Jak powstała bomba atomowa

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Początkowo cesarz chronił Londyn przed bombardowaniem, gdyż nie chciał narażać swoich krewnych i historycznych budynków. Sztab Marynarki Wojennej nalegał na zmianę decyzji i cesarz stopniowo ustępował. Najpierw pozwolił, by samoloty marynarki zbombardowały doki, potem, niechętnie, rozszerzył zezwolenie na dalsze tereny w kierunku zachodnim. Napełniane wodorem statki powietrzne hrabiego Ferdinanda von Zeppelina łatwo było zestrzelić pociskami zapalającymi; gdy piloci brytyjscy nauczyli się tego, nadszedł czas na bombowce.

Nadlatywały nieregularnie, ich liczebność w tych końcowych już latach wojny zależała nie tylko od kaprysów pogody, ale także od innych czynników będących następstwem brytyjskiej blokady – marnej jakości części silnika i kiepskiego paliwa. 13 czerwca, dziewiętnaście dni po ataku na Folkestone, nad Londyn nadleciała eskadra i zrzuciła prawie 4,5 tony bomb. Spowodowały one największą liczbę ofiar bombardowania obiektów cywilnych w pierwszej wojnie światowej – 432 rannych i 162 zabitych, w tym szesnaścioro dzieci zmasakrowanych w podziemiach przedszkola. Londyn był niemal bezbronny. Początkowo przedstawiciele wojska nie widzieli powodów, by organizować obronę; minister wojny hrabia Derby stwierdził w Izbie Lordów, że bombardowanie nie miało wojskowego znaczenia, ponieważ nie zginął ani jeden żołnierz.

Tak więc gothy nadal atakowały. Startując z lotnisk w Belgii, przeleciały nad kanałem La Manche trzykrotnie w lipcu, dwukrotnie w sierpniu i średnio dwa razy w miesiącu w ciągu jesieni, zimy i wiosny, w sumie dwadzieścia siedem razy, początkowo w dzień, później, w miarę usprawniania brytyjskiej obrony przeciwlotniczej, w nocy. Zrzuciły prawie 115 ton bomb, zabijając 835 osób i raniąc 1972.

Lloyd George, ówczesny premier, zwrócił się do niezawodnego Smutsa z prośbą o opracowanie programu obrony przeciwlotniczej. Wynaleziono sposoby wczesnego ostrzegania pozwalające usłyszeć warkot silników bombowców z odległości 32 kilometrów; były to wielkie dwuprzewodowe tuby gramofonowe, przez które za pomocą stetoskopu nadsłuchiwali warkotu ociemniali ochotnicy, oraz skupiające dźwięk pieczary, które ryto w nadmorskich klifach. Przestrzeń powietrzną Londynu chroniły osłony ze stalowych drutów, unoszone przez balony zaporowe, a zainstalowane w terenie wielkie białe strzały na obrotowych osiach pokazywały niedysponującym jeszcze radiem lotnikom w samolotach Sopwith Camel i Pup kierunek, z którego nadlatywały niemieckie bombowce. System obrony zbudowany wokół Londynu był prymitywny, ale skuteczny, i wymagał jedynie technicznego udoskonalenia, by mógł służyć w następnej wojnie.

Równocześnie Niemcy doskonalili metody ofensywy strategicznej. Wyposażyli bombowce w dodatkowy zbiornik paliwa, dzięki czemu zwiększyli ich zasięg lotu. Gdy bombardowanie w dzień stało się zbyt niebezpieczne, nauczyli się latać i bombardować w nocy, a położenie ustalali według gwiazd. Skonstruowali nowy, monstrualny, czterosilnikowy bombowiec Gigant, dwupłatowiec o czterdziestometrowej rozpiętości skrzydeł; pod względem rozmiarów dorównał mu dopiero amerykański samolot Superforteca B-29, zbudowany dwadzieścia lat później. Zasięg lotu Giganta wynosił około 500 kilometrów; 16 lutego 1918 roku zrzucił na Londyn największą w tej wojnie 950-kilogramową bombę długości 4 metrów, która wybuchła na terenie Szpitala Królewskiego [Royal Hospital] w Chelsea. Gdy Niemcy lepiej zrozumieli znaczenie bombardowania strategicznego, przerzucili się z bomb wybuchowych na zapalające, rozumując słusznie, że rozprzestrzeniający się i ogarniający wszystko pożar spowoduje więcej szkód niż wybuch. W 1918 roku zbudowali czteroipółkilogramową bombę zapalającą, zawierającą właściwie tylko czysty magnez, tak zwany elektron; materiał ten pali się w temperaturze od 2000 do 3000° Celsjusza i nie można go ugasić wodą. W ostatnich miesiącach wojny tylko nadzieja na korzystniejsze warunki w rokowaniach pokojowych powstrzymała Niemców od masowych zrzutów bomb zapalających na Londyn.

