Pragnienie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pragnienie
Pragnienie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,80  47,84 
Pragnienie
Audio
Pragnienie
Audiobook
Czyta Mariusz Bonaszewski
34,90 
Szczegóły
Pragnienie
Pragnienie
E-book
26,90  19,64 
Szczegóły
Tekst
Pragnienie
E-book
31,92  23,30 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Przypisy

Tytuł oryginału: WANTING

Opieka redakcyjna: PAWEŁ CIEMNIEWSKI

Redakcja: KAMIL BOGUSIEWICZ

Korekta: ANETA TKACZYK

Projekt okładki: ROBERT KLEEMANN

Zdjęcia wykorzystane na pierwszej stronie okładki:

© Ingetje Tadros / The Image Bank / Getty Images

Dirk Ercken / shutterstock.com

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket

Copyright © 2008, Richard Flanagan

All rights reserved

© Copyright for the Polish translation by Maciej Świerkocki

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2017

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05933-3

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Kevinowi Perkinsowi

Otóż, proszę państwa, rozsądek to dobra rzecz, to bezsporne, ale rozsądek to tylko rozsądek i zaspokaja jedynie potrzebę rozumowania w człowieku, chcenie natomiast jest przejawem pełni życia...[1]

FIODOR DOSTOJEWSKI

...czego nie ma, tego nie można liczyć[2]

KSIĘGA KOHELETA

1

Wojna skończyła się, tak jak czasem kończą się wojny: nieoczekiwanie. Pewien człowiek, który nikogo za bardzo nie obchodził, nieco nadęty mały prezbiteriański stolarz i kaznodzieja, najpierw w towarzystwie oswojonych czarnych i bez broni przebył wielkie, dziewicze pustkowia wyspy, a potem powrócił z całą hałastrą tubylców. Nazywano ich dzikimi czarnymi, chociaż z całą pewnością nie charakteryzowała ich dzikość, raczej świerzb, nędza i gruźlica. Byli oni, jak oświadczył kaznodzieja, niedobitkami – teraz wydawało się to niezwykłe – budzących kiedyś lęk plemion Ziemi Van Diemena, które tak długo toczyły nieustępliwą i straszną wojnę z białymi.

Ci, którzy widzieli tych dzikich, mówili, że trudno uwierzyć, by taka nieliczna i żałosna zgraja mogła tak długo opierać się imperialnej potędze, że udało im się przetrwać bezlitosną eksterminację, że mogli budzić taki strach i przerażenie. Nie wiadomo, co powiedział kaznodzieja tym czarnym ani co oni sądzili, że z nimi zrobi, sprawiali jednak wrażenie uległych, chociaż smutnych, kiedy jedną po drugiej przygnębioną grupę zaokrętowywano na kolejne statki i wywożono na odległą wyspę, leżącą gdzieś między Ziemią Van Diemena i kontynentem australijskim, które dzieliło rozciągające się na setki mil morze. Tutaj prezbiterianin przyjął oficjalny tytuł Protektora i pensję w wysokości pięciuset funtów rocznie, objął dowództwo nad niewielkim garnizonem żołnierzy oraz katechetą i zajął się podnoszeniem swoich ciemnoskórych podwładnych do poziomu angielskiej cywilizacji.

Odnosił na tym polu pewne sukcesy, a chociaż były niewielkie, dążył do nich z całą stanowczością. Czyż oni nie byli ich godni? Czy jego lud nie znał Pana Boga i Pana Jezusa, skoro ochoczo i żywo odpowiadał na pytania katechety i entuzjastycznie śpiewał kościelne hymny? Czy ci dzicy nie chodzili chętnie co tydzień na targowisko, gdzie wymieniali skóry i naszyjniki z muszli na paciorki, tytoń i tym podobne rzeczy? Owszem, niemal codziennie umierał któryś z jego czarnych bliźnich, poza tym należało jednak przyznać, że życie w osadzie było pod każdym względem zadowalające.

