Ostatnia twierdza Hitlera. Breslau 1945Tekst

Z serii: Historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Wprowadzenie

2  Podziękowania

3  Mapy

4  Prolog. Plac

5  1. Szczęśliwe połączenie

6  2. Przyczółek

7  3. Bóg odwrócił się od świata

8  4. Nastał dzień odpłaty

9  5. Na przekór śmierci i samemu diabłu

10  6. Wrocławska metoda

11  7. Starego Breslau już nie ma

12  8. Każde dalsze poświęcenie byłoby zbrodnią

13  9. Kraina umarłych

14  10. Cicha Odra

15  Miejscowości i dzielnice Wrocławia / Breslau

16  Ulice, place i kościoły Wrocławia / Breslau

17  Przypisy

18  Bibliografia

19  Fotografie

Wpro­wa­dze­nie

Wybierz­cie się któ­re­goś let­niego dnia na spa­cer ulicą Marii Curie-Skło­dow­skiej we Wro­cła­wiu. Nowo­cze­sne auto­busy prze­gu­bowe z ekra­nami tele­wi­zyj­nymi i elek­tro­nicz­nymi bile­to­ma­tami wal­czą o miej­sce na nad­rzecz­nym bul­wa­rze ze star­szymi żół­tymi auto­bu­sami i tram­wa­jami, które w regu­lar­nych odstę­pach prze­ta­czają się na osi wschód–zachód. Po mniej wię­cej dzie­się­ciu minu­tach dotrze­cie do mostu Zwie­rzy­niec­kiego roz­pię­tego ponad jed­nym z nie­zli­czo­nych kana­łów Odry. Ten most stoi tu od 1897 roku – do dzi­siaj można na nim dostrzec inskryp­cję na cześć jego budow­ni­czych, któ­rzy poświę­cili dwa lata na jego posta­wie­nie. Ale tak jak wszyst­kie ślady nie­miec­kiej prze­szło­ści mia­sta, tabliczka umiesz­czona kie­dyś ponad tą datą znik­nęła. Znacz­nie trud­niej było zatrzeć ślady toczą­cej się tutaj przed laty bitwy, gdyż podob­nie jak wiele innych wro­cław­skich mostów także ten nosi liczne ślady po poci­skach wystrze­lo­nych wio­sną 1945 roku. Po przej­ściu przez most znaj­dzie­cie się w dziel­nicy peł­nej alei wysa­dza­nych drze­wami. Ulica Marii Curie-Skło­dow­skiej prze­cho­dzi w ulicę Zyg­munta Wró­blew­skiego – to już czwarta nazwa, jaką nosiła ta ulica w ciągu minio­nego stu­le­cia. Po pra­wej stro­nie będzie­cie mieli ogród zoo­lo­giczny, a po lewej – ulicę Adama Mic­kie­wi­cza. Po przej­ściu kolej­nych stu pięćdzie­się­ciu metrów ujrzy­cie aleję pro­wa­dzącą do jed­nej z pere­łek archi­tek­to­nicz­nych Wro­cła­wia: Hali Stu­le­cia, czyli impo­nu­ją­cego kolo­seum z betonu i stali zbu­do­wa­nego przez słyn­nego Maxa Berga w 1913 roku, z oka­zji set­nej rocz­nicy wyzwo­le­nia Nie­miec od napo­le­oń­skiego jarzma. Dwa rzędy wyso­kich kolumn pro­wa­dzą do nie­wiel­kiego skweru, nad któ­rym góruje gigan­tyczna meta­lowa Iglica wznie­siona w 1948 roku dla uczcze­nia „powrotu Ślą­ska do macie­rzy”. Po lewej znaj­duje się Pawi­lon Czte­rech Kopuł, w któ­rym od 1952 roku mie­ści się sie­dziba Wytwórni Fil­mów Fabu­lar­nych1. Przed budyn­kiem wzno­szą się cztery beto­nowe moder­ni­styczne posągi. Wej­ścia są okra­to­wane, a drzwi pokry­wają graf­fiti. Popę­kana posadzka por­tyku jest usiana zeschłymi liśćmi, nie­do­pał­kami, wyrzu­co­nymi opa­ko­wa­niami po sło­dy­czach i innymi śmie­ciami. Na jed­nym końcu tego naj­wy­raź­niej zapo­mnia­nego por­tyku znaj­duje się zacho­wana w raczej kiep­skim sta­nie ogromna tablica pamiąt­kowa ku czci pol­skiego żoł­nie­rza, który u boku Armii Czer­wo­nej prze­szedł w latach 1944–1945 szlak bojowy ze wschodu na zachód od Bugu i Wisły przez zbu­rzoną War­szawę, Pomo­rze, przez Odrę i Nysę aż do Ber­lina. Odwróć­cie się o sto osiem­dzie­siąt stopni, a znaj­dzie­cie kolejną ogromną kamienną inskryp­cję, a nad nią hełm z czer­woną gwiazdą w wieńcu lau­ro­wym, poszczer­biony i odbar­wiony po ponad sześć­dzie­się­ciu latach oddzia­ły­wa­nia na niego warun­ków atmos­fe­rycz­nych. Poni­żej znaj­duje się praw­dziwa lita­nia zwy­cięstw Armii Czer­wo­nej, m.in. Moskwa, Sta­lin­grad, Kursk, Lenin­grad, Don, Dniepr, Mińsk, War­szawa, Buda­peszt, Buka­reszt, Bel­grad, Wie­deń, Praga i Ber­lin oraz nazwa tego mia­sta – Wro­cław. Podob­nie jak każdy pomnik, cmen­tarz woj­skowy czy grób poświę­cony pole­głym w 1945 roku, rów­nież te gigan­tyczne tablice pamiąt­kowe przed Halą Stu­le­cia wydają się roz­sy­py­wać, chy­lić ku upad­kowi, zaro­śnięte chwa­stami, nie­ko­chane i zapo­mniane.

