Ostatnia twierdza Hitlera. Breslau 1945

Tekst
Z serii: Historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Na pozy­cje zaj­mo­wane przez nie­miecki 514. pułk pie­choty przez zie­mię niczyją prze­czoł­gał się jakiś Ukra­iniec, „młody chło­pak, w woj­sku dopiero od mie­siąca, naj­wy­raź­niej z łapanki urzą­dzo­nej [przez Armię Czer­woną] na nie­dawno zdo­by­tych tere­nach”. Dezer­ter zapew­niał Hansa Jürgena Hart­manna, że jego śla­dem przyjdą inni. Mówił prawdę. Drugi, „jesz­cze dzie­ciak, prze­sko­czył okop z wyraź­nym uczu­ciem ulgi”. O świ­cie następ­nego dnia do nie­mieckich oko­pów pod Zawi­cho­stem dopa­dły bie­giem następne dwie posta­cie w brą­zo­wych szy­ne­lach. „Jeden z nich krzy­czał nawet: «Geil Gitlarr»!”103.

Poza tym życie na pozy­cjach nie­miec­kich wokół przy­czółka bara­now­skiego toczyło się z tą samą nie­zmienną mono­to­nią. Codzien­nie Hart­mann doglą­dał tego samego: budowy bun­krów, czy­sto­ści latryn, budowy sta­no­wisk bojo­wych, prze­cho­wy­wa­nia amu­ni­cji, kana­łów odpro­wa­dza­ją­cych wodę z oko­pów, czy­sto­ści i dba­ło­ści o broń oraz setki podob­nych dro­bia­zgów. Codzien­nie jego ludzie wysłu­chi­wali pię­ciu róż­nych poga­da­nek lub szko­leń doty­czą­cych takich kwe­stii, jak: prze­cho­wy­wa­nie amu­ni­cji; nosze­nie nausz­ni­ków; postę­po­wa­nie w razie ataku gazo­wego lub lot­ni­czego; przy­po­mnie­nie, żeby nie nosić fil­co­wych butów, gdy jest mokro; przy­po­mnie­nie, aby oszczęd­nie uży­wać pasty do butów i papieru toa­le­to­wego; na temat obser­wa­cji wroga i zacho­wa­nia w tajem­nicy adresu pocz­to­wego ich jed­nostki; na temat tego, jak mają się zacho­wać w razie dosta­nia się do nie­woli; oraz codzien­nego dba­nia o higienę oso­bi­stą. A co z wojną? O woj­nie „jakby zapo­mniano” – zauwa­żył Hart­mann. Od czasu do czasu Sowieci prze­pro­wa­dzali ataki nęka­jące na sta­no­wiska nie­miec­kie, bar­dziej jed­nak po to, aby zapo­biec zbyt­niej bier­no­ści fron­to­wi­ków i „choć tro­chę zabić nudę”. Jed­nak przez cały czas dniem i nocą kilku snaj­pe­rów Armii Czer­wo­nej obser­wo­wało pozy­cje 514. pułku, „strze­la­jąc cel­nie, jeśli ktoś zbyt długo i nie­uważ­nie wychy­lał głowę lub nie­ostroż­nie prze­cha­dzał się wypro­sto­wany po oko­pie”104.

Żoł­nie­rze z kom­pa­nii Hart­manna nosili mun­dury w kolo­rze feld­grau, czyli „polo­wym sza­rym”, cho­ciaż ich barwa przy­po­mi­nała raczej brudną zie­leń, a nie­któ­rzy narzu­cali na nie rów­nież pod­bite futrem kurtki zimowe w kolo­rze brud­no­bia­łym. Na gło­wach nosili fil­cowe czapki polowe lub sta­lowe hełmy. Kara­bin sztur­mowy StG44 stop­niowo wypie­rał kara­bin powta­rzalny Mau­ser 98K w cha­rak­te­rze stan­dar­do­wej broni nie­miec­kiej pie­choty. Była to broń wyso­kiej klasy, sku­teczna nawet do 400 metrów, ale zuży­wała amu­ni­cję w alar­mu­ją­cym tem­pie. Podob­nie zresztą było w przy­padku stan­dar­do­wego nie­miec­kiego kara­binu maszy­no­wego MG42, nazy­wa­nego rów­nież Hitlersäge, Sin­gende Säge lub Knochensäge – „piła Hitlera”, „śpie­wa­jąca piła” lub „piła do kości” – z powodu hałasu jaki wyda­wał, wyplu­wa­jąc z sie­bie 1500 poci­sków na minutę. Kuch­nia polowa zapew­niała im śnia­da­nie skła­da­jące się z chleba z dże­mem lub ze smal­cem (wie­przo­wym albo gęsim), na obiad zwy­kle był gulasz, a na kola­cję – chleb, mięso i tro­chę sera, a wszystko to popi­jali erza­cem kawy. Sze­re­gowy nie­miecki żoł­nierz, czyli Sol­dat, czy raczej Land­ser, co jakiś czas otrzy­my­wał kil­ku­dniowy urlop na tyłach w tzw. „domu żoł­nie­rza” (Sol­da­ten­heim). W nie­któ­rych jed­nost­kach, np. w 6. Dywi­zji Pie­choty, utwo­rzono nawet trupy kaba­re­towe, a człon­ki­nie orga­ni­za­cji o nazwie Dzieło Kobiet Nie­miec­kich (Deut­sches Frau­en­werk) roz­da­wały im paczki z pomocy dobro­czyn­nej. Jed­nak każdy land­ser naj­bar­dziej cze­kał na Feld­post – pocztę polową, czyli listy z domu, od rodziny, przy­ja­ciół, uko­cha­nych. Pod koniec 1944 roku Feld­post jed­nak coraz bar­dziej szwan­ko­wała. Żoł­nie­rze powszech­nie narze­kali na brak listów od swo­ich bli­skich. Przy­czyną tego stanu była cen­zura woj­skowa i przede wszyst­kim spu­sto­sze­nia doko­nane przez lot­nic­two alianc­kie na szla­kach kole­jo­wych Rze­szy105.

