Ostatnia twierdza Hitlera. Breslau 1945

Tekst
Z serii: Historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

14 stycz­nia 1945 roku obcho­dzono w Bre­slau Opfer­son­n­tag – „ofiarną nie­dzielę”. Ponad 600 tysięcy miesz­kań­ców mia­sta miało tego dnia odda­wać na rzecz woj­ska wszelką odzież, jaką tylko udało im się wygo­spo­da­ro­wać z wła­snych zaso­bów: mun­dury, buty, ubra­nia, bie­li­znę, wszystko co mogło przy­dać się land­se­rom. Był to jed­nak dopiero począ­tek „ofiar”, jakie ponieść mieli wro­cła­wia­nie tam­tej nie­dzieli.

Po połu­dniu do drzwi w całym mie­ście zaczęli pukać funk­cjo­na­riu­sze par­tyjni – taką samą akcję pro­wa­dzono w mia­stach i mia­stecz­kach wszyst­kich wschod­nich Gaue Rze­szy: tak odby­wało się powo­ła­nie kolej­nego rzutu mobi­li­za­cyj­nego Volks­sturmu. W ten spo­sób czter­na­sto­letni Hans stał się ostat­nim męskim człon­kiem rodziny Ill­me­rów, który został zmo­bi­li­zo­wany do woj­ska. Nie było jed­nak mun­du­rów dla tak mło­dych chłop­ców. „Spodnie trzeba było pod­wi­nąć trzy razy. Kurtka mogła mu słu­żyć za płaszcz, a płaszcz cią­gnął się po ziemi. Czapka – bo takie miał nakry­cie głowy – się­gała mu od czubka nosa aż do koł­nie­rza” – wspo­mi­nał jego dzie­wię­cio­letni wów­czas brat Jürgen. W innych oko­licz­no­ściach Ill­me­ro­wie śmia­liby się z takiego widoku. Począt­kowo jed­nak Jürgen zazdro­ścił bratu, a ich matka cią­gle pła­kała. Nasto­letni Chri­stian Lüdke był dumny z tego, że wło­żył mun­dur. „Teraz jestem żoł­nie­rzem” – pochwa­lił się rodzi­com. Jego matka odparła tylko: „O Boże, zabie­rają już nawet dzieci”171.

Jed­nak mobi­li­za­cja w Bre­slau nie doty­czyła tylko Volks­sturmu, ale także miej­sco­wego gar­ni­zonu oraz służby pracy. Nad­szedł czas – oczy­wi­ście za późno – aby wzno­wić prace nad wymy­śloną przez Han­kego sie­cią oko­pów, rowów prze­ciw­czoł­go­wych i pospiesz­nie budo­wa­nych bun­krów, które miały osło­nić sto­licę Ślą­ska. Tym razem jed­nak umoc­nie­nia budo­wano już nie na daw­nej gra­nicy nie­miecko-pol­skiej, ale na obrze­żach Bre­slau: w Wida­wie poło­żo­nej zale­d­wie sie­dem kilo­me­trów od cen­trum Bre­slau, czy na Mucho­bo­rze Wiel­kim leżą­cym w tej samej odle­gło­ści od wro­cław­skiego rynku. Star­szy praw­nik Max Warze­cha został przy­dzie­lony do budowy umoc­nień wzdłuż rzeki Ślęzy – nie­wiel­kiego dopływu Odry. Tym­cza­sem tem­pe­ra­tura ani razu nie wzro­sła powy­żej minus pięt­na­stu stopni Cel­sju­sza. W tych warun­kach więk­szość pra­cu­ją­cych wkrótce zacho­ro­wała, w tym Warze­cha, któ­rego powa­liło cięż­kie prze­zię­bie­nie. Jeśli cho­dzi o ich pracę, to była ona cał­ko­wi­cie bez­owocna. Jak wspo­mi­nał Warze­cha: „Zie­mia była zamar­z­nięta na kamień. Kilofy się łamały”172.

Inne kroki podej­mo­wane w celu przy­go­to­wa­nia Bre­slau do zbli­ża­ją­cego się najazdu były bar­dziej prak­tyczne i uwień­czone więk­szym powo­dze­niem. Szpi­tale w mie­ście zaczęły ewa­ku­ować swo­ich pacjen­tów na zachód. Atrak­cyjne młode sio­strzyczki z nazi­stow­skiej orga­ni­za­cji dobro­czyn­nej Natio­nal­so­zia­li­sti­sche Volks­wohl­fahrt (Naro­do­wo­so­cja­li­styczna Pomoc Spo­łeczna) ubrane w ele­ganc­kie brą­zowe uni­formy oraz białe far­tu­chy i czepki „całymi godzi­nami” sie­działy, pijąc kawę w wago­nach pocią­gów szpi­tal­nych, pod­czas gdy ochot­nicy z Nie­miec­kiego Czer­wo­nego Krzyża haro­wali w tem­pe­ra­tu­rze dwu­dzie­stu stopni poni­żej zera. W ten wła­śnie spo­sób sio­stra Lena Asch­ner z Czer­wo­nego Krzyża spę­dziła swoje pięć­dzie­siąte uro­dziny: tar­ga­jąc nosze z jęczą­cymi ludźmi od samego rana pra­wie do pół­nocy. „Moje ręce były fio­le­towe z zimna i całe poob­cie­rane” – pisała po zakoń­cze­niu tej pracy. – „Bolą mnie ramiona i ledwo patrzę na oczy”. Szpi­tale w Bre­slau udało się jed­nak opróż­nić173.

