Ostatnia iluzjaTekst

Z serii: Seria Molly Murphy #9
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Nota historyczna

Przypisy

Inne książki Rhys Bowen

Tytuł oryginału: The Last Illusion

Opracowanie redakcyjne: MIROSŁAW GRABOWSKI

Korekta: JANINA ZGRZEMBSKA, BEATA WYRZYKOWSKA

Projekt okładki: WITOLD SIEMASZKIEWICZ

Fotografie na okładce: © H. Armstrong Roberts/ClassicStock/Corbis/Fotochannels

© Carl Dietz, Library of Congress

Copyright © 2010 by Rhys Bowen

For the Polish edition

Copyright © 2021, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-7392-701-8

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Książkę tę dedykuję

pamięci mojej serdecznej przyjaciółki

i autorki kryminałów

Lyn Hamilton,

która zmarła po przegranej

heroicznej walce z rakiem

10 września 2009 roku

1

Nowy Jork, lipiec 1903

– Droga publiczności! Mój ostatni magiczny pokaz tego wieczoru to wyczyn nie z tej ziemi. Wprawi was w zdumienie i oszołomienie. Czegoś takiego w całej historii magii jeszcze nie było. Będzie niebezpiecznie! Będziecie się bać!

Magik, znany wszystkim jako słynny Signor Scarpelli, zamilkł, a widzowie wstrzymali oddech. Na scenę wyszła śliczna dziewczyna, ubrana cała na biało – w długą marynarkę wyszytą cekinami, pończochy na odsłoniętych zgrabnych nogach i kozaczki aż do kolan. Magik, dystyngowany człowieczek z imponującym, wywiniętym do góry wąsem, wyciągnął rękę. Kobieta ujęła jego dłoń i z gracją podeszła bliżej, by stanąć w świetle reflektorów.

– Szanowni państwo, przedstawiam wam uroczą pannę Lily. Dziś spróbuję przepiłować tę wspaniałą młodą damę na pół!

Przez audytorium przeszedł szmer przerażenia. Westchnęłam i ja. Spojrzałam na siedzącego obok Daniela i zdziwiłam się, widząc uśmiech na jego twarzy. Cóż, jest policjantem, pomyślałam. Niejedno widział. Czemu miałby się przejmować zwykłym przedstawieniem? Ja natomiast – wciąż w głębi duszy prosta dziewczyna z Irlandii – siedziałam jak zaklęta, oglądając dzisiejsze pokazy w Miner’s Bowery Theatre. Były gołębie, które nie wiadomo jakim cudem trafiały na scenę, po czym zamknięte w klatce znikały; kapelusze, z których magik wyciągał ogromne bukiety kwiatów; zadziwiające karciane sztuczki. Szczerze mówiąc, nigdy wcześniej nie oglądałam czegoś podobnego i teraz doskonale się bawiłam. Wieczory w towarzystwie narzeczonego napawały mnie ogromną radością. Kapitan policji nowojorskiej Daniel Sullivan rzadko jednak znajdował wolny czas, by zaprosić ukochaną do teatru.

Na scenę wtoczono duży przedmiot przykryty czerwonym aksamitem. Scarpelli teatralnym gestem odrzucił materię i naszym oczom ukazał się stół, a na nim duża podłużna skrzynia ozdobiona malunkami płomieni i spadających gwiazd. Magik obrócił ją, wskazując na otwory po bokach, a następnie uniósł pokrywę. Okazało się, że wnętrze jest wyłożone białym atłasem, co nie wiedzieć czemu skojarzyło mi się z luksusową trumną.

– Poproszę teraz swoją śliczną asystentkę Lily, aby weszła do środka – powiedział i znów wyciągnął rękę do dziewczyny.

Lily uśmiechnęła się i gestem dłoni pozdrowiła widownię. Magik Scarpelli pomógł jej wejść do skrzyni i się w niej położyć, a następnie zamknął pokrywę i przekręcił klucz w dwóch ogromnych zamkach. Głowa Lily wystawała z jednej strony, a stopy z drugiej. Orkiestra pod sceną zagrała złowieszczą melodię. Mistrz Scarpelli wziął wówczas ogromną piłę i pomachał nią przed oczami publiczności.