Te listy, które docie­rały do oko­pów lub z nich wycho­dziły, były ści­śle cen­zu­ro­wane. Jesie­nią 1944 roku pomimo miaż­dżą­cych klęsk na fron­tach i mimo faktu, że jego wła­sna ojczy­zna była dniem i nocą bom­bar­do­wana, prze­ciętny land­ser na­dal wie­rzył w Adolfa Hitlera. Z lek­tury listów i pocz­tó­wek prze­sy­ła­nych przez żoł­nie­rzy z frontu do domu sztab nie­miec­kiej 4. Armii Pan­cer­nej – która w cza­sie let­niej ofen­sywy radziec­kiej w 1944 roku została odrzu­cona o ponad 200 kilo­me­trów na zachód od linii Bugu do środ­ko­wego biegu Wisły – wie­dział, że jej żoł­nie­rze z odrazą przy­jęli próbę zama­chu na swego Führera pod­jętą 20 lipca 1944 roku w Wil­czym Szańcu pod Kętrzy­nem. Jeden z żoł­nie­rzy 291. Dywi­zji Pie­choty pisał: „Każdy żoł­nierz na fron­cie wschod­nim otwar­cie odrzuca ten pucz”. Pewien czło­nek sztabu armii pisał: „Nasza wiara w Führera jest teraz jesz­cze sil­niej­sza, a nasza wiara w zwy­cię­stwo znacz­nie bar­dziej pewna i mocna”. Jakiś żoł­nierz 72. Dywi­zji Pie­choty pisał: „Adolf Hitler ni­gdy nie ska­pi­tu­luje, ni­gdy się nie podda, ni­gdy nie straci pano­wa­nia nad ner­wami, krótko mówiąc, zna­czy dla nas, żoł­nie­rzy, wię­cej, niż możesz sobie wyobra­zić”. Wielu zwy­kłych żoł­nie­rzy liczyło na to, iż „nasz naród się oczy­ści, tak, że w końcu uwol­nimy się od tych paso­ży­tów”106.

Ci, któ­rzy tak myśleli, nie zawie­dli się. Po spi­sku z 20 lipca armia nie­miecka stała się praw­dziwą armią Hitlera. Dotych­cza­sowy salut woj­skowy został ofi­cjal­nie zastą­piony hitle­row­skim pozdro­wie­niem. Zaufany pomoc­nik Hitlera i szef SS Hein­rich Him­m­ler prze­jął kon­trolę nad szko­le­niem uzu­peł­nień dla oddzia­łów pierw­szo­li­nio­wych. Powo­łano tzw. „sądy hono­rowe”, które miały oczy­ścić siły zbrojne z ofi­ce­rów powią­za­nych z zama­chem na Hitlera lub podej­rze­wa­nych o takie powią­za­nia. Jesie­nią 1944 roku „nazy­fi­ka­cja” Wehr­machtu została dopro­wa­dzona do końca. Jak z satys­fak­cją stwier­dził jeden z wyż­szych ofi­ce­rów SS: „Nie ma ani jed­nego rodzaju sił zbroj­nych, ani jed­nego inspek­to­ratu, ani jed­nego kursu dla ofi­ce­rów Sztabu Gene­ral­nego lub na Aka­de­mii Wojen­nej, który unik­nąłby w swoim pro­gra­mie szko­le­nia licz­nych wykła­dów pro­wa­dzo­nych przez ofi­ce­rów SS”107.