Nie­gdyś w tym mie­ście sza­lała strasz­liwa bitwa. Oblę­że­nie Bre­slau – jak wtedy nazy­wało się to mia­sto – trwało dłu­żej niż walki o któ­re­kol­wiek mia­sto bro­nione przez Niem­ców w 1945 roku. To mia­sto znaj­do­wało się w okrą­że­niu dłu­żej niż Ber­lin (dzie­sięć dni), Buda­peszt (sześć­dzie­siąt dni), a nawet Sta­lin­grad (sie­dem­dzie­siąt trzy dni). W tej bitwie wszelki wysi­łek obroń­ców poszedł jed­nak na marne. Nie osią­gnęli bowiem niczego poza tym, że mia­sto, które jesz­cze na początku 1945 roku było nie­mal nie­tknięte przez wojnę, do czasu kapi­tu­la­cji w dniu 6 maja zamie­niło się w morze ruin. Znisz­cze­nia w Bre­slau były więk­sze niż w Ber­linie, więk­sze niż w Dreź­nie, sta­no­wią­cym prze­cież syno­nim znisz­cze­nia w cza­sie dru­giej wojny świa­to­wej, i równe tym w Ham­burgu, kolej­nej metro­po­lii nie­mal zrów­na­nej z zie­mią przez alianc­kie bom­bowce2. W nie­cały tydzień co naj­mniej 18 tysięcy miesz­kań­ców Bre­slau zmarło, podej­mu­jąc w środku sro­giej zimy próbę ucieczki z mia­sta przed nacie­ra­jącą Armią Czer­woną. Kolejne 25 tysięcy ludzi – żoł­nie­rzy, cywi­lów, cudzo­ziem­skich robot­ni­ków przy­mu­so­wych i więź­niów – zgi­nęło w cza­sie trwa­ją­cych dwa­na­ście tygo­dni walk o mia­sto. Ta histo­ria i cier­pie­nia miesz­kań­ców nie skoń­czyły się jed­nak wraz z kapi­tu­la­cją twier­dzy. Oca­la­łych Niem­ców cze­kał gorzki los: żoł­nie­rzy – wędrówka do obo­zów jeniec­kich w głąb Związku Radziec­kiego; cywi­lów – gwałty, rabunki, głód i w końcu wysie­dle­nie z ich ojczy­stej ziemi, gdy Śląsk ponow­nie stał się pol­ski, a Bre­slau stał się Wro­cła­wiem. Dla przy­by­wa­ją­cych na te zie­mie pol­skich osad­ni­ków, z któ­rych wielu, podob­nie jak Niemcy, utra­ciło wła­sne domy na Wscho­dzie, roz­po­czy­nały się dłu­gie dzie­się­cio­le­cia trudu i znoju przy odbu­do­wie sto­licy Ślą­ska.

Tym ostat­nim się jed­nak udało. Dzi­siaj Wro­cław znowu jest kwit­ną­cym mia­stem, czwar­tym pod wzglę­dem liczby miesz­kań­ców w Pol­sce, ślady wojny w więk­szo­ści zostały zatarte, a zabu­dowa pod­nie­siona z ruin lub odno­wiona. Obec­nie jest to silny ośro­dek aka­de­micki, cen­trum pol­skiego prze­my­słu elek­tro­nicz­nego i kole­jo­wego, ośro­dek ban­kowo-finan­sowy i atrak­cja tury­styczna odwie­dzana co roku przez tysiące tury­stów. Więk­szość z tych gości nie wie, że kil­ka­dzie­siąt lat wcze­śniej w tym miej­scu toczyła się zacie­kła bitwa.

Uczest­nicy tych zma­gań nie byli co prawda tak zna­czący jak w przy­padku szturmu Ber­lina, stawka nie była tak wysoka jak w Sta­lin­gra­dzie, cier­pie­nia miesz­kań­ców nie trwały tak długo jak w Lenin­gra­dzie, ale oblę­że­nie Bre­slau sta­no­wiło prze­ra­ża­jący i praw­dzi­wie poru­sza­jący dra­mat. Przez wzgląd na uczest­ni­czą­cych w nim ludzi, nie­za­leż­nie od ich naro­do­wo­ści, ta histo­ria zasłu­guje na to, żeby ją opo­wie­dzieć.

Gosport, listo­pad 2010

1 W dniu 9 listo­pada 2011 roku Wytwór­nia Fil­mów Fabu­lar­nych we Wro­cła­wiu zakoń­czyła swoją dzia­łal­ność i została prze­kształ­cona w Cen­trum Tech­no­lo­gii Audio­wi­zu­al­nych (CeTA) (przyp. tłum.). [wróć]

2 W cza­sie wojny mniej wię­cej co piąty budy­nek w Ber­li­nie został znisz­czony; w Dreź­nie ten odse­tek był dwu­krot­nie wyż­szy; w Ham­burgu i Wro­cła­wiu dwie trze­cie budyn­ków nie nada­wało się do zamiesz­ka­nia; w cen­trum Akwi­zgranu znisz­cze­niu ule­gło cztery na pięć budyn­ków; sza­cuje się, że w Kolo­nii dzie­więć­dzie­siąt pięć pro­cent sta­rówki prze­stało ist­nieć. [wróć]

