Paradoks dobraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © 2019 by Richard Wrangham

Copyright © 2020 for the Polish translation and for this edition by Wydawnictwo CiS

All rights reserved.

Przedruk i kopiowanie oraz rozpowszechnianie fragmentów lub całości w dowolnej postaci wyłącznie za pisemną zgodą wydawcy.

Przekład: Piotr J. Szwajcer

Konsultacja naukowa: dr Marcin Ryszkiewicz

Opracowanie redakcyjne: Ewa Szwajcer

Skład i korekta: Doctor Who

Projekt okładki: Studio Gonzo & Co.

Wydawnictwo CiS

02-526 Warszawa,

Opoczyńska 2A/5

e-mail: cis@cis.pl

www.cis.pl

Wydanie I

Stare Groszki 2019

ISBN 978-83-61710-34-9

ISBN e-book 978-83-61710-74-5

Spis treści

Wprowadzenie

Wstęp. Cnota i przemoc w ewolucji człowieka

Rozdział 1. Paradoks

Rozdział 2. Dwa typy agresji

Rozdział 3. Udomowienie człowieka

Rozdział 4. Hodowanie łagodności

Rozdział 5. Dzicy udomowieni

Rozdział 6. Reguła Bielajewa i ewolucja człowieka

Rozdział 7. Problem tyranów

Rozdział 8. Kara główna

Rozdział 9. Do czego doprowadziła domestykacja

Rozdział 10. Ewolucja dobra i zła

Rozdział 11. Władza absolutna

Rozdział 12. Wojna

Rozdział 13. Paradoks rozwiązany

Posłowie

Podziękowania

Przypisy i przypisy bibliograficzne

Bibliografia

Dla Elizabeth

WPROWADZENIE

Byłbym chyba wielce zdumiony, gdyby ktoś, kiedy zaczynałem swoją naukową karierę, powiedział mi, że pięćdziesiąt lat później będę pisał książki o ludziach. W latach 70., gdy kończyłem studia, spotkał mnie wielki zaszczyt, bo mogłem dołączyć do zespołu Jane Goodall, która badała wtedy szympansy w Tanzanii. Śledzenie całymi dniami tych małp w ich naturalnym środowisku było świetną zabawą. Postanowiłem, że tym właśnie chcę się zajmować, i w roku 1987 uruchomiłem nawet własny projekt — obserwowaliśmy dzikie szympansy w ugandyjskim Parku Narodowym Kibale.

Sielanka się skończyła, gdy zaobserwowaliśmy pewne niepokojące zjawiska, których nie dało się zignorować. Otóż okazało się, że szympansy są zdolne do wyjątkowo brutalnej przemocy. Aby wyjaśnić to zachowanie w kategoriach ewolucyjnych, postanowiłem porównać szympansy (zwyczajne — Pan troglodytes; w dalszej części będę je nazywać po prostu szympansami) z ich siostrzanym gatunkiem — bonobo (szympansami karłowatymi, Pan paniscus). W latach 90. badania nad tym gatunkiem dopiero się zaczynały, ale wiedzieliśmy już, że to para bardzo szczególna — bonobo były bardziej pokojowo usposobione i znacznie łagodniejsze od swych kuzynów. Współpracując z licznymi naukowcami (choć głównie z Brianem Hare i Victorią Wobber; o czym będzie jeszcze mowa w tej książce), doszliśmy do wniosku, że bonobo wyewoluowały od wspólnego z szympansami przodka w toku procesu, który w pewnym sensie bardzo przypominał udomowienie. Proces tan nazwaliśmy „samoudomowieniem”. Ponieważ jednocześnie od dawna mówi się o podobieństwie zachowań ludzi i zwierząt poddanych domestykacji, lekcja, jaką stanowią dla nas bonobo, może być ważnym wkładem do badań nad ewolucją człowieka. Kluczowe znaczenie ma to, że w granicach własnych społeczności mamy jako gatunek relatywnie niską skłonność do przemocy. Najprościej mówiąc, na tle większości ssaków jesteśmy bardzo łagodni i tolerancyjni.

Oczywiście zdawałem sobie też sprawę, że nawet jeśli w porównaniu z innymi zwierzętami dość rzadko reagujemy natychmiastową agresją, to bez wątpienia i tak jesteśmy gatunkiem bardzo agresywnym. W roku 1996 w napisanej wspólnie z Dale’em Petersonem książce Demoniczne samce. Małpy człekokształtne i źródła ludzkiej przemocy zajęliśmy się ewolucyjnymi wyjaśnieniami podobieństwa agresywnych zachowań u ludzi i szympansów. Stwierdziliśmy tam, że trwałość wzorców przemocy w ludzkich społecznościach jest bezdyskusyjna, przy czym podejście ewolucyjne pozwala dość dobrze ten fenomen wyjaśnić. Jak jednak można pogodzić udomowienie, o którym pisałem wcześniej, z równoczesną skłonnością do przemocy i agresji? Z tym pytaniem borykałem się przez następne dwadzieścia lat.