Zdarzały się jednak rzeczy doprawdy dziwne. Chociaż kaznodzieja odzwyczajał czarnych od tubylczej diety, na którą składały się jagody, rośliny, skorupiaki i zwierzyna łowna, karmił ich natomiast mąką, cukrem i herbatą, dzicy dawniej byli bez porównania zdrowsi. Im chętniej korzystali z angielskich koców i ciężkich ubrań, rezygnując ze swojej sprośnej nagości, tym częściej kasłali, pluli i umierali, im częściej zaś umierali, tym bardziej chcieli zrzucić z siebie angielskie ubrania, przestać jeść angielskie pożywienie i wynieść się z angielskich domów, które, jak mówili, zamieszkiwał diabeł. Pragnęli powrócić do przyjemności polowania w dzień i palenia otwartego ognia w nocy.

Był rok 1839. Po raz pierwszy sfotografowano wówczas człowieka, Abd al-Kadir ogłosił dżihad przeciwko Francuzom, a Charles Dickens zyskał jeszcze większą sławę niż dotąd za sprawą powieści Oliver Twist. To nie do pojęcia, pomyślał Protektor, zamykając rejestr po sporządzeniu kolejnego raportu z sekcji zwłok i powracając do przygotowania notatek na wykład o pneumatyce.

2

Otrzymawszy wiadomość o śmierci dziecka, przyniesioną przez sługę, który przybiegł z domu Charlesa Dickensa, John Forster nie wahał się – wahanie było oznaką słabości charakteru, a jego charakter na słabość mu nie pozwalał. Korpulentny i pod każdym względem ociężały – w swoich opiniach, wrażliwości, moralności i jako rozmówca – Forster miał twarz jak pysk mastyfa i wydatne brzuszysko, a dla Dickensa był niczym grawitacja dla baloniarza. Pisarz nie potrafił się powstrzymać, by nie małpować Johna za jego plecami, chociaż bardzo lubił swojego nieoficjalnego asystenta, na którym polegał w każdej sytuacji, powierzając mu najróżniejsze zadania i zasięgając u niego rad.

Niesłychanie dumny, że ktoś tak na nim polega, Forster postanowił poczekać, aż Dickens wygłosi swoje przemówienie. Chociaż bezustannie argumentował, że ostatnie wydarzenia zwalniają autora Olivera Twista z obowiązku wystąpienia przed członkami General Theatrical Fund, Dickens upierał się, że jednak tam pojedzie, mimo że nawet jeszcze tego dnia Forster odwiedził go w Devonshire Terrace, aby ostatni raz spróbować odwieść przyjaciela od wzięcia udziału w spotkaniu.

– Ale już obiecałem... – powiedział Dickens, którego Forster zastał w ogrodzie bawiącego się z młodszymi dziećmi. Trzymał w ramionach swojego dziewiątego potomka, maleńką Dorę, i podniósł ją nad głowę, uśmiechając się do córeczki i sapiąc przez zęby, dziewczynka zaś machała rączkami w górę i w dół zawzięcie i uroczyście jak pułkowy dobosz. – Nie, nie. Nie mógłbym nas tak zawieść.

Forster się naburmuszył, ale nic nie odpowiedział. Nas! Wiedział, że Dickens czasami myśli o sobie raczej jako o aktorze niż pisarzu. Był to nonsens, Charles jednak po prostu taki już był. Uwielbiał teatr. Uwielbiał wszystko, co miało jakiś związek z tym wymyślonym światem, w którym można było ściągnąć księżyc na ziemię jednym skinieniem palca, i Forster dobrze wiedział, że jego przyjaciel odczuwa także dziwną solidarność z zespołem aktorów dających przedstawienia dobroczynne, przed którym miał dzisiaj wystąpić. Ten jego pociąg do komediantów, mających gorszą reputację niż pisarze, trochę niepokoił, a jednocześnie frapował Forstera.

– Dobrze wygląda, nie sądzisz? – powiedział Dickens, przenosząc małą na wysokość swojej piersi. – Miała dziś lekką gorączkę, prawda, córeczko? – Pocałował dziewczynkę w czoło. – Ale wydaje mi się, że już wraca do zdrowia.

Forster pomyślał, że przemówienie Dickensa – wygłaszane zaledwie kilka godzin po tej rozmowie – idzie po prostu wspaniale. Publiczność stawiła się tłumnie, słuchała uważnie, a Dickens, kiedy już zaczął, mówił genialnie i wzruszająco, jak zwykle.