– Drodzy państwo, oto piła. Jestem pewien, że większość panów na tej sali wie, jak jej używać. Ta, którą trzymam w ręku, została pięknie naostrzona. Podejrzewam, że niektórzy z was chcieliby mieć w domu taką piłę do drewna. Pozwólcie, że zademonstruję.

Na scenę wjechał stolik, na którym leżała kłoda drewna. Magik Scarpelli zdjął marynarkę, podwinął rękawy i zaczął zawzięcie piłować, aż dwie połówki upadły na deski sceny.

– Sami rozumiecie, że przepiłowanie okazu tak delikatnego jak nasza słodka Lily zajmie mi tylko chwilę – powiedział, uśmiechając się do publiczności. – No to do dzieła. Muzyka!

Rozległy się bębny. Coraz głośniej i głośniej, aż teatr całkowicie wypełnił się dźwiękiem. Czułam, jak ludzie wokół mnie wstrzymują oddech. Siedziałam jak zaklęta. Scarpelli ostrożnie umieścił piłę na środku pudełka i zaczął nią przesuwać w przód i w tył. Wszedł w górną warstwę drewna jak w masło. Widać było, że z każdym ruchem piła ześlizguje się coraz niżej i niżej. Chyba już dotarł do ciała dziewczyny, pomyślałam. Nagle mrożący krew w żyłach krzyk zagłuszył piłę i bębny. Widzowie również zaczęli krzyczeć, a co poniektórzy zerwali się na nogi. Tu i ówdzie kobiety mdlały. Najwyraźniej coś poszło nie tak.

– Matko Boska – wymamrotałam.

Signor Scarpelli z trudem wyciągnął piłę, rzucił ją pod nogi, a potem zaczął nerwowo biegać dookoła stołu, szarpiąc zamki. Krzyki teraz ustały i w teatrze zapanowała złowieszcza cisza.

– Co za sprytna zagrywka! – szepnął mi do ucha Daniel. – Nieźle wszystkich wystraszył.

Potem zobaczyliśmy, że coś czerwonego kapie z dna skrzyni na podłogę.

– To krew. Patrz, to krew – sapnął ktoś z rzędu za nami.

– Nie! To nie może być! – krzyknął Scarpelli. – Ratunku!

Z zaplecza wybiegli jacyś mężczyźni i pospieszyli z pomocą.

– Nie martw się – szepnął do mnie Daniel. – To wszystko gra, zapamiętaj moje słowa.

W tym momencie Scarpelli otworzył pokrywę skrzyni.

– Panie Boże, tylko nie to! – krzyknął. – Jak to się mogło stać? Pomocy! Błagam!

Na scenę wszedł dyrektor teatru i podniósł ręce, prosząc o ciszę, chociaż prawie wszyscy na widowni stali w milczeniu, wpatrując się z przerażeniem w skrzynię.

 

– Drodzy państwo – zaczął. – Wydarzyło się nieszczęście. Coś nieprzewidzianego. Czy jest na sali lekarz?

– Ja jestem lekarzem – dobiegł nas tubalny głos z ciemności i dostojnie wyglądający mężczyzna o imponujących siwych bokobrodach dziarsko wbiegł po schodach na scenę.

Zaskakująco zwinnie jak na kogoś w słusznym wieku i o słusznej posturze, pomyślałam.

– Odsunąć się – rozkazał, rozpychając się łokciami. Spojrzał na leżącą w skrzyni dziewczynę i zwrócił się do dyrektora. – Nie wygląda to dobrze. Proszę natychmiast posłać po ambulans i opuścić kurtynę – oświadczył i odwrócił się plecami do widowni.

Dyrektor oznajmił:

– Szanowni państwo, zapraszam do wyjścia. Proszę wracać do domu. Odwołuję niniejszym resztę dzisiejszego przedstawienia.

