Prawo panny MurphyTekst

Z serii: Seria Molly Murphy #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rhys Bowen

PRAWO PANNY MURPHY

Przełożyła

Joanna Orłoś-Supeł

Noir sur Blanc

Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Przypisy

Tytuł oryginału: MURPHY’S LAW

W powieści występują postaci historyczne, lecz jej fabuła jest jedynie fikcją literacką.

Opracowanie redakcyjne: MIROSŁAW GRABOWSKI

Korekta: JANINA ZGRZEMBSKA, BEATA WYRZYKOWSKA

Projekt okładki: WITOLD SIEMASZKIEWICZ

Fotografie na okładce:

© H. Armstrong Roberts/ClassicStock/Corbis/Fotochannels

© Detroit Publishing Company courtesy of Shorpy.com

Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

Copyright © 2001 by Rhys Bowen

For the Polish edition

Copyright © 2013, Noir sur Blanc, Warszawa

Wydanie I elektroniczne

Warszawa 2013

ISBN 978-83-7392-426-0

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl Księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Książkę tę dedykuję swoim przyjaciółkom z Nowego Jorku – Daphne Lincoff i Judy Gitenstein. Dziękuję, że zawsze mogę liczyć na Waszą gościnność. Bez Was zginęłabym w wielkim mieście. Jestem wdzięczna za wspólnie spędzony czas, często pełen przygód i niespodzianek.

Dziękuję również pierwszym recenzentom książki – Johnowi, Clare i Jane, oraz Trish Intemann, która pomagała mi w opracowaniu wątków irlandzkich.

1

– Przyjdzie taki dzień, kiedy przez swoją niewyparzoną gębę znajdziesz się w tarapatach.

Matka wypowiadała to zdanie systematycznie, odkąd zaczęłam mówić. Nie pomyliła się. Jeszcze zanim skończyłam dziesięć lat, cała moja rodzina o mały włos nie została wyeksmitowana na bruk tylko dlatego, że nie potrafiłam trzymać języka za zębami. A tydzień przed dwudziestymi trzecimi urodzinami uciekałam, ścigana za morderstwo.

Rytmiczne sapanie lokomotywy uspokajało skołatane nerwy. Nie pamiętałam dokładnie, jak się dostałam na stację kolejową. Musiałam przebiec każdy metr z tych pięciu kilometrów, które dzieliły mój dom od dworca. Świadczyły o tym zarówno przylepiona do pleców sukienka, jak i ból, który pojawiał się w klatce piersiowej, kiedy brałam głębszy oddech. Lepiej nie mówić, jak wyglądał przód sukienki. Okryłam się szczelniej szalem i przyjrzałam uważnie ludziom w pociągu – starsza para farmerów o ogorzałych policzkach pochrapywała w kącie; dalej siedziała młoda matka z dwójką ruchliwych maluchów i trzecim w drodze oraz ksiądz. Kiedy mój wzrok napotkał jego spojrzenie, odwróciłam się gwałtownie, na wypadek gdyby księża potrafili czytać w myślach albo siłą sugestii zmuszać ludzi do spowiedzi. Czy zdziwiłby się, słysząc w tej chwili moje zwierzenia?

Od czasu do czasu przez wagon przechodził konduktor i zaglądał do przedziału – byłam pewna, że mnie szuka. Ale przecież to niedorzeczne, prawda? Owszem, Justin Hartley leżał martwy na podłodze naszej kuchni, ale tego jeszcze nikt nie mógł się nawet domyślać. Mój ojciec i bracia mieli wrócić dopiero pod wieczór, a Justin prawdopodobnie nie powiedział swojej rodzinie, dokąd idzie. Trudno sobie wyobrazić, by przy śniadaniu, zajadając jagnięce nereczki albo jakąś inną równie obrzydliwą potrawę, którą podaje się w bogatych domach, powiedział rodzicom: „Idę do wsi. Załatwić to i owo z Molly Murphy”.