Podzię­ko­wa­nia

Nie spo­sób pod­jąć się bada­nia histo­rii oblę­że­nia Bre­slau bez zapo­zna­nia się z dwoma fun­da­men­tal­nymi opra­co­wa­niami histo­rycz­nymi poświę­co­nymi temu tema­towi. Monu­men­talna Bre­slauer Apo­ka­lypse pod redak­cją Hor­sta Gle­issa wraz z zamiesz­czo­nymi w niej tysią­cami doku­men­tów i rela­cji uczest­ni­ków wyda­rzeń sta­nowi wyjąt­kowe osią­gnię­cie w histo­rio­gra­fii dru­giej wojny świa­to­wej; zawarte w niej mate­riały stały się krę­go­słu­pem niniej­szej książki. Z kolei książka Mikro­ko­smos pióra Nor­mana Daviesa i Rogera Moor­ho­use’a sta­nowi wspa­niałą histo­rię Bre­slau/Wro­cła­wia, zrów­no­wa­żoną i bar­dzo poucza­jącą. Jan-Hen­drik Wen­dler zasłu­guje na szcze­gólne wyróż­nie­nie za udo­stęp­nie­nie mi doku­men­tów doty­czą­cych Grupy Armii Schörnera i dzie­jów mniej zna­nych jed­no­stek nie­miec­kich. Ponadto per­so­nel nie­miec­kiego Archi­wum Fede­ral­nego we Fry­burgu Bry­zgo­wij­skim jak zwy­kle oka­zał się niezwy­kle się pomocny, podob­nie jak pra­cow­nicy Wydziału Doku­men­tów w lon­dyń­skim Impe­rial War Museum; Public Record Office w Kew; jak rów­nież biblio­tek: uni­wer­sy­te­tów w Not­tin­gham, Man­che­ste­rze, Sus­sex, Por­ts­mouth i War­wick oraz biblio­tek w Lan­ca­shire, Por­ts­mouth i Not­tin­ghamshire, a ponadto biblio­tek publicz­nych w Nowym Jorku oraz Bri­tish New­spa­per Library. Chciał­bym rów­nież podzię­ko­wać: Jaso­nowi Pipe­sowi i jego kole­gom z www.feld­grau.net; Micha­elowi Mil­le­rowi za pomoc w uzy­ska­niu infor­ma­cji na temat życio­rysu Karla Han­kego; Howar­dowi Davie­sowi za jego nie­oce­nioną zna­jo­mość języka nie­miec­kiego; Mat­towi Abich­towi za udo­stęp­nie­nie rzad­kich zdjęć lot­ni­czych pola bitwy; Andy’emu Brady’emu za mapki; oraz Tomowi Houli­ha­nowi, Bil­lowi Rus­sowi, Yanowi Man­nowi, Dar­re­nowi Bec­kowi za korektę, rady i od czasu do czasu wspar­cie moralne. Dzięki nim ta książka wiele zyskała. Za wszel­kie błędy biorę odpo­wie­dzial­ność wyłącz­nie na sie­bie.

 