Celem niemieckich bombardowań było stworzenie „podstaw pokoju” przez zniszczenie „morale narodu angielskiego” i sparaliżowanie jego „woli walki”[72]. Udało im się tylko tak rozwścieczyć Anglików, że dobrze przemyśleli problem bombardowania strategicznego. Smuts pisał w raporcie dla Lloyda George’a: „Bliski jest może dzień, kiedy operacje powietrzne, pustoszące kraj nieprzyjaciela i niszczące jego ośrodki przemysłowe oraz mieszkalne, będą najważniejszymi operacjami wojennymi, a starsze formy lądowych i morskich operacji będą odgrywały drugorzędną rolę”[73].

Wojska lądowe Stanów Zjednoczonych nie spieszyły się z odpowiedzią na wojnę chemiczną, zakładały bowiem, że maski przeciwgazowe zapewnią żołnierzom USA wystarczającą ochronę. Inicjatywę w badaniach związanych z wojną chemiczną przejął cywilny Departament Spraw Wewnętrznych [Department of the Interior], który zajmował się w przeszłości gazami kopalnianymi i miał w związku z tym pewne doświadczenie. Armia szybko zmieniła nastawienie, gdy w lipcu 1917 roku Niemcy zastosowali iperyt. Uniwersytety Cornella, Johnsa Hopkinsa, Harvarda, Princeton, Yale, Instytut Techniki Massachusetts [Massachusetts Institute of Technology – MIT] i inne zawarły umowy na badania w dziedzinie gazów trujących[74]. Brytyjski obserwator zwrócił teraz uwagę na „wielkie znaczenie przywiązywane w Ameryce do tego sposobu prowadzenia wojny”[75]. W listopadzie 1917 roku wydział uzbrojenia wojsk lądowych rozpoczął budowę wielkiego arsenału gazów bojowych na bagnistych nieużytkach w Edgewood, w stanie Maryland[76].

Był to cały kompleks obejmujący 24 kilometry dróg, 58 kilometrów torów kolejowych, instalacje wodne, elektrownię i 550 budynków, w których produkowano chlor, fosgen, chloropikrynę, dwutlenek siarki i iperyt. Zbudowano go w ciągu niespełna roku, kosztował 35,5 miliona dolarów. Zatrudniał 10 tysięcy pracowników cywilnych i wojskowych. Pod koniec wojny można tam było produkować miesięcznie 1,1 miliona gazowych pocisków 75 mm, a ponadto kilka milionów pocisków innego kalibru, granaty, pociski moździerzowe oraz bębny do wyrzutni. „Gdyby wojna trwała dłużej – stwierdził brytyjski obserwator – nie ma wątpliwości, że ośrodek ten byłby jednym z najważniejszych elementów działań wojskowych Ameryki”[77].

Gaz okaleczał i zabijał bez porównania mniej skutecznie niż artyleria i karabiny maszynowe. Z 21 milionów ofiar wojny na ofiary gazu przypadło 5 procent, to jest około miliona. Gazy spowodowały śmierć co najmniej 30 tysięcy ludzi, ale w sumie zginęło co najmniej 9 milionów. Gaz wywoływał szczególne przerażenie głównie dlatego, że był bronią nieznaną i działającą w sposób chemiczny, a nie mechaniczny.

Karabiny maszynowe zmuszały walczące armie do chowania się w okopach, dla artylerii nawet umocnienia nie były przeszkodą. Sztaby generalne rutynowo oceniały, że w ciągu sześciomiesięcznej ofensywy stracą 500 tysięcy żołnierzy, a 300 tysięcy w ciągu sześciu miesięcy „normalnej” walki w okopach[78]. Sami Anglicy wystrzelili w czasie wojny ponad 170 milionów pocisków artyleryjskich, to jest ponad 5 milionów ton[79]. Pociski, nawet jeśli nie były to szrapnele, konstruowano tak, że w czasie wybuchu, na skutek uderzenia, rozpadały się na liczne odłamki. Powodowały najstraszniejsze okaleczenia, rozrywały twarze, genitalia, w powietrzu fruwały części rąk, nóg czy głowy, miażdżyły ciała i mieszały je z ziemią tak strasznie, że ładowanie ich do worków było odrażającą karą. Wszędzie, po obu stronach, ludzie głośno protestowali przeciw tej makabrze.