Słowa te wywołały pomruki niezadowolenia i rozczarowania, ale ludzie rzeczywiście zaczęli opuszczać swoje miejsca. Daniel ruszył przodem do przejścia, a potem w dół w stronę sceny. Pod prąd przeciskał się przez tłum, jak łosoś w górę rzeki. Poszłam za nim. Chodziło mi po głowie, że wcale nie chcę oglądać tego, co się stało, ale mimo wszystko wspięłam się po schodach. Daniel odsunął kotarę. Widok, który ukazał się naszym oczom, wyglądał jak z obrazu – mężczyźni zgromadzili się wokół otwartej skrzyni, lekarz pochylał się nad leżącą w środku Lily. Podnieśli głowy, gdy zorientowali się, że wchodzimy na scenę.

– Czy pan też jest lekarzem, sir? – zapytał postawny doktor. – Bo jeśli nie, proszę natychmiast...

– Detektyw nowojorskiej policji – oznajmił Daniel. – Kapitan Sullivan – dodał i na potwierdzenie swoich słów wyjął z kieszeni odznakę. – Zanim którykolwiek z panów zacznie wszystkiego dotykać, zaznaczę, że musimy traktować to miejsce jak miejsce zbrodni.

– Oczywiście, kapitanie. – Scarpelli podszedł do Daniela. – Ktoś musiał manipulować przy moich rekwizytach. Piła nie powinna była dotrzeć w pobliże ciała. Tę sztuczkę miałem opanowaną do perfekcji.

– Bardzo z nią źle?

Daniel zbliżył się do skrzyni, a ja, starając się nie zwracać niczyjej uwagi, podążyłam za nim. Lily leżała nieruchomo w wyściełanej białym atłasem skrzyni. Naprawdę prawie została przecięta na pół. Blada skóra i biały strój kontrastowały z czerwoną plamą na samym środku. Krew ciekła z ogromnej rany i kapała na podłogę. Zrobiło mi się niedobrze.

Lekarz zbadał puls Lily. Podniósł wzrok i spojrzał na Daniela.

– Jeszcze żyje – powiedział. – Ale wątpię, by coś można było dla niej zrobić. Biedaczka! Ostrze wbiło się w jelita, a tego nie da się naprawić. Straciła masę krwi. Organizm za chwilę się podda.

Scarpelli sięgnął do skrzyni i podniósł bezwładną białą dłoń Lily. Miała eleganckie, długie palce, a jej ręka była teraz tak blada, że wyglądała jak z porcelany.

– Lily, moja biedna kochana Lily. Co ja ci zrobiłem! Wybacz mi, Lily. Wybacz mi, Boże. – Czule pocałował kobietę w rękę, a następnie położył delikatnie jej dłoń obok ciała.

– Czy ktoś poszedł sprowadzić ambulans? – zapytał Daniel.

– Ernest – mruknął jeden z mężczyzn.

– W takim razie niech któryś z was się ruszy i poszuka najbliższego posterunkowego – oświadczył Daniel. – Przekażcie mu wiadomość od kapitana Sullivana: w teatrze miała miejsce próba morderstwa, niech posterunkowy biegnie co sił w nogach do oficera dyżurnego w centrali. Ten z kolei ma tu natychmiast przysłać ludzi.

– Próba morderstwa? – Dyrektor wyglądał na przerażonego. – Raczej wypadek. Straszny wypadek.

– Iluzjonista twierdzi, że jego rekwizyty zostały naruszone. Muszę zatem potraktować to zdarzenie jako próbę zabójstwa. No już, ty tam chłopcze, rusz się i znajdź mi szybko policjanta – powiedział Daniel do pryszczatego młodzieńca, który stał nieruchomo, gapiąc się na scenę.

– Tak jest, kapitanie – odparł chłopak. – Wiem, gdzie go szukać.

Zbiegł ze sceny. Stukot butów na parkiecie odbijał się echem od ścian teatru.

– Niech ktoś leci po koc, trzeba ją przykryć – nakazał lekarz. – Jest zimno. Umrze, zanim ją zawieziemy do najbliższego szpitala.

– Proszę, oddam swój szal – zaproponowałam.

Spojrzeli na mnie ze zdziwieniem, dopiero teraz zauważając moją obecność.

– Młoda damo, nie powinno cię tu być – zauważył dyrektor teatru. – To nie miejsce dla delikatnej młodej kobiety.

– Jestem z kapitanem Sullivanem – powiedziałam. – Widziałam w swoim życiu gorsze rzeczy.

– Uważam, że pan ma rację, Molly – zdenerwował się Daniel. – Idź do domu. Któryś z chłopaków znajdzie ci dorożkę. Ja pewnie jeszcze trochę tu zabawię.

– Zostanę – odparłam. – Może na coś się jednak przydam.

– Naprawdę nie sądzę... – syknął Daniel i posłał mi zdecydowane spojrzenie, które mówiło: „Choć raz bądź mi posłuszna i nie rób scen”.

– Młoda damo, nic tu po tobie. Idź do domu – warknął lekarz. – Im mniej ludzi wokół rannej, tym lepiej.

Uznałam, że na tym etapie nie ma sensu protestować i drażnić Daniela. Po co mam stać i patrzeć, jak biedna dziewczyna wykrwawia się na śmierć? Prawdę mówiąc, poczułam się trochę słabo.

– W porządku – powiedziałam. – Nie będę panom przeszkadzać.

– Grzeczna dziewczynka – szepnął Daniel i uśmiechnął się z ulgą. – Czy któryś z was wyjdzie na ulicę i złapie dorożkę dla panny Murphy? O, widzę, że są już moi ludzie.

Zszedł po schodach, by przywitać się z policjantami, którzy właśnie dotarli do teatru.

Już miałam wychodzić, gdy usłyszałam głośne kroki. Po chwili na scenę wbiegł mały, muskularny, ciemnowłosy mężczyzna, a za nim ładna, drobna kobieta przebrana za chłopca.

– O co chodzi? – zapytał. – Słyszałem, że przedstawienie niespodziewanie się skończyło.

Podszedł do dyrektora. Twarz miał umalowaną, przez co jego spojrzenie wydało mi się wyjątkowo wyraziste. Od razu rozpoznałam słynnego Harry’ego Houdiniego[1] – króla kajdanek, znanego prestidigitatora. To przede wszystkim z jego powodu kupiliśmy bilety na dzisiejszy wieczór magii. Daniel śledził karierę Houdiniego z zainteresowaniem, gdyż kilka lat wcześniej magik odwiedził komendę policji i zaproponował policjantom ciekawy zakład. Mieli znaleźć w Nowym Jorku takie kajdanki, z których magik nie mógłby się samodzielnie uwolnić. Policjanci przegrali.

– To prawda, panie Houdini – powiedział dyrektor. – Niestety, miał miejsce straszny wypadek. Nie było wyjścia; musiałem wyprosić publiczność.

– Jakim prawem?! – wrzasnął iluzjonista. Zauważyłam, że mówi z obcym akcentem. – Wiesz przecież, że to dla mnie tu przyszli. Kupili bilety, a ty nie pozwoliłeś im obejrzeć pokazu prawdziwego iluzjonisty. Cała reszta to amatorzy!

– Kogo nazywasz amatorem? – zaprotestował Scarpelli, odwracając się do Houdiniego. – Nosiłeś pieluchy, kiedy ja odnosiłem pierwsze sukcesy. Może i przyjmowały cię dobre teatry i doceniła widownia w Europie, ale bardzo proszę, nie zgrywaj wielkiej gwiazdy.

– Przecież jestem wielką gwiazdą – powiedział Houdini, dramatycznie rozkładając ramiona. – Europa mnie uwielbia, gościłem na salonach królów i cesarzy. Car Mikołaj próbował mnie przekonać, żebym został jego osobistym doradcą. Zaledwie parę dni temu wróciłem do Nowego Jorku, a już mój występ zostaje odwołany przez jakiś głupi wypadek.

– Głupi wypadek...? – zaczął dyrektor teatru, patrząc na Houdiniego z niesmakiem. – Mój drogi panie, zdarzyła się wielka tragedia...

Ładna dziewczyna, która towarzyszyła Houdiniemu, położyła mu rękę na ramieniu.

– Nie denerwuj się, Harry. Przecież to nie jedyny wieczór. Publiczność wróci jutro i... – Najwyraźniej dopiero teraz zauważyła Lily, bo zamilkła, po czym przeraźliwie krzyknęła. – Och, mój Boże, Harry! Naprawdę została przecięta na pół! – Zakryła dłonią usta i zachwiała się. Wydawało się, że zaraz zemdleje.

Houdini pospieszył na ratunek.

– W porządku, Bess, kochanie. Wszystko będzie dobrze.

Pomógł jej dojść do najbliższego krzesła. Opadła na nie, ciężko oddychając. Houdini spojrzał w stronę skrzyni i zauważył zakrwawioną postać.

– Jezu – mruknął. – Przykro mi. Nie miałem pojęcia, że jest tak źle. Co się stało? Co poszło nie tak?

– Ktoś musiał namieszać – burknął Scarpelli. – Tę sztuczkę miałem opanowaną do perfekcji. Nie ma mowy, żeby... Ktoś chce mnie wykolegować. Zniszczyć moją reputację. Może to ten, który twierdzi, że jest królem iluzjonistów? – Ruszył w stronę Houdiniego.

– Nie bądź śmieszny – odparł Harry. – Nigdy bym się do czegoś takiego nie posunął. Zresztą po co miałbym się uciekać do niecnych manipulacji? I nigdy... – Nagle spojrzał na Lily. – Czy ona żyje?

– Wyczuwam słaby puls – powiedział lekarz.

– Więc na co czekamy?! – krzyknął Houdini. – Wózek! Podjedziemy do najbliższego wyjścia, skąd zabierze ją ambulans.

Skinął na pozostałych mężczyzn, by do niego dołączyli, po czym spojrzał na Bess, która wciąż siedziała zgarbiona na krześle, cicho szlochając.

– Czy ktoś może odprowadzić moją żonę do garderoby?

– Ja to zrobię – zaproponowałam.

– Wspaniale, panienko. Będę bardzo zobowiązany – odparł Houdini, zanim jego żona zdążyła cokolwiek powiedzieć. – Jest wyjątkowo wrażliwa, a przecież taki widok może wyprowadzić z równowagi największego twardziela.

Mężczyźni przygotowywali się do wyniesienia skrzyni. Przypomniałam sobie, co chciałam zrobić. Podbiegłam i okryłam biedaczkę swoim szalem. Był to wprawdzie zaledwie kawałek jedwabiu, jak przystało na lipcowy wieczór, ale lepsze to niż nic. Przynajmniej ta straszliwa rana zniknęła teraz pod materiałem. Rzuciłam w stronę skrzyni jeszcze jedno współczujące spojrzenie, po czym podeszłam do skulonej Bess i położyłam jej rękę na ramieniu.

– Pani Houdini, proszę ze mną. Przejdźmy tam, gdzie będzie się pani mogła położyć.

– Dziękuję – szepnęła, łkając. – Zabierz mnie stąd, proszę, zanim się porzygam.

Takie słownictwo u delikatnej kobiety o wyglądzie porcelanowej lalki! To się może zdarzyć tylko na Brooklynie, pomyślałam.

Podałam Bess ramię i wyprowadziłam ją ze sceny. Ostrożnie przeszłam za kulisami, uważając na liny, zwoje materiału i zgromadzone na zapleczu rekwizyty. Na szczęście pracowałam kiedyś jako statystka w teatrze, więc czułam się prawie jak w domu. Zrobiłam naprawdę dobry uczynek, ponieważ pani Houdini ledwo szła. Chwiała się jak pijana i ściskała moje ramię tak mocno, że jej paznokcie wbijały mi się głęboko w skórę.

– Przekroił ją na pół – dyszała. – Tyle krwi!

– Wiem. Straszne! Niestety, już nic nie możemy dla niej zrobić, a pani zdecydowanie należy się teraz odpoczynek.

Garderoba państwa Houdinich znajdowała się na końcu długiego korytarza. Na drzwiach wisiała gwiazda, ale wnętrze było zupełnie zwyczajne, bez żadnych luksusów. Najwyraźniej we własnym kraju Houdini nie był traktowany jak ktoś, kto zabawia królów i cesarzy. W kącie stała kanapa wyściełana końskim włosiem. Pomogłam Bess ułożyć się wygodnie.

– Już lepiej? – zapytałam, przykrywając ją ażurowym szalem.

– Moje sole trzeźwiące – sapnęła. – Na toaletce.

Znalazłam je wśród całej góry przydatnych w teatrze drobiazgów – szpatułek do nakładania kremu, rolek waty, słoiczków z kremem i różnych medykamentów na wzmocnienie serca lub ukojenie nerwów. Podniosła buteleczkę do nosa, zakaszlała, po czym wręczyła mi ją z powrotem.

– Teraz lepiej – powiedziała już bardziej normalnym głosem.

Naprawdę nigdy nie mogłam zrozumieć, o co chodzi z tymi solami. To przecież okropność! Ale prawda jest też taka, że nie noszę gorsetu, więc mnie omdlenia zupełnie nie dotyczą.

– Wszystko będzie dobrze. Jeszcze raz dziękuję, panno...?

– Murphy – odparłam. – Molly Murphy.

Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. Sprawiała wrażenie miłej i delikatnej osoby. Delikatnej jak porcelanowa lalka.

– Dziękuję za pomoc. Jesteś bardzo uprzejma. Czy pracujesz w teatrze?

– Nie, byłam na widowni z narzeczonym, który jest policjantem, więc naturalnie zaraz po wypadku wkroczył do akcji.

Zadrżała i owinęła się szczelniej szalem.

– Strach pomyśleć, prawda? To mogłam być ja. A mój Harry co wieczór naraża się na niebezpieczeństwo. Co wieczór... To niby tylko teatr – kontynuowała – ale nasze występy muszą mieć w sobie element grozy, bo inaczej publiczność nie dopisze. Kiedy wykonujemy numer zwany Metamorfozą, zawsze w głębi duszy się boję, że któregoś wieczoru w końcu nie wyjdę cało ze skrzyni, że się uduszę.

– Nie chciałabym tak żyć – odparłam. – Pracowałam kiedyś przez chwilę w teatrze i powiem krótko: nie ciągnie mnie tu z powrotem.

 

– Występowała panienka na scenie? – Spojrzała z niedowierzaniem, zauważając zapewne moją mocną budowę, twarz bez śladu makijażu, pospolity ubiór i brak biżuterii.

– Jako statystka – zaśmiałam się. – Tak, wiem, że tu i ówdzie mam trochę za dużo, ale jestem prywatnym detektywem i w teatrze tak naprawdę prowadziłam śledztwo.

– Kobieta detektyw? To kobiety pracują w tym zawodzie?

– Owszem. Jestem tego żywym dowodem – odparłam i sięgnęłam do torebki. – Oto mój bilet wizytowy.

Przyjrzała się mu uważnie, a potem popatrzyła mi w oczy, jakby wciąż starała się zrozumieć jego treść.

– Detektyw – powtórzyła. – Rety, to brzmi ekscytująco!

– Czasami zbyt ekscytująco – zauważyłam. – Mój narzeczony chce, żebym zrezygnowała z pracy, kiedy się pobierzemy.

– Cóż, trudno się dziwić, prawda? Mam szczęście, że akurat mogę pracować razem z mężem i przy okazji mieć na niego oko. Jest tu sporo dziewczyn, które lgną do mojego biednego Harry’ego.

– Przecież świata poza panią nie widzi – odparłam dyplomatycznie.

– Taką mam nadzieję – powiedziała. – Pomimo całej pewności siebie wciąż jest prostym chłopakiem z małego miasteczka. Zrobił karierę od pucybuta do milionera. Syn rabina. Urodzony na Węgrzech. W pierwszych latach po przybyciu do Nowego Jorku jego rodzina klepała nie lada biedę.

Pomyślałam, że czas się zbierać. Nie chciałam teraz wgłębiać się w szczegóły życiorysu Harry’ego Houdiniego.

– Muszę już lecieć – oznajmiłam. – Czeka na mnie dorożka, a narzeczony będzie się niepokoił. Nie wie, gdzie jestem.

Wyciągnęła delikatną białą rękę.

– Jeszcze raz dziękuję za pomoc.

– Proszę odpocząć.

– Odpocznę. Ja dam sobie radę. Ale Harry? Codziennie się o niego martwię.

Wyszłam, cicho zamykając za sobą drzwi. Ja też poślubię wkrótce kogoś, kto wykonuje niebezpieczną pracę. Czy będę się codziennie o niego martwić?