Wyjaśnienie, na które wpadłem, i które opiszę na kolejnych stronach tej książki, opiera się na spostrzeżeniu, że nasza tolerancyjność i, z drugiej strony, agresywność, nie są przeciwieństwami, jak na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Po prostu te dwie kategorie zachowań odwołują się do innych typów agresji. Tolerancja społeczna to efekt stosunkowo niskiej skłonności H. sapiens do agresji reaktywnej, podczas gdy charakterystyczna dla nas, śmiertelna często przemoc to forma agresji proaktywnej. Opowieść o tym, jak nasz gatunek zdołał połączyć te dwie tak odmienne skłonności, nie została jeszcze spisana, ale różne jej wątki już dziś można odnaleźć w rozmaitych zaułkach antropologii, biologii oraz psychologii i bez wątpienia będą one konsekwentnie rozwijane. Jestem jednak przekonany, iż ta narracja jest już wystarczająco dojrzała i oferuje nam zupełnie nowe spojrzenie na ewolucję ważnych w tym kontekście behawioralnych i moralnych cech człowieka. Stanowi ona również ważny fragment odpowiedzi na fascynujące, kluczowe dla nas pytanie — pytanie o to, jak powstawał nasz gatunek.

Większość materiału prezentowanego w tej książce jest nowa, w tym przynajmniej znaczeniu, że do tej pory kwestie te były omawiane szczegółowo tylko w opracowaniach naukowych, głównie w artykułach. Ja chciałbym te pisane często technicznym i naukowym żargonem teksty przełożyć na język dostępny również niespecjalistom. Przedstawiam nasze przemyślenia z perspektywy badacza, który przez lata podglądał i podsłuchiwał szympansy w wielu zamieszkiwanych przez nie miejscach w Afryce Środkowej i Wschodniej. Ci z nas, którym udało się spędzić wiele czasu sam na sam z naszymi małpimi kuzynami, w jakimś stopniu naprawdę mogli poczuć klimat plejstocenu. Taki romantyczny oddech przeszłości, spotkanie na żywo z historią naszych przodków, to prawdziwie ekscytujące przeżycie, a zarazem sposobność do odkrycia tkwiących w tej odległej przeszłości korzeni naszych współczesnych umysłów. Kolejne pokolenia naukowców mają do wykonania wielką pracę, a nagrodą będzie też coś więcej niż lepsze zrozumienie naszej prehistorii oraz tego, kim jesteśmy dziś. Mam nieodparte wrażenie, że zainspirowane podglądaniem afrykańskiej natury marzenia mogą pomóc nam stworzyć silniejszą i bardziej bezpieczną wersję samych siebie. Trzeba tylko, byśmy nauczyli się z otwartym umysłem patrzeć na świat różniący się od tego, który tak doskonale znamy.

w artykułach. Ja chciałbym te pisane często technicznym i naukowym żargonem teksty przełożyć na język dostępny również niespecjalistom. Przedstawiam nasze przemyślenia z perspektywy badacza, który przez lata podglądał i podsłuchiwał szympansy w wielu zamieszkiwanych przez nie miejscach w Afryce Środkowej i Wschodniej. Ci z nas, którym udało się spędzić wiele czasu sam na sam z naszymi małpimi kuzynami, w jakimś stopniu naprawdę mogli poczuć klimat plejstocenu. Taki romantyczny oddech przeszłości, spotkanie na żywo z historią naszych przodków, to prawdziwie ekscytujące przeżycie, a zarazem sposobność do odkrycia tkwiących w tej odległej przeszłości korzeni naszych współczesnych umysłów. Kolejne pokolenia naukowców mają do wykonania wielką pracę, a nagrodą będzie też coś więcej niż lepsze zrozumienie naszej prehistorii oraz tego, kim jesteśmy dziś. Mam nieodparte wrażenie, że zainspirowane podglądaniem afrykańskiej natury marzenia mogą pomóc nam stworzyć silniejszą i bardziej bezpieczną wersję samych siebie. Trzeba tylko, byśmy nauczyli się z otwartym umysłem patrzeć na świat różniący się od tego, który tak doskonale znamy.