Ogień karabinów maszynowych nie powodował takich okaleczeń, ale był skuteczniejszy; w czasie wojny karabiny były podstawowym narzędziem zabijania. „Stężona esencja piechoty” – w tak wyszukany sposób określił je wojskowy teoretyk[80]. Karabiny maszynowe stały się ostatecznym argumentem przeciw zbrodniczemu, upartemu przekonaniu zawodowej kadry oficerskiej, że zwycięstwo osiąga się dzięki odwadze i zapałowi w walce wręcz. „Idę naprzód – wspominał brytyjski żołnierz swoje przeżycia, gdy szedł tyralierą do ataku – [...] w górę i w dół, przez teren jak olbrzymi porozrywany plaster miodu, moja fala topnieje, nadchodzi druga fala i też topnieje, potem trzecia fala stapia się z resztkami pierwszej i drugiej, a po chwili czwarta miesza się z pozostałymi”[81]. Opisywał bitwę nad Sommą 1 lipca 1916 roku, w której co najmniej 21 tysięcy ludzi[82] poległo w pierwszej godzinie walki, prawdopodobnie w ciągu pierwszych kilku minut, a 60 tysięcy w pierwszym dniu.

Karabin maszynowy wynaleźli Amerykanie: Hiram Stevens Maxim, jankes z Maine; pułkownik Isaac Lewis, absolwent West Point, dyrektor Szkoły Artylerii Nadbrzeżnej Wojsk Lądowych USA; William J. Browning, przedsiębiorca i wytwórca broni, oraz ich poprzednik Richard Jordan Gatling, który prawidłowo zakwalifikował karabin maszynowy do układów automatycznych: „Karabin maszynowy tak się ma do innych broni palnych – pisał – jak kosiarka McCormacka do sierpu czy maszyna do szycia do zwykłej igły”[83]. Historyk wojskowości John Keegan pisze:

Najważniejszą cechą karabinu maszynowego jest to, że jest to maszyna całkiem nowoczesnego typu, podobna pod pewnymi względami do bardzo precyzyjnej tokarki, a pod innymi – do prasy automatycznej. Podobnie jak tokarkę trzeba go nastawić, tak by działał w pożądanym i z góry ustalonym zakresie; w karabinie Maxima robi się to [...] przez ustawienie kąta lufy w stosunku do jej stałej podstawy strzelniczej oraz przez dokręcenie lub odkręcenie śruby kierunkowej. Podobnie jak prasa automatyczna, gdy zostanie uruchomiony za pomocą prostego kurka spustowego, zaczyna działać i kontynuuje działanie z minimalnym udziałem uwagi człowieka, korzystając z własnego źródła energii i wymagając jedynie stałej dostawy surowca i niekłopotliwej konserwacji, by działać wydajnie przez całą zmianę roboczą.[84]

 

Karabin maszynowy, artyleria i gazy zmechanizowały wojnę, były jednak tylko bezpośrednim mechanizmem rzezi. Najważniejszym czynnikiem była organizacja, czyli – jak powiedzielibyśmy dzisiaj – oprogramowanie[85]. „Podstawowym instrumentem – komentuje pisarz Gil Elliot – była ustawa o poborze do wojska, dzięki której służbie wojskowej podlegała olbrzymia liczba mężczyzn. Administracja cywilna, która zapewniała wprowadzenie tego prawa w życie, oraz organizacja wojskowa, która przekształcała te masy ludzi w bataliony i dywizje, opierały się na biurokracji. Produkcja sprzętu, szczególnie dział i amunicji, należała do sfery cywilnej. Dostarczenie ludzi i sprzętu na front, system obrony w okopach, to były sprawy wojska”. Każdy zazębiający się układ był sam w sobie logiczny i każdy mogli udoskonalić ci, którzy w nim pracowali. A zatem, jak dowodzi Elliot: „Dobrze jest przestrzegać prawa, dbać o sprawną organizację, konstruować pomysłowe i wyrafinowane technicznie uzbrojenie, chronić ludzi w bezpiecznych okopach przed zmasowanym ostrzałem”[86].

Co było celem działania tej złożonej organizacji? Oficjalnie celem wojny było ocalenie cywilizacji, ochrona praw małych demokracji, wykazanie wyższości kultury germańskiej, pokonanie brudnych Hunów lub aroganckich Anglików – proszę wybierać. Ludzie tkwiący w środku tej wojny zaczęli się domyślać brutalniejszej prawdy. „Widać było bez osłonek, że wojna stała się zmechanizowana i nieludzka – zaobserwował fikcyjny oficer piechoty Siegfrieda Sassoona. – W dawnych czasach mieliśmy zaciąg ochotników, a teraz stado ofiar”[87]. Na każdym froncie ludzie odkrywali, że stali się ofiarami. W miarę przeciągania się wojny ta świadomość się nasilała, aż wreszcie w Rosji doprowadziła do wybuchu rewolucji, w Niemczech stała się motywem dezercji i kapitulacji, Francuzów skłoniła do podnoszenia buntów na linii frontu, a Anglików do dekownictwa i symulacji.