Dlatego miałam parę godzin na ucieczkę. Pociąg zawiezie mnie prosto do Belfastu. A potem – prawdopodobnie wystarczy mi pieniędzy na statek do Anglii. Co będzie później? Nie potrafiłam sobie odpowiedzieć. Może mogłabym zgubić się w dużym mieście, takim jak Liverpool. A może nie... Raczej nie, bo prędzej czy później dopadnie mnie policja. Nietrudno zauważyć zbiega, zwłaszcza płci żeńskiej i w dodatku o włosach rudych jak marchewka. W Anglii nie znałam nikogo, więc nie miałam gdzie się ukryć – odnalezienie mnie było tylko kwestią czasu. Mimo wszystko zamierzałam uciekać, jak długo się da. Zawsze szczyciłam się tym, że nie poddaję się bez walki.

Wyjrzałam przez okno. Dzień był pogodny – przezroczyste błękitne niebo przypominające szklaną taflę, mroźne powietrze. Piękna pogoda nie zdarza się często w środku irlandzkiej zimy. W taki dzień najchętniej szybko wykonałabym wszystkie domowe obowiązki, zostawiła mięso, by piekło się powoli, i pobiegła przed siebie na klify, z wiatrem w plecy i morzem leżącym u stóp. Nasi państwo jeździliby konno po polach, ogary biegłyby obok.

Przed oczami miałam jeszcze Justina w czerwonym płaszczu. Kiedy byłam młodsza, trochę się w nim podkochiwałam. Tylko Bóg jeden wie, że nie chciałam go zabić. Wyglądając przez okno, czułam na sobie świdrujące spojrzenie księdza. Za szybą przemykały zielone pola, na których pasły się dorodne konie. Widząc, że zbliża się syczący parą potwór, zaniepokojone podniosły łby, uderzyły kopytami o ziemię i rzuciły się do ucieczki. Tak wspaniale wyglądały! Szkoda, że nie potrafiłam biegać tak szybko jak one. Nikt nie mógłby mnie dogonić.

Kiedy już zostanę pojmana, będzie to oznaczało śmierć przez powieszenie – zdawałam sobie z tego sprawę. Bezwiednie dotknęłam szyi. Zadrżałam. Co się czuje, kiedy wieszają człowieka? Jak długo to trwa? Czy boli? Z pewnością nie będą chcieli wysłuchać mojej wersji wydarzeń. Zabiłam syna angielskiego właściciela ziemskiego. Taka zbrodnia zasługuje na stryczek, mimo że przecież broniłam swojego honoru. Ale wiejskie dziewczęta nie mają honoru, prawda? Tak twierdził Justin. Powiedział, że należę do niego tak samo jak wszystkie zwierzęta na farmie. Czy znajdzie się ktoś, kto stanie w mojej obronie? Z pewnością nie ojciec. Wścieknie się, kiedy zobaczy, że zabrałam pieniądze odłożone na czarną godzinę. Ukrywał je w dzbanku stojącym nad kominkiem. Był przekonany, że to jego tajemnica, ale my, dzieci, dawno ją odkryłyśmy. Jedynie wspomnienie skórzanego paska, którym nas karał, sprawiało, że żadne nie ośmieliło się sięgać do dzbanka. Teraz jednak skórzany pasek wydawał się niczym w porównaniu z karą, która mogła mnie czekać. Znów bezwiednie dotknęłam szyi.

Nie, nie liczyłabym na współczucie ze strony ojca. Prawdopodobnie powiedziałby, że swoim swobodnym zachowaniem prowokowałam Justina. Wystarczyło, że poszłam w sobotę wieczorem na tańce lub pozwoliłam się odprowadzić do domu, a już był niezadowolony. Za czasów jego młodości dziewczęta nigdy nie odzywały się niegrzecznie do dorosłych, a na tańce nie chodziły bez przyzwoitki. Ja to robiłam. Bardzo często.

Gdyby mama żyła, też by mi nie szczędziła wyrzutów – że sama się prosiłam i że zawsze miałam pomysły niestosowne do swojego pochodzenia oraz niewyparzoną gębę, która kiedyś doprowadzi do tragedii. Szkoda, że nie dożyła, by teraz powiedzieć „A nie mówiłam?”. Sprawiłoby jej to satysfakcję.