WSTĘP CNOTA I PRZEMOC W EWOLUCJI CZŁOWIEKA

Adolf Hitler, który osobiście skazał na śmierć osiem milionów ludzi, a ponosił też odpowiedzialność za śmierć wielu milionów innych, był — tak przynajmniej wspomina jego sekretarka Traudl Junge — człowiekiem niekonfliktowym i przyjacielskim, a do swoich współpracowników miał stosunek wręcz ojcowski. Nienawidził okrucieństwa wobec zwierząt, sam zresztą był wegetarianinem. No i ubóstwiał Blondiego, swojego psa, i gdy ten zmarł, był niepocieszony.

 

Pol Pot, komunistyczny dyktator Kambodży, za którego rządów wymordowano według niektórych szacunków nawet jedną czwartą populacji tego kraju, przez pewien czas prowadził zajęcia z historii Francji, gdzie zresztą studiował, i był powszechnie lubianym nauczycielem.

Józef Stalin, jak wynika z licznych relacji, w ciągu osiemnastu miesięcy swojego uwięzienia nigdy nie wdawał się w kłótnie ze współwięźniami, ba, nawet nigdy podniósł głosu. Zachowywał się jak prawdziwy dżentelmen i nie sposób było się domyślić, że niewiele lat później ten człowiek każe zlikwidować miliony swoich politycznych przeciwników.

To, że nawet naprawdę źli ludzie potrafią mieć też swoją „dobrą stronę”, stanowi dla nas problem. Odmawiamy dostrzeżenia w nich dobra z obawy, że w ten sposób równocześnie zaczniemy racjonalizować lub nawet usprawiedliwiać ich zbrodnie. Tacy ludzie uświadamiają nam jednak pewną szczególną właściwość naszego gatunku. Otóż nie jesteśmy tylko najinteligentniejszymi zwierzętami, bo dodatkowo jeszcze nosimy w sobie wyjątkową i zagadkową kombinację moralnych skłonności — potrafimy być najpodlejszym gatunkiem, ale też i najszlachetniejszym.

Noël Coward, angielski dramaturg, kompozytor, reżyser, aktor i piosenkarz, w roku 1958 trafnie opisał ten nasz intrygujący dualizm. Doświadczenia II wojny światowej sprawiły, że dobrze poznał ciemną stronę natury ludzkiej. „Trudno sobie wyobrazić — pisał Coward — jak przy wrodzonej głupocie, okrucieństwie i skłonności do ulegania przesądom rasa ludzka zdołała przetrwać tak długo. Wszak niewiarygodne okrucieństwo, polowania na czarownice, tortury, nietolerancja, nieracjonalność wreszcie towarzyszyły nam od stuleci”1. A jednak jakoś przez większość czasu potrafimy robić naprawdę wspaniałe rzeczy, które są dokładnym przeciwieństwem „głupoty, okrucieństwa i skłonności do ulegania przesądom”, choćby z tego powodu, że zależą głównie od naszego rozsądku, życzliwości i zdolności do współpracy. Te właśnie cechy — w połączeniu z naszą inteligencją — stoją za jakże przecież licznymi cudami technologii i kultury, które wyróżniają nasz gatunek. O tym oczywiście Coward też pisał:

Potrafimy wyjąć serce z ludzkiej piersi, martwe serce, i po kilku drobnych manipulacjach uruchomić je znów, tak że działa niemal jak nowe. Podbijamy niebo. Wokół Ziemi latają sputniki, a my potrafimy sterować ich lotem [...] i do tego w Londynie wczoraj wieczorem była premiera My Fair Lady.

Operacje na otwartym sercu, podróże kosmiczne i music-halle — to wszystko zależy od zmian, które bardzo zdziwiłyby naszych odległych przodków. Z ewolucyjnego punktu widzenia ważniejsze jest może jednak nawet to, że warunkiem tych wszystkich osiągnięć jest wyjątkowa zdolność do wspólnego działania, w której zawiera się tolerancja, zaufanie i zrozumienie. Właśnie te cechy — a przynajmniej niektóre z nich — sprawiają, że myślimy o naszym gatunku jako o wyjątkowo „dobrym”. W największym skrócie — jedną z największych zagadek, gdy zastanawiamy się nad naturą człowieka, jest moralny wymiar naszych zachowań, obejmujący kontinuum rozciągające się od niewyobrażalnego okrucieństwa po równie niewyobrażalną szlachetność i dobroć. Z biologicznej perspektywy ta dychotomia to poważny i wciąż nierozwiązany problem. Skoro ewoluowaliśmy, by być dobrzy, dlaczego jesteśmy tak podli? Choć równie dobrze można spytać, czemu, skoro ewoluowaliśmy ku okrucieństwu, potrafimy być tak przyjaźni i troskliwi.