W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak armia nie­miecka nabrała hitle­row­skiego cha­rak­teru na długo przed zama­chem z 20 lipca 1944 roku. Nie­miecki żoł­nierz już od lat był pod­da­wany nazi­stow­skiej indok­try­na­cji za pośred­nic­twem gazet, ulo­tek, prze­mó­wień, poga­da­nek. „Wiara w Führera i jego ide­olo­gię jest fun­da­men­tem życia całego narodu nie­miec­kiego” – mówiono mu. – „Fana­tyczna wola walki i nie­złomna wiara w zwy­cię­stwo są zako­rze­nione w ide­olo­gii naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nej”. Żoł­nierz Adolfa Hitlera pokła­dał „w Führerze ślepą wiarę” i czer­pał swoją siłę „z total­nej wiary w zwy­cię­stwo i naszego Führera, Adolfa Hitlera”108. Na prze­pu­stce żoł­nierz powi­nien lek­ce­wa­żyć znisz­cze­nia wyrzą­dzone przez naloty bom­bow­ców alianc­kich, nie dając wiary krą­żą­cym plot­kom i defe­ty­stom. Gdyby ktoś zapy­tał go w domu: „Jak długo jesz­cze potrwa wojna?”, miał natych­miast odpo­wia­dać: „Aż wygramy”109. Ucie­le­śnie­niem nazi­stow­skiej indok­try­na­cji stał się ofi­cer do spraw wycho­wa­nia naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nego (Natio­nal­so­zia­li­sti­sche Führungsoffizier), który był nie­miec­kim odpo­wied­ni­kiem funk­cjo­nu­ją­cego w Armii Czer­wo­nej poli­truka. Jego zada­niem było wpo­je­nie nie­miec­kiemu żoł­nie­rzowi żar­li­wej wiary w nazizm oraz stwo­rze­nie zwar­tej wal­czą­cej wspól­noty ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy. W wyda­wa­nych dla nich instruk­cjach można było prze­czy­tać: „Wojny o takich roz­mia­rach nie są roz­strzy­gane prze­wagą liczebną lub mate­rialną. Jedy­nym decy­du­ją­cym czyn­ni­kiem są wyso­kie war­to­ści wyzna­wane przez dany naród: odwaga, żela­zna dys­cy­plina, honor oraz naro­dowa świa­do­mość tego, że jest się cho­rą­żym i szer­mie­rzem wznio­słej idei”110. Metody dzia­ła­nia sto­so­wane przez ofi­ce­rów do spraw wycho­wa­nia naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nego były lustrza­nym odbi­ciem tych sto­so­wa­nych przez radziec­kich poli­tru­ków: sta­ran­nie dobrany ustęp z Mein Kampf był umiesz­czany w roz­ka­zach dzien­nych jako „myśl dnia”, orga­ni­zo­wano spe­cjalne wykłady, pokazy fil­mów, wspólne wie­czorki z muzyką ludową, które koń­czyły się inspi­ru­ją­cymi cyta­tami z Führera, zagrze­wa­ją­cym do walki prze­mó­wie­niem lub odśpie­wa­niem bojo­wej pie­śni. Mury domów znaj­du­ją­cych się w pobliżu frontu były upstrzone hasłami pro­pa­gan­do­wymi w stylu: „Zwy­cię­stwo albo Sybir!”, „Wal­czymy o życie naszych kobiet i dzieci!”. Mło­dzież roz­da­wała ulotki wzy­wa­jące nie­miec­kich żoł­nie­rzy do wytrwa­nia na poste­runku i powstrzy­ma­nia radziec­kiego najazdu. Ludzi zachę­cano, aby zamiast pio­se­nek z noc­nych klu­bów i kaba­re­tów czy z filmu Błę­kitny anioł śpie­wali pie­śni nazi­stow­skie w rodzaju Pie­śni Hor­sta Wessela. Słowo Kata­stro­phe (kata­strofa) usu­nięto z żoł­nier­skiego słow­nika i zastą­piono okre­śle­niem Not­stand (kry­zys)111. Sub­telne metody jed­nak nie zawsze wystar­czały. Pewien pod­po­rucz­nik sta­rał się zachę­cić swo­ich ludzi do walki aż do samego końca, snu­jąc przy­po­wieść o dwóch żabach, które wpa­dły do bańki z mle­kiem. „Pierw­sza z nich prze­staje wal­czyć i tonie, pod­czas gdy druga sza­mo­cze się, dopóki star­cza jej sił, ubi­ja­jąc mleko na masło, dzięki czemu może się wydo­stać i oca­lić życie” – prze­ko­ny­wał. Jego ludzie dosłow­nie pokła­dali się ze śmie­chu, słu­cha­jąc tej bajeczki112. Inne środki mające wzbu­dzić wśród żoł­nie­rzy zapał bojowy były bar­dziej obce­sowe, ale i bar­dziej sku­teczne. Ofi­ce­ro­wie do spraw wycho­wa­nia naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nego mieli pod­trzy­my­wać w woj­sku nadzieje na uży­cie nowej „cudow­nej broni”, która miała umoż­li­wić wzię­cie odwetu na wrogu za bom­bar­do­wa­nie miast Rze­szy. Przede wszyst­kim jed­nak mieli pod­sy­cać pło­mień nie­na­wi­ści do wroga ze Wschodu. „Azja­tyccy pod­lu­dzie”, „czer­wony motłoch”, „ste­powe hordy”, „czer­wone bestie” – nie było chyba ani jed­nego pejo­ra­tyw­nego okre­śle­nia, jakiego by nie użyto, aby zde­mo­ni­zo­wać Armię Czer­woną. Pewien ofi­cer zapew­niał swo­ich ludzi: „Azja ni­gdy nie zatrium­fo­wała nad Europą. I tym razem rów­nież posta­wimy tamę, która powstrzyma azja­tycki potop”113. Żoł­nie­rzom roz­da­wano bro­szurki w rodzaju Wofür kämpfen wir? („O co wal­czymy?”) zawie­ra­jące arty­kuły zaty­tu­ło­wane np. „Jaki los bol­sze­wicy zgo­tują twoim rodzi­com, twoim sio­strom, twoim żonom, twoim dzie­ciom?”114. W tek­ście tym wyja­śniano, że bol­sze­wizm sta­nowi „zagro­że­nie dla całej cywi­li­za­cji zachod­niej. Wielu Euro­pej­czy­ków, tak, wielu Anglo­sa­sów byłoby wstrzą­śnię­tych do głębi, gdyby poznali praw­dziwe obli­cze bol­sze­wizmu”. Żoł­nierz nie­miecki bro­nił zatem „całej kul­tury i cywi­li­za­cji przed azja­tyc­kim jarz­mem! Dla­tego teraz cho­dzi o to, która ide­olo­gia zwy­cięży: żydo­bol­sze­wicki demon mate­ria­li­zmu czy ide­olo­gia będąca two­rem nie­mieckiego ide­ali­zmu, czyli naro­dowy socja­lizm”115. Podobna pro­pa­ganda padała na żyzny grunt. „Tacy ludzie nie mogą zatrium­fo­wać i nie zatrium­fują nad kul­turą Zachodu. Praw­do­po­dob­nie nie ma powodu mar­no­wać słów na to, co ni­gdy się nie wyda­rzy”116 – pisał w liście do domu pewien plu­to­nowy.