Mapy
Mapa 1


1 Kościół św. Krzyża

2 Kate­dra

3 Wyspa Pia­sek

4 Kościół na Pia­sku

5 Uni­wer­sy­tet

6 Odra

7 Kościół św. Elż­biety

8 Nad­pre­zy­dium Pro­win­cji Ślą­skiej (sie­dziba gau­le­itera Han­kego)

9 Kasa Oszczęd­no­ściowa

10 Rynek

11 Ratusz

12 Kościół św. Marii Mag­da­leny

13 Dwo­rzec Świe­bodzki

14 Fosa miej­ska

15 Plac Zam­kowy (ob. plac Wol­no­ści)

16 Kościół św. Doroty

17 Teatr Miej­ski (ob. Opera)

18 Wzgó­rze Lie­bi­cha (ob. Wzgó­rze Par­ty­zan­tów) (dowódz­two obrony mia­sta)

19 Plac Tau­ent­ziena (ob. plac Kościuszki)

20 Dwo­rzec Główny

21 Kościół św. Mau­ry­cego (para­fia Paula Peikerta)

22 Most Les­singa (ob. most Pokoju)

Mapa 2


Mapa 3


1 Ulrich Fro­dien / Doma­no­wice

2 Peter Ban­nert

3 Her­bert Rühlemann / zakłady Rhe­in­me­tall

4 I-Werk 41

5 Hugo Har­tung / lot­ni­sko na Stra­cho­wi­cach

6 Marsz śmierci z Kątów Wro­cław­skich / Vera Eckle / Lucia Kusche / Frau Hanisch

7 Zakłady Frie­drich Krupp-Ber­tha Werke

8 Prze­mó­wie­nie Karla Han­kego z sierp­nia 1944 roku

Mapa 4


1 Otto Roth­ku­gel

2 Eber­hard Hen­kel

3 Horst Gle­iss

4 Paul Peikert

5 Rodzina Ozan­nów

6 Ulrich Fro­dien

H1 Bun­kier przy placu Strze­gom­skim

H2 Bun­kier przy ulicy Ołbiń­skiej

Mapa 5


1 Karl Heinz Wol­ter

2 Hen­drik Ver­ton

3 Günther Ten­schert / Kurt Awe

4 Hugo Har­tung / lot­ni­sko na Stra­cho­wi­cach

5 Hans Got­twald / Opo­rów

6 Wol­fgang Chutsch / Jaro­sła­wice

Mapa 6


1 Kapi­tan Heinz / Brzeg Dolny

2 Paul Arn­hold

3 Hen­drik Ver­ton / Günther Ten­schert

4 Wer­ner Zil­lich / Bro­chów

5 Doma­sław – pier­ścień okrą­że­nia zaci­ska się w tym miej­scu 13 lutego

Mapa 7


1 Anne­lies Matusz­czyk / Dwo­rzec Świe­bodzki

2 Her­bert Kra­eker / ogród zoo­lo­giczny

3 Artur Axmann / szkoła im. Die­tri­cha Eckarta

4 Peter Ban­nert / Park Połu­dniowy

5 Wasi­lij Mali­nin / Krzyki

Mapa 8


1 Maria Lan­gner / wię­zie­nie przy ulicy Klecz­kow­skiej

2 Horst Gle­iss / Dwo­rzec Nad­odrze

3 Hans Got­twald / ulica Ołbiń­ska

4 Pociąg pan­cerny „Pörsel”

5 Georg Haas / plac Strze­gom­ski

6 Obóz pracy przy­mu­so­wej przy ulicy Clau­se­witza (ob. ulica Hauke-Bosaka)

7 Gwiazda Szczyt­nicka (ob. plac Grun­waldzki – Rondo Reagana) / lot­ni­sko, z któ­rego odle­ciał Hanke

8 Her­mann Nowack / ulica Borow­ska

9 „Naroż­nik Hitler­ju­gend”

10 Rudi Chri­stoph / Rein­hard Paf­frath

Mapa 9


1 Leo Hart­mann / Park Zachodni

2 Max Baselt / Ślą­ski Zakład Kształ­ce­nia Nie­wi­do­mych

3 Peter Ban­nert / Rudi Chri­stoph / Gądów Mały

4 Willy Mer­kert / rzeź­nia miej­ska

5 Horst Gle­iss / ulica Bel­l­ta­fel (ob. ulica Biskupa Toma­sza)

6 Wil­helm Saffe / plac Ben­dera (ob. plac Sta­szica)

7 Hans Got­twald / ulica Ołbiń­ska

8 Hugo Har­tung / plac św. Macieja

9 Frie­drich Grie­ger / wyspa Pia­sek

10 Wal­ter Las­sman / Ostrów Tum­ski

11 Klaus Franke / zakłady Linke-Hof­mann (póź­niej­szy Pafa­wag)

12 Gustav Paneck / plac Strze­gom­ski

13 Ger­trud Has­sen­bach / plac św. Mau­ry­cego (ob. plac Wró­blew­skiego)

14 Georg Haas / ulica Klasz­torna (ob. ulica Trau­gutta)

Mapa 10


1 Horst Gle­iss / plac Ben­dera (ob. plac Sta­szica)

2 Horst Vieth / ulica Fry­de­ryka Karola (ob. ulica Ino­wro­cław­ska)

3 Kwa­tera główna Nie­hoffa / wyspa Pia­sek

4 Kościół św. Marii Mag­da­leny

5 Hen­drik Ver­ton / hotel Mono­pol

6 Peter Ban­nert / Dwo­rzec Główny

7 Kwa­tera główna Głuz­dow­skiego / Villa Colo­nia

Mapa 11


1 Pierw­sza sie­dziba pol­skiej admi­ni­stra­cji / ulica Blüchera (ob. Ponia­tow­skiego)

2 „Sza­ber­plac” / plac Grun­waldzki

3 Joanna Kono­piń­ska / ulica Kra­sno­lud­ków (ob. Roda­kow­skiego)

4 Cmen­tarz żoł­nie­rzy Armii Czer­wo­nej na Skow­ro­niej Górze

5 Cmen­tarz ofi­ce­rów Armii Czer­wo­nej

Pro­log
Plac

Wyda­wało się zawsze, że front jest gdzieś na dru­gim końcu świata.

kapral Ulrich Fro­dien

Najpierw poja­wiły się poczty sztan­da­rowe. Ich człon­ko­wie, podob­nie jak wszy­scy uczest­nicy tego zgro­ma­dze­nia liczą­cego bli­sko 150 tysięcy osób, wstaw­szy wcze­śnie tego nie­dziel­nego poranka wraz z pierw­szymi pro­mie­niami wscho­dzą­cego słońca, gro­ma­dzili się na uli­cach i pla­cach w całym mie­ście. W pół­noc­nym sze­regu usta­wili się męż­czyźni i kobiety z Bawa­rii, Wir­tem­ber­gii i Prus Wschod­nich oraz miej­scowi ze Ślą­ska. Na wscho­dzie chłopcy z Hitler­ju­gend i dziew­częta z kobie­cego odpo­wied­nika tej orga­ni­za­cji Bund Deut­scher Mädel (Zwią­zek Dziew­cząt Nie­miec­kich) sta­nęli obok volks­deut­schów z cze­skiego Kraju Sude­tów. Po połu­dnio­wej stro­nie zna­leźli się spor­towcy z Fran­ko­nii i „Mar­chii Wschod­niej”, jak nazy­wano Austrię, która nie­dawno została anek­to­wana przez Wielką Rze­szę Nie­miecką. Ber­liń­czycy wysoko dzier­żyli herb swego mia­sta przed­sta­wia­jący niedź­wie­dzia. Gdańsz­cza­nie trzy­mali tar­cze. Widać było czer­wone pro­porce Reichs­bund für Leibesübungen (Związku Wycho­wa­nia Fizycz­nego Rze­szy) – nazi­stow­skiej orga­ni­za­cji sportu maso­wego oraz czarno-czer­wone sztan­dary Niem­ców sudec­kich. Lek­ko­atleci z pół­noc­nych Nie­miec ubrani w czer­wone koszulki i białe spodenki masze­ro­wali, ści­ska­jąc w gar­ści swoje obu­wie spor­towe. Obecni byli volks­deut­sche z Rumu­nii, męż­czyźni w bia­łych hafto­wa­nych koszu­lach, kobiety w jaskra­wych sukien­kach i z dłu­gimi wstąż­kami wple­cio­nymi we włosy, nie­śli barwne bukiety polnych kwia­tów. Męż­czyźni ze służby pracy Reich­sar­be­its­dienst masze­ro­wali z łopa­tami na ramie­niu.