To połączenie dobra i zła nie jest w naszej historii niczym nowym. Na podstawie obserwacji współczesnych łowców-zbieraczy oraz świadectw archeologicznych wiemy, że już setki tysięcy lat temu ludzie dzielili się żywnością (i pracą) oraz opiekowali się bliźnimi potrzebującymi pomocy. Tak więc już nasi plejstoceńscy przodkowie byli pod wieloma względami nie mniej niż my przyjaźni i pokojowo oraz kooperacyjnie nastawieni. Na podstawie tych samych źródeł i z równie dużą pewnością możemy jednak też stwierdzić, że regularnie organizowali napaści na sąsiednie społeczności, a normą w ich świecie były skrajny patriarchalizm, seksualna dominacja, tortury oraz egzekucje, którym towarzyszyło okrucieństwo nieustępujące niczym praktykom kojarzonym przez nas z nazistowskimi i komunistycznymi zbrodniami. Dzisiaj też na pewno nie jest tak, by okrucieństwo i przemoc ograniczały się tylko do kilku wybranych grup. Z wielu różnych powodów niektóre społeczeństwa mają za sobą dekady pokojowego współżycia, inne zaś równie długie dziesięciolecia nieustających walk i przemocy, ale nie świadczy to w najmniejszym stopniu, że możemy mówić o jakichś wrodzonych różnicach psychologicznych, które decydowałyby o zachowaniu przedstawicieli różnych kultur i epok. Skłonność do cnoty i występku, przemocy i łagodności jest wspólna wszystkim ludziom.

Tę sprzeczność można zaobserwować już u małych dzieci. Jeszcze nim nauczą się mówić, potrafią się uśmiechać i okazywać życzliwość, a nawet (co pokazują eksperymenty) starają się pomóc dorosłym, gdy ci potrzebują wsparcia, co samo w sobie stanowi oczywistą demonstrację naszej wrodzonej zdolności i skłonności do okazywania innym zaufania i pomagania im. W innych momentach jednak te same dzieciaki potrafią za pomocą wrzasku i wściekłości samolubnie egzekwować od otoczenia to, czego ich egocentryzm każe im się domagać.

Ta paradoksalna kombinacja bezinteresowności i egoizmu wyjaśniana bywa na dwa sposoby, przy czym oba te typy wyjaśnień zakładają, że nasze zachowania społeczne w znacznym stopniu determinowane są przez biologię, i oba też przyjmują, że tylko jedna z tych cech jest wytworem ewolucji biologicznej. Różnica polega na tym, iż zwolennicy jednej szkoły za fundamentalny składnik ludzkiej osobowości uznają naszą łagodność, wyznawcy drugiej zaś — agresję. Tak więc zgodnie z pierwszą z tych koncepcji tolerancja i życzliwość miałyby być wrodzonym składnikiem natury ludzkiej. Inaczej mówiąc, jesteśmy z natury dobrzy i to tylko zły świat sprawia, że nie żyjemy w erze wiecznego pokoju. Religijni myśliciele zwykle za źródło złych wpływów uznają siły nadnaturalne — od szatana po „grzech pierworodny”. Świeccy intelektualiści z kolei wskazują najczęściej na zło tkwiące w strukturach społecznych i obwiniają choćby patriarchat, imperializm i kapitalizm, a zwłaszcza nierówności społeczne. W każdym razie jedni i drudzy przyjmują, że rodzimy się dobrzy, tyle że podatni na zepsucie.

Zwolennicy tezy przeciwnej przyjmują, że to ta ciemna strona człowieka jest naszą naturalną kondycją. Rodzimy się już, głoszą, jako jednostki samolubne i nastawione na konkurencję i podążalibyśmy tą drogą nieuchronnie, gdybyśmy nie podejmowali świadomych wysiłków na rzecz samodoskonalenia, czyli gdybyśmy nie podlegali procesom ucywilizowania, za którymi stoją między innymi starania rodziców, filozofów, kapłanów, nauczycieli, a wreszcie lekcje, jakie daje nam historia.

Przez stulecia ludzie — z racji powszechnej skłonności do uproszczeń — radzili sobie z paradoksem, o którym tu mówimy, przyjmując jeden z dwóch opisanych wyżej poglądów. Kulturowymi ikonami tych postaw stali się Jean-Jacques Rousseau i Thomas Hobbes. Pierwszy pisał o naszej wrodzonej szlachetności, drugi przestrzegał, że stanem naturalnym ludzkości jest wojna wszystkich ze wszystkimi2.