– W naszej fundacji – zwracał się do sali pełnej aktorów – nie znamy takiego słowa jak „ekskluzywizm”. Wykorzystujemy każdego artystę, każdego Hamleta i każdego Benedykta, ducha, bandytę albo aktora samotnie grającego całą królewską armię. Aby odegrać przed nami swoje role, aktorzy przychodzą do nas z pewnego innego teatru, w którym ludzie chorują, cierpią, o tak, a nawet umierają. Mimo to...

 

Zabrzmiały niepewne brawa, które urwały się prawie w tej samej chwili, kiedy się zaczęły, ponieważ słuchacze prawdopodobnie uznali, że byłoby w złym guście zwracać uwagę na fakt, że mówca występuje zaledwie dwa tygodnie po śmierci swojego ojca. Staruszek, jak powiedział Dickens Forsterowi, umarł w kałuży krwi, po nieudanej operacji wycięcia woreczka żółciowego, niczym zwierzę w rzeźni.

– ...mimo to – ciągnął Dickens – jakże często musimy zadawać gwałt uczuciom i skrywać nasze serca, aby kontynuować życiową batalię i dzielnie spełniać powinności oraz obowiązki.

Po skończonym przemówieniu Forster odciągnął Dickensa na bok.

– Obawiam się... – zaczął. – Jednym słowem... – Chociaż zawsze używał zbyt wielu słów, miał teraz świadomość, że właśnie to jedno słowo nie chce mu przejść przez gardło.

– Tak? – spytał Dickens, przypatrując się komuś albo czemuś ponad ramieniem Forstera, a potem znów spojrzał na niego roziskrzonym wzrokiem. – Tak, mój drogi Mamucie?

Swoboda, z jaką użył tego przezwiska, założenie, że wszystko to tylko żarty, oraz przyjemność, jaką czerpał ze swojej udanej przemowy, w niczym nie ułatwiały zadania biednemu Forsterowi.

– Mała Dora... – powiedział asystent Dickensa. Jego wargi zadrżały, kiedy spróbował skończyć zdanie.

– Dora?

– Jest mi bardzo... – wymamrotał Forster, który pragnął w tym momencie powiedzieć bardzo wiele różnych rzeczy, nie potrafił jednak wydusić z siebie nic więcej. – Jest mi bardzo, naprawdę bardzo przykro, Charles – dodał pospiesznie, żałując każdego słowa, chcąc przekazać pisarzowi coś o wiele lepszego, i najpierw podniósł ramię, aby typowym dla siebie gestem podkreślić jakiś argument, którego wcale nie użył, a potem je opuścił, aż zwisło wzdłuż jego wielkiego tułowia, sprawiającego wrażenie rozdętego i bezużytecznego. – Dostała konwulsji – powiedział w końcu.

Na twarzy Dickensa nie było widać ani śladu emocji i Forster pomyślał, jakim wspaniałym człowiekiem jest jego przyjaciel.

– Kiedy?

– Przed trzema godzinami. Zaraz po naszym wyjściu.

Był rok 1851. Wielka Wystawa w Londynie świętowała zwycięstwo rozumu w szklanym pawilonie, który pisarz Douglas Jerrold drwiąco nazwał Pałacem Kryształowym, w Nowym Jorku ukazała się przyjęta bez entuzjazmu powieść o poszukiwaniu słynnego białego wieloryba, a w żelaznoszarym porcie Stromness na Orkadach lady Jane Franklin pożegnała odpływającą w biel drugą z wielu, jak miało się później okazać, nieudanych ekspedycji, wyruszającą na poszukiwanie legendy, którą był niegdyś jej mąż.