Nie­miecki punkt umoc­niony w Zwo­le­niu trzy­mał się przez dobre dwa­dzie­ścia cztery godziny. Jego upa­dek nie nastą­pił z powodu braku ludzi, braku paliwa czy braku amu­ni­cji, lecz na sku­tek roz­ka­zów z góry – i nie był to roz­kaz odwrotu. Garstka nie­miec­kich dział sztur­mo­wych otrzy­mała pole­ce­nie prze­pusz­cze­nia oddzia­łów nie­miec­kich wyco­fu­ją­cych się z pozy­cji wokół przy­czółka puław­skiego; sape­rzy Arn­holda mieli ponow­nie zamknąć przej­ście przez pola minowe po prze­je­cha­niu ostat­niego pojazdu nie­miec­kiego. W zamie­sza­niu, jakie pano­wało w ciem­no­ściach nocy, wśród uno­szą­cego się nad polem bitwy dymu i mgły dzie­sięć czoł­gów radziec­kich z desan­tem pie­choty prze­śli­znęło się jed­nak przez otwarte przej­ście w liniach obrony. Jak wspo­mi­nał Paul Arn­hold: „W rezul­ta­cie powstał nie­opi­sany chaos. W ciem­no­ściach nie dawało się roz­róż­nić, kto przy­ja­ciel, a kto wróg”174.

Upa­dek punktu umoc­nio­nego w Zwo­le­niu spo­wo­do­wał zała­ma­nie się całego frontu LVI Kor­pusu Pan­cer­nego, który po pro­stu się roz­sy­pał. Całe jed­nostki były w naj­lep­szym razie roz­pro­szone po tere­nach cen­tral­nej Pol­ski, a w naj­gor­szym trzeba je było skre­ślić z ewi­den­cji. „Cofa­jące się oddziały wałę­sały się po oko­licy, szu­ka­jąc oka­zji, żeby się do kogoś przy­łą­czyć, lub kie­ro­wały się na tyły w nadziei ponow­nego odna­le­zie­nia swo­ich jed­no­stek” – wspo­mi­nał Arn­hold. Tym­cza­sem puł­kow­nik otrzy­mał nowe roz­kazy: kie­ro­wać się na Radom i tam zbie­rać wyco­fu­ją­cych się żoł­nie­rzy. Tak zro­bił, gro­ma­dząc pod swoją komendą bli­sko 600 ludzi i sześć dział sztur­mo­wych. Przy pomocy tej zaim­pro­wi­zo­wa­nej for­ma­cji zamknął drogę na Toma­szów Mazo­wiecki175.

Być może w ofi­cjal­nym komu­ni­ka­cie wyda­nym przez kwa­terę główną Hitlera miano na myśli wła­śnie jed­nostkę dowo­dzoną przez Arn­holda, gdy pisano o „sil­nych nie­miec­kich for­ma­cjach bojo­wych” sta­wia­ją­cych wro­gowi „zacie­kły opór”. W komu­ni­ka­cie zawy­żano straty radziec­kie – rze­komo 245 czoł­gów znisz­czo­nych w ciągu jed­nego dnia – i pomi­jano cał­ko­wi­tym mil­cze­niem straty ponie­sione przez Niem­ców. Jak stwier­dzano w tek­ście, była to na­dal „bitwa obronna”, która „prze­su­nęła się” już spod przy­czółka bara­now­skiego nad Wisłę, Nidę i do połu­dnio­wych pod­nóży Gór Świę­to­krzy­skich w oko­li­cach Łysej Góry (Świę­tego Krzyża)176.

To wła­śnie zawarta w komu­ni­ka­cie Wehr­machtu wzmianka o leżą­cej około 300 kilo­me­trów od Bre­slau Łysej Górze tak zelek­try­zo­wała ojca Ulri­cha Fro­diena. Herr Fro­dien, były lekarz woj­skowy, zabrał swego syna na wieś, prze­ko­nany, że świeże powie­trze i polo­wa­nie naj­le­piej pomogą w rekon­wa­le­scen­cji jego osiem­na­sto­let­niego syna. Jesie­nią poprzed­niego roku na fron­cie wschod­nim wybuch poci­sku arty­le­ryj­skiego zgru­cho­tał udo Ulri­cha Fro­diena, a odłamki zra­niły go w głowę i klatkę pier­siową. Do tej pory miesz­kań­com pobli­skich Doma­no­wic wyda­wało się, że „front jest gdzieś na dru­gim końcu świata”, ale teraz to ule­gło gwał­tow­nej zmia­nie. Młody Ulrich na wła­sne oczy widział, jak codzienne życie w tej małej wio­sce nagle się zała­mało:

W całej wsi zapa­no­wały strach i bez­sil­ność. Każdy urząd, każdy przed­sta­wi­ciel wła­dzy, każda komórka par­tyjna – jeśli jesz­cze można się było do nich dodzwo­nić – zacho­wy­wała mil­cze­nie lub była cał­ko­wi­cie bez­u­ży­teczna. Wszy­scy męż­czyźni w wieku od pięt­na­stu do sześć­dzie­się­ciu pię­ciu lat zostali powo­łani do Wehr­machtu lub Volks­sturmu, a kobiety pozo­sta­wiono na pastwę losu. Musiały same podej­mo­wać wszel­kie decy­zje177.