Jak łatwo zauważyć, można znaleźć sporo argumentów na rzecz każdej z tych opcji, bo dowodów zarówno na to, że ludzie z natury (i od urodzenia) usposobieni są do innych przyjacielsko, jest równie wiele, co na rzecz tezy przeciwnej, czyli twierdzenia, że nasz egoizm prowadzący niejednokrotnie do przemocy jest postawą w pełni naturalną i spontaniczną. Warto jednak dodać, iż nikomu nie udało się jak dotąd wykazać, że w kategoriach biologicznych — czyli ewolucyjnych — któraś z tych skłonności miałaby być silniejsza albo ważniejsza. Fakt, iż spór ten z zupełnie oczywistych względów ma również aspekt polityczny, czyni racjonalną debatę jeszcze trudniejszą, bowiem zawsze, gdy abstrakcyjne teoretyczne analizy zaczynają być wykorzystywane jako argumenty na rzecz wyborów politycznych i społecznych, obie strony wykazują tendencję do usztywniania swoich stanowisk. I tak, gdy jesteś zwolennikiem Rousseau („rou­sseaunistą”, jak będę dalej pisał), twoja wiara w fundamentalnie dobrą ludzką naturę zapewne uczyni z ciebie dość łatwowiernego bojownika o sprawiedliwość społeczną, wierzącego w mądrość mas i wsłuchującego się w „głos ludu”. Z kolei ktoś, komu bliższa jest wizja Hobbesa, z cynizmem oceniający ludzkie motywacje, zapewne z większą chęcią wskazywać będzie na potrzebę kontroli i hierarchii społecznej. Pierwsi zawsze pragnąć będą pokoju, drudzy nie mają problemów z przyznaniem, że wojny są nieuchronne. W każdym razie dyskusja między tymi dwoma stanowiskami z czasem w coraz mniejszym stopniu była sporem o kwestie psychologiczne i biologiczne, a w coraz większym stopniu dotyczyła polityki, struktury społecznej i moralności. W takiej zaś sytuacji szanse na znalezienie prostego rozwiązania zdecydowanie spadają.

Ja jednak wierzę, że można wydobyć się z grzęzawiska, jakim stał się spór o kondycję ludzką. Wystarczy tylko, byśmy zamiast starać się za wszelką cenę wykazać, która ze stron tego sporu ma rację, a która się myli, zadali pytanie, czy cała ta debata w ogóle ma sens. Myślę, że obserwacja i badania nad dziećmi prowadzą nas w dobrym kierunku — pokazują one, że i Rousseau, i Hobbes mieli rację, przynajmniej w pewnym zakresie. Jesteśmy z natury dobrzy, jak głosił Rousseau (czy istotnie tak uważał? — patrz: przypis 10 do rozdziału 1), ale także jesteśmy urodzonymi egoistami, za czym opowiadał się Hobbes. To biologia determinuje oba te — sprzeczne — aspekty naszej osobowości, a z kolei społeczeństwo obie te tendencje modyfikuje. Nasza dobroć może ulec wzmocnieniu lub osłabieniu i tak samo może się zmieniać nasz egoizm.

Skoro zaś już zgodzimy się, że jest w nas jednocześnie i wrodzone dobro, i wrodzone zło, dawny spór można przekształcić w fascynujące nowe pytanie, o to mianowicie, co — skoro już uznaliśmy częściowe racje tak Rousseau, jak Hobbesa — jest źródłem tej przedziwnej kombinacji naszych behawioralnych skłonności. Z badań nad innymi gatunkami, zwłaszcza ptakami i ssakami, wiemy, że dobór naturalny może faworyzować u zwierząt najróżniejsze zachowania. U niektórych gatunków obserwujemy zatem niskie nasilenie wewnątrzgatunkowej i wewnątrzgrupowej rywalizacji, inne są agresywne, czasem spotyka się też stadia pośrednie. To, co czyni nasz gatunek szczególnym na tle innych zwierząt, to to, że potrafimy zachować wyjątkowy spokój w naszych normalnych interakcjach społecznych, a zarazem w pewnych okolicznościach stajemy się tak agresywni, że bez oporu torturujemy i zabijamy nawet innych przedstawicieli własnego gatunku. Jak taki wzorzec zachowań mógł się pojawić?