Nagle przyszło mi do głowy, że jestem kompletnie sama. Wszyscy nasi krewni albo umarli, albo wyemigrowali do innych krajów. W wiosce Ballykillin nie miałam żadnych prawdziwych przyjaciół. Dziewczynki, z którymi bawiłam się w dzieciństwie, dawno powychodziły za mąż za okolicznych głupków, którzy w głowach mieli tylko jedzenie, piwo i łóżko. Ja liczyłam na coś więcej, chociaż nie wiedziałam, gdzie to znajdę. Zabawne, że te dziewczęta mi współczuły – dla nich byłam starą panną, której nikt już nie zechce. Dawno się od nich odsunęłam, zwłaszcza gdy postanowiono, że będę pobierała nauki razem z córkami państwa Hartleyów. Nie żebym mogła nazwać pannę Vanessę albo pannę Henriettę swoimi przyjaciółkami. To też nie. One zawsze dbały o to, bym czuła się od nich gorsza. Oczywiście robiły to w sposób bardzo elegancki i subtelny. A teraz, kiedy już należały do angielskiej socjety, stać je było jedynie na niedbały ukłon, gdy w swoich powozach mijały mnie na drodze.

 

Tak więc na całym wielkim świecie nie miałam na kogo liczyć. Z jednej strony było to przerażające uczucie, z drugiej – bardzo mobilizujące. Nic nikomu nie zawdzięczałam. Wyzwoliłam się z Ballykillin. Od tego gotowania i sprzątania czterem niewdzięcznym mężczyznom. Mogłam być, kim zechcę... jeśli tylko uda mi się uciec wystarczająco daleko, by zacząć wszystko od początku. Jednego byłam pewna – nie chciałam jeszcze umierać.

Kiedy pociąg wjechał wreszcie na stację w Belfaście, było już późne popołudnie. Nakryłam głowę szalem i wmieszałam się w tłum kobiet, które właśnie wychodziły z okolicznych przędzalni. Pozwoliłam, by tłum poniósł mnie tak daleko, aż będę mogła swobodnie skierować się w stronę portu. Nikt mnie nie zatrzymał, kiedy wsiadałam na prom, ale przez całą drogę do Anglii przykrywałam głowę i starałam się nie pokazywać twarzy. W nocy nie mogłam usnąć i kiedy dotarliśmy wreszcie zimnym rankiem do brzegu, czułam się półżywa. Piekły mnie oczy.

Wreszcie tu byłam, w obcym mieście, w obcym kraju, z czterema pensami w kieszeni, bez pomysłu na to, co robić dalej. Kiedy schodziłam z trapu, zwróciłam uwagę na wspaniały wielki statek z dwoma kominami.

– Spójrz, to jest Majestic. Należy do White Star Line – usłyszałam idącą za mną kobietę. – Wiesz, to ten statek, którym młody O’Shea płynie do Ameryki.

Ameryka – pomyślałam. To tam powinnam się udać, oczywiście gdybym miała więcej niż cztery pensy w kieszeni. Irlandzcy chłopcy zawsze uciekali do Ameryki, jeśli wpakowali się w jakieś kłopoty z Anglikami. Przystanęłam na chwilę i przyjrzałam się statkowi. Ależ był wielki! Stojąc i patrząc na niego, czułam się, jakbym oglądała największe skały na świecie. Można by na ten statek zapakować całe Ballykillin, a jeszcze starczyłoby miejsca dla kilku kościołów.

Tłum wokół poszturchiwał mnie, kierując na przemian to w stronę doków, to w zupełnie przeciwną. A potem nagle ludzie zniknęli – zupełnie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zostałam całkiem sama na wprost przepięknej promenady, wzdłuż której wznosiły się wysokie eleganckie budynki. Wcześniej podobne widziałam jedynie na obrazkach. Jeden z nich miał nawet z przodu kolumny, niczym jakaś rzymska świątynia.

Przed budynkami stały powozy i dorożki, a panie w wielkich pięknych kapeluszach i pelerynach obszytych futrem przechadzały się wokoło. Zapomniałam, że jestem bez grosza przy duszy, a na dodatek muszę uciekać. Stałam tam jak urzeczona! Wreszcie zobaczyłam prawdziwe miasto, które wygląda dokładnie tak, jak je sobie wyobrażałam. Budynek z kolumnami miał napis „Cunard Line”; ten drugi, nawet jeszcze większy, zbudowany z biało-czerwonej cegły – „White Star Line”. Balustrady balkonów były ozdobione udrapowaną czarną tkaniną. Przypomniałam sobie, że w Anglii trwa jeszcze żałoba po królowej, która zmarła ponad miesiąc wcześniej. Tak, flagi też były opuszczone do połowy masztu. Czegoś podobnego nie widziałam w Irlandii. Słyszałam, że w Dublinie tańczono na ulicach na wieść o śmierci królowej. Wiktoria nie darzyła Irlandczyków szczególną miłością. Nie oznaczało to jednak wcale, że jej następca, król Edward, będzie lepszy.

Przechodząc przez ulicę, wpatrywałam się z zachwytem w wysokie budynki. Nagle z zadumy wyrwał mnie głośny klakson – coś niskiego na kołach przejechało obok. Ach, więc to jest automobil! Stanęłam jak wryta, przyglądając się mu z podziwem, dopóki nie zniknął w obłoku spalin. Pewnego dnia będę taki mieć – obiecałam sobie, ale natychmiast powróciła myśl, że przecież jestem ścigana, popełniłam przestępstwo i nie mam szans na przeżycie. No, chyba że wezmę się w końcu w garść i ruszę głową. Przynajmniej byłam teraz w dużym mieście. Może uda mi się wtopić w tłum mieszkających tu Irlandczyków. Znajdę pracę w fabryce, wynajmę pokój i wszystko może się jakoś ułoży. Może.

Zaczęłam iść wąskimi ulicami. Nigdy przedtem nie chodziłam po mieście. Oczywiście oprócz wczorajszej wizyty w Belfaście, ale Belfast nie jest nawet w połowie tak wielki. Poza tym byłam zbyt przerażona, by się czemukolwiek przyglądać. Zawsze marzyłam, że kiedyś zamieszkam w Dublinie albo nawet w Londynie, w porządnym domu ze służbą. Będę miała powóz i całą resztę... Owszem, jestem teraz w dużym mieście, ale zupełnie sama.

Wkrótce przekonałam się, że miasto ma różne dzielnice. Wzdłuż morskiej promenady stały piękne domy, ale im dalej w głąb lądu, tym bardziej obraz się zmieniał. Nad szarymi, brudnymi ulicami unosiła się gęsta chmura. I nie był to zwykły dym o słodkawym ziołowo-torfowym zapachu, taki jak z komina naszego domu. Od tego miejskiego dymu brązowiało powietrze, wszędzie czuć było duszący zapach.

Szłam i szłam. Domy stały blisko siebie, stłoczone w cieniu wspaniałych budynków z nadbrzeża. Widziałam zmęczone kobiety o szarych twarzach, trzymające na biodrach młodsze dzieci. Starsze bawiły się na ulicy. Chłopiec z zaciętym wyrazem twarzy rzucił w moim kierunku kamieniem i szybko uciekł. Poczułam nagle głód, ale nie miałam pieniędzy na jedzenie. Najpierw praca, potem posiłek – powiedziałam sobie.

Pod koniec dnia znów byłam przy dokach, wciąż bez pracy i wciąż głodna. Odwiedziłam wiele fabryk, ale wszystkie miały na drzwiach ogłoszenie: „Nie potrzebujemy pracowników” albo, co gorsza, „Nie potrzebujemy irlandzkich pracowników”.

Szary poranek zamienił się w pochmurne popołudnie. Spadł deszcz, który nie był tak odświeżający jak w moich rodzinnych stronach, w hrabstwie Mayo, ale drobny i gwałtowny. Pozostawił smugi na policzkach i pobrudził mi ubranie. Zimny wiatr wiał od strony oceanu. Bolały mnie nogi. Było mi zimno, czułam się głodna i zmęczona. Pojawił się również strach, bo zdałam sobie sprawę, że za długo przebywałam w okolicach portu. Już teraz na pewno mnie szukają. Jeśli zaraz nie znajdę kryjówki, wkrótce mnie złapią i będzie po wszystkim. Egzotyczne zapachy przypraw i perfum unosiły się z nadbrzeżnych budynków, przywodząc na myśl dalekie porty. Może będę miała szczęście i trafię na jakieś otwarte drzwi? Może znajdę schronienie na noc, a nawet coś do jedzenia?

Szłam wąską uliczką, naciskając jedną klamkę po drugiej. Kiedy spojrzałam za siebie, ujrzałam niebieskie mundury i kaski. Śledziło mnie dwóch policjantów. Ciaśniej otuliłam się szalem i przyspieszyłam, ale ich ciężkie kroki wciąż odbijały się za mną echem. Skręciłam. Oni również. Wkrótce zorientowałam się, że jestem w pułapce. Uliczka była ślepa. Wokół same wysokie ściany budynków. Jedyna droga ucieczki została zamknięta przez policjantów. Drzwi po prawej stronie były lekko uchylone, chociaż w środku się nie świeciło. Musiałam zaryzykować. Pchnęłam je i weszłam do środka.

2

Znalazłam się w wąskim przedsionku, w którym unosił się zapach gotowanej kapusty i moczu. Musiał to być jakiś pensjonat, bo na ścianach wisiały informacje dotyczące obowiązujących tu zasad – zakaz palenia, zakaz picia, zakaz odwiedzin, zakaz trzymania zwierząt, zakaz gotowania w pokojach. Obok umieszczono cytat niczym z Biblii: „Kochaj sąsiadów swoich”.

Stałam, nie wiedząc, co dalej robić, kiedy drzwi się otworzyły i do środka weszli dwaj policjanci.

– Chwileczkę, panienko – powiedział jeden z nich. – Musimy zamienić słówko.

Każdy wie, że najlepszą obroną jest atak. Nie po raz pierwszy kłamstwo miało mnie wybawić z kłopotów. Oczywiście czasami zdarzało się inaczej. Ale o tym akurat teraz nie miałam czasu myśleć.

Odrzuciłam do tyłu głowę, a ręce oparłam na biodrach.

– Zauważyłam, że za mną idziecie. Nie macie nic lepszego do roboty? Musicie śledzić porządne dziewczyny, które wracają do domu po całym dniu pracy? A może powinnam wam jeszcze dziękować za opiekę?

Wciąż patrzyli na mnie zimno i podejrzliwie.

– Czy panienka tutaj mieszka?

W bezczelnych kłamstwach nigdy nie byłam mistrzynią. Rodzice srogo nas karali, kiedy nie mówiliśmy prawdy. Czegoś nas jednak nauczyli.

– Niezupełnie, proszę pana. Odwiedzam...

– Mamy szukać młodej dziewczyny. Jest pani do niej bardzo podobna.

W tym momencie tuż przy moim boku otworzyły się drzwi i stanęła w nich jakaś kobieta.

– Czy to wreszcie ty, Siobhan? – zapytała. – Właź do środka natychmiast, ty darmozjadzie! Nie chcę słyszeć żadnych wymówek!

Złapała mnie za rękaw i pociągnęła w swoim kierunku.

– Czy zna pani tę młodą kobietę? – zapytał jeden z policjantów.

– Sugeruje pan, że nie znam własnej siostry? – odpowiedziała nieznajoma. – Godzinę temu wysłałam ją po lekarstwa i chciałabym wiedzieć, gdzie się podziewała. Żadnego zrozumienia dla biednej, chorej siostry! Niewdzięcznica!

Albo była stuknięta, albo ślepa, bo z pewnością brała mnie za kogoś innego. Postanowiłam nic nie mówić, zwiesiłam głowę i udawałam skruchę.

– Rano wszyscy wsiadamy na statek do Ameryki – ciągnęła kobieta. – Nie mogę wybrać się w daleką podróż bez swoich proszków. – Odwróciła się i zakaszlała.

Pierwszy policjant dotknął czoła.

– Przepraszamy za najście, proszę pani. Przepraszamy, panienko. Powodzenia w Ameryce!

Odeszli, zostawiając mnie w osłupieniu sam na sam z nieznajomą. Była młodsza, niż wydało mi się z początku. Bardzo chuda, o zmęczonych oczach.

– Przepraszam – powiedziałam. – Pomyliła się pani. Nie jestem pani siostrą.

Na jej zmęczonej twarzy pojawił się uśmiech.

– Wydaje ci się, że źle widzę? – spytała. – Obserwowałam was przez okno i zauważyłam, że tych dwóch cię śledzi. Pomyślałam, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Nie cenię angielskiej policji. Nie wiem, co zrobiłaś, ale nie wyglądasz mi na przestępczynię.

Zaprosiła mnie do środka.

– Wejdź, proszę. Postawiłam na ruszcie wodę na herbatę.

Zamknęła za nami drzwi.

Dwójka małych dzieci ogrzewała się przy lichym piecyku. Spojrzały na mnie wielkimi, czujnymi oczami.

– Dzień dobry – powiedziałam. – Mam na imię Molly, a wy?

Kobieta położyła ręce na głowach dzieci.

– To jest Seamus, tak jak jego tata. A ta mała istotka to moja Bridie.

Seamus wciąż nie odrywał ode mnie wzroku, ale na jego twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Bridie zakryła twarz kocem.

– Odkąd opuściliśmy dom i przyjechaliśmy tutaj, są trochę nie w sosie – ciągnęła kobieta. – Nie wiedzą, co je czeka i co będzie dalej. Biedactwa! Jestem Kathleen O’Connor – wyciągnęła do mnie rękę.

– Molly Murphy – powiedziałam. – Miło mi panią poznać. Jestem pani bardzo wdzięczna za pomoc. Nie znam tu nikogo.

Nalała gorącej wody do dzbanka na herbatę.

– Gospodyni nie pozwala nam gotować w pokojach, ale jedzenie, które nam podaje, jest do niczego. Nawet pies by go nie tknął. Usiądź wreszcie. Wyglądasz na umęczoną. Czy ci dwaj naprawdę cię śledzili?

Wyjrzałam przez okno, nie do końca pewna, czy przypadkiem dalej nie węszą gdzieś w okolicy.

– Obawiam się, że tak. – Zaczerpnęłam głęboko powietrza. – Uciekłam z Irlandii. Możliwe, że to właśnie mnie szukają. Dlatego nie powinnam tu długo zostać. Nie chcę was w nic wplątać...

– Myślisz, że wydałabym cię tym angielskim policjantom? – spytała. Jej akcent był zupełnie inny niż mój, słychać w nim było ostre „r” charakterystyczne dla północnych części kraju. – Cokolwiek zrobiłaś, z pewnością nie jest to nic aż tak strasznego.

Zerknęłam na dzieci.

Szybko odgadła moje myśli.

– Chyba macie już ochotę na podwieczorek – powiedziała. Sięgnęła do portmonetki zaczepionej przy pasku. – Macie tu dwa pensy. Seamus, zabierz siostrę do baru za rogiem i przynieście nam tu frytek za te dwa pensy. – Wręczyła chłopcu pieniądze, a on wziął siostrzyczkę za rękę.

– Chodź, Bridie – powiedział. – I lepiej się pospiesz, bo nie będę na ciebie czekał.

Dziewczynka zerknęła niepewnie na matkę.

– No idź, proszę – powiedziała kobieta do córki, wkładając jej szalik. – Będziesz źle spała w nocy, jeśli nie złapiesz trochę świeżego powietrza.

 

Kiedy za dziećmi zamknęły się drzwi, Kathleen zwróciła się w moją stronę.

– Zabiłam człowieka – powiedziałam i obserwowałam, jakie wrażenie zrobi na niej ta informacja. – Nie chciałam zabić.

– Nie chciałaś? – zapytała.

Patrzyłam w ogień. Chyba wyparłam wszystko z pamięci. Wolałam nie myśleć o tym, co się stało. Dopiero teraz całe zdarzenie ujrzałam jeszcze raz, jakby doszło do niego przed chwilą.

Justin wpada do naszego domku, wbija we mnie wzrok i z tym swoim bezczelnym uśmiechem na twarzy mówi mi, że nie mam się co bronić, bo przecież jestem jego własnością. Tak samo jak zwierzęta na farmie. Po raz pierwszy w życiu wiedziałam, że nie pokonam go słowami. Argumenty, które działały na innych chłopców, nie działały na Justina. Zaśmiał się i rzucił mnie na kuchenny stół. Usłyszałam, jak szeleści rozrywana suknia. Zaczął się niecierpliwić. Chwilę później zadałam mu cios, który zadziwił nawet mnie samą. Pamiętam jeszcze zdumienie na jego twarzy i przerażający odgłos uderzenia głową o piec... i krew wszędzie.

– Próbował, no wiesz... próbował się ze mną zabawić. – Nie potrafiłam wypowiedzieć słowa „zgwałcić”. – Odepchnęłam go, a on się poślizgnął i uderzył w głowę.

– A więc... – zaczęła Kathleen, ale potrząsnęłam głową.

– Nie, to przecież nie przekona sędziów, prawda? On był synem ziemianina. To arystokracja, a zabicie kogoś takiego nie uchodzi na sucho.

Wpatrywałam się w płomienie. Dopiero teraz docierała do mnie cała powaga sytuacji.

– Porwał mi sukienkę – powiedziałam, rozchylając szal. Poczułam, że jestem bliska łez. Nie mam jednak zwyczaju płakać w obecności nieznajomych.

– Bestia – rzekła cicho Kathleen, co sprawiło, że jeszcze bardziej zachciało mi się płakać. – Zasłużył na znacznie gorszą śmierć. Nie martw się. Nie pójdę na policję. Anglicy są podli. Jak myślisz, z jakiego powodu mój Seamus musiał wyjechać do Ameryki i zostawić nas tutaj na pastwę losu aż na dwa lata?

Podała mi herbatę w wyszczerbionym emaliowanym kubku. Wzięłam duży łyk i poczułam, jak ciepło wraca do ciała.

– Najpierw zabrali mi brata, potem męża – ciągnęła. – Zaczęło się, kiedy powiesili naszego Liama. Miał tylko dziewiętnaście lat, kochany braciszek. Razem z kolegami próbował powstrzymać zarządcę, który chciał eksmitować naszego sąsiada. W bójce zarządca zginął. Wszystko się działo w nocy, pogoda była brzydka; uszłoby im to na sucho, ale ktoś ich wydał. Jeden z nich, ma się rozumieć. Wszystkich powiesili – odwróciła się i znów zakaszlała.

– To straszne – powiedziałam. – A twój mąż?

– Próbował zorganizować w fabryce związek zawodowy. Ogłosili strajk. Zwołano strażników i zrobiło się nieprzyjemnie. Mój Seamus musiał uciekać, by ratować życie. – Znów zaniosła się kaszlem. – Udało się wsadzić go na statek do Ameryki, ale nie może wrócić do domu. Wyznaczyli nagrodę za jego głowę.

– Ale zaraz do niego dołączycie, prawda? To wspaniale.

– Tak. Wspaniale – odpowiedziała z dziwnym wyrazem twarzy.

W tym momencie do pokoju wpadły dzieci z torbą pełną frytek.

– Seamus zjadł parę po drodze – poskarżyła się Bridie, zanim przypomniała sobie, że w domu jest ktoś obcy. Kiedy mnie zauważyła, zwiesiła głowę i przytuliła się do matki.

– I tak starczy dla wszystkich – oznajmiła Kathleen. – A z wczoraj zostało nam trochę mięsnej zapiekanki. Czeka nas prawdziwa uczta.

Rozłożyła gazetę na małym okrągłym stoliku.

– Proszę, częstuj się – powiedziała do mnie.

– Nie, dziękuję. Nie mogę.

– Mamy dużo jedzenia. Nie pójdziemy spać głodni. Jutro będziemy w luksusach objadać się na statku.

– Czy na statku będzie dużo smakołyków? – Seamus wpychał sobie frytki do buzi. – Będą kiełbaski, mięso i inne rzeczy?

– Oczywiście. Wszystkiego pod dostatkiem. Ile tylko zdołasz zjeść – odpowiedziała matka.