Czter­dzie­ści kilo­me­trów dalej gospo­dy­nie domowe jak co roku świę­to­wały świ­nio­bi­cie. „Jak w małej oazie wśród pustyni wojen­nych wyrze­czeń” – entu­zja­zmo­wała się Erna Seiler. Goto­wany boczek, kiszona kapu­sta i wel­l­wurst, czyli świeżo zro­biona kieł­basa wie­przowa na gorąco sta­no­wiąca tra­dy­cyjny ślą­ski przy­smak, w tym roku sma­ko­wały szcze­gól­nie wybor­nie. „Jed­nak cień Rosjan rosnący z dnia na dzień mocno nam ciąży” – przy­zna­wała trzy­dzie­sto­ośmio­latka w swoim dzien­niku. Nagle na uro­czy­stość wpadł urzęd­nik z miej­sco­wej poczty. Oznaj­mił zebra­nym, że kie­row­nic­two par­tyjne zwo­łało nad­zwy­czajne spo­tka­nie w spra­wie bie­żą­cej sytu­acji: „Praw­do­po­dob­nie będą radzić nad ewa­ku­acją okre­ślo­nych wio­sek” – zano­to­wała pod­eks­cy­to­wana Seiler. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak par­tyjni dygni­ta­rze mieli inne sprawy do omó­wie­nia. Erna Seiler pisała w swoim dzien­niku: „Nie ma w ogóle mowy o wyjeź­dzie. Prze­ciw­nie, powie­dziano nam, że tylko stra­chliwe dusze mówią o pako­wa­niu manat­ków. Tacy powinni się wsty­dzić, że sieją nie­po­kój wśród lud­no­ści. Front wschodni trzyma się i się utrzyma!”. Miej­scowy Frau­en­schaft, czyli oddział nazi­stow­skiej orga­ni­za­cji kobie­cej, był bar­dziej zain­te­re­so­wany roz­pra­wia­niem nad tym, jak świę­to­wać ostatki przed Popiel­cem, który w tym roku przy­pa­dał 13 lutego. Jak się potem oka­zało, na długo przed nadej­ściem tego dnia Ole­śnica zna­la­zła się w rękach Sowie­tów178.