Biolodzy ewolucyjni kierują się regułą, którą w sposób najbardziej ścisły sformułował w roku 1973 w wystąpieniu skierowanym do National Association of Biology Teachers jeden z największych biologów XX wieku Theodosius Dobzhansky — „Nic w biologii nie ma sensu w oderwaniu od teorii ewolucji”. Jak jednak teorią ewolucji najmądrzej się posłużyć, o to można już się spierać. Jedno z kluczowych pytań, które zadaję w tej książce, brzmi: Jakie znaczenie należy przypisać zachowaniu naczelnych (w kontekście analizy zachowań człowieka)? Są naukowcy, którzy twierdzą, że myśląc o ludziach, nie mamy po co się oglądać na inne naczelne3, a powodem jest prawdziwa przepaść, jaka dzieli psychikę małp od ludzkiego umysłu. Już Thomas Henry Huxley, jeden z pierwszych biologów ewolucyjnych, który pisał o ewolucji człowieka, stwierdził, że to różnica zbyt wielka, by wiedza o prymatach mogła być w czymkolwiek pomocna. „Potęga wiedzy — pisał Huxley w roku 1863 — świadomość dobra i zła oraz wzruszająca łagodność ludzkich uczuć odrywają nas od braterstwa ze zwierzętami”4. Współcześni naukowcy czasem wypowiadają się w podobnym tonie. Na przykład w roku 2003 biolog behawioralny David Barash napisał, że jakkolwiek nasz gatunek również podlega ogólnym prawom ewolucji, to „jest bardzo wątpliwe, czy w sferze behawioralnej istotnie nosimy w sobie znaczące dziedzictwo ssaków naczelnych”5.

Bez wątpienia mamy w naszym gatunku do czynienia z olbrzymim kulturowym zróżnicowaniem zachowań. Nie sposób wszak zakwestionować tego, że są społeczeństwa bardziej pokojowe i są takie, których kultura przesiąknięta jest przemocą. I to dalece nie wszystkie różnice — niektóre grupy uznają dziedziczenie przynależności w linii żeńskiej, inne w męskiej, w części społeczeństw zachowania seksualne podlegają ścisłym restrykcjom, w innych obowiązują bardzo luźne normy. Te różnice są tak powszechne i tak znaczące, że istotnie trudno o porównanie z innymi gatunkami. Po szczegółowych badaniach nad zachowaniem grup łowiecko-zbierackich antropolog Robert Kelly zdecydowanie odrzucił tezę, że można znaleźć jakieś „typowe” ludzkie cechy i zachowania. „Nie ma czegoś takiego — napisał w roku 1995 — jak „oryginalne” ludzkie społeczeństwo ani podstawowe ludzkie przystosowania. Uniwersalne zachowania [...] nigdy nie istniały”6.

 

Istotnie — przynajmniej w pewnym uproszczeniu twierdzenie, że ludzkie zachowania są tak silnie zróżnicowane, iż po prostu nie da się wskazać żadnej szczególnej cechy, którą dzielilibyśmy z innymi prymatami, wydaje się sensowne. Można jednak wskazać co najmniej dwa poważne argumenty, które mu przeczą. Po pierwsze zatem nasza zmienność ma jednak pewne ograniczenia. Na przykład nasze społeczności przyjmują wszak pewne charakterystyczne formy — ludzie nigdzie nie tworzą takich stad jak pawiany, nie żyją też w odizolowanych haremach jak goryle ani w pełni promiskuitycznych wspólnotach jak szympansy czy bonobo. Praktycznie wszystkie znane ludzkie społeczeństwa składają się z rodzin łączących się w większe wspólnoty i taka struktura jest charakterystyczna dla naszego gatunku i odróżnia go od innych. Z drugiej strony zaś w wielu obszarach zachowania ludzi i innych naczelnych są naprawdę bardzo do siebie podobne. Już Karol Darwin zaobserwował takie podobieństwa między ludźmi i innymi zwierzętami choćby w wyrażaniu emocji. Wskazał w tym kontekście między innymi na „jeżenie się włosów jako sygnał wielkiego strachu” i „szczerzenie zębów jako sygnał wściekłości”. To „podobieństwo ekspresji pewnych uczuć”, jak stwierdził, „jest znacznie lepiej zrozumiałe, gdy uznamy, że reakcje te pochodzą od wspólnego przodka”7.

