej skóra, włosy i oczy upodabniały się barwą i deseniem do otaczających ją liści. Wystarczyło, by na moment przystanęła przy drzewie, a już stapiała się z jego pniem, równie brązowa i chropowata. Teraz zaś, kiedy popatrzyła w sadzawkę, ujrzała swoją twarz tuż przed tym, jak ta przybrała kolory wody i nieba. Jej granatowe policzki upstrzyły piegi gwiazd.

Podążyła dalej w stronę tego, po co tutaj przyszła, pochylając się nisko w górskich wawrzynach. Serce biło jej cicho i nieśpiesznie, kiedy zbliżała się do legowiska osadników.

Pochodziła z klanu leśnych ludzi, których Cherokee nazywali starymi i o których uwielbiali opowiadać historie po zachodzie słońca, przy ogniskach. Z kolei białoskórzy osadnicy określali ich mianem nocnych złodziei, a czasami nocnych duchów, mimo że Willa składała się wyłącznie z krwi i kości, jak jeleń, lis czy każda inna istota zamieszkująca las. Najrzadziej słyszała prawdziwą nazwę swojego ludu. W starym języku – a więc tym, którym obecnie posługiwała się wyłącznie w rozmowach z babką, matką jej matki – brzmiała ona: Feiranie.

Willa stanęła na skraju lasu, jej skóra upodobniła się do otaczającej zieleni. Oplotły ją liściaste pnącza, tak że stała się niemal niewidzialna.

Zewsząd dolatywały wyłącznie ciche odgłosy nocy, błogie bzyczenie owadów i kumkanie żab. Mimo to Willa czujnie wypatrywała psów o paciorkowatych oczach, ukrytych wartowników i innych niebezpieczeństw.

Spoglądała w kierunku legowiska osadników, zbudowanego z fragmentów zamordowanego lasu, poprzybijanych do siebie żelaznymi gwoździami. Pocięte truchła drzew tworzyły razem długie, płaskie ściany, które układały się w kanciastą konstrukcję niepodobną do niczego, co rosło w lesie.

Po prostu bierz, po co tutaj przyszłaś, napomniała samą siebie Willa.

Legowisko miało wysoki, spadzisty dach, duży ganek z balustradą i komin z poszarpanych kamieni, które osadnicy wyrwali ze szkieletu rzeki. Nie widziała w oknach zapalonych świec czy lamp olejnych, ale szary dym unoszący się z komina stanowił widoczny znak, że osadnicy – których niekiedy przezywała światłolubami, bo po zmroku chowali się do swoich nor – śpią teraz na długich i płaskich posłaniach, pełnych miękkich poduszek.

Wiedziała z doświadczenia, że w tych okolicach zamykają się oni na noc, co znaczyło, że będzie musiała wykazać się sprytem. Znaleźć uchylone okno, dostać się kominem? Długo przyglądała się budowli, szukając drogi do środka. Aż wreszcie ją ujrzała – pan tego legowiska zbudował w dolnej części drzwi wejściowych klapkę, przeznaczoną zapewne dla jego pupila o białych, lśniących kłach.

Wkrótce miał się przekonać, że to był błąd.

Serce zabiło Willi mocno. To już czas, poczuła. Pnącza odwinęły się z jej ciała, a ona wyszła z lasu i przemknęła przez trawiasty teren, który otaczał legowisko. Nie znosiła otwartych przestrzeni. Miała wrażenie, że jej nogi są dziwnie koślawe, kiedy stąpała po nienaturalnie płaskim gruncie. Wbiegła po stopniach na drewniany ganek i zręcznie opadła na czworaki, żeby przecisnąć się przez klapę dla psa – prosto w ciemność, gdzie czekały na nią zdobycze tej nocy.


Znalazłszy się wewnątrz czterech ścian legowiska, Willa umknęła ze snopa księżycowego światła, które sączyło się przez okno. Przykucnęła na podłodze w ciemnym kącie obszaru jadalnianego, a drobne pióra na jej karku się nastroszyły, gdy rozglądała się wokół czujnym wzrokiem.