Pomimo zapew­nień nazi­stow­skich urzęd­ni­ków front wschodni wcale się nie trzy­mał. Nie było już frontu wschod­niego ani żad­nego odcinka cią­głych linii nie­miec­kich, a jedy­nie „wędru­jące kotły” nie­miec­kich jed­no­stek roz­pro­szo­nych na prze­strzeni bli­sko 18 tysięcy kilo­me­trów kwa­dra­to­wych w cen­tral­nej Pol­sce. Swoją lewą flanką Koniew parł na Kra­ków i Górny Śląsk, a pra­wym skrzy­dłem na Bre­slau i Odrę. Tym­cza­sem jego sąsiad po pra­wej – i zacie­kły rywal – Gie­or­gij Żukow pchał swój 1. Front Bia­ło­ru­ski na Łódź, Poznań i dolną Odrę. Nie­któ­rzy land­se­rzy prze­bi­jali się na zachód w ślad za radziec­kimi czoł­gami, a inni byli po pro­stu okrą­żani i brani do nie­woli. Dowo­dze­nie zostało spa­ra­li­żo­wane. Pod Rado­miem 19. Dywi­zja Pan­cerna i 6. Dywi­zja Gre­na­die­rów Ludo­wych stra­ciły wszelką łącz­ność ze świa­tem zewnętrz­nym. Gro­ziło im zmiaż­dże­nie przez siły prze­ciw­nika, ale dowódcy obu dywi­zji nie chcieli wydać roz­kazu odwrotu, oba­wia­jąc się, że „zapłacą za to głową”179. Inni dowódcy nie­mieccy w więk­szym stop­niu byli gotowi podej­mo­wać samo­dzielne decy­zje. Resztki 17. Dywi­zji Pan­cer­nej zostały oto­czone w lesie pod Kiel­cami. Dowo­dził nimi trzy­dzie­sto­sied­mio­letni pod­puł­kow­nik Albert Brux. Ten Ślą­zak z pocho­dze­nia był odważny – odzna­czono go Krzy­żem Rycer­skim z Liśćmi Dębu – ale nie głupi. Zwo­łał do sie­bie człon­ków sztabu i kazał zebrać się wokoło wszyst­kim żoł­nie­rzom, po czym roz­ka­zał im zło­żyć broń. Po prze­słu­cha­niu w nie­woli ofi­ce­ro­wie radzieccy poka­zali mu pobli­skie pole bitwy. „Z mojej dywi­zji zostało jedy­nie cmen­ta­rzy­sko ludzi i pojaz­dów” – pisał z żalem. – „Sterty meta­lo­wych szkie­le­tów poroz­rzu­cane na dro­gach – to wszystko, co zostało z moich czoł­gów i samo­cho­dów pan­cer­nych”180. Gene­rał major Max Sach­sen­he­imer – w wieku trzy­dzie­stu pię­ciu lat był dru­gim naj­młod­szym gene­ra­łem w armii nie­miec­kiej – i jego 17. Dywi­zja Pie­choty unik­nęli takiego losu. Sach­sen­he­imer był pod wra­że­niem morale swo­ich ludzi, gdy ci prze­bi­jali się spod przy­czółka puław­skiego, śpie­wa­jąc hymn naro­dowy za każ­dym razem, gdy szli do walki. „Każdy żoł­nierz wal­czył z upo­rem, za sie­bie i za swo­ich towa­rzy­szy, żeby wywal­czyć sobie drogę powrotną do Nie­miec” – wspo­mi­nał Sach­sen­he­imer. Widział, jak tuż przed nim jego pod­władni nisz­czyli z pan­cer­fau­stów naj­cięż­sze radziec­kie czołgi typu IS (Iosif Sta­lin). Ale to się nie mogło udać. Koń­czyła się amu­ni­cja i przede wszyst­kim żyw­ność. Głód odbie­rał ludziom siły. „Po tym, jak wystrze­lono już ostatni pocisk”, a wokół dywi­zji zaczął się zaci­skać pier­ścień radziec­kiego okrą­że­nia, arty­le­rzy­ści Sach­sen­he­imera wysa­dzili po kolei wszyst­kie swoje działa. Część żoł­nie­rzy 17. Dywi­zji zdo­łała się prze­bić, w czym „bar­dzo pomocny oka­zał się las” – jak zauwa­żył kwa­śno Sach­sen­he­imer. Jed­nak 17. Dywi­zja Pie­choty prze­stała ist­nieć jako zwarta jed­nostka. „Od tej pory każdy musiał liczyć na samego sie­bie”181. Star­szy sier­żant Hel­mut Reiche z łącz­no­ści razem ze swymi trzy­dzie­stoma ludźmi zna­lazł się gdzieś koło Kielc bez kon­taktu z resztą 90. pułku gre­na­die­rów pan­cer­nych lub jaką­kol­wiek inną jed­nostką nie­miecką. „W naszym poło­że­niu mamy dwa wyj­ścia” – uznał. – „Nie­wola albo prze­bi­ja­nie się do swo­ich. Ale o tym pierw­szym nawet nie ma mowy”. Reiche wraz ze swymi towa­rzy­szami poru­szali się nocą, krad­nąc jedze­nie z pol­skich gospo­darstw. Każ­dego ranka ucie­ki­nie­rów było jed­nak coraz mniej. Tereny Pol­ski roiły się wtedy od nie­miec­kich żoł­nie­rzy prze­dzie­ra­ją­cych się na zachód poje­dyn­czo lub małymi gru­pami. Po dro­dze naty­kali się na ślady nie­dawno sto­czo­nych walk: trupy nie­miec­kich i radziec­kich żoł­nie­rzy, porzu­cony nie­miecki ambu­lans z zabi­tymi pacjen­tami w środku182. Gene­rał Wal­ther Neh­ring jakoś zdo­łał zacho­wać w nie­na­ru­szo­nym sta­nie swój XXIV Kor­pus Pan­cerny, prąc na zachód po linii naj­mniej­szego oporu. Ten „wędru­jący kocioł” niczym tocząca się kula śnieżna zbie­rał roz­pro­szone oddziały nie­miec­kie, masze­ru­jąc przez Pol­skę. „Tylko trzy­ma­jąc się razem, mogli­śmy osią­gnąć nasz cel, zaś podział na mniej­sze grupy ozna­czałby śmierć lub nie­wolę” – wspo­mi­nał po latach gene­rał. Wśród jed­no­stek, które przy­łą­czyły się do Neh­ringa, była 20. Dywi­zja Gre­na­die­rów Pan­cernych. Jej dowódca, gene­rał porucz­nik Georg Jauer, pisał póź­niej: „Naj­dziw­niej­sze było to, że pomimo wszyst­kich naszych zmar­twień i trosk ni­gdy nie bali­śmy się, że zgi­niemy okrą­żeni w kotle. Wszy­scy sobie nawza­jem ufali i każdy dawał z sie­bie wszystko”183. Poko­na­nie w ten spo­sób ponad 200 kilo­me­trów i przedar­cie się z powro­tem do nie­miec­kich linii zajęło kor­pu­sowi Neh­ringa dzie­sięć dni. Cza­sami, żeby uto­ro­wać sobie drogę ucieczki, trzeba było ble­fo­wać. Pewien pod­ofi­cer, wykrzy­ku­jąc „niczym gene­rał”, zdo­łał prze­pro­wa­dzić swój pojazd przez zakor­ko­wane skrzy­żo­wa­nie. Jego buń­czuczna postawa przy­nio­sła efekt. Innym razem kilku gre­na­die­rów pan­cer­nych wło­żyło na swoje mun­dury pol­skie ubra­nia cywilne. Prze­jeż­dża­jąca obok nich radziecka kuch­nia polowa popro­siła o popchnię­cie samo­chodu, za co prze­brani Niemcy zostali wyna­gro­dzeni cie­płym posił­kiem. Następ­nie gre­na­die­rzy pan­cerni znik­nęli w ciem­no­ściach nocy184.

 

Paul Arn­hold wraz z garstką towa­rzy­szy prze­kra­dał się polami w doli­nie Pilicy, sta­ra­jąc się uni­kać kolumn radziec­kich. Czuli się jed­nak na tyle pew­nie, że drogę oświe­tlali sobie latar­kami usta­wio­nymi na pełną moc. Arn­hold na czele zaim­pro­wi­zo­wa­nego oddziału nie był w sta­nie utrzy­mać drogi na Toma­szów Mazo­wiecki i puł­kow­nik był zmu­szony ucie­kać swoim samo­cho­dem szta­bo­wym. W końcu stra­cił jed­nak swój pojazd, znisz­czony przez radziecki czołg, który zdo­łał dogo­nić cofa­ją­cych się Niem­ców. Arn­hold nie miał mapy. Kie­ro­wał się na pod­sta­wie poło­że­nia gwiazd, „głodny i prze­mar­z­nięty”, brnąc w ciem­no­ściach przez głę­boki śnieg, przez chasz­cze, przez leśne polany, gdzieś na połu­dnie od Toma­szowa. Co jakiś czas prze­ska­ki­wał przez szosę w prze­rwach mię­dzy prze­jeż­dża­ją­cymi kolum­nami radziec­kimi. Jed­nak drogi sta­no­wiły błahą prze­szkodę w porów­na­niu z zamar­z­niętą Pilicą, która w tej oko­licy miała od 40 do 60 metrów sze­ro­ko­ści. Więk­sza część biegu rzeki była zamar­z­nięta, z wyjąt­kiem głów­nego nurtu, ale Arn­hold szu­kał odcinka, na któ­rym znaj­do­wa­łyby się jakieś wysepki i lód byłby grub­szy.