To, że uśmiechamy się i krzywimy podobnie jak nasi kuzyni — małpy i inne naczelne — bez wątpienia jest samo w sobie intrygujące, ale badania prowadzone nad szympansami i bonobo, które rozpoczęły się w latach sześćdziesiątych, przyniosły wiele odkryć o bez porównania większym ciężarze gatunkowym. Przy czym z roku na rok tych odkryć przybywa. Te dwa gatunki są ze sobą blisko spokrewnione i oba w tym samym stopniu spokrewnione są z nami. To fascynująca para. Są tak do siebie podobne, że dopiero po latach obserwacji prymatolodzy zorientowali się, że mają do czynienia z różnymi gatunkami. U obu można wskazać bardzo wyraźne behawioralne podobieństwa do ludzi. Zarazem w kategoriach zachowań społecznych stanowią one w zasadzie swoje przeciwieństwo. U szympansów to samce dominują nad samicami i są przy tym dość agresywne. U bonobo dominującą rolę pełnią zwykle samice, agresja jest tłumiona, a jej substytutem jest często seks. Behawioralnych różnic między tymi gatunkami nie sposób wręcz nie skojarzyć z konkurującymi ze sobą postawami we współczesnym ludzkim świecie, mam tu na myśli oczywiście odmienność interesów mężczyzn i kobiet, czyli hierarchię, konkurencję i władzę po jednej stronie, a egalitaryzm, tolerancję i koncyliacyjność po drugiej. Gdy przyglądamy się dwóm najbliżej z nami spokrewnionym gatunkom, widzimy dwie tak odmienne wersje „natury” małpy, że trudno się dziwić, iż w prymatologii to tu właśnie przebiega linia frontu — mamy zatem też i dwie szkoły, z których każda twierdzi, że to bliższy jej gatunek lepiej reprezentuje naszą linię ancestralną. Jak się wkrótce jednak przekonamy, założenie, iż to właśnie wyłącznie szympansom — lub bonobo — powinniśmy przyjrzeć się bliżej, by zrozumieć źródła własnych zachowań, jest mylące. Znacznie ciekawszym wyzwaniem jest próba zrozumienia, dlaczego te dwa gatunki tak bardzo przypominają ludzi (tyle że każdy na swój sposób). Ten behawioralny kontrast między naszymi najbliższymi zwierzęcymi kuzynami jest kluczowy dla pytania, któremu poświęcona jest moja książka. Pytania o to, dlaczego ludzie są jednocześnie równie łagodni i tolerancyjni jak bonobo oraz agresywni jak szympansy.

W Rozdziale 1. rozpoczynam swoją analizę, opisując behawioralne różnice między ludźmi, szympansami i bonobo. Dekady badań, które mamy za sobą, mówią nam nieco o tym, jak ewoluowała agresja. Tę formę zachowań długo traktowano jako jednowymiarową, zmieniającą się wzdłuż kontinuum od niskiej do wysokiej. Dziś jednak znacznie powszechniej uznaje się istnienie dwóch niezależnych form agresji o odrębnych biologicznych podstawach i własnej historii ewolucyjnej. Taki dualizm wyraźnie widoczny jest u ludzi, czemu poświęcony będzie Rozdział 2. Jeśli bierzemy pod uwagę jej typ pierwszy (agresję reaktywną), to ludzi na tej skali należałoby umieś­cić dość nisko, natomiast przy typie drugim — agresji proaktywnej — lokujemy się już na przeciwnym biegunie. Agresja reaktywna to agresja „gorąca”, występująca, gdy ktoś traci panowanie nad sobą i wpada we wściekłość. Agresja proaktywna to agresja planowana „na chłodno” i z rozmysłem. W tym ujęciu nasze kluczowe pytanie przyjmuje nieco inną postać, bowiem należy wyjaśnić dwie rzeczy — dlaczego w naszym gatunku skłonność do agresji reaktywnej jest tak (relatywnie) niska i dlaczego jednocześnie do agresji proaktywnej tak wysoka. Pierwsza z odpowiedzi tłumaczy nasze cnoty i zalety, druga zaś — występek i przemoc.

W każdym razie to właśnie nasza niska skłonność do agresji reaktywnej sprawia, że jesteśmy (a raczej bywamy) tak ugodowi i tolerancyjni. W świecie zwierząt tymczasem tolerancja jest bardzo rzadkim zjawiskiem, a już na pewno nie występuje w tak skrajnej postaci jak u ludzi. Często natomiast obserwujemy ją wśród udomowionych zwierząt. Tą właśnie kwestią zajmę się w Rozdziale 3., gdzie będę pisał o podobieństwach między udomowionymi zwierzętami a ludźmi i wyjaśnię też, dlaczego coraz większa liczba naukowców przychyla się do opinii, że powinniśmy myśleć o sobie jako o udomowionej wersji naszych przedludzkich przodków.