Gdzie się podział gryzący pies? – zadawała sobie pytanie. I czy wszystkie światłoluby spały na górze, na swoich posłaniach?

Ze wstrzymanym oddechem podpełzła do przejścia, żeby zajrzeć do głównego pomieszczenia. Sprawdzała, skąd mógłby nastąpić ewentualny atak.

Czekała, patrzyła, nasłuchiwała.

Gdyby ją tu przyłapali – wewnątrz swojej siedziby – z pewnością zabiliby ją bez najmniejszych skrupułów. Nie mieli ich przecież, gdy ścinali drzewa w lesie albo polowali na zamieszkujące go zwierzęta. Zamordowali jej matkę i ojca, siostrę bliźniaczkę i wielu innych mieszkańców Głuchej Jamy. Światłoluby nigdy się nie wahały ani nie zastanawiały. Gdy napotykały coś, czego nie umiały zrozumieć – wilki nawołujące w nocy bliskich czy drzewa unoszące ku słońcu potężne konary – od razu to niszczyły. A lasu, do którego przybyły, nie rozumiały prawie wcale.

Willa przesuwała się powoli i ostrożnie, starając się panować nad oddechem. Słyszała tylko dźwięk maszyny ze zwiniętych kawałków metalu, tykającej na gzymsie kominka, i cichy syk dogasającego żaru, którego woń doprowadziła ją do tego miejsca.

Teraz zaś do nozdrzy Willi doleciał jeszcze inny zapach, zaskakująco słodki. Próbowała go zignorować, ale zaburczało jej w brzuchu. Odwróciła się i ujrzała okrągły pojemnik z materiału przypominającego kamień, stojący na płaskiej drewnianej powierzchni na czterech nogach. Nie mogła pozwolić się rozkojarzyć, tak długo jednak dręczył ją głód – cały wczorajszy dzień i dzisiejszą noc...

Poderwała się szybko, uniosła pokrywę naczynia i wepchnęła w usta kilka niedużych, kruchych grudek, zachłannie jak wygłodniały szop pracz. Od słodkiego smaku napłynęła jej ślina, aż uśmiechnęła się mimowolnie, choć pamiętała, by nie zostawić po sobie okruszków, które mogłyby ją zdradzić. Miała ochotę na więcej tych pyszności, więc schowała pozostałe bryłki do worka z trzciny i ruszyła dalej.

Podkradając się do głównego pomieszczenia, zauważyła prostokąt z cienkiej blachy z nieruchomą podobizną rodziny światłolubów niczym zastygłe na wieki odbicie na powierzchni wody: gładko ogolonego mężczyznę, ciemnowłosą kobietę z maluchem na rękach, a także dwoje dzieci, pięcio- i może sześcioletnie. Willa nie przyglądała się im zbyt długo, bo sama myśl o duszach uwięzionych w metalu budziła jej niepokój.

Weź tylko to, po co tutaj przyszłaś, pomyślała, skupiona na swoim zadaniu.

Zerkając nerwowo w kierunku schodów prowadzących na piętro, szukała w głównym pomieszczeniu wartościowych przedmiotów. Znalazła nieduże drewniane pudełko wypełnione czymś brązowym, miękkim i wilgotnym – tytoniem do żucia, jak jej się wydawało. Wepchnęła połowę do swojego worka. Nie była to zdobycz, na której szczególnie by jej zależało, wiedziała jednak, że padaran – przywódca jej klanu – ucieszy się z tak wyjątkowego prezentu. Wyobraziła sobie, jak staje przed jego rosłą sylwetką i opróżnia na podłogę worek, a w jego oczach lśni aprobata.

Zadowolona ze znaleziska, kontynuowała pracę. W ciasnym pokoiku bez okien, wypełnionym wyłącznie ubraniami zwisającymi z dziwnych przedmiotów w kształcie ramion, natrafiła na długi ciemny płaszcz, a w jego kieszeniach na skórzany portfel. Szeroko uśmiechnięta, zabrała połowę banknotów i monet – właśnie takich łupów uczono ją bowiem szukać.

Każdej nocy padaran wysyłał ją wraz z innymi jutami – młodymi łowcami-złodziejami z jej klanu – na plądry, a największą miłość okazywał tym, którzy wracali z pobrzękującymi sakiewkami i innymi rzeczami o dużej wartości.

Znów spojrzała na schody, świadoma, że potencjalne zagrożenie nadciągnie właśnie stamtąd. Zgromadziła już całkiem pokaźny łup – i choć wiedziała, że mądry jut wie, kiedy się wycofać, czuła niedosyt.

Kiedy poprzedniej nocy wróciła do Głuchej Jamy, jej worek był lekki i padaran zdzielił ją wierzchem dłoni w twarz tak mocno, że upadła na ziemię i równie zdumiona, co zawstydzona, starła krew z wargi. Sądziła, że w ciągu ostatnich miesięcy wkupiła się w jego łaski, stała się jego ulubienicą, a tymczasem on uderzył ją jak każdego innego juta, z którego nie był zadowolony. Wciąż czuła szczypanie policzka, i właśnie dlatego dziś zamierzała zdobyć więcej, pokazać, na co ją stać.

Stanęła pod schodami. Przyłożyła dłonie do uszu, żeby lepiej słyszeć, i zamknęła oczy, skoncentrowana na dźwiękach dolatujących z pomieszczeń nad jej głową. Męskie chrapanie, tylko jednej osoby, ale pewnie było ich tam więcej, bo światłoluby przesypiały noc całymi gromadami.

Tylko gdzie się podział przeklęty pies, który oznaczał śmierć? Już wcześniej zdarzało jej się stanąć na drodze tych zębatych bestii, które głośno szczekały, drapały i gryzły bez opamiętania. Przecież czuję jego smród, myślała. Użyła nawet jego drzwiczek, by dostać się do legowiska. Gdzie on był, dlaczego jeszcze się na nią nie rzucił?

Większość znanych jej jutów wolała kraść rzeczy z niepilnowanych wozów, pogrążonych w mroku podwórzy czy stodół, w których nad ranem nie było żywego ducha. Tylko nieliczni umieli znaleźć w sobie odwagę, żeby zakraść się wprost do legowiska światłolubów, a i to wyłącznie wtedy, gdy mieli pewność, że nikogo nie zastaną w środku. Jutów zawsze szkolono, by działali w małych grupach i unikali ryzyka. Willa postawiła jednak nogę na trzeszczącym stopniu i zaczęła wspinać się najciszej, jak to możliwe, po tych osobliwych płaskich kładkach niepodobnych do niczego, co można było znaleźć w lesie.

Dotarłszy na piętro, zdała sobie sprawę, że drżą jej nogi. Przesuwała się nieśpiesznie wąskim tunelem przypominającym jaskinię w stronę uchylonych drzwi pierwszego pomieszczenia. W lesie mogła korzystać ze swojego kamuflażu i innych mocy, które tutaj, w wewnętrznym świecie światłolubów, stawały się bezużyteczne. Tutaj każdy mógł ją zobaczyć, pojmać i zabić.

Pociły jej się dłonie, kiedy zajrzała do pokoju śpiącego mężczyzny.

Podczas poprzednich plądrów zorientowała się, że dorosłe światłoluby śpią dwójkami, ale ten mężczyzna był sam – zajmował bok posłania, jakby osoba, z którą je dzielił, nie wróciła na noc do legowiska. Znalazł się za to pies, którego wcześniej wyczuła. Pogrążona w twardym śnie kudłata czarno-biała bestia o lśniących kłach i ostrych pazurach, dobrze widocznych w blasku księżyca.

Mężczyzna miał gęste bokobrody. Leżał na pościeli w pomiętych, zniszczonych ubraniach, jakby padł tam z wyczerpania i od razu stracił przytomność. Poza tym wszystko wskazywało na to, że doszło tu do szarpaniny, bo krzesło i stolik były przewrócone, a na podłodze leżało sporo innych przedmiotów światłolubów. Na głowie mężczyzny Willa dostrzegła ranę, a sierść na łopatce psa sklejała zaschnięta krew.

Na ten widok serce zabiło jej mocniej. Przełknęła głośno ślinę. Czyżby ta dwójka zaatakowała w lesie jakieś stworzenie i dostała za swoje? Zaraz jednak zmarszczyła czoło, bo walka w lesie w żaden sposób nie tłumaczyła bałaganu w pokoju...

I wtedy to dostrzegła. Na łóżku, obok mężczyzny i psa, leżał długi przedmiot, dwie metalowe rurki zakończone drewnianym uchwytem.

Przecież to bum-pałka, zorientowała się Willa, tuż przy jego ręce! Odetchnęła ostrożnie, walcząc z instynktownym pragnieniem ucieczki.


Willa przyglądała się z przerażeniem bum-pałce, bo nigdy wcześniej nie widziała tej śmiercionośnej broni z bliska. Nie znała sposobu jej działania, widziała jednak w lesie wystarczająco wielu myśliwych z bum-pałką, by się przekonać o jej morderczej mocy. Potrafiła ona powalić z dużej odległości jelenia, ba – strącić z nieba jastrzębia! Poprzedniej zimy Willa natknęła się na ranną wilczycę i musiała opatrzyć jej łapę leczniczymi liśćmi, żeby wróciła do głodujących wilcząt.

Mężczyzna leżał na posłaniu z zamkniętymi oczami i poruszał niespokojnie rękami. Co chwilę łapał nieprzytomnie za broń albo szukał swojego psiego towarzysza, mamrocząc pod nosem niezrozumiałe słowa.

 

Willa wiedziała, że powinna jak najszybciej odejść, zdawała sobie jednak sprawę, że właśnie tutaj, na wyciągnięcie ręki, znajdowały się najcenniejsze skarby.

Wpełzła więc do środka, plama ciemności poruszająca się w cieniu. Zakradła się do komody i w pośpiechu porwała ze stojącej na niej szkatuły połowę naszyjników i kolczyków, coraz bardziej zadowolona z ciężaru swojego worka.

Najmniejsi z jej klanu, którzy nie potrafili kraść – i to sprawnie – nie dostawali jedzenia. Padaran rządził w ten sposób, odkąd pamiętała, a nawet dłużej – zasady te obowiązywały podobno, zanim jeszcze przyszła na świat. Ci, którzy nie wracali do kryjówki z pełną sakwą, nie dostawali posiłku, a jeśli zawodzili dwie noce z rzędu, spotykało ich coś gorszego. Padaran wiele razy tłumaczył im, że światłoluby są bogate i mają aż zanadto pieniędzy i różnych przedmiotów, a gdy się choć raz zobaczyło ich dobytek, trudno było odmówić mu racji. Mimo to Willa zawsze brała tylko połowę kosztowności, na wypadek gdyby światłoluby i ich dzieci też czasem głodowały.

Splądrowała wiele legowisk leżących wzdłuż rzeki. Uważała, że zabieranie tylko połowy tego, co udało jej się znaleźć, pomaga ukryć jej działania. Poruszaj się bezszelestnie i kradnij, nie zostawiając śladu – tak brzmiały jej zasady. Jeżeli światłoluby naprawdę były bogate, mogły nie dostrzec braku kilku rzeczy o poranku. Oczywiście nigdy nie wspominała o tym padaranowi. Gdyby to zrobiła, biłby ją tak długo, aż woda w rzece zrobiłaby się czerwona od jej krwi. Na szczęście kradła sprawnie, a on był zwykle zadowolony z jej łupów. Wiedziała, że należy do jego ulubienic, i zamierzała dopilnować, żeby nigdy się to nie zmieniło.

Jej babka, którą kochała całym sercem, opowiadała, że w dawnych czasach Feiranie nie potrzebowali niczego, czego nie mógł dać im las. Wtedy jednak pojawili się osadnicy z siekierami. Ścinali drzewa i budowali z nich legowiska oświetlane świecami. Ich przybycie wpłynęło na Feiran – sprawiło, że zmieniały się ich słowa, pragnienia i obyczaje. Czasami głęboko w lesie, z dala od swojego klanu, Willa czuła w sobie potęgę roślin i zwierząt i wtedy docierało do niej, że babcia ma rację. Kiedyś było inaczej.

Śpiący mężczyzna poruszył się gwałtownie, chrząknął i zaczerpnął tchu. Willa drgnęła. Nieznajomy mamrotał coś w ciemnościach, jakby toczył walkę w sennych majakach, a pies u jego boku zmienił pozycję. Na szczęście już po chwili obaj znów głęboko spali.

Willa odważyła się w końcu odetchnąć i pokręciła z niedowierzaniem głową. Ten pies... Co za bezużyteczne bydlę! Nie wyczułby mięsa leżącego tuż pod nosem. Stała przecież tuż obok, a on nawet nie zdawał sobie z tego sprawy.

Z każdą chwilą coraz bardziej pewna siebie, zaczęła przetrząsać szuflady komody. Zauważyła czarną książkę z długą czerwoną wstążką wiszącą wzdłuż grzbietu. Na jej okładce widniał tytuł złożony z pojedynczego słowa, ale Willa nie umiała go odczytać. Leżał też na niej złoty pierścień – chwyciła go i uniosła do światła księżyca. Musiała to być jedna z najpiękniejszych rzeczy światłolubów, jakie kiedykolwiek widziała. Ciekawe, do czego służy i jaka drzemie w nim magia?

Kątem oka dostrzegła błysk i odwróciła się w stronę łóżka. Śpiący mężczyzna miał identyczny pierścień, nosił go na trzecim palcu lewej dłoni.

Zdawała sobie sprawę, że powinna wziąć skarb i uciekać, nie oglądając się za siebie. Bierz to i w nogi, myślała. Była to prawdopodobnie najwspanialsza rzecz, jaką mogła tu znaleźć – i z pewnością cenniejsza od wszystkiego, co udało jej się dotąd przynieść w worku do Głuchej Jamy. Wyobraziła sobie szeroki uśmiech padarana, gdy położy pierścień na jego niecierpliwej dłoni. Naprawdę dobry łup, dziewczyno, wychrypi z zadowoleniem pochwałę, podczas gdy inni jutowie będą się kręcić wokół, sycząc i powarkując, paleni od środka trucizną zazdrości.

Gdy zacisnęła na pierścieniu palce, przeszedł ją dreszcz. Próbowała przekonać samą siebie, że zabierając go, nie łamie zasady połowy, a jednak gryzła ją dziwna niepewność. Zdarzało się bowiem, że dwie rzeczy tworzyły w rzeczywistości parę i tylko razem były jednością. Czasami połowa to całość.

Nie wiedziała, do czego służyły te pierścienie ani co oznaczały, a mimo to jakieś nienazwane przeczucie podpowiadało jej, że to nie w porządku je rozdzielać – tak jak nie można urwać motylowi skrzydła i wmawiać sobie, że wciąż będzie mógł latać.

Niechętnie odłożyła więc pierścień na okładkę czarnej książki i żeby się nie rozmyślić, wyszła z pokoju chrapiącego mężczyzny i głuchego psa o stępionym węchu.

Ruszyła szybko do kolejnego pomieszczenia, skoncentrowana na zadaniu.

Drugi pokój tonął w sukienkach. Podekscytowała ją myśl, że będzie miała okazję ujrzeć z bliska dziewczynę światłolubów. Rzeczywiście, w powietrzu dało się wyczuć zapach nastolatki, ale tu jej nie było... Kolejna rzecz, która zdziwiła Willę; z jakiego powodu dziewczyna miałaby przebywać nocą poza legowiskiem? Podeszła do komody i wyszperała w niej lśniącą bransoletę, srebrną spinkę do włosów, kilka aksamitnych wstążek, porcelanową laleczkę i medalion.

Kiedy zbliżała się do następnego pomieszczenia, od razu wyczuła woń kolejnego dziecka światłolubów – tym razem chłopca... W wietrzny dzień wyczuwała chłopców zza łąki, zarówno tych z rodu dziennych, jak i nocnych istot. Tyle że tego też nie było na posłaniu, a zmięta pościel leżała na podłodze.

Willa zmarszczyła brwi. Co się z nim stało? Gdzie była jego siostra, która powinna spać smacznie w pokoju obok? I dlaczego ich ojciec trzymał w łóżku bum-pałkę?

Bierz, po coś tu przyszła, dziewucho, skarciła samą siebie nie pierwszy już raz tej nocy i potrząsnęła głową. Zawsze powtarzała w myślach te słowa, gdy za bardzo absorbowały ją zdumiewające szczegóły życia światłolubów. Bierz, po co przyszłaś, i uciekaj.

Rozejrzała się szybko po pokoju w poszukiwaniu cennych rzeczy.

Pierwsze, co zwróciło jej uwagę, to coś, co wyglądało jak skórzana rękawica, ale uszyta na dłoń olbrzyma. Czyżby mieszkający tutaj chłopiec miał groteskowo zniekształcone ręce? Obok rękawicy leżały biała piłka i solidny kij – laska do chodzenia? Cóż, być może deformacja dotknęła także jego nogi. Choć zrobiło jej się żal tej biednej kalekiej istoty, wcisnęła do torby połowę jej kolekcji monet i grotów strzał Cherokee, a następnie wymknęła się na korytarz, zmierzając do ostatniego, czwartego pokoju.

I wtedy jej uszy drgnęły i drugi raz tej nocy zjeżyły się pióra na karku.

Chrapanie ucichło.

Mężczyzna się zbudził.

Usłyszała stłumione dźwięki, szelest przesuwanej pościeli. Poczuła wibracje, gdy jego stopy dotknęły podłogi.

– No, ruszże się wreszcie! – syknął, zapewne do swojego psa. – To oni, wrócili!

Willa zerwała się gwałtownie i pomknęła przez korytarz w kierunku schodów.

Mężczyzna wypadł z sypialni z bum-pałką w dłoni. Minęła go w pełnym biegu niczym czarna smuga w ciemnościach.

Musiał się jej przestraszyć nie mniej niż ona jego, bo instynktownie odskoczył do tyłu, a Willa już pędziła po schodach, jej stopy ledwie dotykały stopni.

Wtedy jednak mężczyzna uniósł broń i wycelował ślepo w mrok.

Pojedynczy błysk rozpalił na moment powietrze, huk wstrząsnął posadami świata.

Poczuła uderzenie w plecy. Jego siła cisnęła nią naprzód, doprowadzając do niekontrolowanego upadku. Na zakręcie schodów zderzyła się ze ścianą i potoczyła w dół jak szop zestrzelony z gałęzi drzewa.

Ołowiany pocisk rozerwał tunikę i roztrzaskał ramię. Rana paliła żywym ogniem, Willa, leżąc na podłodze u stóp schodów, miała wrażenie, jakby drążył ją rozżarzony do białości piorun.

Rozwścieczony mężczyzna i pies już zbiegali po schodach, żeby ją dobić.

Wstawaj, popędzała samą siebie, próbując otrząsnąć się z bólu. Wstawaj, Willo. Musisz uciekać!