Nie udało mu się to, ale na skraju Toma­szowa zna­lazł gospo­dar­stwo oto­czone drew­nia­nym pło­tem. Puł­kow­nik posta­no­wił, że zro­bią sobie z niego pro­wi­zo­ryczną kładkę. Wraz ze swymi sape­rami roz­mon­to­wali ogro­dze­nie i zaczęli je prze­no­sić w stronę zamar­z­nię­tej rzeki. Z gospo­dar­stwa wyło­niło się kilka postaci, które zaczęły do nich wołać po rosyj­sku. Sape­rzy jed­nak nie odpo­wie­dzieli i tamci otwo­rzyli do nich ogień. Niemcy rzu­cili płot na zie­mię i wbie­gli na lód. Ten jed­nak zaczął pękać i wpa­dli do wody. Do dru­giego brzegu nie było zbyt daleko, wystar­czyło tylko kilka susów, ale gruby płaszcz Arn­holda „stał się ciężki niczym ołów”, a lód był zbyt cienki, żeby utrzy­mać cię­żar ofi­cera. W ten spo­sób roz­po­częła się „roz­pacz­liwa walka, zma­ga­nia pro­wa­dzone ostat­kiem sił, aby nie dać się zabić, czy to od kuli któ­re­goś z kil­ku­na­stu strzel­ców, czy tonąc w lodo­wa­tych wodach Pilicy”. W końcu zdo­łał zna­leźć grunt pod nogami i wygrze­bać się z rzeki, cho­ciaż wokół niego kule ude­rzały o zie­mię. Dołą­czyło do niego czte­rech towa­rzy­szy, z któ­rych jeden zgu­bił buty w gru­bym mule Pilicy. Żoł­nierz pociął swój prze­mok­nięty płaszcz na pasy, któ­rymi następ­nie obwią­zał sobie krwa­wiące stopy, żeby móc dalej iść. Sape­rzy byli prze­mar­z­nięci, prze­mo­czeni i ledwo byli w sta­nie trzeźwo myśleć, gdyż od kilku dni nic nie jedli, ale nawet nie pomy­śleli o tym, żeby się zatrzy­mać, bo wtedy z pew­no­ścią zamar­z­liby na śmierć.

Przy każ­dym kroku chlu­pało im w butach, a woda w ich roz­mo­kłych płasz­czach zamar­zła tak mocno, że gdy Arn­hold potknął się o coś w ciem­no­ściach, kawa­łek jego zamar­z­nię­tego szy­nela po pro­stu się odła­mał. Męż­czyźni nie­ustan­nie szczę­kali zębami z zimna – na domiar złego zerwała się śnieżna zamieć – i ze stra­chu. „Zimno prze­szy­wało nas na wskroś – do stóp, do nóg, przez całe ciało” – wspo­mi­nał puł­kow­nik. – „Prze­mok­nięte miej­sca zaczęły zama­rzać. Groźba zamar­z­nię­cia na śmierć towa­rzy­szyła każ­demu naszemu kro­kowi. Nie było spo­sobu, żeby się jej prze­ciw­sta­wić. Ta nie­ubła­gana pew­ność ni­gdy nie zwol­niła swego uści­sku na naszych szy­jach. Pobu­dzała nas, nie pozwa­lała nam pęk­nąć”.

W końcu natknęli się na jakąś chatę, któ­rej star­szy gospo­darz wpu­ścił ich do środka, a nawet dał im jeść. Sape­rzy roz­wie­sili ubra­nia nad ogniem, żeby je osu­szyć, ale jedze­nie i cie­pło spra­wiły, że poczuli się senni i w końcu posnęli. „Nagle się obu­dzi­łem, czu­jąc, że coś pali mnie w stopy” – wspo­mi­nał Arn­hold. – „Kiedy je cof­ną­łem, było już za późno: pode­szwy były za bli­sko żaru i zapa­liły się. Momen­tal­nie tak się wypa­czyły, że mia­łem wra­że­nie jak­bym stał na rurze”.

Odpo­czy­wali jesz­cze przez kilka godzin, aż do pierw­szych prze­bły­sków świtu, kiedy uznali, że czas już na nich. Ubra­nia i buty mieli na­dal mokre. Zaraz po wyj­ściu z chaty poczuli dresz­cze i gęsią skórkę. Ale czym jest gęsia skórka w porów­na­niu z „prze­ra­ża­jącą myślą o sie­dzą­cych nam na karku bol­sze­wi­kach?” – pomy­ślał Arn­hold. Kuś­ty­kał przez głę­boki śnieg w swo­ich spa­lo­nych butach, a każdy krok spra­wiał mu ból. Przy­świe­cała im wszyst­kim jedna myśl: dotrzeć do Odry. Jed­nak do Odry było jesz­cze grubo ponad 200 kilo­me­trów185.