Skoro zaś już mowa o biologii gatunków udomowionych, to warto wskazać też, że działający w ramach tej subdyscypliny badacze znajdują coraz więcej zaskakujących podobieństw między wieloma niespokrewnionymi gatunkami, które łączy tylko domestykacja. Choćby to, co pokazały liczne badania, że u kotów, psów i koni bardzo często pojawiają się białe łaty na sierści, czego nie obserwujemy u ich dzikich przodków. W Rozdziale 4. omówię nowe teorie wyjaśniające, w jaki sposób ewolucja różnych cech fizycznych, takich jak choćby ów „syndrom białej łaty”, może wiązać się ze zmianami zachowania (behawioru). Pokażę też, że ludzie przejawiają wystarczająco dużo takich charakterystycznych cech, by istotnie można nas było nazwać gatunkiem udomowionym. Jeśli jednak tak jest, jak to się stało? Kto nas udomowił?

Odpowiedzi na to pytanie warto szukać u bonobo. W Rozdziale 5. omówię badania wskazujące, że te małpy — podobnie jak ludzie — wykazują wiele cech gatunku udomowionego. Wiemy zarazem doskonale, że nie oswoili ich ludzie — musiał być to zatem proces naturalny. Innymi słowy, bonobo musiały się samoudomowić. Co więcej, tego typu ewolucyjna transformacja nie wydaje się wyjątkowa u żyjących na swobodzie gatunków, a skoro tak, nie byłoby nic dziwnego w tym, gdyby wystąpiła ona również u przodków człowieka. W Rozdziale 6. szukam dowodów na to, że możemy mówić o syndromie udomowienia już u zarania dziejów naszego gatunku, czyli u wczesnych Homo sapiens sprzed trzystu tysięcy lat. Co ciekawe, takich prób wyjaśnienia, w jaki sposób powstał nasz gatunek, podjęto dotąd stosunkowo niewiele, i nawet najnowsze prace paleoantropologiczne w zasadzie pomijają pytanie, dlaczego w naszym przypadku dobór naturalny faworyzował właśnie takie zachowania, czyli stosunkową łagodność wynikającą z niskiej skłonności do agresji reaktywnej.

Kwestia samoudomowienia to wciąż otwarty problem, przy czym dla różnych gatunków możemy oczekiwać różnych odpowiedzi. Kluczowe znaczenie ma to, w jaki sposób najagresywniejszym osobnikom uniemożliwia się zdominowanie pozostałych. U bonobo agresywne samce są przywoływane do porządku przez współpracujące ze sobą samice (koalicje samic). W tym gatunku zatem samoudomowienie zainicjowała zdolność samic do zawiązywania koalicji i karania samców za agresję. W niewielkich ludzkich społecznościach kobiety nie były zdolne kontrolować męskiej agresji w takim stopniu, jak to się dzieje u bonobo, natomiast rozwiązaniem, które w nich się narodziło, i metodą na powstrzymywanie agresorów były egzekucje, których dokonywali inni mężczyźni. Tym, w jaki sposób te egzekucje wytworzyły u dominujących mężczyzn skłonność do podporządkowania się egalitarnym normom, zajmę się w Rozdziałach 7. i 8. Wyjaśnię też, dlaczego twierdzę, że to właśnie nacisk selekcyjny w postaci egzekucji był odpowiedzialny za obniżenie agresji reaktywnej u zarania naszego gatunku.

Jeżeli dobór istotnie eliminował agresję reaktywną i faworyzował tym samym samoudomowienie, powinniśmy oczekiwać, że z innymi udomowionymi gatunkami będzie nas łączyć coś więcej niż zredukowana agresywność. Tej kwestii poświęcony będzie Rozdział 9. Moim zdaniem, jeśli chcemy wyjaśnić ten problem, porównanie z szympansami i bonobo niewiele nam da, bo od siedmiu milionów lat, a mniej więcej przed tym czasem żył nasz ostatni wspólny przodek, zaszło już zbyt wiele ewolucyjnych zmian. Właściwą analogią będą natomiast neandertalczycy, których uznaję za dobry model naszych — tzn. człowieka behawioralnie współczesnego — przodków. W rozdziale tym przywołuję zatem badania wskazujące, że kultura H. sapiens była wyżej rozwinięta niż kultura neandertalczyków, a różnica, jak twierdzę, wynikała właśnie z faktu, iż od czasu wspólnego przodka ludzie współcześni stali się wyraźnie mniej agresywny niż żyjący równolegle z nim neandertalczycy.