3

Przez kangurzą trawę, niemal równie wysoką jak ona, biegła ile sił w płucach mała dziewczynka. Bardzo lubiła uczucie, które dawały jej miękkie nitki cienkich źdźbeł, delikatnie jak piórka przenoszące na jej łydki kropelki wody, i uwielbiała biegać boso po ziemi, mokrej i błotnistej zimą, latem natomiast suchej i piaszczystej. Miała siedem lat, ziemia wciąż była więc nowa i nadzwyczajna w płynących z niej przyjemnościach, nadal przenikała przez stopy dziewczynki do głowy i rwała się ku słońcu, i można było popaść w uniesienie w tym biegu, tak jak można było się przerazić z powodu, dla którego musiała teraz biec i nie mogła się zatrzymać. Znała opowieści o duchach, które potrafią latać, i była ciekawa, czy jeśli jeszcze przyspieszy, także zdoła pofrunąć i szybciej dotrzeć do celu. Potem przypomniała sobie, że tylko umarli fruwają, i odrzuciła myśli o lataniu.

Mijała w biegu chaty, w których mieszkali czarni, biegła wśród gdaczących kur i szczekających psów, minęła kaplicę i pędziła dalej, zboczem na wzgórze do najważniejszego budynku w Wybalenna. Pokonała trzy schodki i tak jak wielokrotnie jej pokazywano, wzorem białych uderzyła w drzwi zaciśniętą w pięść ręką.

Protektor podniósł wzrok znad notatek do wykładu o pneumatyce i zobaczył, że do domu wchodzi mała aborygeńska dziewczynka. Była boso, miała na sobie brudny fartuszek i wełnianą czapeczkę z czerwonej wełny, a w prawej dziurce jej nosa jak żywe stworzenie suwał się tam i z powrotem smark, przypominający wosk topiącej się świecy. Aborygenka podniosła wzrok na sufit i powiodła spojrzeniem po ścianach, po chwili jednak wbiła wzrok w podłogę.

– Tak? – zapytał Protektor. Irytującym zwyczajem swojego ludu spoglądała wszędzie, tylko nie w jego oczy. Prawdziwe imię dziewczynki, które sam nadał jej na chrzcie, brzmiało Leda, ale z jakiegoś powodu wszyscy oprócz niego nazywali ją tubylczym imieniem. Zirytował się, stwierdziwszy, że teraz on też się tak do niej zwraca. – Tak, Mathinno?

Spojrzała na swoje stopy, podrapała się pod pachą, ale nie odpowiedziała ani słowa.

– No, co się stało? Co jest, dziecko?

Nagle zdawszy sobie sprawę, po co tu przyszła, Mathinna rzuciła: „Rowra”, używając miejscowej nazwy diabła, powtórzyła ją szybko, jak gdyby leciała ku niej w powietrzu niczym dzida: – Rowra... – i wreszcie krzyknęła: – Rowra!

Protektor zeskoczył ze stołka, chwycił składany nóż z otwartej szuflady i wypadł na zewnątrz, poprzedzany przez Mathinnę. Pobiegli w kierunku szeregu połączonych ze sobą ceglanych tarasów, zbudowanych dla krajowców, by przyzwyczaić ich do angielskich domostw i zniechęcić do budowy własnych prymitywnych osłon wiatrowych. Protektorowi, który nim został zbawicielem, był cieślą, zawsze sprawiało przyjemność, że widok dwóch szeregów tych czynszówek do złudzenia przypomina domy na jakiejś nowej ulicy wielkiego nowoczesnego miasta, jak Manchester – jeżeli nie patrzeć na leżącą dalej białą plażę, usianą czerwonymi kamieniami i porośniętą skórzastymi wodorostami, oraz na ciągnący się dalej dziwny poskręcany las, czyli jeśli zapomnieć o tej nieszczęsnej dzikiej wyspie na krańcu świata, gdzie mieszkali, i widzieć wyłącznie europejskie zabudowania.

Kiedy zbliżali się do domu numer siedemnaście, Mathinna przystanęła na chwilę, zapatrzyła się na niebo nad głową i zrobiła taką minę, jak gdyby sparaliżowało ją niemające żadnego uzasadnienia przerażenie. Protektor miał już przebiec obok niej, gdy zobaczył znak, którego tubylcy obawiali się najbardziej: ptaka kradnącego ludzkie dusze, czyli czarnego łabędzia opadającego ku ceglanym tarasom.