Adolf Hitler nie był winny tej kata­strofy. A przy­naj­mniej tak to wyglą­dało z punktu widze­nia samego Adolfa Hitlera. Jak zawsze obwi­niał innych za skutki wła­snej aro­gan­cji i igno­ran­cji. Za niskie morale panu­jące na fron­cie winił zwłasz­cza ofi­ce­rów. Zarzu­cał swoim gene­ra­łom, że nie ostrze­gli go o sile Sowie­tów. Za głów­nego win­nego uznał jed­nak dowódcę Grupy Armii „A” gene­rała puł­kow­nika Josefa Har­pego, któ­rego natych­miast pozba­wiono dowo­dze­nia. Na jego miej­sce Hitler mia­no­wał swego ulu­bieńca gene­rała puł­kow­nika Fer­di­nanda Schörnera, który był bar­dziej znany ze swej bez­względ­no­ści i fana­ty­zmu niż ze swych zdol­no­ści dowód­czych. Joseph Goeb­bels pisał o tej nomi­na­cji nastę­pu­jąco: „Sądzę, że Schörner sobie pora­dzi. Naprawi fatalny stan rze­czy, jaki spo­wo­do­wał Harpe. Poru­szymy niebo i zie­mię, żeby zapew­nić mu potrzebne siły”186.

W powstrzy­ma­niu ofen­sywy Armii Czer­wo­nej w Pol­sce mieli pomóc nisz­czy­ciele czoł­gów ze spe­cja­li­stycz­nej jed­nostki bom­bow­ców nur­ku­ją­cych, to jest 2. pułku lot­nic­twa sztur­mo­wego „Immel­mann”, dowo­dzo­nego przez puł­kow­nika Hansa-Ulri­cha Rudla, który miał być prze­rzu­cony na Śląsk z Węgier. Rudel był naj­bar­dziej odzna­czo­nym żoł­nie­rzem nie­miec­kich sił zbroj­nych, sław­nym pilo­tem Stu­kasa, „nisz­czy­cielem czoł­gów” w peł­nym zna­cze­niu tego okre­śle­nia i jedyną osobą odzna­czoną Krzy­żem Rycer­skim ze Zło­tymi Liśćmi Dębu, Mie­czami i Bry­lan­tami. Gdy wylą­do­wał na lot­ni­sku im. Udeta1 pod Kato­wi­cami zastał tam chaos i dez­orien­ta­cję. Od obsługi naziem­nej dowie­dział się, że w odle­głej o nie­całe 40 kilo­me­trów Czę­sto­cho­wie są już radziec­kie czołgi – ale moż­liwe rów­nież, że to nie­miec­kie czołgi usi­łu­jące prze­bić się na zachód. Po dwu­dzie­stu minu­tach jed­nostka Rudla zna­la­zła się w powie­trzu, prze­la­tu­jąc nisko nad Czę­sto­chową. Główną ulicą mia­sta jechał czołg, za nim drugi, a potem trzeci. Wyglą­dały jak T-34, Rudel był jed­nak prze­ko­nany, że należą do nie­miec­kiej 16. lub 17. Dywi­zji Pan­cer­nej. Zro­bił kółko nad mia­stem. Tym razem nie było już wąt­pli­wo­ści. To były T-34 z desan­tem pie­choty, która otwo­rzyła cha­otyczny ogień do nie­miec­kiego samo­lotu.

Prze­wody elek­tryczne i wyso­kie budynki utrud­niały Rudlowi manew­ro­wa­nie przed ata­kiem, ale i tak zdo­łał znisz­czyć ze swego działka trzy czołgi. 2. pułk lot­nic­twa sztur­mo­wego kon­ty­nu­ował lot w kie­runku wschod­nim wzdłuż głów­nej szosy i linii kole­jo­wej. Po chwili natknęli się na kolejne radziec­kie czołgi toczące się na zachód, za któ­rymi jechała kolumna cię­ża­ró­wek z pie­chotą i zaopa­trze­niem oraz kilka dział prze­ciw­lot­ni­czych. Teren w tym miej­scu był znacz­nie bar­dziej sprzy­ja­jący do nisz­cze­nia czoł­gów z powie­trza – żadne prze­szkody nie utrud­niały ruchów Stu­ka­som. Tuż przed zmierz­chem jed­nostka Rudla wylą­do­wała na kato­wic­kim lot­ni­sku im. Udeta, po wyczer­pa­niu całych zapa­sów amu­ni­cji. W cza­sie tego lotu znisz­czyli łącz­nie osiem radziec­kich czoł­gów.

Do tej pory Rudel i jego towa­rzy­sze trak­to­wali nisz­cze­nie wro­gich czoł­gów nie­mal jak „rodzaj sportu”. Ale teraz ich nasta­wie­nie ule­gło zmia­nie. „Na myśl, że ta ste­powa horda zmie­rza do samego serca Europy, ogar­nia mnie nie­okieł­znana wście­kłość”187.