Niezależnie od rzekomych celów, końcowym wynikiem działania tej złożonej organizacji, będącej sprawnym oprogramowaniem I wojny światowej, była produkcja trupów. Ta naprawdę przemysłowa operacja była tworem wyobraźni generałów, „strategią na wyczerpanie”. Anglicy usiłowali zabić Niemców, Niemcy – Anglików i Francuzów, i tak dalej; „strategia” ta jest dziś tak dobrze znana, że wydaje się niemal normalna. Ale przed 1914 rokiem w Europie nie była normalna i żaden rząd nie przypuszczał, że taka się stanie, mimo że istniały precedensowe przykłady z amerykańskiej wojny domowej. Gdy okopy były gotowe, długi grób już wykopany (pełne gorzkiej ironii określenie Johna Masefielda)[88], wówczas wojna stanęła w martwym punkcie, a śmiertelne żniwo przekroczyło jakiekolwiek racjonalne uzasadnienie. „Maszyna wojenna – kończy Elliot – u której podstaw leżało prawo, organizacja, produkcja, transport, nauka, pomysłowość techniczna, której produktem było 6 tysięcy trupów dziennie przez tysiąc pięćset dni, była elementem stałym i rzeczywistym, dalekim od fantazji i tylko w niewielkim stopniu zależnym od ludzi”[89].

Żadna instytucja społeczna, podkreśla Elliot, nie była na tyle silna, by przeciwstawić się machinie śmierci[90]. Zastój przerwał nowy wynalazek – czołg. Stary sposób, blokada, uniemożliwiał dostawy żywności i surowców do Niemiec. Pogłębiające się nastroje buntu w piechocie stanowiły groźbę dla biurokracji. Czasami śmiercionośna maszyna działała zbyt dobrze, na przykład we Francji, i musiała się zatrzymać z braku surowców. Nadeszli jankesi z kontynentu niezrytego okopami, na którym drzewa nie były obwieszone ludzkimi wnętrznościami. Wojna zdegenerowała się do tego stopnia, że nie można jej było dalej ciągnąć.

Śmiercionośna machina pobrała na razie tylko próbkę z bogatych zasobów surowcowych – cywilów znajdujących się za linią frontu. Jeszcze nie było sprawnego sprzętu, na razie służyły do tego tylko wielkie działa i niezgrabne dwupłatowe samoloty bombowe. Nie stworzono niezbędnego uzasadnienia, dlaczego należy traktować starców, kobiety i dzieci tak samo jak uzbrojonych, umundurowanych młodych mężczyzn. I dlatego, mimo brudu i nędzy oraz okrucieństwa, w oczach następnych pokoleń pierwsza wojna światowa wygląda tak niewinnie.

5

Ludzie z Marsa

Pierwsze metro w Europie kontynentalnej wykopano nie w Paryżu czy Berlinie, ale w Budapeszcie. Trzykilometrowa linia, ukończona w 1896 roku, łączyła kwitnącą stolicę Węgier z jej północno-zachodnimi przedmieściami. W tym samym roku przebudowano wielki pałac cesarza Franciszka Józefa, będącego w jednym ze swoich dwóch monarchicznych wcieleń królem Węgier. Przy tej okazji powiększono pałac do 860 pokoi. Po drugiej stronie Dunaju wznosił się wspaniały gmach parlamentu – jego wielkość mierzono w hektarach – sześciokondygnacyjna budowla wiktoriańska ze spadzistym dachem, najeżona neogotyckimi, wzmocnionymi łukami, przyporowymi wieżyczkami otaczającymi renesansową wydłużoną kopułę. Pałac w położonej na wysokim wzgórzu spokojnej Budzie odcinał się wyraźnie od gmachu parlamentu we wschodnim, płaskim, ruchliwym Peszcie. „Konne dorożki – zapamiętał z tych czasów węgierski fizyk Theodore von Kármán – woziły po starych, naznaczonych śladami wojny wzgórzach Budy ubrane w jedwabie kobiety w towarzystwie węgierskich hrabiów – huzarów w czerwonych mundurach i futrzanych czapach”. Ale „za takimi widokami kryły się głębsze prądy społeczne” – dodaje von Kármán[1].