Huk wystrza­łów z trzech dział poniósł się echem po wysy­pa­nym pia­skiem placu ape­lo­wym na znak, aby tysiące uczest­ni­ków zgro­ma­dze­nia zajęły swoje miej­sca sie­dzące na wyso­kich na ponad dwa­dzie­ścia metrów pro­wi­zo­rycz­nych try­bu­nach wznie­sio­nych na placu Zam­ko­wym (ob. plac Wol­no­ści). Długi na ponad trzy­sta metrów plac po swo­jej węż­szej, zachod­niej stro­nie zamy­kał gmach daw­nej sie­dziby Sejmu Ślą­skiego1, na połu­dniu rząd drzew sto­ją­cych nad starą fosą miej­ską, a po wschod­niej, szer­szej stro­nie – liczący sobie wów­czas dzie­więć­dzie­siąt sie­dem lat Teatr Miej­ski (ob. Opera Wro­cław­ska), w któ­rym od tygo­dnia wysta­wiano dzieła Lor­kinga i Wagnera. Pół­nocny skraj placu wyzna­czał budy­nek, któ­remu to miej­sce zawdzię­czało swoją nazwę – Zamek, czyli Pałac Kró­lew­ski (ob. Muzeum Miej­skie Wro­cła­wia). Za dosyć surową kamienną fasadą znaj­do­wały się pełne prze­py­chu wnę­trza – piękne roko­kowe sale i wielka sala balowa ze wspa­nia­łymi żyran­do­lami. Król pru­ski Fry­de­ryk Wielki stwo­rzył tutaj biblio­tekę, któ­rej zasoby mogły rywa­li­zo­wać z księ­go­zbio­rem pałacu Sans­so­uci w Pocz­da­mie, stąd rzą­dził, tutaj roz­my­ślał i kom­po­no­wał muzykę. To tutaj Fry­de­ryk Wil­helm III wrę­czył pierw­szy Krzyż Żela­zny i wydał legen­darny apel An mein Volk („Do mojego ludu”), wzy­wa­jąc Pru­sa­ków do zrzu­ce­nia napo­le­oń­skiego jarzma. „Nie ma innego wyj­ścia niż hono­rowy pokój albo pełen chwały upa­dek” – oznaj­mił pru­ski król swoim pod­da­nym.

Dzi­siaj jed­nak na placu Zam­ko­wym nie miało być żad­nych prze­mó­wień ani apeli, tylko sta­ran­nie wyre­ży­se­ro­wana parada z udzia­łem bli­sko 150 tysięcy spor­tow­ców uczest­ni­czą­cych w trwa­ją­cym przez tydzień Świę­cie Nie­miec­kiej Gim­na­styki i Sportu (Deut­sche Turn und Spor­t­fest), które osią­gnęło wła­śnie punkt kul­mi­na­cyjny. Codzien­nie od siód­mej rano pra­wie do dzie­sią­tej wie­czo­rem spor­towcy obojga płci z każ­dego Gau, czyli okręgu Rze­szy, sta­wali w szranki na roz­le­głym kom­plek­sie Sta­dionu Olim­pij­skiego. Skła­dał się on z boisk do piłki noż­nej i hokeja na tra­wie, bieżni lek­ko­atle­tycz­nych, kor­tów teni­so­wych, rin­gów bok­ser­skich, base­nów pły­wac­kich oraz wiel­kiego sta­dionu z obszer­nymi try­bu­nami, wybu­do­wa­nego dekadę wcze­śniej pięć kilo­me­trów na wschód od cen­trum mia­sta i nie­dawno prze­mia­no­wa­nego na Her­mann Göring Spor­t­feld. W sprin­cie na sto metrów wbrew wcze­śniejszym prze­wi­dy­wa­niom wygrał Gerd Horn­ber­ger, prze­kra­cza­jąc metę z cza­sem dzie­się­ciu i pół sekundy, mini­mal­nie wyprze­dziw­szy swego kolegę klu­bo­wego z Ein­trachtu Frank­furt Man­freda Ker­scha oraz trzy­dzie­sto­trzy­let­niego fawo­ryta tej kon­ku­ren­cji Eri­cha Borch­mey­era, który wygrał cztery z pię­ciu ostat­nich mistrzostw Nie­miec. W kon­ku­ren­cjach kobie­cych Käthe Krauss dodała złote medale na sto i dwie­ście metrów do zdo­by­tego dwa lata wcze­śniej brą­zo­wego medalu olim­pij­skiego, a rekor­dzistka świata i igrzysk olim­pij­skich Gisela Mau­er­meyer po raz kolejny oka­zała się nie do poko­na­nia w rzu­cie dys­kiem, a ponadto zdo­była złoto w pchnię­ciu kulą. Nie­liczne triumfy gospo­da­rzy zawo­dów zostały odnie­sione na wodzie: Hart­mann w pły­wa­niu sty­lem kla­sycz­nym na sto metrów oraz męskie szta­fety pły­wac­kie w stylu kla­sycz­nym i dowol­nym, wio­ślar­ska czwórka bez ster­nika oraz kana­dyj­ka­rze.