 

Jed­nak zimą 1944/45 roku nie tylko wiara w naro­dowy socja­lizm, Adolfa Hitlera i walkę w obro­nie Nie­miec przed „ste­po­wymi hor­dami” spra­wiała, że żoł­nierz nie­miecki na­dal wal­czył. Rów­nie wielką rolę odgry­wał bowiem strach. Podob­nie jak w Armii Czer­wo­nej rów­nież w Wehr­mach­cie od dawna funk­cjo­no­wały Straf­kom­pa­nien – kom­pa­nie karne, w któ­rych słu­żyli żoł­nie­rze ska­zani za drob­niej­sze prze­wi­nie­nia. Powie­rzano im takie zada­nia, jak oczysz­cza­nie pól mino­wych lub grze­ba­nie pole­głych na ziemi niczy­jej. Pewien kapral został ska­zany na dwa lata wię­zie­nia tylko za to, że zaśpie­wał nastę­pu­jącą pio­senkę:

Es geht alles vorüber

Es geht alles vor­bei

Erst geht der Führer

Und dann die Par­tei!

Wszystko znaj­dzie swój kres

Wszystko skoń­czy się

Naj­pierw Führer

A potem par­tia!

Wyda­jąc wyrok w tej spra­wie sędzia stwier­dził: „Nie ma wąt­pli­wo­ści co do szko­dli­wego wpływu tek­stu tej pio­senki”117. Ci, któ­rzy dopu­ścili się poważ­niej­szych prze­wi­nień, byli wcie­lani do Bewährungsbataillonen – bata­lio­nów popraw­czych, któ­rych żoł­nie­rze musieli się wyka­zy­wać „wyjąt­kową odwagą” w szcze­gól­nie nie­bez­piecz­nych misjach. W miarę jak pogar­szało się poło­że­nie Rze­szy, coraz czę­ściej oby­wano się jed­nak bez takich praw­nych „sub­tel­no­ści”. Ofi­cer miał prawo, a nawet „nie tylko prawo, ale obo­wią­zek”, roz­strze­li­wać ludzi na miej­scu za nie­sub­or­dy­na­cję; uwa­żano, że nie ma powodu do prze­cią­ga­nia sprawy przez wsz­czy­na­nie postę­po­wa­nia przed sądem wojen­nym118. Ofi­ce­rom, któ­rzy „oczer­niali” lub „obra­żali” Führera, któ­rzy „pod­ko­py­wali wolę walki narodu nie­miec­kiego” swo­imi nie­roz­waż­nymi lub obraź­li­wymi uwa­gami, gro­ziła egze­ku­cja119. Tchó­rzo­stwo miało być karane z „naj­więk­szą suro­wo­ścią”120, a defe­ty­ści, maru­de­rzy i dezer­te­rzy sta­wiani przed plu­to­nem egze­ku­cyj­nym. Za fron­tem dzia­łały zło­wro­gie Ket­ten­hunde (psy łań­cu­chowe), jak nazy­wano nie­miecką żan­dar­me­rię polową, gdyż jej funk­cjo­na­riu­sze nosili odróż­nia­jące ich bla­chy na łań­cu­chach. Żoł­nie­rze bali się ich, bo czę­sto byli „groź­niejsi niż jaki­kol­wiek czer­wo­no­ar­mi­sta”121. Każdy żoł­nierz prze­by­wa­jący poza swoją jed­nostką bez wyma­ga­nych doku­men­tów nara­żał się na śmierć. Wie­szano ich na drze­wach i latar­niach, z przy­cze­pio­nymi tablicz­kami, na któ­rych pisano hasła w stylu: „Oto jak roz­pra­wiamy się z tchó­rzami”, „Wiszę tutaj, bo zbyt tchórz­li­wie bro­ni­łem mojej Ojczy­zny”, „Pak­to­wa­łem z bol­sze­wi­kami”122. Praw­do­po­dob­nie około 20 tysięcy żoł­nie­rzy nie­miec­kich zostało stra­co­nych, w tym więk­szość w ostat­nim roku wojny. Ich rodziny otrzy­my­wały urzę­dowe powia­do­mie­nie bru­tal­nie obce­sowe w tre­ści:

Pod­czas gdy cały naród nie­miecki toczy naj­za­cie­klej­szą walkę obronną, wasz syn w naj­bar­dziej nik­czemny spo­sób nie wypeł­nił swego obo­wiązku jako Nie­miec i jako żoł­nierz, nie prze­strze­ga­jąc praw, które strzegą sił bojo­wych i życia narodu nie­mieckiego. Wobec powagi jego zbrodni oraz wymo­gów pią­tego roku wojny można było zasto­so­wać jedy­nie naj­wyż­szy wymiar kary.

Mogę was zapew­nić, że wasz syn umarł jak męż­czy­zna. Swoje ostat­nie słowa kie­ro­wał do rodzi­ców.