Ze wzgórz Budy można zobaczyć (już za Pesztem) Wielką Nizinę Węgierską, zamkniętą na wschodzie pasmem Karpat, które Madziarowie pokonali tysiąc lat temu. Na wzór Wiednia, w miarę rozbudowy Pesztu, powstawały kolejne pierścienie bulwarów, przy których znajdowały się ruchliwe biura banków, agencji maklerskich, lukratywnego handlu zbożem, winem, mięsem, skórą, drewnem i produktami przemysłu. W kraju tym jeszcze pięćdziesiąt lat temu ponad 96 procent ludności mieszkało w osadach liczących mniej niż 20 tysięcy osób. W ciągu tych pięćdziesięciu lat Budapeszt, składający się z Budy, Obudy i Pesztu, rozwijał się szybciej niż wszystkie inne miasta w Europie i licząc prawie milion mieszkańców, przesunął się pod względem wielkości z siedemnastego miejsca na ósme. Bulwarom dodawały życia kawiarnie, „miejsce nielegalnego handlu i cudzołóstwa, źródło kalamburów, plotek i poezji – jak pisał węgierski dziennikarz – ale też miejsce spotkań intelektualistów i przeciwników przemocy”[2]; w parkach i na skwerach można było zobaczyć licznych jeźdźców z brązu. Wieśniacy przybywający po raz pierwszy do królewskiego miasta nad Dunajem gapili się podejrzliwie na całe dzielnice rezydencji, równie wspaniałych jak w innych krajach Europy.

Rozkwit Węgier był wynikiem szybkiego rozwoju gospodarczego, spowodowanego zastosowaniem w państwie o bogatym rolnictwie organizacyjnych mechanizmów działania kapitalizmu i industrializacji. W tym procesie główną rolę odgrywali Żydzi, ambitni i energiczni. W 1910 roku stanowili około 5 procent ludności Węgier. Szlachta węgierska, uparcie podtrzymująca tradycje rolnicze i wojskowe, doprowadziła do tego, że jeszcze w 1918 roku 33 procent ludności kraju nie umiało czytać i pisać[3]. Nie chciała mieć nic wspólnego z wulgarnym handlem, chciała natomiast korzystać z jego owoców. Skutek był taki, że w 1904 roku do rodzin żydowskich należało 37,5 procent ziemi uprawnej[4]; w 1910 roku Żydzi stanowili tylko 0,1 procent robotników rolnych i 7,3 robotników przemysłowych, ale aż 50,6 procent prawników, 53 procent handlowców, 59,9 procent lekarzy i 80 procent finansistów[5]. Poza Żydami jedyną liczącą się grupę należącą do klasy średniej stanowiły sfery urzędnicze złożone ze zubożałej węgierskiej szlachty. Klasa ta walczyła z burżuazją żydowską o władzę polityczną. Elita żydowskich przedsiębiorców znalazła się między dwiema wrogimi jej stronami: jedną stanowili socjaliści i radykałowie, głównie żydowskiego pochodzenia, a drugą – dobrze osadzona sfera urzędnicza. W tej sytuacji elita żydowska, walcząc o przetrwanie, weszła w przymierze ze starą arystokracją i monarchią; widomą miarą tego konserwatywnego sojuszu był gwałtowny wzrost liczby tytułów szlacheckich nadanych Żydom na początku XX wieku.

Dobrze sytuowany dziadek Györgya de Hevesyego ze strony matki, S.V. Schössberger, był pierwszym od czasów średniowiecza Żydem, który, mimo że nie zmienił wyznania, uzyskał w 1863 roku tytuł szlachecki[6]. W 1895 roku tytuł szlachecki dostała cała rodzina de Hevesy. Max Neumann, bankier, ojciec znakomitego matematyka Johna von Neumanna, dostał tytuł szlachecki w 1913 roku. Ojciec von Kármána był wyjątkiem. Mór Kármán, założyciel wysoko cenionej szkoły Minta, nie był bogatym przedsiębiorcą, lecz nauczycielem. W ostatnich dziesięcioleciach XIX wieku zreorganizował chaotyczne szkolnictwo węgierskie, wprowadzając system niemiecki, i przyczynił się ogromnie do poprawy edukacji. Ponadto – co nie było bynajmniej celem ubocznym – wyrwał szkolnictwo spod kontroli instytucji religijnych i podporządkował państwu. Działalność ta zapewniła mu wysoką pozycję na dworze i zaszczyt czuwania nad wykształceniem młodego arcyksięcia, kuzyna cesarza. Jak pisze von Kármán:

Pewnego dnia w sierpniu 1907 roku Franciszek Józef wezwał go do pałacu i powiedział, że życzy sobie nagrodzić go za doskonałą pracę. Oświadczył, że zrobi ojca ekscelencją. Ojciec skłonił się lekko i powiedział: „Wasza Cesarska Wysokość, czuję się bardzo zaszczycony. Ale wolałbym coś, co mógłbym przekazać moim dzieciom”. Cesarz kiwnął głową na znak zgody i rozkazał, by umieszczono ojca na liście dziedzicznej szlachty. By uzyskać tytuł szlachecki, ojciec musiał być właścicielem ziemskim. Szczęśliwym trafem posiadał małą winnicę niedaleko Budapesztu, tak więc cesarz nadał mu tytuł „von Szolloskislak” (małe grono). Skróciłem go do von, ponieważ nawet dla mnie, Węgra, wymawianie całego tytułu jest niemal niemożliwe.[7]

W ciągu stu lat, do 1900 roku, tytuł szlachecki nadano 126 rodzinom żydowskim, a w ciągu następnych czternastu, do wybuchu I wojny światowej, w wyniku tego chwiejnego konserwatywnego sojuszu tytuł otrzymało jeszcze 220 rodzin[8], łącznie parę tysięcy osób. W ten sposób ludzie ci zyskali liczne kontakty w świecie politycznym, ale stracili możność niezależnego działania.

Z zamożnej, ale zajmującej niepewną pozycję klasy średniej węgierskich Żydów pochodzi siedmiu najwybitniejszych uczonych XX wieku; byli to w kolejności urodzenia: Theodore von Kármán, György de Hevesy, Mihály Polanyi, Leo Szilard, Eugene Wigner, John von Neumann i Edward Teller. Wszyscy opuścili Węgry w młodości, wszyscy byli wszechstronnie utalentowani i wnieśli ogromny wkład do nauki i techniki, a dwaj z nich – de Hevesy i Wigner – zostali laureatami Nagrody Nobla.

Tajemnica pojawienia się tak wielu talentów w tak odległym i prowincjonalnym kraju fascynuje naukową społeczność. Wspominając o tej „galaktyce znakomitych węgierskich wygnańców”, Otto Frisch przypomina sobie, że jego przyjaciel Fritz Houtermans, fizyk teoretyk, wysunął cieszącą się popularnością teorię, że „ci ludzie są w rzeczywistości przybyszami z Marsa; trudno im było mówić bez akcentu, a ten ich zdradzał, i dlatego postanowili udawać Węgrów, których niezdolność do opanowania jakiegokolwiek języka bez akcentu znana jest powszechnie; uchodziło to wszędzie z wyjątkiem Węgier i dlatego wszyscy ci wspaniali ludzie żyli gdzie indziej”[9]. Teoria bawiła kolegów i pochlebiała Węgrom, którym podobała się tajemniczość przydająca ich przeszłości nieco romantyzmu. Prawda była bardziej prozaiczna: ci Węgrzy mieszkali gdzie indziej, ponieważ do wyjazdu z kraju zmusił ich brak możliwości uprawiania nauki oraz nasilający się, coraz bardziej brutalny antysemityzm. Nie zapomnieli lekcji, jaką otrzymali na Węgrzech.

Wszyscy byli bardzo utalentowani, choć różnie się to przejawiało. Von Kármán, mając sześć lat, zadziwiał gości na przyjęciach rodziców umiejętnością szybkiego mnożenia w pamięci sześciocyfrowych liczb[10]. Sześcioletni von Neumann żartował z ojcem, posługując się klasyczną greką; miał naprawdę fotograficzną pamięć, mógł cytować całe rozdziały przeczytanych książek[11]. Edward Teller, podobnie jak Einstein, albo wyjątkowo późno nauczył się mówić, albo przedtem nie korzystał z tej umiejętności[12]. Jego dziadek ostrzegał rodziców, że chłopiec jest chyba opóźniony w rozwoju, ale gdy Teller w końcu zaczął mówić, to od razu całymi zdaniami.

Von Neumann również zastanawiał się nad tajemnicą pochodzenia grupy utalentowanych uczonych z Węgier. Jego przyjaciel i biograf, matematyk Stanisław Ulam, pamięta ich długie rozmowy o prymitywnych, wiejskich terenach po obu stronach Karpat należących do Węgier, Czechosłowacji i Polski, z wsiami gęsto zasiedlonymi przez ortodoksyjnych Żydów. „Johnny twierdził, że wszyscy słynni żydowscy uczeni, artyści i pisarze, którzy wyemigrowali z Węgier w drugim dziesięcioleciu naszego wieku, pochodzili – wprost lub pośrednio – z tych małych karpackich społeczności, choć w miarę poprawy warunków materialnych przeprowadzali się do Budapesztu”[13]. Dla ludzi, którzy doświadczyli tak szczęśliwej odmiany losu, postęp mógł stać się metafizyczną wiarą. „Jako chłopiec – pisze Teller – lubiłem fantastykę naukową. Czytałem Jules’a Verne’a. Jego słowa wprowadzały mnie w podniecający świat. Wydawało mi się, że możliwy jest nieograniczony postęp. Osiągnięcia nauki były fantastyczne i przynosiły dobro”[14].