 

Święto Sportu było praw­dzi­wym trium­fem aryj­skiej siły i nazi­stow­skiej orga­ni­za­cji. Każda minuta każ­dego dnia zawo­dów, każdy prze­marsz i parada, każdy występ taneczny i gim­na­styczny był sta­ran­nie przy­go­to­wany i wyre­ży­se­ro­wany. Wokół kom­pleksu spor­to­wego wyro­sło mia­steczko namio­towe zło­żone z ponad 100 namio­tów miesz­czą­cych po czter­dzie­stu chłop­ców oraz 170 wigwa­mów, w któ­rych spało po dwa­na­ście dziew­cząt. Namioty ota­czało istne morze sztan­da­rów, pro­por­ców i flag powie­wa­ją­cych na wschod­nim wie­trze. Nie­mal co godzinę na leżący na połu­dnio­wym skraju cen­trum mia­sta Dwo­rzec Główny wjeż­dżały spe­cjalne pociągi przy­wo­żące spor­tow­ców z całej Rze­szy oraz zagra­nicy. Ran­kiem we wto­rek 26 lipca przy­było ośmiu­set volks­deut­schów, czyli „etnicz­nych Niem­ców”, z Esto­nii i Łotwy. Z Węgier przy­je­chało pięć­dzie­siąt osób, z Rumu­nii – 400, z Kłaj­pedy – 100, zza oce­anu – to jest z Argen­tyny, Chile, Bra­zy­lii, Afryki Połu­dniowo-Zachod­niej [ob. Nami­bia – przyp. tłum.], Wene­zu­eli, Kanady i Sta­nów Zjed­no­czo­nych – łącz­nie 450. W tym cza­sie na zbu­do­wany w stylu kla­sycz­nym i poło­żony na zachod­nich obrze­żach histo­rycz­nego cen­trum Dwo­rzec Świe­bodzki napły­wał nie­mal nie­koń­czący się stru­mień Niem­ców sudec­kich. „Bre­slau jest jak gigan­tyczny magnes” – zachwy­cał się organ pra­sowy par­tii nazi­stow­skiej „Völkischer Beobach­ter”. „Z magiczną siłą przy­ciąga wszyst­kich Niem­ców, rzu­ca­jąc na nich swój urok. Przy­by­wają tutaj ze wszyst­kich stron na zew swo­jej krwi i swego serca”1.

Niemcy sudeccy, praw­do­po­dob­nie w licz­bie aż 30 tysięcy, fak­tycz­nie zostali wezwani do sto­licy Ślą­ska, ale nie przez swoją krew czy serce, ale przez Jose­pha Goeb­belsa2. Na pozór Święto Nie­miec­kiej Gim­na­styki i Sportu miało być świę­tem ludz­kiego ciała i kul­tury fizycz­nej. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak był to ostatni akt sta­ran­nie wyre­ży­se­ro­wa­nej przez Ber­lin kam­pa­nii pro­pa­gan­do­wej mają­cej zade­mon­stro­wać soli­dar­ność z „uci­ska­nymi” volks­deut­schami zamiesz­ku­ją­cymi górzy­sty Kraj Sude­tów w pobli­skiej Cze­cho­sło­wa­cji odda­lony zale­d­wie o kil­ka­dzie­siąt kilo­me­trów od Bre­slau. Cała sto­lica Ślą­ska była ude­ko­ro­wana czar­nymi fla­gami Niem­ców sudec­kich. Okrzyki „Sieg Heil!” odbi­jały się echem w wąskich zauł­kach i na pla­cach ude­ko­ro­wa­nych fla­gami ze swa­styką i zie­lo­nymi wień­cami. „Tak jakby wszyst­kie trud­no­ści nagle dobie­gły końca. Radość – skry­wana radość, która wybu­cha z głębi serca – maluje się na twa­rzach męż­czyzn i kobiet”3 – piał z zachwytu „Völkischer Beobach­ter”. Gdzie­kol­wiek poja­wiali się uczest­nicy Święta Sportu przy­po­mi­nano im o „cier­pie­niach” i „poświę­ce­niach” Niem­ców sudec­kich. W znaj­du­ją­cym się nie­całe dwa kilo­me­try od Sta­dionu Olim­pij­skiego Pawi­lo­nie Czte­rech Kopuł koło Hali Stu­le­cia zor­ga­ni­zo­wano wystawę, na któ­rej można było obej­rzeć typowe wytwory sztuki nazi­stow­skiej – posągi nagich zapa­śni­ków oraz roze­bra­nego do pasa Aryj­czyka uno­szą­cego potężny młot. Urzą­dzono tam rów­nież dwie „sale pamięci”: jedna była poświę­cona 236 tysiącom nie­miec­kich spor­tow­ców pole­głych w woj­nie świa­to­wej i 38 „boha­te­rom” stra­co­nym w Austrii za udział w tam­tej­szym puczu nazi­stow­skim w lipcu 1934 roku, a druga – „pole­głym” Niem­com sudec­kim. Czarne flagi roz­wie­szone ponad dwoma zło­tymi base­nami miały upa­mięt­niać Niklasa Böhma i Geo­rga Hof­manna, Niem­ców sudec­kich roz­strze­la­nych 21 maja 1938 roku w Cze­cho­sło­wa­cji. „Popatrz, jak powie­wają na wie­trze nasze sztan­dary, czarne jak śmierć. Musimy iść naprzód przez noc, w tru­dzie i znoju” – pisał nazi­stow­ski poeta i dzien­ni­karz Kurt Eggers. Pro­pa­gan­dowa wrzawa osią­gnęła apo­geum tuż po zmroku w pią­tek 21 lipca 1938 roku. Try­buny na placu Zam­ko­wym były wypeł­nione widzami, któ­rzy oglą­dali prze­marsz z udzia­łem ponad tysiąca cho­rą­żych nio­są­cych sztan­dary repre­zen­tu­jące ponad tysiąc grup volks­deut­schów żyją­cych poza gra­ni­cami Rze­szy. Niemcy sudeccy usta­wiali się w sze­re­gach wzdłuż czte­rech stron placu, dzier­żąc pło­nące pochod­nie, mające sym­bo­li­zo­wać „pło­nącą gra­nicę” roz­dzie­la­jącą Niem­ców w Rze­szy od tych żyją­cych w Kraju Sude­tów. Słu­chali Kon­rada Hen­le­ina, byłego młod­szego ofi­cera, urzęd­nika ban­ko­wego i instruk­tora gim­na­styki, który dosyć późno nawró­cił się na naro­dowy socja­lizm. Hen­lein nie był wiel­kim mówcą – w jego wystą­pie­niu nie było spon­ta­nicz­no­ści, a tekst czy­tał z kartki. Nie­mniej jed­nak spo­tkał się z entu­zja­stycz­nym przy­ję­ciem słu­cha­czy, gdy oświad­czył, że od tej pory ist­nieje „jeden zjed­no­czony, wielki i dumny naród nie­miecki”. Mówił rów­nież:

Wró­cimy stąd do naszej ojczy­zny, dumni z tego, że prze­zna­cze­nie wyzna­czyło nam trudne zada­nie spe­cjalne: wier­nie bro­nić nie­miec­kiej ziemi i nie­miec­kiej krwi oraz poma­gać naro­dowi nie­miec­kiemu strzec pokoju.

Jako rzecz­nik naj­więk­szej grupy etnicz­nych Niem­ców w Euro­pie zwra­cam się do każ­dego Niemca żyją­cego poza gra­ni­cami Rze­szy: wszy­scy jeste­śmy nie­roz­łącz­nymi czę­ściami wiel­kiego narodu nie­miec­kiego!4

Joseph Goeb­bels był wiel­kim mówcą i jak zazna­czył w swoim dzien­niku, tam­tego dnia był „w szczy­to­wej for­mie”, wygła­sza­jąc prze­mó­wie­nie skrzące się dow­ci­pami i sar­ka­stycz­nymi komen­ta­rzami. „W ciągu kilku ostat­nich dni dzie­siątki tysięcy naszych nie­miec­kich braci i sióstr z zagra­nicy napły­nęło do tej Rze­szy – oznaj­mił słu­cha­czom. – Nie wierz­cie…” Słowa Goeb­belsa uto­nęły wśród aplauzu tłumu. „Nie wierz­cie w to, że nie rozu­miemy waszych uczuć. Mogę sobie dobrze wyobra­zić, że każdy z was prze­kra­czał gra­nice Nie­miec, drżąc z emo­cji”. Mini­ster pro­pa­gandy zro­bił kolejną pauzę, w cza­sie któ­rej okrzyki „Heil!” odbi­jały się echem ponad pla­cem. Jak stwier­dził Goeb­bels, w prze­szło­ści ci etniczni Niemcy wra­cali do swych przy­bra­nych ojczyzn „mając w ser­cach poczu­cie wstydu za kraj swego pocho­dze­nia”. „Dzi­siaj jed­nak każdy Nie­miec, każdy volks­deutsch może być dumny ze swego kraju i narodu – dzięki osią­gnię­ciom jed­nego czło­wieka, który w cza­sie wojny świa­to­wej był nie­zna­nym kapra­lem, a teraz kie­ruje losami Rze­szy”. Wśród okrzy­ków tłumu, owa­cji, śpie­wów i okla­sków Goeb­bels zakoń­czył swoje wystą­pie­nie sło­wami:

Z jego twa­rzy wyczy­ta­cie świeżą wiarę i świeżą nadzieję, któ­rych potrze­bu­je­cie bar­dziej niż kto­kol­wiek inny, a które będą z wami w waszej trud­nej codzien­nej walce o wiel­kość naszego narodu i honor naszej krwi5.