Jeszcze zanim wszedł do środka, osaczył go silny fetor tłuszczu burzyków, niemytych ciał i niemej, nienazwanej obawy, że ów gnilny zapach zawsze i wszędzie towarzyszy jego czynom i poglądom. Czasami przychodziło mu do głowy, że ludzie, których tak kochał, prowadził ku Bożej światłości oraz bronił przed grabieżą i wyzyskiem ze strony najokrutniejszych białych osadników, polujących na tubylców i strzelających do nich z taką samą radością i beztroską, z jaką polowali na kangury, z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu umierają przez niego. Wiedział, że jest to irracjonalna myśl. Perwersyjna, niemożliwa. Wiedział, że wynika ze zmęczenia, nie mógł jednak nic poradzić na to, że ciągle powracała. Często miewał wtedy migreny, dotkliwe bóle głowy nad czołem, tak okropne, że musiał kłaść się do łóżka.

Przeprowadzając sekcje zwłok, przyglądał się rozciętym przełykom zmarłych, wybebeszonym jamom brzusznym, zaropiałym jelitom i skurczonym płucom w poszukiwaniu dowodów swojej winy albo niewinności, ale nie udawało mu się nic znaleźć. Jako pokutę próbował przyjąć smród całych szklanek ropy, która czasami wydawała mu się jedyną siłą życiową w nieszczęsnych bebechach Aborygenów. Starał się zrozumieć ich cierpienie jak swoje, a dzień, w którym zwymiotował na widok jasnej, grubej na cal pleśni, porastającej niczym wole krater wrzodu biegnącego od pachy Czarnego Ajaksa niemal do jego uda, próbował uznać za coś w rodzaju koniecznego wyrównania rachunków w swojej duchowej księdze buchalteryjnej. Rzygowiny nie były jednak żadnym wyrównaniem rachunków i w głębi duszy Protektor obawiał się, że nie jest ono możliwe. W głębi serca bał się, że mimo wszystko to on stał się przyczyną okrutnych cierpień i makabrycznej śmierci tubylców.

Robił wszystko, co mógł, żeby ich ratować – Bóg wiedział, że nie był w stanie uczynić nic więcej. Jak najstaranniej kroił więc wszystkie trupy, by znaleźć przyczynę zgonów, wstawał w środku nocy, żeby stawiać chorym bańki, przystawiać im pijawki, przylepiać wezykatorie i puszczać krew, co właśnie zamierzał zrobić ojcu Mathinny.

Otworzył nóż, zwilżył palec wskazujący i kciuk i przesunął nimi wzdłuż ostrza, żeby oczyścić je z zakrzepłej krwi, będącej wszystkim, co pozostało z Rzężącego Toma. Naciął nadgarstek dygoczącego mężczyzny starannie, zgodnie z nauką medyczną, płytko, w miejscu, w którym można było puścić jak najwięcej krwi, wyrządzając pacjentowi jak najmniejszą krzywdę.

Kiedy co wieczór przed położeniem się spać robił przy świecy zapiski w swoim dzienniku, poszukiwał odpowiednich słów, tak jak wcześniej w życiu szukał odpowiedniego drewna, które następnie odpowiednio wyginał. Szukał słów długich, aby niczym desek podłogowych można było ich użyć do zamaskowania jakiegoś niewytłumaczalnego, choć wstydliwego błędu. Słowa jednak tylko intensyfikowały ciemność, którą widział – zakrywały ją, lecz nie mogły jej wyjaśnić. W takich chwilach uciekał się do modlitwy, hymnów, znajomych wzorców, krzepiących rytmów. Czasami te święte słowa trzymały wszystkie jego lęki na dystans, a on rozumiał, za co jest wdzięczny Bogu, choć także, dlaczego się Go boi.

Krew trysnęła niczym niewielki gejzer, trafiła Protektora w oko, po czym spłynęła mu po twarzy. Odsunął nóż, cofnął się, przetarł oko i spojrzał w dół. Wycieńczony tubylec pojękiwał już tylko od czasu do czasu. Protektor podziwiał jego stoicyzm: znosił krwawienie jak biały.

Tym tubylcem był Król Romeo, niegdyś pełen życia, życzliwy białym mężczyzna, który wskoczył do rzeki Fury i uratował jego, Protektora, kiedy ten stracił równowagę, usiłując przejść na drugi brzeg wśród wzbierających wód. Teraz jednak w tej nieszczęsnej, zapadniętej, okolonej cienkimi włosami twarzy i w nienaturalnie dużych oczach Protektor nie widział nic z człowieka, którym Romeo był dawniej.