Pomimo inter­wen­cji Hansa-Ulri­cha Rudla Niemcy nie byli w sta­nie obro­nić Czę­sto­chowy, o czym prze­ko­nał się ranny Wolf-Die­trich Schnurre. Więk­szość nie­miec­kich jed­no­stek została ewa­ku­owana ze świę­tego mia­sta, które było już pod ostrza­łem radziec­kiej arty­le­rii, gdy dwu­dzie­stocz­te­ro­letni land­ser został zabrany do miej­sco­wego szpi­tala woj­sko­wego. Pozo­stało tam zale­d­wie kilku chi­rur­gów i pie­lę­gnia­rek, z któ­rych więk­szość topiła swoje smutki w alko­holu. Po raz pierw­szy od kilku tygo­dni Schnurre mógł wziąć prysz­nic i poło­żyć się w czy­stym łóżku. Żoł­nierz spał jak zabity i śnił o „ryczą­cych ude­rze­niach gro­mów i wście­kłych bły­ska­wi­cach”. Obu­dził się. To nie był sen. Wszę­dzie wokoło eks­plo­do­wały poci­ski, a dwaj noszowi nie­śli go na sta­cję kole­jową, żeby wsa­dzić go do pociągu. Odje­chał ostat­nim trans­por­tem z Czę­sto­chowy188. Armia Czer­wona była już tylko 150 kilo­me­trów od Bre­slau.

 

Jedno po dru­gim pol­skie mia­sta i mia­steczka wpa­dały w ręce Armii Czer­wo­nej: Kielce – 15 stycz­nia, Czę­sto­chowa i Radom – 16 stycz­nia, War­szawa – 17 stycz­nia. Radziecka „Prawda” ogło­siła, że w ciągu trzech pierw­szych dni ofen­sywy Koniewa wyzwo­lono 400 miast i wio­sek. „Chwała nie­zrów­na­nym czer­wo­no­ar­mi­stom!” – piał ofi­cjalny organ radziec­kiej par­tii komu­ni­stycz­nej. – „Naprzód pod zwy­cię­skim sztan­da­rem Lenina i Sta­lina, na zachód!”189.

Nazi­stow­skie impe­rium na Wscho­dzie roz­pa­dało się rów­nie szybko jak nacie­rała Armia Czer­wona. Po czte­rech dniach radziec­kiej ofen­sywy wła­dze nie­miec­kie wydały pole­ce­nie ewa­ku­owa­nia Łodzi, wiel­kiego mia­sta prze­mia­no­wa­nego przez Niem­ców na Lit­zman­n­stadt, na cześć gene­rała, który w cza­sie pierw­szej wojny świa­to­wej sto­czył tutaj zwy­cię­ską bitwę. Koła miej­sco­wej machiny biu­ro­kra­tycz­nej pusz­czono w ruch, a tym­cza­sem w Łodzi ode­zwał się rzadko do tej pory sły­szany dźwięk: syreny alarmu prze­ciw­lot­ni­czego. Przez godzinę radziec­kie samo­loty bom­bar­do­wały mia­sto, para­li­żu­jąc sieć tram­wa­jową. Skutki nalotu cał­ko­wi­cie przy­tło­czyły miej­sco­wych stra­ża­ków i nie­miecką admi­ni­stra­cję. Tego wie­czoru żadne pociągi z ewa­ku­owa­nymi nie opu­ściły Łodzi. Pierw­sze trans­porty na zachód wyru­szyły dopiero koło połu­dnia następ­nego dnia190.

Bomby zaczęły rów­nież spa­dać na dawną sie­dzibę pol­skich kró­lów. Mimo to życie w Kra­ko­wie toczyło się nad­zwy­czaj nor­mal­nie. Tram­waje na­dal kur­so­wały. Kwitł han­del na czar­nym rynku. Kina i restau­ra­cje były otwarte. Jed­nak poza mia­stem nic już nie szło zwy­kłym try­bem. Na rogat­kach Kra­kowa usta­wiono poste­runki poli­cyjne i woj­skowe, aby unie­moż­li­wić wydo­sta­nie się z mia­sta każ­dej oso­bie bez prze­pustki.

Wehr­macht już jed­nak porzu­cił Kra­ków, a pozba­wiony sta­no­wi­ska gene­rał Harpe uciekł razem ze swym szta­bem. Mający w tym mie­ście swoją sie­dzibę naczelny przed­sta­wi­ciel władz oku­pa­cyj­nych w Pol­sce kon­ty­nu­ował swoją urzę­dową dzia­łal­ność – przy­naj­mniej jesz­cze jeden dzień. We wspa­nia­łej Sali Kolum­no­wej na Wawelu, która kie­dyś słu­żyła pol­skim monar­chom, Hans Frank urzą­dził poże­gnalną kola­cję dla około czter­dzie­stu człon­ków swego per­so­nelu. Pięć lat wcze­śniej w cza­sie typo­wej dla nazi­stów nie­smacz­nej cere­mo­nii Frank został „koro­no­wany” na wiel­ko­rządcę kadłu­bo­wej Pol­ski jako tzw. gene­ralny guber­na­tor. Jed­nak Hans Frank był wię­cej niż kró­lem. W oku­po­wa­nej Pol­sce był praw­dzi­wym bogiem. „Nie ma tutaj żad­nego urzędu, który miałby więk­szą rangę, więk­sze wpływy lub więk­szą wła­dzę niż guber­na­tor gene­ralny” – ogło­sił. Jego słowo było pra­wem. Rzą­dził swoją domeną rów­nie bru­tal­nie jak każdy tyran. Ale teraz, gdy jego rządy waliły się w gruzy, zaczął uża­lać się nad sobą. „Sta­łem sam w wiel­kiej sali koro­na­cyj­nej, z któ­rej widać pano­ramę cudow­nej Sta­rówki i myśla­łem o dro­dze, która zapro­wa­dziła nas do tego miej­sca”191.

W obli­czu nie­ubła­ga­nego natar­cia Armii Czer­wo­nej aż pięć milio­nów nie­miec­kich cywi­lów rzu­ciło się do ucieczki. Ucie­kali, ponie­waż cywile zawsze ucie­kają przed najeźdźcą. Ucie­kali, ponie­waż cią­gle jesz­cze żywe były wspo­mnie­nia poczy­nań Rosjan na nie­miec­kim Wscho­dzie w cza­sie pierw­szej wojny świa­to­wej. Ale przede wszyst­kim ucie­kali, bo bali się „mon­gol­skiego najazdu” ze Wschodu. Nie­miecki żoł­nierz pod­cho­dził do wroga z nie­chę­cią, ale i pew­nym sza­cun­kiem, nazy­wa­jąc go „Ruskim” albo „Iwa­nem”. Tym­cza­sem nazi­stow­ska pro­pa­ganda w naj­lep­szym razie uży­wała w sto­sunku do wschod­niego prze­ciw­nika okre­śle­nia „bol­sze­wicy”. Naj­czę­ściej jed­nak w nie­miec­kich gaze­tach i kro­ni­kach fil­mo­wych nazy­wano Sowie­tów „azja­tycką hordą”, „Mon­go­łami” i „bestiami”. Nazi­stow­scy pro­pa­gan­dzi­ści mieli zresztą dowody na to, że żoł­nierze prze­ciw­nika cza­sami fak­tycz­nie bywali „bestiami”: w listo­pa­dzie 1944 roku Armia Czer­wona została wyparta z zaję­tej przez sie­bie wcze­śniej wio­ski Nem­mers­dorf w Pru­sach Wschod­nich [ob. Maja­kow­skoje w obwo­dzie kali­nin­gradz­kim – przyp. tłum.]. Po odzy­ska­niu tej miej­sco­wo­ści Niemcy zna­leźli tam wielu zamor­do­wa­nych cywi­lów – fak­tyczna ich liczba jest przed­mio­tem spo­rów – jak wspo­mi­nał pewien volks­stur­mi­sta „pra­wie co piąty miesz­ka­niec został zamor­do­wany w bestial­ski spo­sób”192. Kore­spon­denci wojenni, foto­gra­fo­wie, zagra­niczni dzien­ni­ka­rze, ope­ra­to­rzy kro­nik fil­mo­wych, wszy­scy zjeż­dżali się do Nem­mers­dorfu. Nie­miec­kie gazety prze­strze­gały swo­ich czy­tel­ni­ków, że jeśli Armia Czer­wona dokona najazdu na Rze­szę, „wszy­scy miesz­kańcy co do jed­nego zostaną sys­te­ma­tycz­nie i strasz­li­wie wymor­do­wani, a Niemcy zmie­nią się w jedno wiel­kie cmen­ta­rzy­sko”193. Prasa miała za zada­nie zasiać strach w sercu każ­dego miesz­kańca nie­miec­kiego Wschodu.

Jako pierw­sze ewa­ku­owano oku­po­wane przez Niem­ców pol­skie mia­sta – Łódź, Kra­ków, Kalisz, Poznań wraz z ota­cza­ją­cymi je mia­stecz­kami i wio­skami – a następ­nie pogra­niczne miej­sco­wo­ści ślą­skie. Ten exo­dus milio­nów ludzi w tem­pe­ra­tu­rze dwu­dzie­stu stopni poni­żej zera Niemcy nazy­wali die grosse Flucht (wielka ucieczka) lub der grosse Treck (wielki trek). Rol­nicy zaprzę­gali konie do swych fur­ma­nek i wozów, ale więk­szość ludzi szła pie­szo, cią­gnąc za sobą ręczne wózki, tar­ga­jąc walizki lub ple­caki, pod­czas gdy matki koły­sały nie­mow­lęta i jed­no­cze­śnie sta­rały się trzy­mać za ręce star­sze dzieci. Ledwo uda­wało się zacho­wać jaki­kol­wiek ład i porzą­dek. Nie było pra­wie żad­nej orga­ni­za­cji. Urzęd­nicy par­tyjni, któ­rzy wcze­śniej solen­nie zapew­niali, że taki dzień ni­gdy nie nadej­dzie, teraz czę­sto ucie­kali w pośpie­chu, pozo­sta­wia­jąc zwy­kłych ludzi na pastwę losu. Szes­na­sto­letni żoł­nierz Huber­tus Kin­dler i jego towa­rzy­sze widzieli, jak kolumna ucie­ka­ją­cych dygni­ta­rzy nazi­stow­skich, któ­rych żony nosiły dro­gie futra, a pojazdy były zapeł­nione wszel­kimi dobrami, mijała idą­cych pie­szo uchodź­ców. Par­tyjni przy­wódcy zatrzy­my­wali się tylko po to, żeby zmu­sić bied­niej­szych ucie­ki­nie­rów do zej­ścia im z drogi194. Jedyną pomoc ci nie­szczę­śnicy otrzy­my­wali od zwy­kłych Ślą­za­ków. Pocho­dząca z Bre­slau Hanne Hübler sie­działa wraz ze swoją rodziną w wiej­skiej gospo­dzie w miej­sco­wo­ści Bodzów na Dol­nym Ślą­sku [ob. w gra­ni­cach woje­wódz­twa lubu­skiego – przyp. tłum.], gdy na dróżce przed zajaz­dem poja­wili się pierwsi uchodźcy:

Z wozów dobie­gał krzyk i płacz, nie­które konie padały, pod naszym oknem zde­rzyły się dwa samo­chody, w tym jeden prze­wró­cił się na dach, jakaś bab­cia potłu­kła się tak bar­dzo, że przy­nie­siono ją do gospody z pobitą twa­rzą.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?