I teraz, w ten nie­dzielny pora­nek 31 lipca 1938 roku, mogli wresz­cie ujrzeć jego twarz. I mogli czer­pać siłę z tego prze­ży­cia. Gdy ucichł huk wystrza­łów armat­nich, bom­ba­styczne dźwięki Baden­we­iler Marsch, czyli ulu­bio­nego utworu muzycz­nego Hitlera, w wyko­na­niu połą­czo­nej orkie­stry Wehr­machtu i Krieg­sma­rine, która poprzed­niego wie­czoru przy­gry­wała zgro­ma­dzo­nym tysiącom ludzi, obwie­ściły przy­by­cie Führera. Nie było zresztą wcale takiej potrzeby. Ryk tłu­mów, coraz gło­śniej­szy, ogłu­sza­jący, prze­ra­ża­jący, upa­ja­jący, prze­ta­czał się po uli­cach Bre­slau w kie­runku placu Zam­ko­wego. Ubrany w swój bru­natny par­tyjny mun­dur nie­miecki wódz przy­wi­tał się uści­skiem dłoni z lokal­nymi dygni­ta­rzami nazi­stow­skimi, a następ­nie prze­szedł przez plac w towa­rzy­stwie słu­żal­czego Mar­tina Bor­manna, zmę­czo­nego Goeb­belsa, szefa SS Him­m­lera, Hen­le­ina, ślą­skiego gau­le­itera Josefa Wagnera noszą­cego sko­pio­wany od Hitlera wąsik, zmie­rza­jąc w stronę spe­cjal­nie skon­stru­owa­nej na tę oka­zję try­buny usta­wio­nej naprze­ciwko Teatru Miej­skiego. Na prze­dzie try­buny wznie­siono dla Führera i jego świty nie­wielki bal­kon wyło­żony czer­wo­nym suk­nem i ozdo­biony wielką swa­styką, a wszystko to było ude­ko­ro­wane ist­nym morzem hor­ten­sji. Gdy Hitler zasiadł na swoim miej­scu, jego ochro­nia­rze z Leib­stan­darte SS, wszy­scy w czar­nych mun­durach i sta­lo­wych heł­mach, każdy liczący co naj­mniej metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, utwo­rzyli kor­don zamy­ka­jący dostęp do try­buny. Na plac Zam­kowy wma­sze­ro­wali cho­rą­żo­wie, defi­lu­jąc po obu stro­nach Teatru Miej­skiego, wzdłuż lin roz­pię­tych wokół tego wiel­kiego placu. Na czele defi­lady masze­ro­wali spor­towcy z Bawa­rii, kolebki nazi­zmu, któ­rzy mija­jąc try­bunę, jodło­wali, jak to mieli w zwy­czaju. Byli wśród nich czte­rej nie­mieccy alpi­ni­ści, któ­rzy nie­dawno zdo­byli pół­nocną ścianę Eigeru, nazy­waną „ścianą śmierci”, szer­mie­rze, któ­rych flo­rety poły­ski­wały w poran­nym słońcu, Austriacy z Tyrolu w swo­ich stro­jach ludo­wych, miesz­kańcy Prus Wschod­nich, gdańsz­cza­nie. Kako­fo­nia okrzy­ków, pła­czu, owa­cji i braw osią­gnęła ogłu­sza­jącą kul­mi­na­cję, gdy na plac wkro­czyli Niemcy sudeccy, masze­ru­jący w sze­ściu sze­re­gach, ubrani w szare gar­ni­tury i tyrol­skie kape­lu­siki, pod swymi czar­nymi sztan­da­rami.

Nie­wiele ponad sto metrów dalej dwu­na­sto­letni Ulrich Fro­dien kur­czowo trzy­mał drzewce czar­nego sztan­daru Deut­sche Jun­gvolk, jak nazy­wała się gałąź Hitler­ju­gend prze­zna­czona dla młod­szych chłop­ców. Tak jak wszy­scy zgro­ma­dzeni na placu Zam­ko­wym, rów­nież ten uczeń był pod­eks­cy­to­wany. Ni­gdy wcze­śniej nie widział „jego”. Dla­tego teraz z prze­ję­ciem śle­dził każdy ruch, każdy gry­mas na twa­rzy Hitlera. Cza­sami malo­wało się na niej napię­cie, cza­sem poja­wiał się uśmiech, cza­sami Führer łapał się pod boki, od czasu do czasu odwra­cał się do Hen­le­ina, ale jak do tej pory, od kiedy poja­wił się na placu, wyglą­dał na opa­no­wa­nego. Wszystko to było jed­nak sta­ran­nie wyre­ży­se­ro­wane. Gdy pierwsi cho­rą­żo­wie z Kraju Sude­tów poja­wili się przed try­buną Hitler wstał z miej­sca, pod­szedł do balu­strady i pod­niósł prawe ramię, salu­tu­jąc „uci­ska­nym” sudec­kim spor­tow­com. „Mia­łem wra­że­nie, jakby cały plac i setki tysięcy ludzi tam się znaj­du­ją­cych eks­plo­do­wały jak bomba” – wspo­mi­nał póź­niej Fro­dien. – „Jeśli wrzawa do tej pory była nie­mal nie do znie­sie­nia, to teraz osią­gnęła taki poziom, jakiego nie byłem w sta­nie sobie wcze­śniej wyobra­zić”. Dwu­na­sto­letni chło­piec dał się ponieść temu entu­zja­zmowi tłu­mów, tej zbio­ro­wej histe­rii. Ryczał ze wszyst­kich sił. „Chcia­łem w tym uczest­ni­czyć, być czę­ścią tej wiel­kiej, wspa­nia­łej wspól­noty” – opo­wia­dał potem. Nagle w tym tumul­cie, w tym nie­opi­sa­nym i nie­zro­zu­mia­łym ryku dało się roz­róż­nić ostre stac­cato. „Począt­kowo nie mogłem zro­zu­mieć słów, ale one bły­ska­wicz­nie nio­sły się po całym placu, poda­wane z ust do ust”. Tłum gorącz­kowo koły­sał się w przód i w tył. „Ein Volk, ein Reich, ein Führer!” krzy­czeli zgro­ma­dzeni uni­sono. Jeden naród, jedna Rze­sza, jeden wódz. I tak raz za razem. Coraz gło­śniej. „W całym moim dłu­gim życiu” – pisał Fro­dien sześć­dzie­siąt lat póź­niej – „ni­gdy nie prze­ży­łem cze­goś podob­nego”. Jak wspo­mi­nał: