Dziennik Reni Spiegel

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału: RENIA’S DIARY

Copyright © 2019 by Elizabeth Bellak

Posłowie copyright © 2019 by Deborah E. Lipstadt

Published by arrangement with St. Martin’s Press

All rights reserved

Projekt okładki: James Jones

Zdjęcie na okładce: © Elizabeth Bellak

Mapy: Jeffrey L. Ward

Zdjęcia na wkladce: z archiwum rodzinnego

Redaktor prowadzący: Milena Rachid Chehab

Przekład Posłowia, Uwag i komentarzy: Magdalena Iwińska

Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta: Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8234-538-4

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl



RENIA I JA

Kiedy miałam się urodzić, rodzice zrobili bociana z papieru i postawili go w oknie. Powiedzieli mojej siostrze Reni, że będzie nowe dziecko. Oczywiście wtedy nie wiedziano, czy to będzie chłopiec czy dziewczynka. I tak przyszłam na świat jako Ariana Spiegel 27 września 1930 w Stawkach1, niedaleko granicy Rumunii. Stawki – znaczy małe stawy. Gdy się urodziłam, od razu zaopiekowała się mną niania. Miała na imię Kasia. Kiedyś zabrała mnie na spacer nad okoliczne stawy. Tam, na polu, pasła się krowa ze swoim świeżo urodzonym cielakiem. Kiedy nas zobaczyła, zaczęła biec w naszym kierunku. Kasia zdążyła jednak wyjąć mnie z wózka i uciec ze mną na rękach. Krowa zaatakowała i zniszczyła wózek. W ten sposób niania uratowała mi życie.

Mój ojciec Bernard był bardzo przystojny, wysoki, miał siwe włosy, ale słyszałam, że wcześniej miał rude. Moja mama Róża była piękna. Nie wiem dlaczego, ale nazywaliśmy ją Buluś albo Bulczyk.

Mieszkaliśmy w majątku, którym zarządzał mój ojciec. Był tam nasz dom, dom ślusarza i dom stolarza. Chłopi z okolicznych wiosek przychodzili do nas do pracy. Koło domu były grządki z kwiatami, a w pobliżu hodowano warzywa, które czasem wysyłaliśmy do rodziny w mieście. W zamian dostawaliśmy cukierki. Mieliśmy kury, świnie, gęsi, krowy i konie. Czasem zabijano świnię i wędzono kiełbasę. Gdy podrosłam, chodziłam z siostrą do lasu zbierać poziomki, a czasem tata zabierał mnie, by pokazać mi prace w polu.

Ojciec sprzedawał buraki cukrowe na cukier. Z miasta przyjeżdżali do nas ludzie, żeby je kupować. Moja mama rozmawiała z nimi, pomagając ojcu w negocjacjach. Czasem też jeździła konno. Lubiła nas ubierać w różne stroje ludowe, tak ubrane jeździłyśmy na przykład na dożynki do Zaleszczyk. Tam śpiewałyśmy i byłyśmy przyjmowane przez burmistrza miasta2. Nie pamiętam żadnych nieporozumień między ojcem i mamą, ale myślę, że to nie było udane małżeństwo, ponieważ moja mama opuściła mojego tatę. Nic się na ten temat nie mówiło, ale w końcu mama zdecydowała o rozwodzie. Zawiozła mnie i Renię do Przemyśla, do swoich rodziców, a ojciec został w majątku.

W Przemyślu mieszkaliśmy na ulicy Słowackiego 19. To była jedna z głównych ulic w mieście. Pod naszymi oknami często przechodziły pogrzeby, bo niedaleko był cmentarz. Ale odbywały się też parady, na przykład 3 maja z okazji rocznicy konstytucji. Stawaliśmy na balkonie i patrzyliśmy z góry, czy to na paradę, czy na pogrzeb.

Moja babcia Anna Meister w tym samym budynku miała sklep papierniczy. Sprzedawała książki, notesy, ołówki, kartki z życzeniami. Obok sklepu była apteka i sklep brata babci, który mieszkał z żoną na tym samym piętrze co my. Babcia i dziadek z nimi nie rozmawiali – uważali, że ta kobieta ma kochanka, i nie aprobowali tego.

Nasze mieszkanie składało się z sypialni, gdzie spali dziadkowie, i z dużego salonu, gdzie spałyśmy ja i Renia. W salonie stały pianino i stół, przy którym jedliśmy posiłki. Był też piec kaflowy. W kuchni mieszkała nasza służąca Pelagia Paliwoda. Mieliśmy oczywiście łazienkę z bieżącą wodą i wanną.

Na początku nie chodziłyśmy do szkoły, uczono nas w domu. Moja mama zdecydowała, że mam talent do recytacji, nauczyła mnie paru wierszy i zabrała do Warszawy. Renia została w Przemyślu. W Warszawie poznałyśmy panią Arciszewską, która uczyła mnie recytacji i nowych wierszy. Mieszkała w pałacu z dwoma psami i kochała mnie jak włas­ną córkę. Nie wiem, jak to się stało, ale zostałam zaangażowana do Cyrulika Warszawskiego3. Recytowałam, grałam na fortepianie i śpiewałam piosenki. Nie miałam żadnej tremy. Mogłam wejść spokojnie na scenę i recytować to, o co mnie prosili. Były to wiersze znanych polskich poetów, Tuwima i Brzechwy. Oni zaś zapraszali nas do siebie do domu, myślę, że podobała im się moja recytacja. Bardzo lubiłam ich wiersze. Brzechwa przyszedł kiedyś na moje przedstawienie i dał mi małą kaczkę, Kaczkę Dziwaczkę z jego wiersza. Jeździliśmy z tym przedstawieniem też do innych miast. Pamiętam, że występowałam na przykład w Łodzi4, mam nawet stamtąd zdjęcie.

Moja mama znała w Warszawie parę osób, które pracowały w filmie, i zaczęła mnie promować jako aktorkę5. Chciała chyba, żebym została gwiazdą filmową, ale ja nie miałam żadnych profesjonalnych zdjęć do pokazania. Miałam tylko zdjęcia z Przemyśla i z Łodzi, z moich występów. Mama znalazła w Warszawie fotografkę Halinę Zalewską i ona zrobiła mi całą sesję zdjęciową. Oglądałam często filmy z Shirley Temple. Podobały mi się jej kręcone włosy. Moje były proste, ale ja też byłam młoda i zabawna, trochę grałam na fortepianie, trochę tańczyłam i śpiewałam, więc mnie z nią porównywano. Kochałam Shirley Temple, wszyscy ją kochali, ale raczej się nią nie inspirowałam, bo ja zawsze robiłam to, co chciałam. Mimo to i tak pisali, że jestem polską Shirley Temple.

Moja siostra Renia była starsza ode mnie o sześć lat. Kochała ptaki, słuchała ich śpiewu, kochała drzewa. Była romantyczną i uduchowioną osobą. Wszystko widziała w sposób bardzo poetycki.

Ja byłam raczej normalna i zawsze wesoła, ona – cicha. Była inteligentną dziewczyną. Pisała poezje, a mama bardzo ją do tego namawiała. Dziadkowie wysyłali nas na lekcje fortepianu, a moja siostra dodatkowo chodziła na lekcje polskiego do profesora Jerschiny6. Ja – oprócz lekcji muzyki – nie byłam zaangażowana w żadną aktywność pozalekcyjną. Często słuchałam historii opowiadanych przez Renię. Zawsze coś pisała, siedząc cichutko na swoim łóżku, a potem chowała gdzieś zeszyt. Kiedy pytałam ją, co robi, mówiła, że pisze pamiętnik i że to jej wielki przyjaciel. Ale nigdy mi go nie pokazała. Wiedziałam więc, że pisze, ale nie wiedziałam o czym, a ona dużo nie opowiadała. Myślę, że pamiętnik był jej powiernikiem i nikogo nie chciała dopuścić do swoich zwierzeń.

Wojna zastała mnie i Renię w Przemyślu. Wróciłyśmy z wakacji u taty i zaczęłyśmy się przygotowywać do pójścia do szkoły. Ludzie uciekali przed zbliżającymi się Niemcami. Babcia powiedziała, że nigdzie się nie wybiera, że nie zostawi domu i nie dba o to, co się stanie. Dziadek, Renia i ja wyszliśmy z miasta i zaczęliśmy iść w kierunku Lwowa. Była to niebezpieczna wyprawa, gdyż ciągle były bombardowania. Szliśmy po polach i ukrywaliśmy się w lasach. Renia zraniła się w nogę, biegnąc po świeżo skoszonym życie. W końcu ktoś nas podwiózł furmanką do Lwowa. Widok był przerażający, na ulicach leżały zabite konie. Nagle pojawili się rosyjscy żołnierze, choć my myśleliśmy, że wejdą Niemcy. Rosjanie zabierali broń polskim żołnierzom. To był bardzo smutny widok, w mieście panowała przygnębiająca atmosfera. Pojawił się obcy język. Nie znałam rosyjskiego, całkowicie nowa sytuacja. Nie było jedzenia. Trzeba było stać w kolejce od trzeciej w nocy po jeden bochenek chleba. Dwudziestego trzeciego września Rosjanie zaczęli okupować Lwów.

Wróciliśmy do Przemyśla, który teraz był również pod rosyjską okupacją – nie było powodu, żeby zostać na dłużej we Lwowie. Z babcią przez ten okres nie mieliśmy żadnego kontaktu, nie było telefonów czy radia. Bardzo się ucieszyła, kiedy wróciliśmy. Rosjanie okupowali naszą część miasta, a Niemcy resztę Polski. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje z mamą, byliśmy od niej rozdzieleni rzeką San, która teraz była granicą rosyjsko-niemiecką.

Rosyjscy żołnierze byli całkiem inni niż polscy. Strasznie śmierdzieli. Nie sądzę, żeby często zmieniali ubranie. Każdy żołnierz miał aluminiowy kubek, menażkę zrobioną z puszki po konserwie. W nich gotowali i z nich jedli. Mieli po pięć zegarków na ręce, nie wydaje mi się, żeby je kupili. Nie bardzo rozumiałam, o co chodzi w noszeniu pięciu zegarków. Jeden z dowódców chciał natychmiast żenić się z Renią, nie przeszkadzało mu, że ona ma piętnaście lat. Żołnierze uwielbiali kartki z życzeniami ze sklepu mojej babci, nazywali je „lubownoje kartoczki”. Najbardziej podobała im się kartka z chłopakiem i uśmiechającą się dziewczyną. Dla nas, dzieci, byli dobrzy, mówili do nas po rosyjsku, ale ja niewiele z tego rozumiałam.

Na początku okupacji rosyjskiej nie działo się zbyt dużo. Renia miała swoje zajęcia, a ja swoje. Poszłam wtedy po raz pierwszy do szkoły. Lekcje nie były trudne. Musieliśmy się uczyć języka rosyjskiego w mowie i w piśmie, mieliśmy też lekcje z języka polskiego i arytmetyki. Pamiętam, że robiłam dużo zadań. Renia natomiast zaczęła naukę w gimnazjum.

 

Czasem wybierałam się na łyżwy. Nie szło mi najlepiej, ale próbowałam. Czasem też bawiłam się z Renią lalkami. To były papierowe lalki. Renia je rysowała, jedną blondynkę, drugą brunetkę. Potem wycinałyśmy je i rysowałyśmy dla nich różne ubranka: pidżamę, fartuszek do kuchni, spódnice, suknie wieczorowe. Te stroje – w różnych kolorach – były bardzo ładne. Wycinałyśmy ubranka z małymi zakładkami, żeby trzymały się na wcześniej wyciętych lalkach. Czasem bawiłam się z Dzidką Leszczyńską. Dzidka była moją najlepszą koleżanką, chodziłam z nią do klasy. Jej siostra zaś była w klasie z moją siostrą. Tata Dzidki wyglądał bardzo arystokratycznie: wysoki i z wąsami. Miał dziwne imię – Ludomir. Był właścicielem małego zakładu, gdzie pakowali kawę do puszek7. Często bywałam u nich w domu.

W Przemyślu było sporo żołnierzy rosyjskich, ponieważ teraz to było miasto graniczne. Żołnierze budowali baraki. Na rzece San był most, który łączył niemiecką i rosyjską strefę okupacyjną. Niemiecki żołnierz stał po jednej stronie mostu, a rosyjski po drugiej. Żeby przejść, trzeba było mieć specjalne pozwolenie. Przyzwyczailiśmy się do tej okupacji, ale największym problemem było to, że nie mogliśmy zobaczyć się z mamą. Dostaliśmy od niej tylko kilka listów, bo chyba nie można było się komunikować. Nie wiedzieliśmy długo, co się z nią dzieje, czy w ogóle żyje.

Najlepszą przyjaciółką mojej siostry była Nora. Nie była taka ładna jak Renia, no i miała trochę depresyjny charakter. Renia zabierała mnie czasem do Nory, pamiętam jej pokój – zawsze trochę ciemny. Nora była artystką i zaufaną przyjaciółką mojej siostry. Gdy Renia napisała wiersz, to Nora go ilustrowała. Wszystkie obrazki zrobione były ręcznie. Nora także pisała, ale nie miała takich sukcesów jak Renia. Obie często dyskutowały o poezji i literaturze. Mówiły też o szkole, o ocenach i dużo o kolegach. Były starsze ode mnie i interesowały się już chłopcami. Od czasu do czasu kłóciły się oczywiście i wtedy Renia mówiła, że ma już Norki dość. Norka mówiła tak samo, a potem wszystko wracało do normy. Renia była wzorową uczennicą, lubianą w szkole. Szczególnie radziła sobie na lekcjach języka polskiego. Dostawała sporo nagród jako najlepsza w klasie. Była dumna z tych wyróżnień i zawsze mi się nimi chwaliła. Zresztą rozmawiała ze mną niemal o wszystkim, mimo że byłam znacznie od niej młodsza. Od czasu do czasu nauczyciele prosili, by Renia napisała jakiś wiersz na szkolne uroczystości. Ponieważ ja umiałam recytować, Renia czasem prosiła mnie o przeczytanie jej wiersza. Szybko uczyłam się go na pamięć i chętnie deklamowałam.

Bardzo tęskniłam za mamą. Spędziłam z nią większość mojego dzieciństwa, dużo razem podróżowałyśmy, mieszkałyśmy razem w Warszawie. Moja siostra mieszkała wtedy u dziadków, więc jej brakowało mamy jeszcze bardziej. To było bardzo smutne.

Wiosną 1941 przyjechał do nas aptekarz z Warszawy z listami od mamy. Ogromnie się ucieszyliśmy. Dowiedziałam się wówczas, że mama teraz nazywa się Marianna Leszczyńska. Nie martwiłam się tym wcale, bo rozumiałam, że musi być jakiś powód. Byliśmy wszyscy szczęśliwi, że żyje. Dziadkowie dali aptekarzowi pieniądze i biżuterię, i dużo listów. Miał to wszystko przekazać mojej mamie w Warszawie.

Po jakimś czasie Renia poznała Zygmunta. Był rok lub dwa lata starszy od niej, ale chodzili do tej samej szkoły. Na początku widywałam go tylko z daleka, potem – gdy zaczął chodzić z moją siostrą – widywałam go często, odwiedzał nas w domu. Wtedy poznałam go lepiej. Renia ogromnie go lubiła, mówiła o nim bez przerwy. Zygu był bardzo ładnym, wysokim chłopcem. Miał kręcone czarne włosy, zielone oczy i dołki w policzkach. Nasza mama chodziła do gimnazjum z jego mamą. Ja też poznałam jego mamę. Renia pytała mnie, co o nim uważam, a ja oczywiście miałam na ten temat swoje zdanie. Byłam dość pewna siebie, bywałam w Warszawie, sporo podróżowałam i nie bałam się mówić, co myślę.

Rosjanie zaczęli zabierać ludzi i wysyłać ich na Wschód. Zabrali mieszkańców z drugiej strony naszej ulicy. Krążyła plotka, że niedługo przyjdzie nasza kolej. Na początku nie wiadomo było, dokąd ich zabierają, ale potem przyszły listy z Syberii. Mówiono, że kolejne wywózki będą w lecie 1941 roku. Oczywiście to nie było przyjemne uczucie wiedzieć, że my będziemy następni.

Pewnego dnia usłyszeliśmy spadające bomby. Najpierw świst, a potem wybuch. Niemcy wracali do Przemyśla. Śmiertelnie wystraszeni, ukryliśmy się w piwnicy naprzeciwko naszego domu. Nagle wpadł tam rosyjski żołnierz, wymachując przed nami pistoletem. Wszyscy zamarli ze zgrozy. On w zasadzie w nikogo nie mierzył, tylko machał i krzyczał. W końcu wybiegł. Nikomu nie zrobił krzywdy. Kiedy bombardowanie się skończyło, wyszliśmy na zewnątrz. To było okropne przeżycie. Teraz uciekali Rosjanie, a przychodzili Niemcy. My byliśmy w środku. Baliśmy się Niemców, ponieważ słyszeliśmy, że nienawidzą Żydów i że ta okupacja będzie inna. Rosjanie mogli nas wysłać na Syberię. Teraz w strachu oczekiwaliśmy, co zrobią z nami Niemcy.

Na początku był chaos, nie chodziłyśmy do szkoły. Potem zaczęła się nauka, dla wszystkich z wyjątkiem Żydów. Bardzo szybko, już 1 lipca 1941 roku, wprowadzono prawo, że Żydzi muszą nosić na ramieniu opaskę z gwiazdą Dawida. Ja nigdy nie nosiłam żadnej opaski. Po pros­tu wychodziłam bez niej. Byłam chyba za młoda, żeby o tym myśleć. Wkrótce pojawiło się następne zarządzenie, aby wszystkie futra, ciepłą odzież, ciepłe buty oddać niemieckiej armii, bo była sroga zima. Mój dziadek nie chciał przekazać futer Niemcom i dał zimowe ubrania na przechowanie ukraińskiej rodzinie, mając nadzieję, że kiedyś je odzyska. Przynajmniej nie oddał Niemcom. Potem przyszli do naszego domu i zabrali pianino. W ten sposób skończyły się moje ćwiczenia z muzyki. O dziwo, po tej inwazji łatwiej było komunikować się z mamą. Listy przychodziły prosto z Warszawy z wiadomościami, co się u niej dzieje.

Renia nadal spotykała się z Zygmuntem, myślę, że była w nim zakochana. Zawsze się do siebie tulili, uciekali w kąt pokoju, żeby mieć odrobinę prywatności. Siadali czasem koło kaflowego pieca i tam szeptali, tuląc się, a niekiedy głośno śmiejąc. Gdzie wtedy byłam? Byłam w drugim końcu pokoju, żeby im nie przeszkadzać. Teraz to już był Reni chłopak. Ona go kochała i ciągle była zazdrosna o inne dziewczyny, nawet o mnie.

Wkrótce zdecydowano, że wszyscy Żydzi w Przemyślu muszą się przenieść do getta. Dziadkowie, którzy spędzili całe swoje życie w domu przy ulicy Słowackiego, musieli teraz znaleźć mieszkanie w części miasta przeznaczonej na getto. Bardzo to przeżywali, ale spakowali wszystko, co mogli, i przenieśliśmy się do innego mieszkania. Tam było bardzo ciasno, ale mieliśmy ogródek, w którym rosły pachnące kwiatki.

Po paru dniach pobytu w getcie postanowiono, że mam przejść na aryjską stronę. Miałam tylko jedną sukienkę i granatowy, dość schodzony płaszczyk. Dziadek włożył mi do mojej walizeczki parę amerykańskich dwudziestodolarówek i trochę biżuterii. Wszystko było ukryte w rączce. Dziadek powiedział mi, co tam jest. Potem przyszedł Zygmunt i wyprowadził mnie z getta. Trochę się bałam, bo nie powiedziano mi, dokąd mnie zaprowadzi. Nie wiedziałam w końcu, czy idziemy na stronę aryjską, czy tylko w inne miejsce w getcie. Bałam się nieznanego. Mojej siostry nie było. Dziadkowie zostali sami.

Zygmunt doprowadził mnie do domu Leszczyńskich. Tam się uspokoiłam, gdyż znałam całą tę rodzinę. Pan Leszczyński powiedział, że zawiezie mnie do mojej mamy. Byłam bardzo szczęśliwa. Mieszkałam u nich przez tydzień, aż w jasny dzień pan Leszczyński zabrał mnie na stację kolejową. W Przemyślu wszyscy mnie znali, ale dotarliśmy na stację i nikt nas nie zatrzymywał. Na stacji byli gestapowcy z psami, ale pan Leszczyński trzymał mnie mocno za rękę. Miał wąsy, na głowie kapelusz i wyglądał bardzo oficjalnie. Pojechaliśmy pociągiem do Krakowa. W Krakowie to samo – żołnierze z psami i jeszcze więcej strachu. Przeszliśmy do innego pociągu w kierunku Warszawy. Sprawdzili nasze papiery. Pan Leszczyński powiedział, że jestem jego córką. Niemcy nie dopytywali, bo wyglądał trochę na Niemca i dobrze mówił po niemiecku. Widząc psy, byłam zaskoczona, ale grałam rolę dziecka, jego córki, i nie bałam się. Udało nam się dotrzeć do Warszawy. Gdy wyszliśmy z dworca, podszedł do nas jakiś człowiek i powiedział do pana Leszczyńskiego: „Pan prowadzi żydowskie dziecko”. Pan Leszczyński zdenerwował się bardzo, sczerwieniał i krzyknął do niego: „Jak zaraz nie znikniesz, to cię zabiję!”. I ten człowiek zniknął.

Dotarliśmy do domu, w którym czekała moja mama. Co to było za przywitanie, mój Boże! Płakałam ze wzruszenia. Mama też płakała. Wszyscy płakali. Mama wyglądała pięknie, jak zawsze. Ja wyglądałam jak sierota. Zjedliśmy kolację. Potem pan Leszczyński objął mnie mocno, życzył mi szczęścia, pożegnał się i wyszedł.

Rodzina Beredów, u której gościliśmy i z którą mama była bardzo zaprzyjaźniona, była katolicka, chociaż pani Beredowa miała żydowskie pochodzenie i podobno związane z tym własne problemy.

Pojechałam z mamą do jej mieszkania na Żoliborzu, gdzie mieszkała z dwoma kuzynkami prałata Fajęckiego8, księdza, który ją ochrzcił. Mama pracowała w jego kancelarii, bo potrzebował kogoś mówiącego po niemiecku. Chodziła też do kościoła i powiedziała, że mnie również ochrzczą, ale najpierw musi mi kupić nowe ubrania. Wkrótce zostałam przedstawiona prałatowi Fajęckiemu. Był miłym, wesołym mężczyzną, może trochę otyłym. Jego kościół był na ulicy Hożej9. Moją matką chrzestną została pani Beredowa. Ojca chrzestnego nie miałam. Tak zostałam ochrzczona. I tutaj moja historia zaczyna się na nowo. Teraz nazywałam się Elżbieta Jarosława Alicja Leszczyńska. Wiedziałam, co to znaczy. To było moje nowe życie. Byłam na scenie i byłam sprytną dziewczynką. Wiedziałam wszystko. Wiedziałam, co mam robić. Miałam zapomnieć o swojej przeszłości i myśleć tylko o swoim nowym życiu. Zaraz po chrzcie prałat zabrał mnie do klasztoru i tam zamieszkałam u zakonnic. To były szarytki, siostry miłosierdzia. Później przeniesiono mnie do urszulanek. Klasztor był jak szkoła z internatem. Chodziłam na lekcje. Uczęszczałam z siostrami i innymi dziećmi na modlitwy. Nie miałam żadnych problemów. Nauczyłam się modlić i przyjmować komunię. Mama odwiedzała mnie w każdą niedzielę. Niewiele wiedziałam, co się dzieje na świecie. Zakonnice po prostu trzymały nas z daleka od wojennych wiadomości. Po kilku miesiącach wróciłam do mamy. Teraz byłam gotowa do nowego życia, bo dostałam papiery, umiałam się modlić i razem z mamą mogłam chodzić do kościoła. Dokumenty mojej mamy mówiły, że jest bezdzietna, więc musiałam udawać, że jestem jej kuzynką, nie córką, ale naprawdę ona była moją mamą, a ja jej córką. Kontynuowałam naukę na tak zwanych kompletach. Chodziło się do prywatnych mieszkań nauczycieli. Na łacinę jeździłam z Żoliborza aż na Mokotów.

Żyłyśmy po aryjskiej stronie. Wiedziałam, że w Warszawie jest getto, i czasem widziałam na ulicy dzieci, głodne dzieci z napuchniętymi brzuszkami. Rozumiałam, że to są bezdomne dzieci żydowskie, które uciekły z getta. Żebrały, siedząc na chodnikach. Prawie nie miały na sobie ubrań. Wyglądały biednie i brudno. Ludzie dawali im jedzenie.

Nie miałam pojęcia, co się stało z dziadkami. Nie wiedziałam, co się stało z moim ojcem i jego drugą rodziną. Nie wiedziałam nic o Reni. Przyjaciel Beredów, pan Anderle, pojechał z moją mamą do Przemyś­la, żeby się dowiedzieć, co tam się dzieje. Znaleźli tylko amulet mojej siostry. Coś, co nosiła zawsze na szyi. Mama wróciła i powiedziała mi, że Renia nie żyje i że nie ma śladu po dziadkach. Znajomy mamy, pan Perucki, załatwił jej pracę w Hotelu Europejskim, który należał do rodziny Przeździeckich. Mama znała język niemiecki i francuski, została więc asystentem menedżera w biurze. Prowadziła między innymi korespondencję oficerów niemieckich mieszkających w hotelu. Było tam około 300 pokoi, zawsze pełnych oficerów, Bywali wśród nich generał von Kleist i pisarz Rudolf Meier von Schwanebeck10, który pracował dla Mitropy, firmy zajmującej się między innymi eksploatacją wagonów restauracyjnych i sypialnych. Ten ostatni zaprzyjaźnił się z moją mamą, dał jej nawet książkę Die Brüder Brumby. W obsłudze hotelu pracowali sami Polacy: konsjerże, sprzątaczki, urzędnicy biurowi i księgowi. Był jeden volksdeutsch, pan Kurtz; nie mówił po niemiecku tak dobrze jak moja mama i nie mógł pisać listów, ale był wicedyrektorem. Dyrektorem był przystojny pan Juliusz Kosiński. Uwielbiał moją mamę. Był żonaty i miał syna Wojtka, z którym bawiłam się czasem w ich mieszkaniu hotelowym. Wojtek był trochę młodszy ode mnie.

 

Pewnego dnia, to była niedziela, jechałyśmy z mamą tramwajem i nagle okazało się, że jest łapanka na wywózkę do pracy w Niemczech. Tramwaj był podzielony na dwie części: z przodu „Nur für Deutsche”, z tyłu – gdzie siedziałyśmy – dla reszty pasażerów. Wszedł niemiecki żołnierz i powiedział, żeby wszyscy poza Niemcami wyszli na ulicę. Mama miała kenkartę, czyli niemiecki dowód osobisty. Po wyjściu z tramwaju pokazała ją żołnierzowi, który sprawdzał dokumenty i kierował ludzi na ciężarówkę. Po jednej stronie był mur getta, a po drugiej szpital psychiatryczny Świętego Jana11. Nie było szans na ucieczkę. Mama ciągnęła mnie za rękę i głośno mówiła po niemiecku: „Chodź, Jarusia, uważaj, żeby tramwaj cię nie uderzył”. Szłyśmy pieszo, aż do Hotelu Europejskiego, jak było w planie, na kolację do Kosińskich. W mieście było więcej łapanek, ukrywałyśmy się, przechodząc od bramy do bramy. Zajęło nam to prawie cały dzień. Ja miałam już trzynaście lat, rozumiałam życie i wiedziałam, co to strach, lepiej niż wcześniej. Musiałam to bardzo przeżyć, bo w hotelu zaczęłam wymiotować. Kiedy przyszedł lekarz, stwierdził, że z tego przerażenia dostałam żółtaczki. Było już późno, niedługo zaczynała się godzina policyjna. Pan Kosiński zdecydował, że od tej chwili będziemy mieszkać w hotelu. Dostałyśmy duży pokój z ogromnym lustrem. Mama zawsze pod tym lustrem stawiała kwiaty. Miałyśmy piękną łazienkę i szafę, a w pokoju była maszynka do gotowania. Teraz strzegli nas żołnierze niemieccy z karabinami, pilnujący wszystkich wejść do hotelu. Przestałam się bać.

Zdarzyło się kiedyś, że jeden z pracowników hotelu został aresztowany. Mama poszła do generała von Kleista, który był akurat w hotelu, żeby się za nim wstawić. Mama wcześniej nie znała generała, ale wstawiennictwo się udało. Ten pracownik był jej za to bardzo wdzięczny, napisał list, w którym nazywał mamę dobrodziejką. Inni ludzie z hotelu też dziękowali mamie za tę pomoc.

Pamiętam, jak w mamie zakochał się niemiecki oficer. Zaprzyjaźnili się, czasem przychodził do naszego pokoju i mieli tam randki. On miał około czterdziestu pięciu lat i zawsze zachowywał się jak dżentelmen, był dla nas bardzo miły. Chyba chciał się z moją mamą ożenić, ale w Warszawie było to niemożliwe.

Mieszkaliśmy w Hotelu Europejskim do wybuchu powstania w 1944 roku. Parę dni potem niemiecki oficer, ów przyjaciel mojej mamy, zorganizował nasz wyjazd z Warszawy. Załatwił nam papiery i wyjechałyśmy z hotelu samochodem Czerwonego Krzyża. Musiał dać mamie też pieniądze, bo kupowała bilety na kolejne pociągi. Jechałyśmy przez Berlin, Drezno i w końcu dotarłyśmy do miejscowości Bad Gastein w Austrii. Mama dostała od swojego przyjaciela list polecający do doktora Mengera, który prowadził sanatorium i opiekował się rannymi Niemcami. Ten doktor ulokował mamę na stanowisku recepcjonistki w hotelu Straubinger, naprzeciwko sanatorium. Tam zamieszkałyśmy. Bad Gastein to była miejscowość wypoczynkowa, były tam ciepłe źródła, sanatoria i szpitale. Budynki miały na dachach namalowane czerwone krzyże.

Chodziłam do szkoły w miasteczku i uczyłam się niemieckiego. Poznałyśmy hrabinę Walterskirchen, która też pracowała w hotelu Straubinger, szybko się z nami zaprzyjaźniła. Chciała mnie nawet zaadoptować, ale mama się nie zgodziła. Pewnego razu hrabina zaprosiła nas do zamku swojej matki, księżnej Wittgenstein. Po drodze odwiedziłyśmy Braunau am Inn, gdzie urodził się Hitler.

Mieszkałyśmy w Bad Gastein przez kilka miesięcy, aż do wyzwolenia przez Amerykanów w maju 1945 roku. Gdy się pojawili, byłyśmy szczęś­liwe. Wyszłyśmy z hotelu na plac, żeby witać amerykańskich żołnierzy. Byli bardzo mili, rozdawali dzieciom cukierki. Wojna się skończyła. Nie muszę już żyć w strachu. To był wspaniały moment. Patrzyłam na amerykańskich żołnierzy, którzy ruszali ustami. Pobiegłam do mamy i zapytałam, dlaczego nie słychać, co oni mówią. A mama na to: „Jarusia, oni żują gumę”. Nigdy wcześniej nie widziałam ludzi żujących gumę.

Niemiecki oficer, który uratował nam życie, nigdy nie dojechał do Bad Gastein. Jestem mu wdzięczna na wieki za pomoc.

Dwudziestego grudnia 1946 roku przypłynęłyśmy z mamą na statku „Marine Marlene” do Nowego Jorku. Byłam bardzo szczęśliwa. Mieszkam tam do dzisiaj. Nadal bardzo tęsknię za moją siostrą Renią.

Ariana Elżbieta Bellak

1 Stawki leżały ok. kilometra na wschód od Uhryńkowiec, właśc. Stawki Uhrynkowskie, poczta Dupliska, powiat Zaleszczyki. Uhryńkowce w tym okresie liczyły ok. 650 mieszkańców.

2 Był nim wówczas Stefan Hebda (aresztowany 4 XI 1936).

3 Teatrzyk Cyrulik Warszawski (ul. Kredytowa 14) działał od lata 1935 do wiosny 1939 roku. Kierował nim Fryderyk Járosy.

4 Program Cyrulika Warszawskiego Frontem do radości pióra Juliana Tuwima, Mariana Hemara i Janusza Minkiewicza był prezentowany w Filharmonii w Łodzi od 2 do 4 lipca 1937 roku.

5 Zagrała w kilku filmach, m.in. Granicy (1938, reż. Józef Lejtes) i Gehennie (1938, reż. Michał Waszyński).

6 Stanisław Jerschina (1905–1959).

7 Konserwy kawowe – Ludomir Leszczyński, ul. Mickiewicza 41.

8 Prałat Aleksander Fajęcki (1881–1944).

9 Parafia Świętego Ducha przy ul. Hożej 39.

10 Właśc. Rudolf Meier. Pierwsze wydanie Die Brüder Brumby, Deutsche Buch, Warschau 1941.

11 Szpital Świętego Jana Bożego znajdował się przy ul. Bonifraterskiej.