Pozwolił krwi wypływać przez dobrą minutę, zbierając ją najlepiej, jak potrafił, do sporej miski. Krajowiec jęczał z cicha. Protektor wiedział, że czarne kobiety, siedzące półkolem na podłodze wokół jego łóżka, są wyraźnie poruszone, bo wszystkie wydawały podobnie brzmiące, gardłowe dźwięki.

Gdy przewiązywał ranę Króla Romea, by powstrzymać upływ krwi, wyczuł nieuchronność śmierci i daremność swojej kuracji, a wtedy ogarnęła go panika. Zdał sobie sprawę, że Romeo ciężko oddycha, że upust krwi był bez sensu, że chce zrobić krzywdę temu czarnemu za to, że jest nieuleczalnie chory, za wszystkich nieuleczalnie chorych Aborygenów, za to, że nie pozwolili mu się wyleczyć, ucywilizować, skorzystać z szansy, której nikt inny nie miał najmniejszej ochoty tym ludziom ofiarować.

Mrucząc coś o konieczności wyrównania sił pneumatycznych wewnątrz i na zewnątrz – by z jednej strony dodać sobie otuchy, z drugiej zaś jak zwykle zapewnić publiczność, że za jego działaniami stoi trafne połączenie racjonalnej nauki z chrześcijańskim współczuciem – Protektor mocno chwycił drugą rękę Romea. Tubylec krzyknął z bólu, tym razem bowiem biały raczej go dźgnął, niż naciął mu żyłę w przegubie.

Pozwolił krwi płynąć, aż skóra pacjenta zrobiła się lepka, a on odzyskał spokój. Potem opatrzył ranę i podał pełną po brzegi miskę jednej z kobiet, pokazując gestem, żeby opróżniła ją przed domem.

Wyprostował się, skłonił głowę i zaczął śpiewać:

– Prowadź mnie, światło, swą błogą opieką, światło odwieczne!

Głos miał drżący i przenikliwy. Przełknął ślinę, po czym ciągnął dalej niższym, głośniejszym i bardziej zdecydowanym barytonem:

– Noc mroczna, dom mój daleko, ty mię prowadź.

Wydawało się, że czarne kobiety dołączają do niego – co prawda, fałszując – po chwili jednak Protektor zdał sobie sprawę, że Aborygenki po prostu kontynuują swoje żałobne zawodzenia na melodię hymnu.

– Przebacz mi tamte lata! – śpiewał, teraz już jak mógł najgłośniej, chociaż czasami sam nie potrafił sobie wybaczyć przeszłości. Urwał w pół zdania, ale kobiety nie zamilkły. Wyprostował podwinięte rękawy, odwrócił się i ze zdumieniem stwierdził, że Mathinna przygląda mu się uważnie, jak gdyby wierząc, że Protektor ma magiczną moc, i starając się zrozumieć, na czym ona polega, choć zaczynała chyba wątpić w jego możliwości. Zaniepokojony, zaczął szukać nowego toku słów, aby ukoić nerwy.

– Układ oddechowy Króla Romea odzyska równowagę – zaczął Protektor. – A potem zdrowie... bo krew...

Mathinna popatrzyła na swoje bose stopy i przez chwilę patrzył też na nie Protektor; następnie, odczuwając graniczącą z niewytłumaczalnym wstydem konsternację, podniósł wzrok, odwrócił się i wyszedł z chaty na przynoszące mu ulgę zimne, morskie powietrze.

 

Odczuwał gniew, który wprawił go jednak w zakłopotanie. To, co zrobił, było zadaniem lekarza, ten jednak przed miesiącem też umarł nędzną śmiercią, a mimo że zapowiedziano już następcę medyka, do jego przybycia mogło upłynąć jeszcze wiele czasu. I chociaż był zły na starego doktora, że uległ dyzenterii, a także wściekły na gubernatora, że nie przysłał mu następcy szybciej, to odczuwał również dumę ze swoich umiejętności medycznych, umiejętności człowieka, który wiedział, jak się puszcza krew i stosuje wezykatorie, który umiał przygotować lewatywę, robić sekcję zwłok i pisać fachowe raporty – chociaż był przecież laikiem, cieślą, człowiekiem, który polegał wyłącznie na sobie, wszystko zawdzięczał wyłącznie swojej pracy i wszystkiego sam się nauczył: był chodzącym zwycięstwem nad samym sobą.