 

Leo Szilard wiele lat przedtem, zanim zetknął się z powieściami H.G.Wellsa, odkrył i podziwiał innego natchnionego badacza ludzkiej przeszłości i przyszłości. Jako dorosły sądził, że ślady jego „oddania się prawdzie” i jego „predylekcji do «zbawiania świata»” można znaleźć przede wszystkim w opowieściach, które słyszał od matki. Sam mówił, że obok nich „największy wpływ na moje życie miała książka, którą czytałem, mając dziesięć lat. Była to węgierska klasyka, lektura szkolna Az ember tragédiája [Tragedia człowieka]”[15].

Tragedię człowieka, długi poemat dramatyczny, którego bohaterami są Adam, Ewa i Lucyfer, napisał po upadku węgierskiej rewolucji 1848 roku pozbawiony złudzeń idealista, młody węgierski szlachcic Imre Madách. Współczesny krytyk nazywa to dzieło „najbardziej niebezpiecznym pesymistycznym poematem XIX wieku”[16]. Jest to opis wędrówki Adama przez historię, przez którą prowadzi go Lucyfer, podobnie jak duchy Bożego Narodzenia prowadziły Ebenezera Scrooge’a. Lucyfer wciela Adama w takie rzeczywiste postacie historyczne jak faraon, Miltiades, rycerz Tankred, Kepler. Pesymizm poematu tkwi w jego układzie dramatycznym. Lucyfer pokazuje Adamowi bezsensowność ludzkiej wiary w postęp, przedstawiając mu rzeczywiste wydarzenia historyczne, a nie wymyślone sytuacje, jak na przykład w sztukach Faust lub Peer Gynt. Faraon uwalnia niewolników, a ci urągają mu, ponieważ pozbawił ich potężnego boga; powracającego spod Maratonu Miltiadesa atakuje przekupiony przez jego wrogów tłum mieszkańców, którzy chcą go zabić; Kepler sprzedaje horoskopy, by obsypać klejnotami niewierną żonę. Adam wyciąga zasadny wniosek, że człowiek nigdy nie osiągnie najwyższych ideałów, ale w każdym razie powinien o nie walczyć. Z tym wnioskiem Szilard zgadzał się jeszcze w 1945 roku. „W książce [Madácha] – mówił wówczas – diabeł pokazuje Adamowi historię ludzkości [kończącą się] ze śmiercią słońca. Zostaje tylko kilku Eskimosów, którzy niepokoją się, ponieważ jest ich za dużo, a fok za mało [ostatnia scena przed powrotem Adama do początku całej historii]. Przewodnia myśl poematu jest taka, że prorocza wizja nie zostawia wiele miejsca na nadzieję, i właśnie dlatego jest tak pesymistyczna”[17].

Ograniczona wiara Szilarda w postęp i liberalne poglądy polityczne różniły go od węgierskich towarzyszy. Według historyka, który przytacza jego myśl, Szilard uważał, że grupę tę ukształtowało specyficzne środowisko budapeszteńskie z przełomu wieku, „społeczeństwo, w którym bezpieczeństwo ekonomiczne przyjmowano za coś naturalnego”, a „wielką wagę przywiązywano do osiągnięć intelektualnych”[18]. Gimnazjum Minta, do którego chodzili później Szilard i Teller, wywarło głęboki wpływ na von Kármána, który uczył się tam w spokojnych latach dziewięćdziesiątych XIX wieku. „Mój ojciec [założyciel szkoły] – pisał von Kármán – był gorącym zwolennikiem uczenia wszystkiego – łaciny, matematyki i historii – przez ukazywanie związków z codziennym życiem”. Zaczynając naukę łaciny, uczniowie chodzili po mieście i spisywali napisy z pomników i muzeów; zaczynając matematykę, wyszukiwali dane dotyczące zbiorów pszenicy na Węgrzech, sporządzali tablice i rysowali wykresy. „Nigdy nie uczyliśmy się na pamięć reguł z książki, usiłowaliśmy natomiast sami nad sobą pracować”[19]. Czy można lepiej uczyć przyszłego naukowca?

Do gimnazjum luterańskiego chodził od 1913 roku mały i schludny Eugene Wigner, syn kierownika garbarni, później jeden z czołowych fizyków teoretyków XX wieku. W tej samej szkole rok później zaczął naukę John von Neumann. „Fizyki uczyliśmy się tam przez ostatnie dwa lata – wspomina Wigner. – Była bardzo interesująca. Nasi nauczyciele byli po prostu bardzo dobrzy, a matematyk był fantastyczny. Johnny’ego von Neumanna uczył indywidualnie, ponieważ zorientował się, że będzie to wielki matematyk”[20].

Von Neumann znalazł w Wignerze przyjaciela. Spacerowali i rozprawiali o matematyce. Wigner miał wyjątkowy talent matematyczny, ale przy tym zadziwiającym synu bankiera czuł, że nie jest matematykiem naprawdę wysokiej klasy. Von Neumann wywierał na swych kolegach ogromne wrażenie. Teller wspomina o skróconym sylogizmie, zgodnie z którym: a) Johnny może udowodnić wszystko i b) wszystko, czego Johnny dowiedzie, jest prawdą[21]. W Princeton, gdzie dwudziestodziewięcioletni von Neumann został w 1933 roku najmłodszym członkiem nowo założonego Instytutu Studiów Zaawansowanych [Institute for Advanced Study], zdobyło popularność powiedzenie, że węgierski matematyk jest w rzeczywistości półbogiem, ale przeprowadził dokładne, szczegółowe studia nad człowiekiem i dlatego potrafi go doskonale imitować[22]. Anegdota wskazuje na pewien chłód i skłonność do manipulowania ludźmi, kryjące się pod maską pogodnej dobroduszności. Nawet Wigner sądził, że w ich przyjaźni brakuje zażyłości[23]. Jednak von Neumann był dla niego jedynym autentycznym geniuszem[24].

Wspomnienia gimnazjalne jego poprzedników ostro kontrastują z przykrymi wrażeniami, jakie odniósł Teller. Różnica częściowo wynikała z osobowości. Podczas pierwszego roku nauki matematyki w gimnazjum Minta Teller nudził się i szybko udało mu się obrazić nauczyciela, który był dyrektorem szkoły, poprawiając jego dowód. Dyrektor niezbyt uprzejmie potraktował ten popis w klasie: „Taki z ciebie geniusz, Teller? No, ale ja nie lubię geniuszy”[25]. Zapewne Teller był trudnym dzieckiem, ale już jako jedenastoletni chłopiec przeżył rewolucję i kontrrewolucję, zamieszki, krwawe starcia i strach o własne życie. To, co starsi od niego Marsjanie znali z teorii, on zobaczył na własne oczy. „Sądzę, że wtedy po raz pierwszy wstrząsnęły mną słowa ojca – powiedział swemu biografowi. – Stwierdził, że nadchodzi antysemityzm. Dla mnie antysemityzm był zupełnie nowym pojęciem, ale ojciec mówił o tym tak poważnie, że jego słowa mną wstrząsnęły”[26].

Von Kármán studiował na Uniwersytecie Budapeszteńskim mechanikę, a w 1906 roku przeniósł się do Getyngi. De Hevesy zaczął studia w Budapeszcie w 1903 roku, od 1904 roku studiował w Technische Hochschule w Berlinie, później pracował u Fritza Habera, a następnie u Ernesta Rutherforda. Szilard studiował na Politechnice w Budapeszcie, służył w wojsku, z którego postanowił się zwolnić, korzystając z zamieszania, jakie nastąpiło po zawieszeniu broni. W przeciwieństwie do nich Wigner, von Neumann, a zwłaszcza Teller niepokojów społecznych, które wybuchły na Węgrzech, doświadczyli na własnej skórze, i to w okresie dorastania, a Teller w trudnym okresie dojrzewania.

„Rewolucja nadeszła jak huragan – wspominał naoczny świadek węgierskiej rewolucji październikowej z 1918 roku. – Nikt jej nie przygotowywał i nie organizował; wybuchła dzięki własnemu, nieopanowanemu pędowi”[27]. Grunt jednak przygotowały wcześniejsze wydarzenia: w styczniu 1918 roku w strajku generalnym wzięło udział pół miliona robotników w Budapeszcie i w innych przemysłowych ośrodkach Węgier, a w czerwcu doszło do kolejnego strajku powszechnego. Jesienią tego roku Budapeszt pełny był żołnierzy, studentów i robotników. Pierwsza, krótkotrwała rewolucja rozpoczęła się od antywojennych i nacjonalistycznych haseł. W tym czasie hrabia Mihály Károlyi powołał Węgierską Radę Narodową (w Budapeszcie żartowano: „U nas nawet rewolucji nie da się zrobić bez hrabiego”). W końcu października spodziewano się wprowadzenia naprawdę demokratycznych reform; rada wydała manifest domagający się niepodległości Węgier, zakończenia wojny, wolności prasy, tajnych wyborów i równouprawnienia kobiet.