Popiliśmy kolację herbatą, a potem Kathleen zapakowała dzieci do łóżka. Siedziałyśmy przy ogniu, dopóki płomień nie zaczął wygasać. Rozmawiałyśmy o naszych domach. Opowiedziała mi o swojej wiosce w hrabstwie Derry. Ja mówiłam o życiu w Ballykillin, o pływaniu w oceanie i o tym, jak biegałam po polach, czując na plecach ostre powiewy wiatru. Wydawało mi się wtedy, że umiem latać. To wspomnienie powoli się zacierało, zupełnie jakbym czytała o swoim życiu w książce.

– I co teraz zrobisz? – zapytała Kathleen, pochylając się w stronę ognia, by wykrzesać jeszcze ostatnie płomienie.

Wzruszyłam ramionami.

– Nie mam pojęcia. Pieniądze miałam tylko na podróż tutaj. Już nic mi nie zostało. Miałam nadzieję, że znajdę pracę w jakiejś fabryce, ale nie wydaje się to wcale takie proste.

– Nie masz tutaj żadnych znajomych? Nikogo, kto by cię przyjął?

– Nikogo. W rodzinie zawsze mówili, że źle skończę. Teraz myślę, że mieli rację. Szkoda, że nie mam więcej pieniędzy. Popłynęłabym z wami tym wspaniałym statkiem do Ameryki. Pewnie bardzo się cieszysz na spotkanie z mężem po tak długim czasie?

Wciąż patrzyła w ogień.

– Mhm – westchnęła. Wstała, podeszła do łóżka i wyciągnęła poduszkę. – Mam nadzieję, że nie zmarzniesz przy ogniu – powiedziała. – Może dam ci jeszcze szal?

– Naprawdę mogę się przespać na podłodze? – zapytałam. – Nie chcę sprawiać wam kłopotu.

– Przecież nigdzie nie pójdziesz – odparła. – Teraz, kiedy dzieci już zasnęły, ja poproszę cię o przysługę. – Usiadła przy mnie na dywaniku przed paleniskiem.

– O przysługę?

Nie miałam pojęcia, o co chce poprosić. Byłam ostatnią osobą na świecie, która może oddać komuś przysługę.

– Popłyń jutro zamiast mnie z dziećmi do Ameryki – powiedziała.

– Co?! – krzyknęłam, pewna, że się przesłyszałam.

– Nie mogę jutro wsiąść na statek.

– Dlaczego nie?

– Nie wpuszczą mnie – wyjaśniła bez emocji, patrząc na dogasający ogień. – Przed podróżą trzeba było przejść badanie lekarskie. Lekarz powiedział mi, że mam suchoty. To poważna choroba. Nazwał ją gruźlicą. Podobno z gruźlicą nie wpuszczają do Ameryki.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Siedziałyśmy w milczeniu, patrząc przed siebie.

– Ja nie mogę zabrać dzieci do ich ojca, a on nie może przyjechać po nie tutaj – powiedziała. – Chcę, żeby miały szansę na lepsze życie. Mówią, że w Ameryce jest nadzieja. Więc powinny się tam znaleźć. Proszę cię, żebyś popłynęła zamiast mnie, Molly. Zabierz moje dzieci do ich ojca.

– A co będzie z tobą?

Spojrzałam na nią. Miała w oczach łzy.

– Raczej nie wychodzi się z suchot, prawda? Ale jeśli Matka Boska sprawi, że stanie się cud i wyzdrowieję, natychmiast wsiądę na kolejny statek. Wierz mi. Zanim to nastąpi, pojadę do rodziny, do hrabstwa Derry. Na pewno się mną zajmą.

– A co byś zrobiła, gdybym się nie pojawiła? – zapytałam.

– Zaryzykowałabym. Ale i tak by mnie nie wpuścili. Miałabym tylko nadzieję, że uda się wysłać dzieci same i że w końcu trafią do ojca. Teraz jestem spokojna, bo wiem, że pod twoją opieką będą bezpieczne.

Po raz pierwszy na mnie spojrzała.

– Mam wrażenie, że zesłała cię tutaj Opatrzność Boska. Zabierzesz je, prawda?

Co mogłam powiedzieć?

Następnego ranka, pod zmienionym nazwiskiem, płynęłam do Ameryki.