Po południu Protektor poświęcił czas, by zrobić coś, co uważał za wielce pożyteczne, a mianowicie przygotować plan nowego cmentarza, musiał bowiem jakoś sobie poradzić ze skutkami rosnącej śmiertelności w osadzie. Kiedy zbliżał się zmierzch, poszedł z tubylcami na stare miejsce pochówku i poprosił, by podali mu imiona tych, którzy zostali tam pogrzebani. Aborygeni najwyraźniej panicznie bali mu się je wyjawić, toteż Protektor, rozdrażniony taką niewdzięcznością, kazał im odejść.

Postanowił, że nowy cmentarz zostanie ukończony na nieuchronną wizytę gubernatora Ziemi Van Diemena, sir Johna Franklina, i jego małżonki, lady Jane, których spodziewano się zobaczyć tu za tydzień. Południowy wiatr przybierał na sile, więc dzięki sprzyjającej pogodzie gubernator mógł przybyć jeszcze wcześniej. Sir John był człowiekiem nauki, jednym z największych podróżników swoich czasów, autorem licznych projektów, jak badanie rozległych transylwańskich odludzi na zachodzie wyspy, zakładanie towarzystw naukowych albo zbieranie muszli i kwiatów dla królewskich Kew Gardens.

Tak, myślał Protektor, odmierzając krokami dokładne wymiary miejsca wiecznego spoczynku, budowa nowego cmentarza i podniesienie poziomu wykonania hymnów religijnych przez tubylców to rozsądne cele, które mógł osiągnąć przed wizytą królewskiego namiestnika. Zawsze był nade wszystko dumny ze swojego realizmu.

Wieczorem wygłosił wykład o pneumatyce przed publicznością złożoną z oficerów, ich rodzin i tubylców. Tekst wystąpienia w ostatecznej wersji liczył sto czterdzieści cztery strony. Protektorowi wydawało się, że z logicznego punktu widzenia dobrze przedstawił swoje stanowisko, od czasu do czasu posługując się jakimś przykładem praktycznym, jak choćby gdy podgrzał butelkę nad parującym czajnikiem, który zawiesił nad ogniem. Następnie przytknął ją do obranego ze skorupki ugotowanego jajka, które zostało powoli zassane do środka.

W tym momencie Troilus roześmiał się i powiedział głośno: „Butelka Wybalenna, jajko czarna człowiek”, wyciągając całkowicie błędny wniosek z eksperymentu.

Potem Protektor wypił kieliszek białego wina i jadł kanapki z szynką w towarzystwie oficerów, a żeby pokazać, że nie będzie tolerował żadnych różnic w traktowaniu białych i czarnych, poczęstował się też podaną tubylcom herbatą, którą, jak mu się wydawało, uwielbiali.

Rankiem Króla Romea znaleziono martwego. Prawdę mówiąc, jego śmierć nie przyszła nieoczekiwanie i nie było w niej nic niezwykłego, kiedy więc Protektor poszedł zbadać zwłoki, ogarnęło go znudzenie równie wielkie jak niegdyś litość. Kobieta, z którą Romeo związał się przed kilku laty po śmierci swojej żony, znajdowała się w normalnym dla tubylców stanie nieumiarkowanego roztrzęsienia. Zawodziła głośno jak szarpany przez szaleńca dzwon, a po jej twarzy ściekały strużki krwi, bo własnoręcznie pocięła się potłuczoną butelką.

Córka Króla, jak się wydawało, miała jednak więcej chrześcijańskiego rozsądku, a jej pełna powagi rozpacz dawała Protektorowi pewną nadzieję na to, że jego dzieło jest mimo wszystko czymś więcej niż tylko przejawem kolosalnej próżności. Dziewczynka siedziała tak cicho, że zastanawiał się, czy przypadkiem nie jest bardziej podatna na wpływy cywilizacji, niż dotąd przypuszczał.

Ponieważ zajął się zwłokami Romea, spóźnił się do szkoły, której był dyrektorem, i to uchybienie punktualności ściągnęło na zmarłego jego gniew: w końcu najważniejszy jest dobry przykład. A jeśli on sam jako przykład będzie niedostateczny, to jak może się spodziewać, że tubylcy zmienią swoje zwyczaje?

Jego spóźnienie zostało odczytane przez zebranych jako sygnał rozluźnienia dyscypliny – rozmawiali dalej i śmiali się nawet wtedy, kiedy do nich mówił. Wściekł się i zamiast zacząć dzień od katechizmu, zwymyślał klasę. Czy kiedykolwiek ich oszukał? Czy nie zapewnił im dobrych, ciepłych i solidnych nowych ceglanych domów? Dobrych ubrań? Obfitości pożywienia? Co więcej, czy nie postanowił zreorganizować szeregów ich zmarłych i oznaczyć groby, żeby wiedzieli, kto gdzie jest pochowany?

Po lekkim lunchu, złożonym z kilku burzyków i chleba, poszedł do chaty, w której przeprowadzano zabiegi chirurgiczne i sekcje zwłok. Ciało Króla Romea spoczywało na długim sosnowym stole. Po pewnym czasie Protektor podsumował rezultaty swojej pracy w następujący sposób:

Zmarł z przyczyn naturalnych wskutek ogólnego wyniszczenia organizmu: płuco tak mocno przylegało do piersi, że trzeba było użyć siły, aby je oderwać; w klatce piersiowej znajdowała się znaczna ilość płynu; chore płuco, śledzionę, cewkę moczową i wyrostki wycięto, by przewieźć je do Hobarton, gdzie wymienione narządy zbada doktor Arthur: zmarły był interesującym człowiekiem.

Pod koniec autopsji Protektor wyjął z drewnianej skrzynki piłę do kości, którą trzymał tam dobrze naostrzoną tylko w tym jednym celu. Wybrał właśnie to narzędzie, bo jego hebanowa rączka była zaopatrzona w głębokie nacięcia, dzięki czemu mógł mocno trzymać piłę, nawet kiedy miał spoconą dłoń, i jak najstaranniej wykonać swoją pracę.

Już miał ją rozpocząć, gdy rozległo się pukanie do drzwi, a kiedy je otworzył, ujrzał tubylczą kobietę, Afrodytę, która zaczęła go błagać, by przyszedł do niej do domu: jej mąż, Troilus, właśnie dostał spazmów. Protektor przemawiał do niej najłagodniej, jak umiał. Wydawało mu się, że litościwie. Kazał jej wrócić do męża i zapowiedział, że niebawem przyjdzie, żeby się nim zająć. Zamknął drzwi. Wrócił do zwłok. Przyłożył ostrze piły równiutko do karku Romea.

Czy stał się Bogiem? Już nie był tego pewien. Tubylcy wciąż umierali. Otaczały go trupy, czaszki, raporty z sekcji zwłok, plany budowy kaplicy i cmentarza. Jego marzenia były pełne ich tańców i pieśni, piękna ich wiosek, szmeru ich rzek, wspomnień ich czułości, a jednak wciąż umierali i nic, co robił, nie mogło tego zmienić. Ciągle umierali i umierali, a on – który żył w starym świecie i nieustannie pracował, by udoskonalić nowy dzięki cywilizacji, chrześcijaństwu i angielskim zwyczajom – był ich Protektorem, Aborygeni jednak nadal odchodzili. Jeżeli jest bogiem, to jakim?

Ostrożnie przeciągnął ostrzem po skórze, aby wydrapać na niej czerwoną kreskę, wzdłuż której zacznie piłować. Następnie jak dobry rzemieślnik, którym był, dokończył dzieła długimi, mocnymi, odliczanymi kolejno pociągnięciami piły. Wystarczyło ich zaledwie sześć, aby odciąć Romeowi głowę. Protektor zirytował się, że choć pracował bardzo uważnie, ręce ma tłuste od krwi.