Muszę zazna­czyć, że nie zezwala się na zamiesz­cza­nie żad­nych nekro­lo­gów w gaze­tach, dzien­ni­kach itp.123

Pod koniec 1944 roku poja­wił się rów­nież osta­teczny prze­jaw nazi­stow­skiej tyra­nii mający zmu­sić nie­miec­kiego żoł­nie­rza do pozo­sta­nia na fron­cie, a mia­no­wi­cie Sip­pen­haft, co można prze­tłu­ma­czyć jako zasadę „odpo­wie­dzial­no­ści rodo­wej”. Od tej pory nie tylko dezer­te­rzy mieli być ska­zy­wani na śmierć, ale rów­nież ich rodzi­nom gro­ziło aresz­to­wa­nie oraz pozba­wie­nie środ­ków do życia i innych świad­czeń. Hein­rich Him­m­ler ostrze­gał: „Każ­dego dezer­tera spo­tka uczciwa kara. Jego podłe zacho­wa­nie pocią­gnie za sobą naj­su­row­sze kon­se­kwen­cje dla jego rodziny”124. Wkrótce tę zasadę roz­cią­gnięto także na rodziny żoł­nie­rzy, któ­rzy dostali się do nie­woli, „nie będąc ran­nym i nie wal­cząc do samego końca”125. Nie bacząc na gro­żącą im karę śmierci i odpo­wie­dzial­ność zbio­rową zgod­nie z zasadą Sip­pen­haft, na­dal każ­dego mie­siąca dezer­te­ro­wało z frontu około 6 tysięcy land­se­rów. Mimo że zma­gali się z wro­giem dys­po­nu­ją­cym prze­wagą liczebną i lep­szym zaopa­trze­niem, ich rodzi­nom na tyłach gro­ziło aresz­to­wa­nie i dosta­wali nie­wiele wia­do­mo­ści z domu, żoł­nie­rze nie­mieccy zacie­kle bro­nili swo­ich pozy­cji na fron­cie wschod­nim. Na­dal wielu land­se­rów wie­rzyło w słowa swo­ich przy­wód­ców, w „cudowną broń”, w szczę­śliwą gwiazdę Nie­miec. „Dopóki mamy naszego Führera, nie ma powodu wąt­pić w zwy­cię­stwo” – jak zapew­niał pewien pod­po­rucz­nik swoją żonę miesz­ka­jącą w Bre­slau. „Wkrótce nastąpi punkt zwrotny w losach wojny, wkrótce znowu ude­rzymy”. Pewien „stary Ostkämpfer” (wete­ran frontu wschod­niego) ze Strze­go­mia leżą­cego 50 kilo­me­trów na połu­dniowy zachód od Bre­slau prze­ko­ny­wał swoją żonę, żeby się nie mar­twiła. „Nawet jeśli wojenna zawie­ru­cha zbliży się nieco do naszych gra­nic, nie ma powodu, żeby tra­cić głowę. Walcz z jesz­cze więk­szym fana­ty­zmem, bądź jesz­cze bar­dziej gotowa do dzia­ła­nia, pra­cuj i przede wszyst­kim nie upa­daj na duchu” – pisał w liście do domu. Żona pew­nego żoł­nie­rza z Görlitz leżą­cego nad Nysą Łużycką była zachwy­cona pew­no­ścią sie­bie, jaką pre­zen­to­wał jej mąż. „Naprawdę nie mógł­bym myśleć ina­czej” – pisał jej w odpo­wie­dzi. – „Codzien­nie widzę, jak napły­wają nowe jed­nostki, uzu­peł­nie­nia i wszel­kiego rodzaju uzbro­je­nie. Musimy tutaj zatrzy­mać Rosjan. Ataki prze­ciw­nika są odpie­rane z cięż­kimi stra­tami po jego stro­nie, a pono­szone przez niego straty w czoł­gach są znaczne”. Prze­wi­dy­wał, że zwy­cię­stwo „będzie nasze. Bar­dzo dobry duch bojowy wśród naszych ludzi i ojczy­zna, która teraz jest przy­go­to­wana na wszel­kie wysiłki, są naj­lep­szymi gwa­ran­tami naszego zwy­cię­stwa”126. Byli jed­nak i tacy jak kano­nier Wer­ner Adam­czyk, peł­niący służbę na przy­czółku bara­now­skim, który uwa­żał, że jest „tylko kwe­stią czasu”, iż Wehr­macht ponow­nie zosta­nie odrzu­cony dalej na zachód. „Po pro­stu prze­ciw­nik miał prze­wagę liczebną we wszyst­kim – w ludziach, arty­le­rii i czoł­gach” – wspo­mi­nał po latach. – „Na żad­nej twa­rzy nie widać już było uśmie­chu. Ustały wszel­kie żarty. Żyli­śmy tak w ducho­wej męce, dopóki następny wielki atak Iwana nie wyzwo­lił w nas woli prze­trwa­nia”127. Jak pisał pewien kapral słu­żący na fron­cie nad Wisłą, myśli wszyst­kich zdo­mi­no­wane były przez „to wiel­kie pra­gnie­nie pokoju”. Ale jaki to miał być pokój, zasta­na­wiał się. „Kiedy w końcu się ziści, jak wiele nie­szczęść, mor­dów, nędzy i znisz­cze­nia przy­nie­sie on naszej ojczyź­nie i całemu rodza­jowi ludz­kiemu”128. Pewien plu­to­nowy z 4. Armii Pan­cer­nej bez żad­nego skrę­po­wa­nia przy­zna­wał, że jego towa­rzy­sze otwar­cie mówią o pokoju. Jak pisał: „Nikt już nie wie­rzy w zwy­cię­stwo. Każdy ma nadzieję, że to się wkrótce skoń­czy. Nie­ważne, na jakich warun­kach, żeby tylko skoń­czyć z tą wojną. To nie jest tylko jakieś tam sobie życze­nie, nadzieje jed­nej osoby, tak mówimy i myślimy my wszy­scy, takie mamy nadzieje”129. Porucz­nik Wal­ter Blöhs, który był adiu­tan­tem w 90. pułku gre­na­die­rów pan­cer­nych, porów­ny­wał doświad­cze­nie bojowe swo­ich ludzi z prze­wagą liczebną Sowie­tów. „Jaki można zro­bić z tego uży­tek w obli­czu wroga, który jest cztery czy pięć razy sil­niej­szy?” – zada­wał sobie pyta­nie. – „Odwaga i doświad­cze­nie są bez­u­ży­teczne w takiej sytu­acji”. Sowieci dys­po­no­wali tak wielką prze­wagą, mieli tak wielu ludzi, tak wiele sprzętu, „a my musimy oszczę­dzać każdy litr paliwa, każdy nabój” – zło­ścił się Blöhs. – „Chroni nas już tylko wła­sna skóra na ple­cach”. Wszyst­kie roz­mowy w bun­krach i zie­mian­kach obra­cały się wokół jed­nego pyta­nia: Co się dalej sta­nie? „Te liczne klę­ski, jakich dozna­li­śmy w minio­nym roku, cięż­kie straty w ludziach i sprzę­cie, ogromny obszar, jaki odda­li­śmy prze­ciw­ni­kowi – wszystko to wywie­rało nega­tywny wpływ na morale wśród ludzi, a zbli­żała się bitwa, która wyma­gała od nich wiel­kiej pew­no­ści sie­bie” – zauwa­żył Blöhs. Odno­to­wał coś jesz­cze. W głębi ducha każdy chciał krzyk­nąć: „Żeby to wszystko się wresz­cie skoń­czyło!”, ale żaden nie miał odwagi powie­dzieć tego na głos130. Hans Jürgen Hart­mann na­dal kazał swoim ludziom kopać okopy i ćwi­czyć ata­ko­wa­nie. Pomy­ślał, że byłoby znacz­nie lepiej uczyć ich, jak się wyco­fy­wać lub jak dać się zra­nić w taki spo­sób, żeby zostać ode­sła­nym na lecze­nie do domu w Rze­szy. „W tym roku nie odnie­śli­śmy ni­gdzie żad­nego suk­cesu – na żad­nym fron­cie, na żad­nym morzu i z pew­no­ścią nie w powie­trzu nad naszą ojczy­zną” – ubo­le­wał. – „Jed­nak pomimo tego wszyst­kiego na­dal wie­rzymy w koń­cowe zwy­cię­stwo i każ­dym naszym mię­śniem chcemy kur­czowo trzy­mać się tej nadziei”131. I tak porucz­nik wal­czył dalej. Jego towa­rzy­sze rów­nież wal­czyli dalej. Nie bili się o żadną wielką ideę, nie o „zachod­nią cywi­li­za­cję”, ale o samych sie­bie i przede wszyst­kim w obro­nie wła­snych rodzin. „Kiedy wyobra­zimy sobie, co się sta­nie, jeśli prze­gramy” – pisał w swoim dzien­niku pewien lekarz słu­żący w jed­nej z dywi­zji pan­cer­nych. – „Nasze żony oddane na pastwę tych Azja­tów, nasze dzieci porwane, a my sami wysłani dokądś do pracy przy­mu­so­wej! Lepiej umrzeć, niż zostać nie­wol­ni­kiem!”132. Jak wspo­mi­nał ćwierć wieku póź­niej pewien ślą­ski ofi­cer, żoł­nie­rze „myśleli tylko o naszych kobie­tach i dzie­ciach i co się sta­nie z nimi wszyst­kimi, jeśli wróg będzie dalej posu­wać się naprzód. To nas jesz­cze trzy­mało w kupie”. Prze­pro­wa­dza­jący z nim wywiad zapy­tał: „Czy ludzie chcieli umie­rać za Adolfa Hitlera?”. Ofi­cer odparł zde­cy­do­wa­nie: „Nein. A kto to w ogóle był Hitler?”133.

Adolf Hitler oczy­wi­ście ocze­ki­wał od swo­ich ludzi pod Bara­no­wem i Puła­wami, że za niego zginą. Mieli zgi­nąć, ale jesz­cze nie teraz. Przez cały paź­dzier­nik, listo­pad i gru­dzień 1944 roku otrzy­my­wał kolejne dowody potwier­dza­jące kon­cen­tra­cję sił radziec­kich nad Wisłą. Zigno­ro­wał je jed­nak, mar­nu­jąc wszyst­kie rezerwy w ludziach – i co naj­waż­niej­sze w sprzę­cie – jakimi dys­po­no­wała jesz­cze Rze­sza, w cza­sie kontr­ofen­sywy w Arde­nach. Zigno­ro­wał donie­sie­nia z frontu wschod­niego rów­nież w Wigi­lię Bożego Naro­dze­nia, gdy było już jasne, że nie­miecki kontr­atak na Zacho­dzie zakoń­czył się nie­po­wo­dze­niem. „Któż to wygrze­bał tę bzdurę?” – wybuch­nął do Gude­riana, gdy szef Sztabu Gene­ral­nego przed­sta­wił mu ostat­nią zło­wiesz­czą ocenę wywia­dow­czą na temat kon­cen­tra­cji sił Armii Czer­wo­nej w Pol­sce. „To naj­więk­szy blef od cza­sów Czyn­gis-chana”134. Jed­nak praw­dziwy blef sta­no­wiły zapew­nie­nia Hitlera i jego poplecz­ni­ków o „cudow­nej broni”, nowych czoł­gach i samo­lo­tach odrzu­to­wych mają­cych odwró­cić losy wojny. Führer marzył już o lecie 1945 roku. „Pięć­dzie­siąt nowych dywi­zji” sfor­mo­wa­nych z żoł­nie­rzy z rocz­nika 1928 – szes­na­sto­lat­ków i sie­dem­na­sto­lat­ków – miało „zade­cy­do­wać o losach wojny”. Nie­miecki prze­mysł miał pra­co­wać pełną parą, aby wypo­sa­żyć te nowe for­ma­cje w potrzebny sprzęt. „Wojna osią­gnie moment kul­mi­na­cyjny latem 1945 roku” – prze­wi­dy­wał – „i rów­nież latem wszystko się roz­strzy­gnie”135. Gene­ra­ło­wie dowo­dzący na fron­cie wschod­nim pod­chwy­cili jego słowa. „Ni­gdy, w cza­sie żad­nego roku tej wojny, nie zbu­do­wano tak wielu czoł­gów i samo­lo­tów, nie wypro­du­ko­wano tyle amu­ni­cji, nie wysłano na front tak wielu nowych dział, jak w pią­tym roku wojny” – dowódca 4. Armii Pan­cer­nej gene­rał Fritz-Hubert Gräser zapew­niał Hansa Jürgena Hart­manna i jego towa­rzy­szy w cza­sie wizy­ta­cji frontu. Twier­dził, że Sowieci „mogą prze­rzu­cić na przy­czó­łek bara­now­ski, co tylko chcą”. Mieli napo­tkać działa prze­ciw­pan­cerne, czołgi i odwo­dowe dywi­zje ocze­ku­jące na nich „jak ni­gdy wcze­śniej”. W żoł­nie­rzy 514. pułku pie­choty wstą­piła nowa nadzieja. Hart­mann wspo­mi­nał: „Słu­cha­nie go naprawdę upa­jało. Same liczby doty­czące pro­duk­cji były tak nie­wia­ry­godne, że fak­tycz­nie można było uznać, iż nad­cho­dzi punkt zwrotny”136.

 

Liczby rze­czy­wi­ście były nie­wia­ry­godne. A raczej pocho­dziły z kra­iny fan­ta­zji. Na każdy kilo­metr frontu bro­nio­nego przez armię Gräsera dłu­giego na około 180 kilo­metrów przy­pa­dało zale­d­wie 176 ludzi, 5 dział, 2 zdatne do walki czołgi, kilka spraw­nych dział sztur­mo­wych i 3 działa prze­ciw­pan­cerne. Prze­ło­żony Gräsera gene­rał puł­kow­nik Josef Harpe był w rów­nie cięż­kim poło­że­niu. W lipcu 1944 roku odci­nek frontu bro­niony przez Grupę Armii „A” o dłu­go­ści około 570 kilo­metrów był obsa­dzony przez 123 tysiące pierw­szo­li­nio­wych żoł­nie­rzy. Na początku 1945 roku odci­nek tej samej grupy armii był już o 75 kilo­metrów dłuż­szy, ale bro­niło go o 30 tysięcy land­se­rów mniej137. Uta­len­to­wany szef sztabu Har­pego gene­rał porucz­nik Wolf-Die­trich von Xylan­der obmy­ślił prze­bie­gły for­tel. Von Xylan­der zapro­po­no­wał, aby na kilka dni przed ata­kiem radziec­kim wyco­fać siły nie­miec­kie z pierw­szej linii i obsa­dzić nimi for­ty­fi­ka­cje leżące o kilka kilo­me­trów dalej na zachód. Pozwo­li­łoby to obroń­com unik­nąć głów­nego impetu radziec­kiej nawały arty­le­ryj­skiej i skró­ci­łoby linię frontu o pra­wie sto kilo­me­trów. Von Xylan­der prze­ko­ny­wał, że być może tam, na dru­giej linii obrony prze­bie­ga­ją­cej wzdłuż Nidy około 30 kilo­me­trów za przy­czół­kiem bara­now­skim, ale już przy samej gra­nicy Ślą­ska, uda się powstrzy­mać ofen­sywę radziecką. Głów­nym celem tego wiel­kiego planu ozna­czo­nego kryp­to­ni­mem „Schlit­ten­fahrt” („Jazda na san­kach”) było „nie­do­pusz­cze­nie wroga na nie­miecką zie­mię”138. W cza­sie czte­ro­dnio­wej wizy­ta­cji frontu wschod­niego Harpe prze­ko­nał Gude­riana do planu „Schlit­ten­fahrt”. Szef Sztabu Gene­ral­nego obie­cał, że przed­stawi tę pro­po­zy­cję w cza­sie swego następ­nego spo­tka­nia z Hitle­rem.

W swo­jej kwa­te­rze na przy­czółku san­do­mier­skim Iwan Koniew ode­brał tele­fon. Cho­ciaż pozo­sta­wał w cie­niu Gie­or­gija Żukowa ucho­dzą­cego za naj­słyn­niej­szego dowódcę Armii Czer­wo­nej, ogo­lony na łyso mar­sza­łek Koniew mógł się pochwa­lić co naj­mniej rów­nymi mu osią­gnię­ciami na polu bitwy, a ponadto prze­wyż­szał Żukowa bez­względ­no­ścią. Tak jak Żukow, czter­dzie­sto­sied­mio­letni Koniew zaczy­nał karierę woj­skową w armii car­skiej. W odróż­nie­niu od Żukowa w latach dwu­dzie­stych był komi­sa­rzem poli­tycz­nym w Armii Czer­wo­nej. Jed­nak Koniew nie był par­tyj­nym apa­rat­czy­kiem, który zawdzię­czał swoje sta­no­wi­sko konek­sjom poli­tycz­nym. Ukoń­czył słynną Aka­de­mię Woj­skową im. Frun­zego, słu­żył na Dale­kim Wscho­dzie w cza­sie starć gra­nicz­nych z Japo­nią pod koniec lat trzy­dzie­stych, a wio­sną 1941 roku, gdy wojna zagro­ziła jego ojczyź­nie, został prze­nie­siony do zachod­niej czę­ści ZSRR. Nazy­wano go „gene­ra­łem, który ni­gdy się nie cof­nął”, jed­nak ten przy­do­mek nie był praw­dziwy. Koniew nie tylko poniósł klę­skę na fron­cie, ale ledwo unik­nął roz­strze­la­nia, po tym jak jego armie zostały znisz­czone w paź­dzier­niku 1941 roku pod Wiaźmą w jed­nym z naj­więk­szych kotłów w dzie­jach wojen. Prze­trwał jed­nak i zacho­wu­jąc zimną krew, dowo­dził nowymi armiami w zimie 1941/42 roku, gdy nie­miec­kie natar­cie po raz pierw­szy zostało powstrzy­mane, a następ­nie odrzu­cone spod Moskwy. Potem dowo­dził 1. Fron­tem Ukra­iń­skim w cza­sie zacie­kłych walk na Ukra­inie. Zwy­cię­stwo pod Kor­su­niem Szew­czen­kow­skim na początku 1944 roku dało mu buławę mar­szał­kow­ską. Koniew jed­nak rzadko popi­sy­wał się ozna­kami swej rangi, przy­kry­wa­jąc mun­dur woj­sko­wym szy­ne­lem, gdy wizy­to­wał linię frontu, aby ludzie nie czuli się w jego obec­no­ści zbyt onie­śmie­leni i zakło­po­tani. Wszę­dzie zabie­rał ze sobą swoją biblio­teczkę, w któ­rej zna­leźć można było tomy Liwiu­sza, Pusz­kina i Toł­stoja. Był to jedyny luk­sus, na jaki pozwa­lał sobie Koniew. Swoje kwa­tery umiesz­czał zazwy­czaj w małych wiej­skich cha­tach. Rzadko pił i karał za picie człon­ków swego sztabu, co było jedną z oznak jego strasz­nego uspo­so­bie­nia. Przede wszyst­kim Koniew wiele wyma­gał od swego sztabu, od swo­ich ludzi i od samego sie­bie. Zawsze doce­niał wroga, wyma­ga­jąc od swo­ich pod­wład­nych, aby stu­dio­wali nie­przy­ja­ciela, roz­po­zna­wali jego pozy­cje, jego metody walki, jego stan umy­słu. Był mistrzem myle­nia prze­ciw­nika – uży­wał wszel­kiego rodzaju sztu­czek, aby wpro­wa­dzić wroga w błąd odno­śnie do swo­ich zamia­rów. A kiedy nad­cho­dziła chwila ataku, Koniew roz­po­czy­nał go potężną nawałą arty­le­ryj­ską, która miała zerwać łącz­ność prze­ciw­nika, zetrzeć z powierzchni ziemi jego sztaby i obez­wład­nić wro­gie woj­ska.

Od trzech czy czte­rech mie­sięcy mar­sza­łek koor­dy­no­wał pla­no­wa­nie następ­nego ude­rze­nia swego 1. Frontu Ukra­iń­skiego z przy­czółka san­do­mier­skiego na zachód, przez Kielce, Radom­sko, obok słyn­nego sank­tu­arium na Jasnej Górze w Czę­sto­cho­wie, aby w końcu dotrzeć do Odry gdzieś koło Bre­slau. Dru­gie, nieco słab­sze ramię ofen­sywy miało wyzwo­lić Kra­ków, a następ­nie posu­wać się w kie­runku gór­no­ślą­skiego okręgu prze­my­sło­wego. Aby uświa­do­mić mar­szał­kowi zna­cze­nie tego regionu, Józef Sta­lin wska­zał go pal­cem na mapie i powie­dział tylko jedno słowo: „złoto”. Koniew zro­zu­miał prze­sła­nie. Kon­cen­tra­cja sił do pla­no­wa­nego natar­cia od Wisły do Odry miała osza­ła­mia­jące roz­miary. Koniew zgro­ma­dził pod San­do­mie­rzem ponad 3500 czoł­gów i dział samo­bież­nych (plus około 400 atrap czoł­gów, żeby na wszelki wypa­dek zmy­lić wroga). Miał rów­nież do dys­po­zy­cji około 17 tysięcy dział i moź­dzie­rzy. Na odcinku 1. Frontu Ukra­iń­skiego wyko­pano bli­sko 1400 kilo­me­trów oko­pów oraz wznie­siono 1100 sta­no­wisk dowo­dze­nia i punk­tów obser­wa­cyj­nych. Ponadto zbu­do­wano około 10 tysięcy bun­krów i zie­mia­nek dla pie­choty oraz 11 tysięcy sta­no­wisk ognio­wych dla dział i moź­dzie­rzy. Sape­rzy prze­rzu­cili przez Wisłę bli­sko 30 mostów pon­to­no­wych i wybu­do­wali lub napra­wili ponad 1800 kilo­me­trów dróg. Na jede­na­ście dni przed pla­no­wa­nym ter­mi­nem roz­po­czę­cia ofen­sywy – 20 stycz­nia 1945 roku – Koniew był zado­wo­lony ze swego dzieła. „Główna część przy­go­to­wań została zakoń­czona. Ale jak zawsze przed wiel­kimi wyda­rze­niami, wiele jesz­cze pozo­stało do zro­bie­nia” – pisał.